" /> Dyskusje ogólne :: Witold Waszczykowski; Rosja chce kontrolować Europę
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Witold Waszczykowski; Rosja chce kontrolować Europę

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sob Lip 24, 2010 9:08 am    Temat postu: Witold Waszczykowski; Rosja chce kontrolować Europę Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100724&typ=my&id=my31.txt

NASZ DZIENNIK Sobota-Niedziela, 24-25 lipca 2010, Nr 171 (3797)

"Ekipa Donalda Tuska wtapia się się w główny nurt polityki europejskiej, który kieruje nas na peryferie unijnego mechanizmu decyzyjnego. Zamiast składania wiernopoddańczego hołdu Brukseli, proponuję nowo wybranemu prezydentowi odwiedzić najpierw Pragę, następnie Budapeszt (gdzie władzę odzyskał podobnie jak my myślący i ambitny Victor Orban) i zakończyć podróż kolacją w Bukareszcie

Monopol partii władzy na gruzach narodowego interesu

Witold Waszczykowski

Po raz pierwszy od 1989 r. partia rządząca uznała, że aktywna polityka zagraniczna w imię interesów narodowych może być porzucona, jeśli realizacja tych interesów przyniosłaby wizerunkowy uszczerbek w kraju i przyczyniła się do utraty poparcia społecznego. Zmniejszanie aktywności polskiej dyplomacji jest niebezpieczne w kryzysowej sytuacji, jaka panuje w najbliższym otoczeniu naszego państwa i w Europie. Mamy do czynienia z poważnym krachem finansowo-ekonomicznym Unii Europejskiej, rosnącą asertywnością Rosji na obszarze postsowieckim i wobec państw byłego bloku komunistycznego, ambiwalentną postawą NATO w obliczu tej sytuacji.

Platforma Obywatelska przeszła w ostatnich latach ciekawą, choć raczej negatywną ewolucję. Z partii programowej, skierowanej do określonego środowiska, wyznającego przeważnie liberalne poglądy, przekształciła się w dość bezideowy front, spajany głównie antypisowskimi sloganami. Wokół niej powstał szerszy obóz sympatyków zorientowanych na karierę u boku władzy, wspierany przez celebrytów ze środowisk kultury i mediów pod hasłami "antykaczyzmu", zadowolonych z dorobku i układów III Rzeczypospolitej. Mimo sprawowania władzy od prawie trzech lat obóz ten nie zamierza podejmować istotnych i niezbędnych reform. Publiczną wymówką wstrzymywania reform były dotychczas rzekome działania blokujące śp. Lecha Kaczyńskiego. W rzeczywistości liderzy PO przyznawali, że ich ambicją było stworzenie i utrzymanie ugrupowania z jak najszerszym poparciem politycznym. Przykładem tworzenia takiego bezideowego frontu politycznego było formowanie reprezentacji Platformy do Parlamentu Europejskiego w ubiegłym roku. Obserwatorzy polityczni zatem dość zgodnie określili to zjawisko jako tworzenie monopolistycznej partii władzy.

