" /> Dyskusje ogólne :: Piłkarskie tajemnice archiwów IPN : Futbol na podsłuchu
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Piłkarskie tajemnice archiwów IPN : Futbol na podsłuchu

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Sob Lis 20, 2010 10:30 pm    Temat postu: Piłkarskie tajemnice archiwów IPN : Futbol na podsłuchu Odpowiedz z cytatem

Piłkarskie tajemnice archiwów IPN : Futbol na podsłuchu

http://www.sports.pl/Pilka-nozna/Pilkarskie-tajemnice-archiwow-IPN,artykul,92190,1,279.html



Tagi: Jacek Gmoch, Zbigniew Boniek, podsłuch, futbol, PRL, Służba Bezpieczeństwa

W PRL środowisko piłkarskie stale było infiltrowane przez Służbę Bezpieczeństwa. Ubecy chodzili za zawodnikami krok w krok podczas każdego wyjazdu zagranicznego. Celem dwóch dużych akcji byli Jacek Gmoch i Zbigniew Boniek. Byli też piłkarze, trenerzy i działacze pracujący w bezpiece. Dziś zapewniają, że na fikcyjnych etatach...

Zbigniew Boniek był jednym z nielicznych polskich zawodników wykazujących całkowity brak zaangażowania w walce sportowej. Miał pełną świadomość, że nie spełnił oczekiwań ani kierownictwa drużyny, ani kolegów - tak w raporcie po mistrzostwach świata w 1986 roku pisał nie selekcjoner Antoni Piechniczek, lecz... agent Służby Bezpieczeństwa, który poleciał z drużyną biało-czerwonych do Meksyku.

Nie była to w tamtych czasach jakaś wyjątkowa sytuacja, lecz standardowa. Tajniacy byli w każdej ekipie sportowej z ZSRR, NRD, Bułgarii czy innego kraju bloku wschodniego, biorącej udział w zawodach na Zachodzie. I pisali podobne raporty, wpędzając ludzi sportu w poważne czasem kłopoty. A dziś to oni sami przysparzają kłopotów historykom sportu, którzy analizując stare zdjęcia, mają problemy z ustaleniem, kim też może być osobnik w reprezentacyjnym stroju, stojący obok trenera i zawodnika.

Służby specjalne PRL, podobnie jak ich odpowiednicy w innych krajach komunistycznych, chciały wiedzieć wszystko o obywatelach. A już szczególnie interesowały się ludźmi wyjeżdżającymi za granicę, kontaktującymi się ze znajomymi na Zachodzie. Piłkarze i trenerzy często podróżujący po świecie musieli zatem być pod obserwacją. Zdarzało się, że przeglądano ich korespondencję, podsłuchiwano rozmowy, sprawdzano, kim są i czym się zajmują ich przyjaciele mieszkający poza Polską.

Do operacji przeciwko zawodnikom czy trenerom wykorzystywano funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, tajnych współpracowników aparatu bezpieczeństwa, agentów SB. Podczas licznych działań operacyjnych zbierano haki na świadków. Informacje zawarte w tajnych notatkach były przekazywane funkcjonariuszom MSW, którzy prowadzili postępowania. Polski Związek Piłki Nożnej ściśle współpracował z kierownictwem bezpieki. Na jej zlecenie wysyłał nawet do centrali ministerstwa wykazy premii, jakie zawodnicy mieli otrzymywać za wygrane mecze w mistrzostwach świata.

Fikcyjny etat piłkarza w UB?
W lutym 1953 roku o pracę w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego starał się Edmund Zientara, wówczas zawodnik milicyjnej Gwardii Warszawa, później legenda wojskowej Legii. Jedyny piłkarz, który zdobył z tą drużyną mistrzostwo Polski jako zawodnik, a później prowadząc ją jako pierwszy trener.


- Byłem młodym chłopcem i w klubie załatwiono mi dodatkową robotę. To był fikcyjny etat. To znaczy brałem pensję, ale do pracy w ministerstwie nie chodziłem - zapewniał Edmund Zientara, który w 1950 roku debiutował w reprezentacji Polski w meczu z Bułgarią. - Wynagrodzenie przynosił mi do szatni kierownik drużyny. To trwało chyba ze dwa lata. Zwolnili mnie, bo była reforma ministerstwa. Kilku moich kolegów też dostawało takie pieniądze. Wydaje mi się, że podobną sytuację miał Krzysztof Baszkiewicz (były zawodnik Gwardii Warszawa, 20-krotny reprezentant Polski. Zmarł w 1993 roku - przyp. red).


