" /> Dyskusje ogólne :: Anna Fotyga; Rząd przekształca Polskę w kolonię
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Anna Fotyga; Rząd przekształca Polskę w kolonię

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sob Paź 16, 2010 5:52 pm    Temat postu: Anna Fotyga; Rząd przekształca Polskę w kolonię Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101016&typ=my&id=my21.txt

NASZ DZIENNIK
Sobota-Niedziela, 16-17 października 2010, Nr 243 (3869)

"Politycy z innych państw szybko zorientowali się, że obecnej ekipie zależy jedynie na "dobrym wizerunku wewnętrznym". Takie władze z łatwością można rozgrywać

Rząd przekształca Polskę w kolonię


Z Anną Fotygą, byłą minister spraw zagranicznych, rozmawia Mariusz Bober

Niesamodzielność polskiej polityki zagranicznej staje się coraz bardziej widoczna. Prezes PiS powiedział nawet, że śp. prezydent Lech Kaczyński nie mógłby być "symbolem kondominium rosyjsko-niemieckiego w Polsce". To recenzja polityki zagranicznej obecnego rządu?
- Nie zgadzam się z polityką zagraniczną obecnego gabinetu premiera Donalda Tuska. Szczególnie zaniepokoiły mnie wypowiedzi prezydenta Bronisława Komorowskiego, który ma niewielkie doświadczenie w dziedzinie polityki zagranicznej. To jeszcze wzmacnia efekt działań, które są schematyczne i nie odpowiadają wyzwaniom stojącym przed Polską. Nie jest prawdą, że Polska i pozostałe kraje Europy Środkowo-Wschodniej są w okresie prosperity, bezpieczeństwa, zainteresowania ze strony świata, i nie muszą się o nic martwić. W dzisiejszej rzeczywistości również musimy walczyć o swoją pozycję i dobrze współpracować z krajami naszego regionu. Tymczasem obecne władze postępują tak, jakby Polska była małym, nieliczącym się krajem, który wisi u klamki wielkich i możnych tego świata. Prawdę mówiąc, zrezygnowały one ze wszystkich negocjacyjnych atutów. W polityce europejskiej nasze MSZ wpisuje się w tzw. główny nurt polityki unijnej, który nie uwzględnia najważniejszych polskich interesów. W wielu kwestiach polityka zewnętrzna Unii Europejskiej nie jest sprzeczna z naszymi priorytetami. Są jednak takie obszary, w których musimy twardo negocjować. Te obszary to: budżet Unii, finansowanie projektów dla wschodnich sąsiadów, relacje z Rosją pomijające nasze interesy itd.

Jakie konkretnie działania albo zaniechania obecnego rządu najbardziej Panią niepokoją?
- Przede wszystkim dążenie do zawarcia umowy gazowej z Rosją. Dziś zwraca się uwagę, że to Komisja Europejska działa w interesie polskich obywateli, a wbrew stanowisku obecnego rządu.

Europoseł Konrad Szymański twierdzi, że rząd zmienia nasz kraj w "osła trojańskiego" Rosji w UE. Podziela Pani tę opinię?
- Oczywiście.

Dlaczego?
- Umowa gazowa w proponowanym pierwotnie kształcie może uniemożliwić realną dywersyfikację dostaw gazu do Polski oraz rozwój poszukiwań alternatywnych źródeł energii. Mogłaby uczynić nieopłacalnym wydobycie gazu łupkowego lub wykorzystanie energii odnawialnej. Mielibyśmy tak dużo drogiego gazu z Rosji, że nie opłacałoby się rozwijać innych źródeł energii. To nie jest rozsądne postępowanie. Na szczęście nasza zmasowana krytyka powoduje, że rząd zaczyna wykazywać większą elastyczność. Podobnie jest z postępem śledztwa w katastrofie smoleńskiej.

Gdy Pani była ministrem, priorytetem była solidarna unijna polityka energetyczna...
- Nowy rząd przez kilka pierwszych miesięcy swojego urzędowania po prostu nie analizował sytuacji międzynarodowej. Zamiast tego dokonywał prostego odwrócenia polityki rządu PiS, uznając, że to wystarczy i zapewni Polsce dobrą pozycję...