Monopol jak dawniej?
Wydarzenia ostatnich miesięcy w Polsce sprawiły, że w praktyce całkowita władza w państwie została przejęta przez PO. Jej sympatycy dowodzą, że jest to sytuacja podobna do poprzednich. Jednak wielu obserwatorów zwraca uwagę, że tym razem jest ona dalece odmienna, gdyż poprzednie monopole poddane były licznym ograniczającym je zjawiskom. Otóż, za czasów pierwszego monopolu władzy lewicy wolno było mniej. Obóz, ten musiał uwiarygodnić swoją legitymację demokratyczną, wykazać się pewną poprawnością polityczną oraz determinacją w utrzymaniu prozachodniego kursu w polityce zagranicznej. Wszelkie zaś patologie i afery były wychwytywane i piętnowane przez czujne media. Również w latach 2006/2007 obóz rządzący nie był wszechwładny. Był poddany bezprecedensowej presji medialnej. Wielu liderów z tego okresu było wręcz demonizowanych i szkalowanych w publicznym dyskursie. Nie mogąc utrzymać kruchej koalicji, rząd PiS nie kontynuował jej za wszelką cenę i zdecydował się poddać wyborczemu sprawdzianowi.
Dzisiejszy obóz władzy nie czuje żadnych ograniczeń. Stosując na niespotykaną dotąd skalę instrumenty propagandowe, wtłacza społeczeństwu wykładnię, że jest bezpośrednią i zasadniczą emanacją antykomunistycznych ruchów protestacyjnych i dysydenckich sprzed lat. Umiejętnie stwarza wrażenie, że jest namaszczony przez środowiska kultury i inteligencję. Przedstawia się jako jedyna nadzieja dla młodego pokolenia. Z różnych powodów, w tym i błędów opozycji, obóz władzy zdobył olbrzymie wsparcie mediów, które nie rozliczają rządu z trzech lat sprawowania władzy i niespełnionych obietnic, zaś z niespotykaną gorliwością albo roztrząsają rządy PiS sprzed lat, albo obecny stan tej partii i dokonują egzegezy każdej wypowiedzi jej liderów. W takiej sytuacji dyskurs polityczny przestał być areną ścierania się poglądów i merytorycznych racji. Stosując propagandowe chwyty i dyskredytując racje opozycji bez podejmowania jakiejkolwiek debaty, obóz władzy stara się zawłaszczyć, zmonopolizować sposób myślenia społeczeństwa o funkcjonowaniu państwa. Przykładem takiego działania jest podejście obozu władzy do tragedii smoleńskiej i śledztwa w tej sprawie. Nie tylko opozycja i sympatycy poległego prezydenta, ale i rodziny ofiar są poddani polityczno-medialnej presji, by pozostawali poza procesem wyjaśniania przyczyn katastrofy, żeby czasem nie odkryli, że popełnione zostały błędy w funkcjonowaniu państwa kierowanego od trzech lat przez rząd PO.
Najważniejsza różnica w obecnej sytuacji monopolistycznej dotyczy jednak podejścia do opozycji. Poprzednie monopole, choć rywalizowały z opozycją i utrudniały jej funkcjonowanie, to jednak nie posunęły się do działań na rzecz trwałego jej wyeliminowania ze sceny politycznej. A tak się dzieje dzisiaj. Liderzy polityczni obozu rządzącego, wykorzystując celebrytów oraz sprzyjające media, starają się wyszydzić poglądy opozycyjne, usunąć je z dyskursu politycznego, a nawet przekonać społeczeństwo, że główna partia opozycyjna jest siłą antysystemową, a tym samym niedemokratyczną i nie posiada legitymizacji w demokratycznym państwie. Co ciekawe, nie używa się w tych potyczkach argumentów merytorycznych. Nie toczy się dyskusja o podatkach czy infrastrukturze pastwa. Argumenty i pytania opozycji kwituje się zwykle epitetami i osobistymi napaściami, często o charakterze wulgarnym. Niektórzy nie stronią nawet od makabrycznych żartów w stylu, że przeciwnika należy ustrzelić i wypatroszyć.