Czy piłkarz w 1953 roku, w czasach Bolesława Bieruta, mógł mieć fikcyjny etat w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego? Faktycznie, w różnych zakładach pracy zatrudniano często sportowców jako górników dołowych czy ślusarzy, którzy w zakładzie pracy pojawiali się tylko w dniu wypłaty, ale dopiero w latach 70. i 80. XX wieku.


Historycy twierdzą, że takie fikcyjne zatrudnienie sportowca w bezpiece, zwłaszcza w latach stalinowskiego terroru, nie wchodziło w grę.


- Absolutnie nie było możliwe, żeby sportowiec pracował w tym ministerstwie i był na fikcyjnym etacie. To nie te czasy - twierdzi dr Tomasz Łobuszewski z Instytutu Pamięci Narodowej.


- A cóż miał oznaczać fikcyjny etat? Nie spotkałem się z przypadkiem, żeby funkcjonariusz MBP nie miał obowiązków wywiadowczych albo operacyjnych - uważa profesor Jan Żaryn, z IPN.


Teczka Edmunda Zientary, do której dotarliśmy w archiwach IPN, jest interesująca. Kandydat do pracy w MBP napisał życiorys zielonym atramentem. Został przyjęty do służby po wnikliwej weryfikacji. Niebawem ślubował: „Stać na straży wolności, niepodległości i bezpieczeństwa państwa polskiego, dążyć ze wszystkich sił do ugruntowania ładu wewnętrznego, opartego na społecznych, gospodarczych i politycznych zasadach ustrojowych Polski Ludowej i z całą stanowczością, nie szczędząc swych sił, zwalczać jej wrogów".
Edmund Zientara dostał stanowisko wywiadowcy w Wydziale II Departamentu Śledczego. Po dwóch miesiącach służby był już młodszym oficerem śledczym. - To wydział, który zajmował się najważniejszymi śledztwami politycznej wagi - twierdzi Paweł Piotrowski z IPN.

Pochwały od kata
Zientara awansował w ubeckiej hierarchii dzięki dobrej opinii przełożonego.

„Obywatel Zientara Edmund obecnie uczęszcza do liceum i przygotowuje się do zdania matury. Jego zachowanie jest bez zarzutu. Jest zdyscyplinowany, pilny w nauce. Posiada perspektywę w naszym aparacie - chwalił podwładnego pułkownik Józef Różański, dyrektor Departamentu Śledczego, który wcześniej odebrał od niego uroczystą przysięgę.

Kim był promotor Edmunda Zientary, który tak pochlebnie wypowiadał się o swoim pracowniku? Różański to jeden z najgorszych oprawców działających w systemie bezpieczeństwa PRL. Były członek NKWD torturował fizycznie i psychicznie więźniów politycznych.

„Sam bił do krwi, tolerował bicie i podżegał do niego podwładnych mu funkcjonariuszy bijąc w ich obecności..." - relacjonował w kwartalniku historycznym „Karta 31" Zdzisław Uniszewski. To właśnie Józef Różański nadzorował śledztwo przeciwko Witoldowi Pileckiemu (bohaterski organizator ruchu oporu w Auschwitz-Birkenau, skazany przez polskich komunistów na śmierć i rozstrzelany - przyp. red.) oraz Janowi Rzepeckiemu (założyciel Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, niesłusznie skazany na 8 lat więzienia - przyp. red.). W następstwie czystki przeprowadzonej w ministerstwie po śmierci Stalina (była konsekwencją krytyki nadużyć aparatu bezpieczeństwa w Związku Radzieckim, a potem w Polsce oraz ucieczki za granicę Józefa Światły, który ujawnił w Radiu Wolna Europa kulisy bezpieki) Różański został zwolniony ze służby i skazany na 14 lat więzienia.

- Słyszałem o Różańskim, ale nie znałem tego człowieka. Nawet nie wiedziałem, że był on moim przełożonym - zapewniał nas Edmund Zientara, były kapitan reprezentacji Polski, współpracownik selekcjonera Jacka Gmocha w kadrze w 1978 roku.