Wrócili w ten sposób do polityki poklepywania nas po plecach?
- Tak to wygląda. Gdy zaczęłam zastanawiać się nad przyczynami takich działań, uznałam, że to po prostu efekt braku rozeznania sytuacji, zwykła niekompetencja. Obecnie do negocjowania warunków prowadzenia śledztwa smoleńskiego bardzo przydałoby się nam kilka atutów negocjacyjnych wobec Rosji.

Jakich?
- Mało kto zauważył, że jako szef MSZ zgłosiłam w imieniu Polski zastrzeżenia wobec przyjęcia Rosji do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), chociaż z oburzeniem przyjęto polskie weto wobec kontynuowania negocjacji umowy UE - Rosja. Nasze stanowisko, w którym wskazywaliśmy m.in., że Rosja nie spełnia kryteriów członkostwa w tej organizacji, zostało przyjęte ze zrozumieniem przez partnerów z innych państw. Obiekcje miał tylko ówczesny szef OECD. Tymczasem obecny rząd ostentacyjnie wycofał weto wobec przyjęcia Rosji do tej organizacji. To była jedna z pierwszych ważniejszych decyzji rządu Donalda Tuska. Warto przypomnieć, że warunki członkostwa w OECD negocjowały również m.in. Litwa, Ukraina i Estonia.

Co niepokoi Panią w działaniach prezydenta Komorowskiego na forum zewnętrznym?
- Widać pewną spójność w działaniach obecnego rządu i prezydenta. Najbardziej zaniepokoiła mnie jego bierność wobec decyzji o sprzedaży Rosji francuskiego okrętu wojennego [znacznie usprawniającego zdolności bojowe rosyjskiej armii poprzez umożliwienie szybkiego przerzutu w rejon działań wojennych dużych sił militarnych - red.] klasy Mistral. Powiedziałabym wręcz, że podczas niedawnej wizyty we Francji prezydent Komorowski wystąpił z cichym poparciem dla takiej transakcji. A stanowi ona nie tyle zagrożenie dla Gruzji, ale np. dla państw bałtyckich czy Ukrainy. Zgadzam się z opinią prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który wskazuje, że Rosja odbudowuje swoją politykę neoimperialną. Polska musi umieć reagować na takie sytuacje, tymczasem ani obecny rząd, ani prezydent nie potrafią tego robić.

Odpowiadając na podobne zarzuty, minister Radosław Sikorski chwali się, że obecny rząd tworzy grupę państw-przyjaciół Mołdowy, wspiera Partnerstwo Wschodnie, włącza się w negocjacje unijno-ukraińskie.
- Bardzo dobrze, że minister Sikorski składa wizyty w Mołdowie, one są potrzebne, ale nie tworzą jeszcze realnej polityki. Tworzą ją konkretne projekty, efekty wizyt. Także udział prezydenta Komorowskiego w prowadzonych na Krymie rozmowach na temat współpracy UE - Ukraina to nie jest przykład realnej polityki, ponieważ prowadzone są one od wielu lat. Najwyższy czas, aby umowa w tej sprawie wreszcie została sfinalizowana. Partnerstwo Wschodnie to dobra inicjatywa, choć według mnie, zacieśnianie relacji z krajem, który spełnia unijne standardy, jest lepszą metodą. Przecież np. Białoruś nie spełnia większości standardów i powinna być traktowana inaczej niż Ukraina. W projektach dla Białorusi większy nacisk należałoby postawić na zaangażowanie społeczeństwa obywatelskiego, a działania rządu idą w zupełnie innym kierunku. W dodatku sam minister Sikorski zabiegał, by programem tym została również objęta Rosja. To zaś nie jest zgodne z priorytetami polityki zagranicznej Polski, tak jak wskazał to w swoim artykule prezes PiS Jarosław Kaczyński - w naszych działaniach w Europie Środkowej i Wschodniej stale zderzamy się z rosyjską polityką. Poza tym Rosja, jako strategiczny partner, korzysta ze wsparcia UE z wielu tytułów, nie ma powodu do ograniczania szczupłej kiesy Partnerstwa Wschodniego. Moskwa w wielu dziedzinach ma zupełnie inne interesy niż my. Dlatego stworzenie takiego instrumentu, jak Partnerstwo Wschodnie, i wykorzystywanie go tylko na płaszczyźnie medialnej, nie leży w interesie Polski. Jedynym realnym przejawem polityki obecnego rządu wobec Ukrainy była wcześniejsza wizyta w tym kraju Radosława Sikorskiego wraz z szefem niemieckiego MSZ, aby dyktować tamtejszym władzom twarde warunki nowych relacji z UE. Moim zdaniem, największym problemem ministra Sikorskiego jest to, iż działa on chaotycznie. Tymczasem polityka zagraniczna wymaga konsekwencji. Radosław Sikorski raz postuluje akces Rosji do NATO, innym razem gromi ją za prowadzone manewry wojskowe, tyle że w momencie, gdy nie ma to już kompletnie żadnego znaczenia. Przypomnę, że jeszcze niedawno, gdy Radosław Sikorski był ministrem rządu PiS, odważył się na krytykę Gazociągu Północnego, i także tamta wypowiedź [porównująca rurociąg do paktu Ribbentrop - Mołotow - red.] wywierała presję na władze niemieckie. Dziś mówi co innego.