Zawłaszczyć dyplomację
Taki sposób funkcjonowania obozu władzy niestety nie ominął również polityki zagranicznej. Cały repertuar wspomnianych wyżej instrumentów działania zastosowano już w poprzednich latach wobec śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Od początku istnienia kohabitacji przypuszczono atak na prerogatywy prezydenta. Istnienie ośrodka prezydenckiego jako strażnika wartości i zasad konstytucyjnych, audytora i recenzenta działań rządu nie mieściło się w monopolistycznej koncepcji władzy PO. Stąd szybko pojawiły się opinie i apele o zmianę Konstytucji w kierunku tzw. systemu kanclerskiego.
Szczególnie w sferze polityki zagranicznej i bezpieczeństwa starano się ograniczyć, a nawet odebrać prezydentowi i jego współpracownikom ich prerogatywy. Czy to przez Trybunał Konstytucyjny, czy decyzje administracyjne w sprawie samolotu, czy przez embargo informacyjne starano się nie dopuścić prezydenta do wykonywania przynależnych mu zadań w polityce zagranicznej. Jeśli to nie skutkowało, podejmowano działania dyskredytujące prezydenta, wyszydzające jego politykę, wyjazdy i spotkania międzynarodowe. Szczególnie krytykowano jego zaangażowanie w regionie na rzecz integracji państw regionu z NATO i Unią. Zaś prezydenckie zabiegi o uzyskanie podmiotowości w Unii Europejskiej przedstawiano i w kraju, i za granicą jako politykę antyeuropejską i awanturniczą. Jagiellońskie marzenia o współkształtowaniu polityki europejskiej i giedroyciowskie zasady polityki wschodniej, które były kanonem naszej dyplomacji przez kilkanaście ostatnich lat, określono jako przeżytek, który miał zostać zastąpiony piastowskim czynem modernizacji Polski.
Od trzech lat partia rządząca usiłuje przekonać partnerów na świecie, że w Polsce toczy się wojna sił postępowych i europejskich z siłami konserwatywnymi, antyeuropejskimi, a nawet ksenofobicznymi. Wykorzystuje się między innymi dyplomację rządową, wielu naszych przedstawicieli w biurokracji unijnej sponsorowanych przez zagraniczne fundacje ośrodków analitycznych czy korespondentów mediów zagranicznych. I znowu język jest pełen sloganów, a nie merytorycznych racji. Odmienia się na wszelkie przypadki terminy: "Europa", "europejskość", "integracja", "modernizacja" etc., co ma wywołać wrażenie, że ludzie posługujący się nimi są ze wszech miar postępowi i światowi oraz akceptowani czy wręcz namaszczeni przez Unię Europejską do sprawowania władzy. Wytwarza się iluzję, że ambitna, podmiotowa polityka poprzedników w rzeczywistości była romantyczną mrzonką, była awanturnicza i słusznie została zastąpiona obecnie przez mądrą, realistyczną i pragmatyczną politykę rządu Platformy. Wszelkie ośrodki krytyczne wobec takich poglądów były i są izolowane, pozbawiane funduszy i informacji, wreszcie obrzucane epitetami, że są ministerstwami wojny, okopami Świętej Trójcy etc. I tak jak w kwestiach polityki wewnętrznej, tak na temat polityki zagranicznej nie podejmuje się rzeczowej debaty z jej krytykami. Wszelkie opinie czy propozycje wysuwane pod adresem polityki zagranicznej spoza kręgów władzy spotykają się z oskarżeniami o straszenie społeczeństwa i z wybuchami gniewu w stylu stwierdzeń: "jak tak można?", "to kompromitacja", "to żenujące, niedopuszczalne" etc. Przykładów na to dostarczyła między innymi debata prezydencka i propozycja rzucona przez jednego z kandydatów, jak i z kim rozmawiać o problemie Białorusi, z którym rząd nie daje sobie rady od lat. Mamy więc kolejną próbę zawłaszczenia całego dyskursu politycznego przez jedną stronę, tym razem w dziedzinie polityki zagranicznej.