Edmund Zientara stracił pracę w ministerstwie pod koniec 1954 roku, po dekrecie Bolesława Bieruta nakazującym restrukturyzację departamentu i ministerstwa. Na pożegnanie piłkarz dostał trzymiesięczną odprawę. - To zastanawiające, że młody oficer został zwolniony ze służby w tym właśnie roku. Wówczas wielu niedoświadczonych funkcjonariuszy zaczęło robić karierę w aparacie bezpieczeństwa - analizuje profesor Jan Żaryn.

Zientara był człowiekiem bardzo szanowanym w środowisku futbolowym. Działał w PZPN. Był członkiem honorowym związku. Pracował w komisji fair play i etyki. Zmarł 3 sierpnia 2010 roku. Miał 81 lat.

Po jego śmierci redaktor Stefan Szczepłek w „Rzeczpospolitej" pisał: „Raz tylko widziałem go płaczącego. Kiedy znalazł swoje nazwisko na liście Wildsteina, na której kaci i donosiciele widnieli obok swoich ofiar, ale nie napisano, kto jest kim".

Co Strejlau robił w BOR?
W teczkach znajdujących się w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej można również trafić na nazwisko innego zasłużonego trenera reprezentacji i działacza piłkarskiego związku. Jest nim Andrzej Strejlau. W 1963 roku, gdy pierwszym sekretarzem KC PZPR był Władysław Gomułka, prosił o przyjęcie w poczet pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Trafił do służby w 1964 roku. Został zatrudniony w Biurze Ochrony Rządu na stanowisku... specjalisty samochodowego (wynagrodzenie 2000 zł brutto miesięcznie).

- Miałem dwadzieścia cztery lata. Byłem wtedy w milicyjnej Gwardii. Raz może odwiedziłem siedzibę BOR. To był fikcyjny etat - upiera się Andrzej Strejlau. - Czym ja miałbym się tam zajmować? Wówczas nie miałem nawet prawa jazdy i kiepski był ze mnie specjalista od motoryzacji. Do dziś potrafię jedynie paliwo do baku nalać - śmieje się.


Po niespełna roku przyszły trener reprezentacji Polski został zwolniony ze służby na własną prośbę. Jego przełożony jednak surowo ocenił jego predyspozycje do pracy: „Obywatel Strejlau Andrzej okazuje brak zainteresowania powierzonym mu odcinkiem pracy, nie potrafi przełamać napotkanych trudności, uwidacznia się brak zmysłu organizacyjnego. Wyraża chęć pracy w szkolnictwie otwartym w dziedzinie sportu".
Strejlau prosił o zwolnienie z BOR w osobnym dokumencie. „W tej jednostce nie widzę dla siebie żadnych perspektyw w dalszej pracy. Jestem z wykształcenia magistrem wychowania fizycznego i chcę podjąć pracę zgodnie ze swoimi kwalifikacjami" - argumentował.


- Nigdy nie byłem w PZPR i to nie pomagało w karierze. Wiem, że niektórzy współpracownicy składali na mnie donosy. Pamiętam o tym, ale oskarżeń nie chcę rzucać i dlatego nie będę mówił o personaliach. To były trudne lata. W niektórych klubach istniały komórki kontrwywiadu. Tak było w wojskowej Legii - opowiada.
Koncewicz na etacie w MSW


Z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych PRL związane były także losy innego byłego selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski, Ryszarda Koncewicza. Były więzień oflagów, odznaczony Orderem Virtuti Militari, w 1972 roku został przyjęty na etat trenera koordynatora piłki nożnej w MSW (był także opiekunem piłkarzy w milicyjnej Gwardii Warszawa). Trafił do Departamentu Szkolenia i Doskonalenia Zawodowego pracowników ministerstwa.

W jego teczce znajdującej się w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej można przeczytać, że otrzymywał wynagrodzenie w wysokości 6500 złotych miesięcznie.

Pracował w MSW do 1976 roku, kiedy przeszedł na emeryturę. Rozwiązując umowę za porozumieniem stron, podpisał zobowiązanie o utrzymaniu w ścisłej tajemnicy wiadomości uzyskanych podczas pracy w ministerstwie.