Rząd twierdzi, że przywraca "normalność" po okresie rządów PiS, które pogorszyły relacje z sąsiadami...
- Wywodzę się z innej tradycji uprawiania polityki zagranicznej. W czasach "Solidarności", już na początku lat 80., "Solidarność" zwracała się do narodów naszego regionu z przesłaniem wolności i demokracji. Reprezentowałam wtedy organizację, która była słuchana. W ten sposób w państwie komunistycznym powstała enklawa realizująca suwerenną politykę zagraniczną. Tam właśnie nauczyłam się, że mogę przedstawiać swoje stanowisko w ważnych sprawach, zaprezentować swoje argumenty, i nikt wtedy nie próbował zmusić mnie do ich zmiany czy do milczenia. Dlatego przyznam, że zderzenie z funkcjonowaniem Rady Unii Europejskiej było dla mnie pewnym zaskoczeniem, mimo że miałam wcześniej także doświadczenie w Parlamencie Europejskim. Zrozumiałam wtedy, że musimy dopiero przyzwyczaić naszych partnerów, iż formułujemy swoje oczekiwania i przedstawiamy argumenty. I po pewnym czasie politycy innych krajów przyzwyczaili się do tego. Oczywiście wymagało to wielu konsultacji i rozmów, i my je prowadziliśmy, także z udziałem premiera Jarosława Kaczyńskiego, wbrew temu, co pisały niektóre media. Mimo to pisano i mówiono o izolacji naszego rządu, co było kompletnie nieuzasadnione. Myślę, że dziś minister Sikorski przyjmuje znacznie mniej delegacji zagranicznych niż ja, a premier Tusk ma mniej kontaktów zagranicznych niż w swoim czasie premier Kaczyński.

Zarzuca Pani obecnemu rządowi, że przyzwala na tworzenie relacji podległości w kontaktach z władzami Niemiec.
- Chodzi tu przede wszystkim o relacje na poziomie Unii Europejskiej. Niemcy konsekwentnie odbudowują swoją pozycję międzynarodową, zwracają uwagę na kwestię tożsamości i wykorzystują swoją pozycję ekonomiczną. Bardzo dobrze wiem, jak władze tego kraju potrafią forsować realizację swoich interesów na forum unijnym. Tak było również w przypadku umowy Unia - Rosja. Dlatego musieliśmy w tej sprawie prowadzić długie negocjacje. Nasza bardzo aktywna gra w tej kwestii miała wiele odsłon. Jedną z nich była próba złamania naszego weta podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych UE. Ówczesny minister spraw zagranicznych RFN [Frank Walter Steinmeier - red.] próbował kruczkiem proceduralnym narzucić swoje zdanie. Nie przestraszyliśmy się tego. Wszystkie kraje UE twardo walczą o swoje interesy i nie widzę powodów, by Polska zachowywała się inaczej. Myślę, że gdybyśmy byli konsekwentni, już przyzwyczailibyśmy Unię do tego. Przypomnę, iż trzy lata temu Niemcy próbowały wywrzeć presję na Polskę, aby odzyskać tzw. Berlinkę. Niemcy chcieli odwrócić sytuację prawną, zarzucając Polsce, że to my zagrabiliśmy skarb niemieckiej kultury. Przecież jako szef MSZ musiałam na to zareagować, choć wielu ekspertów bało się zabrać głos w tej sprawie. Szef rządu i obecnego MSZ nie reagują na tego typu agresywną politykę. Nie zareagowali nawet na krytykę Eriki Steinbach pod adresem ministra Władysława Bartoszewskiego. Można mieć różną opinię na temat jego działalności, i ja również mam pewne zastrzeżenia, ale rząd suwerennego państwa nie może ignorować przypadków obrażania jego przedstawiciela.