Niebezpieczna marginalizacja Polski
Rząd od kilku lat prowadzi zatem politykę ograniczania aktywności polskiej dyplomacji. Padają przy tym różne motywy i wymówki. Od potrzeby oszczędzania środków finansowych po hasła o konieczności skoncentrowania się na wewnętrznej modernizacji państwa. W rzeczywistości takie odejście od aktywności dyplomatycznej i zerwanie z wieloma dotychczasowymi kanonami polskiej dyplomacji i naszego zaangażowania w świecie jest wynikiem kalkulacji partyjnej na użytek wewnętrznej sceny politycznej. Takim kalkulacjom zawdzięczamy decyzje o całkowitym wycofaniu się z Iraku w 2008 roku, ochłodzeniu naszych relacji z USA czy ostatnio podjęcie publicznej debaty w czasie kampanii wyborczej na temat wycofania się z Afganistanu. Takie podporządkowanie interesów państwa jedynie kalkulacjom partyjnym powoduje, że nie można rzeczowo ocenić jakichkolwiek działań zewnętrznych państwa i im zaufać. I tak nie wiemy, czy negocjowanie prawie trzydziestoletniego kontraktu gazowego służy interesowi państwa czy jakimś doraźnym korzyściom, lub czy ważny okres polskiej prezydencji w Unii będzie wykorzystany do promowania naszych interesów w Europie, czy raczej jako wielka i międzynarodowa kampania rządu przed wyborami parlamentarnymi.
Zmniejszanie aktywności polskiej polityki zagranicznej jest niebezpieczne w kryzysowej sytuacji, jaka panuje w najbliższym otoczeniu naszego kraju i w Europie (kryzys finansowo-ekonomiczny Unii Europejskiej, neoimperialne zakusy Rosji na obszarze postsowieckim, inercja NATO względem tego trendu). Należałoby oczekiwać w takiej sytuacji, że rząd podejmie starania o odbudowanie konsensu politycznego w dziedzinie polityki zagranicznej. Uaktywni naszą dyplomację, aby inni za nas i bez nas nie podejmowali decyzji dotyczących naszych interesów.
Tymczasem w sposób nieprzemyślany, i znowu dla doraźnych korzyści partyjnych, podjęto w kampanii prezydenckiej debatę o wycofaniu się z Afganistanu. Było to szczególnie niebezpieczne dla Polski. Operacja w Afganistanie jest operacją NATO, które właśnie debatuje nad nową koncepcją strategiczną, na której Polsce powinno szczególnie zależeć. Przez wiele lat pozostaniemy państwem peryferyjnym zarówno w Unii, jak i NATO, ponosząc wszelkie konsekwencje tego położenia w dziedzinie bezpieczeństwa. Polska zabiegająca o solidarność sojuszniczą nie może sobie pozwolić na egoistyczne gesty. Nie możemy stracić wypracowanej przez lata opinii wiarygodnego sojusznika. W przeciwnym razie nasze interesy nie będą respektowane przez sojuszników, a nasze działania będą traktowane jako niewiarygodne, doraźne i koniunkturalne.

Test prezydencki
W takich oto okolicznościach, wobec takich działań rządu na scenie wewnętrznej i międzynarodowej funkcje prezydenta przejmuje polityk mocno związany z obozem władzy. Będzie miał do wyboru: albo utrzymać ośrodek prezydencki jako niezależny urząd stojący na straży Konstytucji, wartości, interesów państwa, doktryny polityczno-obronnej i wieloletnich kanonów polityki zagranicznej, albo podporządkować się interesom partii rządzącej i przekształcić urząd prezydenta w ośrodek adoracji premiera i jego polityki.
Już pierwszy test, pierwsza podróż zagraniczna może określić kierunek prezydentury. Nowy prezydent może podjąć ambitny plan odbudowania pozycji Polski w regionie, a przez to w Unii. Układ polityczny w naszej części Europy pozwala obecnie na uaktywnienie się Polski, na stanie się rzecznikiem regionu zarówno wobec Zachodu, jak i Wschodu. Zamiast składać wiernopoddańczy hołd Brukseli, proponowałbym objechać w jeden dzień Pragę (odwiedzić naszego najdłuższego sojusznika prezydenckiego), następnie Budapeszt (gdzie władzę odzyskał podobnie jak my myślący i ambitny Orban) i zakończyć kolacją w Bukareszcie (gdyż Rumunia to drugi największy kraj w regionie, który przejął od nas uprzywilejowane relacje z USA). Wyposażony w wiedzę o sytuacji w regionie prezydent mógłby następnie odwiedzić Berlin i Paryż, aby poważnie porozmawiać o stanowisku tych stolic wobec problemów naszego regionu i naszej wspólnej polityce wobec Rosji oraz o relacjach transatlantyckich. Dopiero po takich podróżach i rozmowach prezydent powinien spotkać się z urzędnikami brukselskimi, aby poinformować ich o polskiej wizji polityki Unii i NATO i zapytać, jak chcą uwzględnić ją w swoich planach działania. Ciekawe zatem, czy nowo wybrany prezydent zechce kontynuować ambitne działania swojego poprzednika na rzecz uzyskania podmiotowości w instytucjach, do których należymy, czy raczej za namową rządu pozwoli Polsce nadal wtapiać się tylko w główny nurt polityki europejskiej, który raczej kieruje nas na peryferie unijnego mechanizmu decyzyjnego.