Reprezentant Polski w SB
Na etacie w Służbie Bezpieczeństwa PRL był obecny skaut Wisły Kraków Zdzisław Kapka (przez lata piłkarz Białej Gwiazdy). Z akt w IPN wynika, że w 1976 r. złożył podanie o przyjęcie do Milicji Obywatelskiej. Po okresie próbnym i otrzymaniu dobrej opinii przełożonych został zatrudniony na stanowisku wywiadowcy w Wydziale B Służby Bezpieczeństwa z wynagrodzeniem 2500 złotych miesięcznie. Oznacza to, że Kapka jako funkcjonariusz bezpieki grał w kadrze narodowej siedmiokrotnie. Wszystkich występów w reprezentacji Polski ma 14.


W 1978 roku został przesunięty na etat starszego inspektora. Był na nim w stanie wojennym, jednak w jego teczce nie ma informacji, czy wykonywał wówczas jakiekolwiek działania operacyjne, czy był na fikcyjnym etacie. Zwolniono go ze służby w 1983 roku, gdy zdecydował się na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Przez trzy lata był tam piłkarzem Spirit Pittsburgh. Grał między innymi z Januszem Sybisem i Piotrem Mowlikiem.
Sprawa zatrudnienia Kapki w SB wyszła na jaw, gdy kandydował do europarlamentu w 2004 roku z listy Socjaldemokracji Polskiej i w oświadczeniu lustracyjnym przyznał się do pracy w organach bezpieczeństwa PRL.


- Jednak ja nie byłem nigdy w SB, tylko jako piłkarz GTS Wisła miałem tak zwany lewy etat w milicji. W tamtych czasach na takich zasadach byli zatrudnieni wszyscy piłkarze Wisły. Na nikogo nie donosiłem, nie inwigilowałem, nie podsłuchiwałem. Nawet w komisariacie nie byłem - tłumaczył się wówczas w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej".


- To dlaczego napisał pan w oświadczeniu: „Pracowałem w organach bezpieczeństwa państwa"? Przecież milicja do nich nie należała!


- Dla świętego spokoju. SB i MO w tamtych czasach to był jeden resort. Nie napisałbym, że współpracowałem, to później ktoś by wyciągnął, że byłem w MO, brałem stamtąd regularnie pieniądze, i okazałoby się, że coś kombinuję. A ja chcę być czysty - mówił.


Z teczki znajdującej się w archiwach IPN wynika jednak, że Kapka miał umowę o pracę w SB. - Nie wszyscy piłkarze Wisły byli na etacie w służbach mundurowych. Ja takiego nie miałem, bo sprawiałem problemy wychowawcze i komisja mnie odrzuciła. Straciłem na tym finansowo. Ci, co dostawali etat w MSW, nie mieli wielkiego wyboru i byli przydzielani do różnych jednostek - wspomina Andrzej Iwan, były piłkarz Białej Gwiazdy.


- Pamiętam, że Zdzichu miał problemy z radykalnymi kibicami, którzy nazywali go ubekiem, ale przecież nie tylko on pracował w resorcie siłowym. Jeden z kolegów z Wisły Kraków dorobił się nawet emerytury mundurowej. Ostatnio mu ją obniżyli i śmialiśmy się, że to dlatego, iż za mocno bił pałą demonstrantów.


Z bezpieki na prezesa
Oficerem SB był również Marian Rapa, wieloletni obserwator PZPN, a dziś prezes Lubelskiego Związku Piłki Nożnej. O jego powiązaniach z bezpieką dowiedzieliśmy się w 2006 roku podczas procesu lustracyjnego posłanki Zyty Gilowskiej. Rapa został wezwany przez sąd w charakterze świadka i musiał zeznawać. Wyjaśniał, że Służba Bezpieczeństwa nie interesowała się byłą minister finansów, ani nikim z jej rodziny. Jego zdaniem Gilowska była też fikcyjnie rejestrowana przez bezpiekę.
Zadzwoniliśmy do Mariana Rapy.

- Przygotowujemy tekst o działaczach piłkarskich pracujących w przeszłości w Służbie Bezpieczeństwa PRL, a więc musimy napisać i o panu.

- A dlaczego?

- Bo był pan pracownikiem kontrwywiadu PRL.

- (Po chwili ciszy) Nie wstydzę się tego. Z perspektywy czasu można mówić, że system PRL był zły, ale gdy byłem młodym człowiekiem, widziałem to inaczej. Służyłem ojczyźnie. Po zmianie systemu przeszedłem pozytywnie weryfikację i pracowałem także w kontrwywiadzie w Urzędzie Ochrony Państwa. Odszedłem ze względu na stan zdrowia. Gdybym jeszcze raz miał decydować o swoim życiu, poszedłbym tą samą drogą. Tyle mam do powiedzenia. Więcej się pan ode mnie nie dowie - urwał rozmowę Rapa.