A może rząd skapitulował, ponieważ boi się sprzeciwić realizacji planu budowy związku Europy i Rosji, nakreślonego przez Siergieja Karaganowa, doradcę Władimira Putina?
- To nie jest wykluczone. Faktem jest natomiast, że znajdujemy się w bardzo niebezpiecznej dla Polski sytuacji. Dlatego zdecydowałam się coraz częściej zabierać głos. Uważam, że jako była minister spraw zagranicznych mam taki obowiązek. To nieprawda, iż zostałam "namaszczona" jako "bulterier PiS". Po prostu uważam, że obecna ekipa szkodzi Polsce. Ona już przyzwyczaiła inne kraje, że można grać wizerunkiem naszego państwa, a właściwie - rządu. Politycy z innych państw szybko się zorientowali, że obecnej ekipie zależy jedynie na "dobrym wizerunku wewnętrznym", a takie władze Polski z łatwością można rozgrywać. Przykładem są niedawne wizyty prezydenta Komorowskiego, zorganizowane w jednej "serii", w Brukseli, Paryżu i Berlinie. Przed odwiedzeniem każdej ze stolic wygłaszał opinie pokazujące gospodarzom, iż nie chce poruszać żadnych trudnych tematów, że zależy mu tylko na tym, aby te wizyty były ładnie pokazane w polskich mediach. I taki właśnie miały one charakter. Pytanie tylko, dokąd zmierzamy jako kraj, społeczeństwo. Wiem, że nie będzie zgody na modernizację Polski i zapewnienie jej wysokiego wzrostu gospodarczego bez prawdziwej suwerenności politycznej. Kolonie nigdy nie rozwijały się dobrze. Kolonie są po to, by je wykorzystywać.

Rząd sprowadza Polskę do pozycji kraju kolonialnego? Wobec Rosji i Niemiec?
- Polityka obecnych władz prowadzi do podległości naszego kraju. I nie ma tu żadnej alternatywy, bo zarówno Niemcy, jak i Rosja chcą odgrywać ważną rolę w Europie Środkowo-Wschodniej. Obecny rząd chciał "dobrych stosunków" z Rosją za wszelką cenę. Wykonał szereg gestów pod adresem władz tego kraju. A jakie konkrety udało się osiągnąć? Może umowę o żegludze na Zalewie Wiślanym? Jej negocjowanie rozpoczęło się jeszcze za rządów PiS, a mimo podpisania tego dokumentu nie rozwiązało to problemu żeglugi na Zalewie. To realizacja decyzji o budowie przekopu przez Mierzeję podjętej przez premiera Jarosława Kaczyńskiego realnie usunęłaby blokadę swobody ruchu statków. Być może Moskwa wykona teraz jakieś gesty wobec Polski, ale wynika to z jej realnych potrzeb. Rosja cierpi na głód inwestycji i liczy, że przyciągnie zachodnie firmy. Tymczasem władze Polski ustępują Moskwie na całej linii.