Autor jest dyplomatą, byłym zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego (2008-2010); w latach 2005-2008 pełnił funkcję podsekretarza stanu w MSZ, a także głównego negocjatora w rozmowach z USA dotyczących tarczy antyrakietowej."


Ostatnio zmieniony przez Witja dnia Pon Wrz 13, 2010 5:51 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 09 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pią Gru 09, 2016 4:52 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Pon Wrz 13, 2010 5:50 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100913&typ=my&id=my12.txt

NASZ DZIENNIK
Poniedziałek, 13 września 2010, Nr 214 (3840)

"Celem Moskwy jest stworzenie swoistej przestrzeni buforowej oddzielającej ją od państw Europy Zachodniej. Kraje położone w tej strefie, m.in. Polska, miałyby nieokreślony status bezpieczeństwa

Rosja chce kontrolować Europę



Z Witoldem Waszczykowskim, byłym wiceministrem spraw zagranicznych i byłym zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Bober

Szef rosyjskiej Rady Polityki Zagranicznej przy MSZ Rosji zaproponował utworzenie Związku Europy i Rosji. To wyłącznie jego poglądy czy sondowanie na zamówienie Kremla reakcji państw europejskich?
- Siergiej Karaganow reprezentuje trzon grupy rosyjskich strategów snujących plany twardej, wielkoruskiej polityki zagranicznej. Dlatego niektórzy lekceważą go, uważając, że nie reprezentuje głównego nurtu rosyjskiej polityki, że jest to przedstawiciel skrajnego skrzydła. Ale ja nie lekceważyłbym Karaganowa.

Można uznać, że zaprezentował plan rosyjskich władz?
- Myślę, że Karaganow przedstawił jedną z "mutacji" polityki rosyjskiej, która jest prowadzona od lat, a która ma korzenie gdzieś w XIX wieku. Rosja odniosła na tym polu wiele sukcesów, przyczyniając się do tworzenia czegoś w rodzaju "koncertu mocarstw", który w XIX w. rządził Europą. Do koncepcji tej Rosja nawiązała po upadku Związku Sowieckiego. Mocno przeciwstawiała się rozszerzeniu Unii Europejskiej oraz NATO na wschód. Ponadto próbowała przekształcić Organizację Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w taki sposób, aby utworzyć w jej ramach nową instytucję - odpowiednik Rady Bezpieczeństwa w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Instytucją tą miałaby być Rada Sterująca, która składałaby się z co najmniej kilku wiodących państw podejmujących najważniejsze decyzje na Starym Kontynencie.