W okręgowym związku piłkarskim w Lublinie przeszłość Rapy nie zrobiła na działaczach większego wrażenia. Co prawda w 2007 roku jeden z nich próbował wystąpić z wnioskiem o usunięcie prezesa (z powodu jego wątpliwej etycznie przeszłości), ale wniosek ten nie zyskał akceptacji na walnym zebraniu sprawozdawczo-wyborczym. W 2008 roku były oficer SB... został ponownie wybrany na szefa LZPN. Został także honorowym członkiem zarządu PZPN.

Gmoch na celowniku
Bezpieka jednych piłkarzy czy trenerów zatrudniała, innych inwigilowała. Największą akcję MSW prowadziło przeciwko Jackowi Gmochowi, co może dziwić, gdyż należał on do PZPR i był uważany za pupila władzy ludowej. Andrzej Gowarzewski w „Encyklopedii Piłkarskiej Fuji - 75 lat PZPN" pisał: „Okres jego współpracy z kadrą charakteryzował się niespotykaną ingerencją partyjnej propagandy w publikowane w prasie teksty (...). Spodziewając się burzy po powrocie kadry z Argentyny, wprowadzono nakaz cenzorski, który był niczym innym jak zakazem krytykowania Gmocha".


Zakaz krytyki nie dotyczył jednak SB, która operację przeciw selekcjonerowi, pod kryptonimem „Pozorant", rozpoczęła w 1978 roku. Zdaniem służb specjalnych PRL: „Jacek Gmoch będąc przedstawicielem polskiej kadry piłkarskiej podpisał umowę z Ryszardem Monghy - reprezentującym spółkę Minex z Wiednia. Firma zobowiązała się przekazać do dyspozycji drużyny narodowej zestaw gadżetów i w zamian za reklamę: wypłacić zespołowi udającemu się na mistrzostwa świata do Argentyny kwoty 15, 25 lub 35 tysięcy dolarów, w zależności od tego, do którego etapu mundialu zakwalifikują się Polacy".


Według śledczych po mundialu Gmoch otrzymał w Warszawie czek na 25 tysięcy dolarów, za awans do drugiej rundy. Wywiózł go do Finlandii i zrealizował w jednym z banków w Helsinkach. Samo wywiezienie czeku było zagrożone grzywną w wysokości 1,5 mln złotych. Zarzucano mu także przyjęcie 3 tysięcy dolarów USA do podziału wśród drużyny piłkarskiej w okolicznościach, iż mógł i powinien przypuszczać, że pochodzą one z czynu zabronionego.


- To wszystko bzdury. Umowę z firmą Minex podpisałem w biurze dyrektora w obecności rady drużyny, do której należeli: Antoni Szymanowski, Kazimierz Deyna, Bohdan Masztaler, Jan Tomaszewski i Henryk Maculewicz. Piłkarze dostali czek, przewieźli go za granicę i zrealizowali. Później podzielili pieniądze na wszystkich zawodników. Odebrali je za pokwitowaniem, a mi wręczyli oryginały tych pokwitowań. Mam je do dzisiaj - zapewnia nas były szkoleniowiec reprezentacji.

Permanentna inwigilacja

Śledztwo było rozległe. Trwało kilka lat. Funkcjonariusze sprawdzali dokładnie majątek Jacka Gmocha, który przebywał w Norwegii, a później w Grecji. Analizowano stan jego konta, prześwietlano nawet wniosek paszportowy jego syna. Dochodziło do absurdów. Współpracująca z bezpieką komisja PZPN, w której składzie było dwóch znanych trenerów, przyszła do domu byłego selekcjonera w Pruszkowie i sprawdzała, czy nie ma w nim marmurowych elementów uważanych za symbol luksusu! Jeden ze śledczych, podporucznik Michał Filipek, dokonywał nawet... oględzin proporczyka, który znany szkoleniowiec otrzymał od znajomej. Bezpieka wystąpiła również o zajęcie korespondencji przychodzącej do rodziców i brata byłego trenera reprezentacji. Zarządzono też zatrzymanie Gmocha na granicy, gdy tylko przyjedzie on do Polski.