Katastrofa w Smoleńsku jeszcze nasiliła ten proces?
- Rosja prowadzi bardzo konsekwentną politykę zagraniczną, tzn. kieruje się swoimi interesami. Większość Rosjan, niezależnie od tego, jak to oceniamy, rozumie i wspiera realizowanie tych interesów. Dlatego nie rozumiem, co dzieje się z Polską, że nie potrafimy zdefiniować nawet naszych oczywistych interesów i tak strasznie zależy nam, aby inne kraje nas chwaliły, abyśmy mieli z nimi "dobre relacje", dlatego boimy się nawet dyskusji na temat naszych interesów. Tak, katastrofa smoleńska bardzo nasiliła ten proces. Świętej pamięci prezydent w ostatnim okresie życia przejął na siebie cały opór wobec szkodliwej dla kraju polityki. Był w tym niezwykle skuteczny... kosztem osobistego wizerunku.

Czy ktoś jeszcze liczy się z nami w twardej międzynarodowej grze?
- Siłę w tej walce daje nasza własna historia. Gdy podczas debaty w Sejmie przed kilkoma laty krytykowano rząd Jarosława Kaczyńskiego, że nie chce przyjąć Karty Praw Podstawowych UE, powiedziałam, iż tego rządu nie należy pouczać w sprawach związanych z prawami człowieka, bo wywodzimy się z "Solidarności" i prawa człowieka mamy we krwi. Jeszcze raz podkreślę, że polityka rządu PiS była oparta na interesach i wartościach. Często hasła respektowania praw człowieka są wykorzystywane do pomniejszania roli jednych państw i wzmacniania znaczenia innych. Przecież bardzo rzadko obecnie podnosi się wobec Rosji problem przestrzegania praw człowieka, za to zaczęto oskarżać o ich nierespektowanie władze Gruzji, a wcześniej podobne oskarżenia wysuwano wobec Ukrainy, Azerbejdżanu, każdego kraju wyzwalającego się z rosyjskiej orbity wpływów.

Niektórzy podpowiadają, że zamiast mówić zachodnim politykom o wartościach, lepiej zachęcać ich do konkretnych projektów, które realizowałyby te zasady...
- Zgadzam się z poglądem, że potrzebne są konkretne projekty. Ale to nie zastąpi wolności politycznej i pełnej suwerenności. Takie właśnie stanowisko przedstawiał śp. prezydent Lech Kaczyński, który popierał i realizował politykę konkretnych projektów w ramach współpracy z krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Tego typu projektem, który ma również wymiar polityczny, jest organizacja przez Polskę i Ukrainę mistrzostw Europy Euro 2012. Ten konkretny projekt przybliża naszego wschodniego sąsiada do współpracy z krajami Europy Zachodniej. Za takim projektem powinny iść także gesty polityczne, np. sfinalizowanie umowy UE - Ukraina i traktowanie przez Polskę tego kraju jako ważnego partnera w polityce zagranicznej. Tymczasem minister Radosław Sikorski podejmuje inicjatywy we współpracy z szefem rosyjskiego MSZ Siergiejem Ławrowem, a nie z ministrami ukraińskimi, gruzińskimi czy z krajów bałtyckich. Politykę zagraniczną ministra Sikorskiego i Donalda Tuska obciąża także sprawa funkcjonowania Polski w strukturach UE w ramach określonych traktatem lizbońskim.

To znaczy?
- Ten traktat był w ten sposób negocjowany, aby umożliwić państwom członkowskim prowadzenie równoległej, narodowej polityki zagranicznej we współpracy z innymi krajami UE. Zostało to wynegocjowane wspólnie z takimi krajami jak Wielka Brytania, Czechy i Litwa. Ale by skutecznie realizować taką politykę, nie należało zamykać części naszych placówek dyplomatycznych. Wielka Brytania nie likwidowała żadnej z nich. Gdybyśmy utrzymali te zlikwidowane placówki, nawet w krajach, w których nie mamy ważnych interesów, ale które były ważne z punktu widzenia UE, moglibyśmy mieć większy wpływ na politykę zagraniczną Unii. Jeśli wyzbywamy się wpływu na jej politykę w obszarach ważnych dla niej, czy nawet dla USA, to potem możemy już tylko prosić Unię o większe zainteresowanie np. polityką wschodnią.