Z czego wynika taka agresywna polityka Moskwy, która przecież ma mnóstwo problemów wewnętrznych?
- Problem polega na tym, że Rosja nie czuje się dobrze w szeregu wolnych państw. Ma tendencję do poszukiwania dużych krajów, aby w ich gronie tworzyć mechanizmy, które mogłaby narzucić tym słabszym. Natomiast źle się czuje w rozmowach z silną, dużą grupą państw, np. z NATO, zawsze usiłuje obejść takie sytuacje i umawiać się w mniejszym gronie. W latach 90. i na początku tego tysiąclecia, kiedy była tworzona Rada NATO - Rosja, były duże problemy z Moskwą, ponieważ obie strony inaczej rozumiały nawet podstawowe sformułowania, np. "konsultacje". Jak większość państw europejskich uznawaliśmy, że oznacza to wymianę informacji i uprzedzanie o pewnych działaniach. Jednak dla Rosji to określenie oznacza współdecydowanie. Dlatego ta Rada szybko stała się martwym ciałem, bo Rosja nie mogła się pogodzić z tym, że nie będzie miała wpływu na decyzje NATO, mimo że nie jest członkiem Sojuszu. Próbowała uzyskać zwłaszcza wpływ na podejmowane decyzje w sprawie rozszerzenia Paktu Północnoatlantyckiego. Plan zarysowany przez Karaganowa jest mutacją tej polityki, obliczonej tym razem na to, aby współdecydować o losach Europy. Przypomnę, że 2-3 lata temu padła ze strony Moskwy propozycja sformułowana w postaci doktryny Miedwiediewa, zmierzająca do tego, aby stworzyć tzw. nową doktrynę bezpieczeństwa. Był to efekt fiaska dotychczasowych wysiłków Moskwy, by uzyskać wpływ na działanie NATO i Unii Europejskiej. Bowiem ta doktryna zakładała stworzenie nowej architektury bezpieczeństwa, niejako zbudowanej nad NATO i UE, dzięki czemu Rosja mogłaby współdecydować o bezpieczeństwie na całym obszarze transatlantyckim. Dodatkowo koncepcja ta zakładała jakby podział Sojuszu na państwa o różnym statusie bezpieczeństwa. Konkretną propozycję w tej sprawie przedstawił dwa lata temu członkom NATO obecny minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow. Przewidywała ona, że nowe kraje NATO miałyby określony limit sił wojskowych. Ławrow posunął się nawet do przedstawienia na papierze wielkości konkretnych jednostek, w tym sił NATO stacjonujących na terenie tych państw. To pokazuje, że celem Rosji jest nie tylko współdecydowanie o losach Europy, ale nawet stworzenie swoistej przestrzeni buforowej oddzielającej ją od krajów Europy Zachodniej. Kraje położone w tej strefie miałyby nieokreślony status bezpieczeństwa. Byłyby co prawda objęte gwarancjami Sojuszu, ale jednocześnie umożliwiono by Rosji odzyskanie wpływów w tych krajach, przynajmniej gospodarczych.

W tej szarej strefie znalazłaby się także Polska?
- Tak. Taka polityka zmierzałaby do finlandyzacji całego tego obszaru.

Jak Zachód zareagował na te plany?
- Propozycje te spotkały się z bardzo złym przyjęciem, choć politycy niektórych państw okazali zrozumienie. Jednak niezręcznie było im to okazywać publicznie, bo Zachód zdaje sobie sprawę z tego, że są to rozwiązania niedemokratyczne. Propozycje Miedwiediewa i Ławrowa zostały skierowane do OBWE. Gdy prezydencję sprawowała w niej Grecja, rozpoczęły się w tej sprawie rozmowy na wyspie Korfu, trwające do dziś. Dlatego teraz Rosja widząc, że jawny, bezczelny plan podziału Europy nie powiódł się, zaczyna nas bombardować łagodniejszymi propozycjami. Stąd mówi o potrzebie modernizacji.

To tylko chwytliwy kamuflaż dla planów podziału Europy?
- Karaganow rzeczywiście używa sprytnej retoryki, mówi: mamy wspólne niebezpieczeństwo - terroryzm islamski, ekspansja Chin...

Dla państw Europy Zachodniej szczególnie kuszące mogłoby być utworzenie przestrzeni polityczno-gospodarczej od Atlantyku po Pacyfik?
- Tak, w ten sposób Moskwa wraca do koncepcji jeszcze z lat 60. XX wieku, stworzenia takiego obszaru od Vancouver po Władywostok, co doprowadziło do powstania Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie.

Jakie byłyby konsekwencje stworzenia Związku Europy i Rosji dla Polski?
- Prowadziłoby to do uprzedmiotowienia na płaszczyźnie politycznej Polski, a także innych mniejszych państw naszego regionu. Skoro bowiem obecne polskie władze zrezygnowały z ubiegania się o członkostwo w grupie G-20, a nie mamy istotnego wpływu na żadną inną grupę współdecydującą o kształcie takiej konstrukcji politycznej, to nasza pozycja zostałaby zmarginalizowana, choć być może za cenę jakichś koncesji gospodarczych. W krótkim okresie być może łagodziłyby one obecne trudności gospodarcze, ale w dłuższej perspektywie byłoby to groźne. Oznaczałoby to bowiem, że Polska na trwale pozostanie krajem brzegowym instytucji międzynarodowych decydujących dziś o losach świata. A przecież już dziś boimy się, że rozszerzanie UE i NATO zostanie na wiele lat wstrzymane, choć niektórzy łudzą się, że jeśli kraje Europy Wschodniej przeprowadzą niezbędne reformy, a Unia Europejska przezwycięży obecny kryzys ekonomiczny, to wrócimy do koncepcji Europy wolnej i demokratycznej. Jeśli tak się nie stanie, kraje od Ukrainy po Gruzję zapłacą cenę przebywania w tej szarej strefie buforowej między NATO i Unią Europejską z jednej strony, a Rosją z drugiej.