PZPN, wówczas regularnie współpracujący z bezpieką, musiał wysłać do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych dokładną informację, jak wysokie premie zawodnicy i sztab szkoleniowy mieli otrzymać za grę podczas mundialu w Argentynie. Z harmonogramu wypłat wynika, że najwięcej Polacy mogli dostać za zwycięstwo w grupie z RFN - do 50 tysięcy złotych i 500 dolarów - ostatecznie było 0:0, więc otrzymali połowę tej kwoty. Za mistrzostwo świata każdy z podstawowych piłkarzy i selekcjoner mieli zagwarantowane 200 tys. złotych i do 2000 dolarów.


Śledczy - prawdopodobnie od swoich agentów - wiedzieli, że podczas mistrzostw trwały spory między zawodnikami a kierownictwem ekipy o finanse. - Sprawa podziału pieniędzy odbijała się nam czkawką. Ja o finansach nie dyskutowałem. W tych mistrzostwach działo się w naszej ekipie wiele dziwnych rzeczy. Jestem pewien, że byli z nami agenci służb specjalnych. Żyliśmy w czasach, w których nikt nie mógł być niczego pewien. Kiedy trafiliśmy do jednej grupy z gospodarzami mistrzostw baliśmy się, że w pokojach mamy założony podsłuch, dlatego jedną z odpraw zrobiliśmy na polu golfowym - wspomina Andrzej Strejlau, który podczas mundialu w Argentynie był asystentem Gmocha.


Akcja „Pozorant" zakończyła się fiaskiem. Bezpieka nie znalazła dowodów wskazujących na winę trenera i umorzyła postępowanie.


- Blisko 10 lat nie mogłem wrócić do Polski. W pozytywnym zakończeniu sprawy pomógł mi brat, przyjaciele i pani profesor Ewa Łętowska, która była rzecznikiem praw obywatelskich. Dziękuję im - mówi Jacek Gmoch.


Haki na świadków

Z jak wielką desperacją przedstawiciele SB działali w sprawie Gmocha, najlepiej niech świadczy fakt, że zbierali haki na działaczy i zawodników składających zeznania w postępowaniu przygotowawczym.
Komendy Milicji Obywatelskiej w całym kraju kompletowały informacje o świadkach i wysyłały je do prowadzących śledztwo. Na przesłuchanie byli wzywani członkowie polskiej ekipy z mundialu w Argentynie. Ich zeznania znajdujące sie w archiwach IPN w większości są dziś nieczytelne. Udało nam się dotrzeć do tajnych milicyjnych notatek (pisownia oryginalna - przyp. red.), które podczas śledztwa trafiały do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Oto one:


Uprzejmie donoszę...

W ekipie na mistrzostwa świata w Argentynie agenci SB węszyli przede wszystkim w finansowych rozliczeniach. Osiem lat później w Meksyku tajniak więcej miejsca w swoich raportach do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych poświęcał sportowej ocenie startu polskiej reprezentacji. A donosił zwłaszcza na Zbigniewa Bońka. - To była zemsta za moją niepokorność - mówi nam Zibi.


Duża akcja SB przeprowadzona podczas mundialu miała kryptonim „Mexico 86". Do dokumentów z tej sprawy dotarliśmy w Instytucie Pamięci Narodowej. Jej akta liczą 261 stron. Zorganizowano ją „w celu zabezpieczenia pobytu polskiej ekipy podczas mistrzostw świata". Pierwsze działania podejmowano już w lutym 1986 roku, a więc kilka miesięcy przed imprezą. Data końcowa operacji to dopiero 26 marca 1988 roku.


Z drużyną prowadzoną przez selekcjonera Antoniego Piechniczka do Meksyku poleciał ppłk Edward Kudybiński. Jego kandydaturę wysunął generał Henryk Dankowski, zastępca szefa SB, a zatwierdził generał Władysław Ciastoń, szef SB i wiceminister MSW. Oficjalnie agent był przedstawicielem Głównej Komisji Kultury Fizycznej i Turystyki (poprzedniczki Ministerstwa Sportu), na co dzień był jednak wysoko postawionym funkcjonariuszem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.


„Mimo iż oficjalnie występowałem jako przedstawiciel GKKFiT, po kilku dniach cała ekipa wiedziała, jaki resort reprezentuję, gdyż byłem jedyną osobą spoza towarzystwa, które zna się wzajemnie od lat i wśród którego panuje swoisty solidaryzm" - żalił się swoim przełożonym Edward Kudybiński.