USA, wycofując się z aktywnej polityki w Europie, pozwalają na rozszerzenie wpływów rosyjskich. W efekcie zamiast w programie budowy tarczy antyrakietowej Polska będzie uczestniczyć w rozbudowie systemu rakietowego SM-3.
- Ale ta decyzja będzie realizowana dopiero po zakończeniu ewentualnej drugiej kadencji prezydenta Baracka Obamy. Nie wiadomo, jakie będą wówczas możliwości budżetowe USA. Więc rezygnacja z tarczy antyrakietowej oznacza odsunięcie strategicznej współpracy z Ameryką daleko w czasie. Miejmy nadzieję, że uda nam się ponownie zacieśnić te więzi. Współpraca z USA będzie jednak realna, gdy także nasz kraj będzie prowadził aktywną politykę międzynarodową.

Nie widzi już Pani żadnych możliwości współpracy z obecnym rządem? Jeszcze niedawno wydawało się, że będzie Pani naszym reprezentantem przy ONZ.
- Na prośbę prezydenta Lecha Kaczyńskiego zgodziłam się przyjąć propozycję reprezentowania Polski przy ONZ. Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego doprecyzowującego kompetencje prezydenta i rządu w polityce zagranicznej sytuacja nieco się zmieniła. Dodatkowo przesłuchanie przed sejmową komisją pozbawiło mnie iluzji, że jest możliwa współpraca z tym rządem. Gdy zobaczyłam czekających dziennikarzy i zorientowałam się, że przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych zamierza przeprowadzać całe przesłuchanie przed kamerami, zrozumiałam, iż nie chodzi tu o prawdziwe przesłuchanie kandydata na ambasadora przy ONZ. Przecież byłam wtedy członkiem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, byłą minister spraw zagranicznych, i część moich opinii musiałaby mieć charakter dyskrecjonalny. Zrozumiałam wtedy, że chodziło o urządzenie czegoś w rodzaju przedstawienia medialnego. To miała być forma nacisku na mnie: jeśli przejdę na ich stronę, ustąpię, to wtedy zostanę ambasadorem. Teraz cieszę się, że nie doszło do tej współpracy, bo nie mogłabym pogodzić swoich poglądów i sumienia z polityką obecnego rządu. Moja wypowiedź, że jestem "porażona" jego polityką, została zmanipulowana. Ale rzeczywiście już wtedy nie zgadzałam się z tą polityką. Dlatego nie chciałam zostać ambasadorem na warunkach PO. Później rozpatrywano jeszcze pomysł, bym została przedstawicielem Polski przy FAO [Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa - red.], ale to nie było ze mną uzgadniane. Jednak i tak nie zgodziłabym się na objęcie tego stanowiska, ponieważ obecnie funkcję tę pełni osoba, z którą wcześniej współpracowałam. Natomiast pomysł, bym reprezentowała Polskę przy Międzynarodowej Organizacji Pracy, pochodził od śp. prezydenta Kaczyńskiego.

Jakie są w takim razie obecne Pani plany zawodowe?
- Jestem w PiS i bardzo się z tego cieszę. Zajmuję się analizowaniem sytuacji międzynarodowej i polskiej polityki zagranicznej. Chciałabym kandydować w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, ale nie wiem jeszcze, jaka będzie za rok sytuacja polityczna. Na razie widzę, że PiS umacnia swoją pozycję, gdy wytyka błędy Platformie.

Nie zamierza Pani rezygnować z działalności politycznej?
- Nie. Nie boję się ataków personalnych, inwektyw ze strony przeciwników politycznych, które podnoszą się niemal zawsze, gdy tylko zabieram głos. Ja nie chcę postępować w taki sam sposób. Dlatego przedstawiam merytoryczną ocenę polityki, a nie posługuję się inwektywami.