Rosja przedstawiała takie propozycje władzom Polski w latach wcześniejszych, gdy pracował Pan jeszcze w MSZ?
- Bezpośrednio została ona wyrażona trzy lata temu w propozycji Miedwiediewa i Ławrowa.

Myśli Pan, że te pomysły były omawiane podczas ostatniej wizyty ministra Ławrowa w Warszawie?
- W czasie pobytu w Polsce Ławrow nie mówił już o tych koncepcjach. Kusił za to koncesjami gospodarczymi, mówiąc, że Rosji zależy na modernizacji, na wymianie technologii z Europą Zachodnią, na inwestycjach, w zamian za dostęp do eksploatacji surowców, w tym energetycznych, itd. Z tego, co wiem, to była główna propozycja przedstawiona na spotkaniu z polskimi ambasadorami. Nie wydaje mi się, by wprost rozmawiał z władzami Polski o propozycji Związku Europy i Rosji, bo oznaczałoby to, że proponuje Warszawie uzależnienie od Rosji...

Jakie jest, według Pana, prawdziwe stanowisko obecnych władz Polski wobec tej rosyjskiej polityki?
- Ten rząd przymyka oczy na wiele negatywnych trendów w naszym regionie. Efektem tego może być to, że za kilka lat "obudzimy się" w niesłychanie trudnej sytuacji. Obecna polityka rządu Donalda Tuska dobrze wpisuje się w rosyjskie plany. Rok temu ustami Radosława Sikorskiego rząd ogłosił koniec tzw. polityki jagiellońskiej (prowadzenia aktywnej polityki zarówno wobec Rosji, jak i krajów, w których chce mieć wpływy, rozciągających się od Ukrainy po Gruzję). Obecna ekipa uznała, że kraje te nie dokonały wystarczających reform, nie "odrobiły lekcji" z przekształceń demokratycznych, więc widocznie nie są nawet zainteresowane integracją z Unią Europejską, dlatego nie ma sensu prowadzić polityki zdecydowanego wspierania ambicji integracyjnych tych państw, tym bardziej że naraża nas to na konflikt z Rosją. Dlatego uznano, że trzeba skoncentrować się na polityce zawierania transakcji z tym krajem.

Ale na razie nie widać żadnych poważnych transakcji...
- Dokonuje się to metodą małych kroczków. Rosja mówi: "Proszę bardzo, możemy się dogadać, możemy przyznać, że zbrodnia katyńska miała miejsce w naszym kraju, ale to była jedna ze zbrodni stalinowskich, w wyniku których wszyscy cierpieli, nasz naród również. Idźmy do przodu, wybierzmy przyszłość. Możemy robić wspólnie interesy". Te wątki przewijają się także w tekście Karaganowa. Rosyjski analityk sprytnie wykorzystał to, że w krajach Unii Europejskiej widać tendencje do renacjonalizacji polityki zagranicznej UE ze względu na kryzys gospodarczy.