Przesadzał. Jak wynika z naszych ustaleń, nie wszyscy członkowie ekipy biało-czerwonych zdawali sobie sprawę, że towarzyszy im przedstawiciel służb specjalnych PRL.


- Jestem autentycznie zaskoczony tym, że był wtedy z nami agent. Owszem, mieliśmy dwóch oficjalnych ochroniarzy, którzy pilnowali naszego skarbnika, gdy ten w Meksyku wybierał się do banku po pieniądze dla ekipy, ale rozumiem, że to nie oni pisali donosy. Nie wiedziałem, że był również z nami człowiek z MSW - zapewnia Antoni Piechniczek, były selekcjoner reprezentacji Polski, a dziś senator Platformy Obywatelskiej (złożył oświadczenie lustracyjne, w którym napisał, że nigdy nie miał żadnych kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. Prokuratorzy IPN uznali, że jest ono zgodne z prawdą - przyp. red).


- Wiedzieliśmy podczas każdego zgrupowania, że mamy plecy. Ciężko jednak było odróżnić agenta od działacza - śmieje się Jacek Kazimierski, wtedy rezerwowy bramkarz reprezentacji Polski.



Uwaga na terrorystów

Mundial w Meksyku zdaniem ówczesnych władz Polski Ludowej odbywał się w „trudnej sytuacji międzynarodowej uwarunkowanej militarystycznym kursem polityki zagranicznej USA - stanowiącym istotne zagrożenia dla pokoju światowego".


Komuniści obawiali się podczas spotkań prowokacji politycznych ze strony Solidarności, chcieli zapobiec namawianiu polskich zawodników do pozostania na Zachodzie. Zabezpieczali się przed potencjalnymi atakami terrorystycznymi (ośrodek w Monterrey, gdzie w Meksyku mieszkali biało-czerwoni, ochraniało 22 meksykańskich policjantów z bronią krótką oraz maszynową. W pobliskich górach stacjonował helikopter, który w każdej chwili mógł być wezwany na pomoc).


Funkcjonariusz SB oddelegowany do ekipy miał ściśle współpracować i wymieniać się informacjami ze służbami bezpieczeństwa krajów socjalistycznych. Przeprowadzić rozeznanie wśród działaczy sportowych, trenerów i zawodników przewidzianych do składu polskiej ekipy. Miał on też za zadanie zorganizować sieć donosicieli - zwanych osobistymi źródłami informacji. Byli wśród nich przedstawiciele mediów, ale z dokumentów zachowanych w aktach IPN trudno powiedzieć, czy kablowali na kolegów i piłkarzy.
Oddelegowany do akcji agent SB kontaktował się z nimi szyfrem. Mówił: „Pozdrowienia od pana Leszka z Katowic" albo „Jestem od przyjaciela Sławomira Rogalskiego".


Cios w Loskę

Pierwszy funkcjonariuszowi MSW podpadł Henryk Loska - w Meksyku zastępca szefa misji do spraw sportowych. Kudybiński donosił w raporcie: „Loska nawiązał kontakt z bliżej nierozpoznawalnym obywatelem Republiki Federalnej Niemiec. Rzekomo załatwia z nim sprawy kontraktów zagranicznych. Powyższe oraz niewykonywanie statutowych obowiązków wobec drużyny wywołuje złą atmosferę". W kolejnym piśmie do swoich przełożonych ubek apelował o wystąpienie do prezesa PZPN Edwarda Brzostowskiego o natychmiastowe odwołanie Henryka Loski do kraju.


Ministerstwo Spraw Wewnętrznych po konsultacji z szefami polskiego futbolu odrzuciło prośbę swojego agenta. Powód? Brak udokumentowanych zarzutów.


- Od pana się dowiaduję, że z nami w Meksyku był agent SB! Mówi pan, że donosił na mnie? Że co niby robiłem? Zajmowałem się sprawami sportowymi i nie wiedziałem, że mamy taką wtykę w naszej ekipie. Nie pamiętam tego człowieka. Byłem na czterech mundialach, wiele rzeczy widziałem, ale o tak bezczelnych donosach nie słyszałem. Gdybym go dzisiaj spotkał na ulicy, może bym sobie go przypomniał. No i chyba po pysku bym mu dał - denerwuje się Henryk Loska.