Teraz ma Pani więcej czasu na realizację jakiejś pasji, hobby?
- Niestety, nie. Szczerze mówiąc, mam właśnie mało czasu. Przez pięć dni w tygodniu jestem w Warszawie, a na sobotę i niedzielę wracam do domu w Gdańsku. Poza tym mamy poważnie chorą osobę w rodzinie, która wymaga opieki. W ten sposób wystarcza mi czasu tylko na spacery nad morzem, czytanie i słuchanie muzyki.

Była Pani pierwszą kobietą ministrem spraw zagranicznych III RP. Czy kobiecie ministrowi trudniej, czy łatwiej jest sprawować funkcję kojarzoną z twardą grą interesów?
- Jeśli ktoś myśli, że można wykorzystywać damskie atuty czy modne trendy dotyczące równouprawnienia płci, to jest w błędzie... W polityce międzynarodowej jest się traktowanym po prostu jako partner, przedstawiciel innego kraju. Zwykle na poziomie unijnym podczas spotkań z szefami dyplomacji innych państw spotykałam się z trzema, czterema kobietami ministrami. Czasami było to pomocne. Pamiętam zwłaszcza negocjacje nad traktatem lizbońskim. Był taki moment, gdy prezydent uczestniczył w oddzielnej kolacji wraz z przywódcami innych krajów członkowskich, a ja brałam udział w spotkaniu na poziomie ministrów spraw zagranicznych. W pewnym momencie zorientowałam się, że prezydent Kaczyński przełamuje impas w rozmowach i wygrywa, ponieważ ministrowie spraw zagranicznych przypuścili na mnie niespotykany atak. Posunięto się nawet do personalnych wycieczek. Wtedy właśnie przyzwoicie zachował się szef szwedzkiego MSZ Carl Bildt, który kiedyś pomagał "Solidarności", a także kobiety ministrowie...

To raczej źle świadczy o ministrach...
- Politycy z państw Unii nie byli na początku przyzwyczajeni, że zasiada wśród nich polski minister spraw zagranicznych, który domaga się respektowania interesów narodowych, i to w dodatku kobieta...

To akurat chyba jest całkowicie zgodne z unijnymi trendami w postaci parytetów dla kobiet.
- Ale politycy unijni nie przywykli do tego, że przedstawiciel nowego kraju członkowskiego zaczyna pouczać innych, bo tak właśnie odbierali początkowo moje wystąpienia. Tymczasem ja po prostu przedstawiałam stanowisko naszego rządu. Mimo to wolę zajmować się polityką zagraniczną niż wewnętrzną, krajową. Myślę, że nie umiałabym prowadzić gier w polityce wewnętrznej. Krytykowano mnie też bardziej w Polsce niż za granicą. To taka dziwna nasza specyfika, że polska opinia publiczna woli raczej krytykować swojego przedstawiciela, który walczy o jej interesy, niż narazić się na krytykę ze strony innych państw.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Fotyga - absolwentka handlu zagranicznego na Uniwersytecie Gdańskim oraz Duńskiej Szkoły Administracji Publicznej. W ramach stażu pracowała w Departamencie Pracy w USA oraz w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju. W 1981 r. działała w sekcji zagranicznej Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ "Solidarność". Na początku lat 90. pracowała w Międzynarodowej Organizacji Pracy. W 2004 r. zdobyła z ramienia PiS mandat posła do Parlamentu Europejskiego. Pełniła funkcję szefa kancelarii śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego (2007-2008). Mężatka, ma dwoje dzieci."
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 08 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Czw Gru 08, 2016 3:01 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Pon Paź 18, 2010 9:09 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Wiem, że nie będzie zgody na modernizację Polski i zapewnienie jej wysokiego wzrostu gospodarczego bez prawdziwej suwerenności politycznej. Kolonie nigdy nie rozwijały się dobrze. Kolonie są po to, by je wykorzystywać.

...

Krytykowano mnie też bardziej w Polsce niż za granicą. To taka dziwna nasza specyfika, że polska opinia publiczna woli raczej krytykować swojego przedstawiciela, który walczy o jej interesy, niż narazić się na krytykę ze strony innych państw.

Drugi fragment ma oparcie w tym, że przecież PiSowski Minister nie mógł niczego dobrego robić, co się uzasadniało i uzasadnia samo przez się.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group