Karaganow utrzymuje, że Związek Europy i Rosji pomógłby tej ostatniej w unowocześnianiu kraju i przyjęciu standardów demokratycznych...
- W jego słowach przebija się jakiś zarzut wobec Zachodu, że nie pomógł do tej pory Rosji w tym procesie. A przecież na płaszczyźnie politycznej kraj ten ma niesłychanie uprzywilejowaną pozycję na świecie. Jest wciąż członkiem stałym Rady Bezpieczeństwa ONZ, a także grupy G-8 i G-20. Ponadto jest partnerem USA w procesie rozbrojenia nuklearnego. W okresie zimnej wojny Europa Zachodnia narzekała, że świat jest zarządzany od szczytu do szczytu przez diadę USA - Rosja. Ostatnio prezydent Barack Obama zaproponował powrót do takiej formuły, z czego skwapliwie skorzystała Rosja. A przecież kraj ten utrzymuje uprzywilejowaną pozycję także w różnych regionalnych instytucjach - ma specjalne stosunki z NATO, UE, a rosyjskie propozycje są bardzo poważnie traktowane także przez OBWE. Kraj ten jest też członkiem tzw. kwartetu ds. Bliskiego Wschodu oraz specjalnego zespołu ds. Iranu. Moskwa ma również bardzo dużo do powiedzenia w sprawie światowej polityki wobec Korei Północnej. Ponadto jest członkiem Rady Europy, choć nie spełnia wielu kryteriów członkowskich. Nawet gdy Polska prowadziła z USA negocjacje w sprawie tarczy antyrakietowej, został stworzony specjalny kanał do konsultacji z Rosją. Dlatego rosyjskie pretensje, że są marginalizowani, są całkowicie nieuprawnione. Jeśli kraj ten do tej pory nie zdemokratyzował się, to tylko dlatego, że nie podjął wysiłków po swojej stronie, a rosyjskiej klasie politycznej demokracja, jaka obowiązuje na zachód od Bugu, po prostu nie odpowiada.

Karaganow opisuje też konkretne propozycje kształtu Związku Europy i Rosji, jak choćby traktat energetyczny ustalający zasady dostępu do złóż oraz dróg przesyłowych...
- To klasyczne instrumentarium, które najpierw stosował Związek Sowiecki, a ostatnio obecna Rosja, wykorzystując koncesje gospodarcze jako środek nacisku politycznego. Dopuszczenie zachodnich firm do rosyjskich złóż byłoby ceną za przyznanie Moskwie wpływu na procesy decyzyjne w UE. Przypomnę, że pakt Ribbentrop - Mołotow (jego cele były inne, ale mechanizm podobny) został również poprzedzony uzgodnieniami gospodarczymi.

Jak obecne władze powinny odpowiedzieć na zarysowany przez Karaganowa plan?
- Zgadzam się z tym, że Rosję trzeba włączyć do współpracy z Europą, ale Rosję demokratyczną, nie imperialną, chcącą dzielić Europę. Gdyby ten kraj poszedł drogą, którą przemierzyliśmy, byłby to dla nas niezwykle cenny sojusznik. Z Rosją należy rozmawiać i uświadamiać jej, że wiele problemów, z którymi się zmaga, zostało wygenerowanych właśnie przez to, że nie chce się ona przekształcić w demokratyczne państwo prawa. Jej głównym problemem jest imperialna polityka przejawiająca się w traktowaniu Gruzji i Ukrainy. Nie widać też żadnych racjonalnych powodów dla procesu zbrojenia się tego kraju, także w broń ofensywną, na co Moskwa przeznacza coraz większe fundusze. Niestety, Rosja patrzy na świat jak na strefę wpływów, którą trzeba zdobyć, np. przy pomocy szantażu. Musimy mówić o tym również Europie Zachodniej i ostrzegać, by nie dała się nabrać na rosyjską grę. Politykierzy ulegają różnym mirażom dla krótkoterminowych korzyści. Mężowie stanu myślą długofalowo i nie łakomią się na łatwy zysk, który w perspektywie przynosi klęskę.

Dziękuję za rozmowę."
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Wto Wrz 14, 2010 8:12 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

To że Rosja chce kontrolować Europę nie powinno nikogo ani dziwić, ani oburzać. Tak jest świat zbudowany, że marzenia mamy ponad swe możliwości. Przeraża i oburza to, że są w Polsce ludzie (trudno ich nazwać Polakami), którzy swym działaniem sprzyjają tym rosyjskim pragnieniom i starają się restaurować wydawało by się, że już na wieki wieków zarzucone alianse.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group