Z akt IPN wynika, że wysłannik SB nie chciał dopuścić do kontaktów piłkarzy i trenerów z Polonią mieszkającą w Stanach Zjednoczonych. Obawiał się bowiem wystąpień antypaństwowych i „akcji wywrotowych Solidarności". Gdy w ośrodku Bahia Escondida, w którym przebywała kadra, zamieszkała grupa emigrantów, Kudybiński wystąpił do Meksykanów o ich przekwaterowanie. „Dostałem informacje, że są wśród nich trzy młode dziewczyny, które są panienkami lekkich obyczajów z Teksasu. Zostały usunięte z ośrodka, a emigranci zostali przeniesieni w inne miejsce" - relacjonował w sprawozdaniu.


Boniek - wróg numer 1

Wśród zawodników agent z MSW szczególnie upatrzył sobie Zbigniewa Bońka. To właśnie jemu poświęcał najwięcej uwagi w raportach, które trafiały na stół szefów SB.

- Ja wiedziałem, że jest z nami „cichociemny pan z bezpieki". Olewałem go od samego początku. Patrzyłem na niego z politowaniem. Tak jak zawsze na przedstawicieli służb, którzy próbowali kontaktować się ze mną, gdy tylko wyjechałem z Polski do Włoch. Oni słyszeli ode mnie tylko jedno słowo: spierdalać! - relacjonuje Zbigniew Boniek.


- W 1978 roku też zostałem uznany za element negatywny. Później byłem ukarany za niepokorność. Przecież podczas słynnej „afery na Okęciu" to ja i Terlecki ponieśliśmy najsurowsze konsekwencje. Zdyskwalifikowano nas na rok (w grudniu 1980 roku przed wyjazdowym meczem z Maltą na lotnisku ówczesny bramkarz reprezentacji Polski Józef Młynarczyk był pijany - wstawili się za nim Boniek, Stanisław Terlecki i Władysław Żmuda - przy. red.). Ktoś chciał za wszelką cenę ujawnić tę sprawę i posłużył się uczynnymi ludźmi. Nigdy nie było mi po drodze z przedstawicielami tego reżimu i gdy tylko znaleźli okazję, by się odegrać, to z niej skorzystali - przypomina Boniek.

Kłótnia o pieniądze

W Meksyku zawodnik AS Roma nie przypadł przedstawicielowi służb specjalnych do gustu, ponieważ mówił, co myśli. Odważył się dyskutować o premiach, jakie komunistyczne władze przeznaczyły dla piłkarzy. Nie rzucały one na kolana, ale były znacznie wyższe niż budżet, który przedstawiciel SB miał na pobyt w Ameryce Północnej. Wysłannik MSW otrzymał bowiem 500 dolarów na cały czas pobytu. Piłkarze natomiast w pierwszej rundzie mistrzostw za każdy wygrany mecz (w tym także rezerwowi wchodzący na boisko) mieli otrzymać do 500 dolarów, w przypadku remisu połowę tej kwoty. Za mecz przegrany przewidywano chyba po raz pierwszy w historii 100 dolarów. Za wyjście z grupy w Meksyku do podziału było 30 tysięcy dolarów na drużynę i tyle zarobili nasi reprezentanci (biało-czerwoni odpad li w 1/8 mistrzostw po porażce z Brazylią 0:4).


W drugiej fazie turnieju za każdy wygrany mecz do podziału było 25 tysięcy dolarów. W przypadku zakwalifikowania się do czwórki najlepszych drużyn świata premia miała zostać dopiero uzgodniona. To też nie sprzyjało atmosferze, bo zawodnicy obawiali się, że przedstawiciele władz w przypadku sukcesu wykorzystają ten brak precyzyjnych ustaleń i nagroda nie będzie duża.


- Nie przypominam sobie, żebym kłócił się o pieniądze. Dostaliśmy premię od Adidasa, którą kierownictwo ekipy podzieliło między piłkarzy - twierdzi Boniek.


- Pieniądze może nie były duże, ale takie to były czasy. W 1982 roku za trzecie miejsce podczas mistrzostw świata w Hiszpanii dostaliśmy mniej, niż dzisiaj piłkarze otrzymują za wejście do samolotu - analizuje Antoni Piechniczek, selekcjoner reprezentacji Polski. - Piłkarze wiedzieli, że najważniejszy był wynik sportowy, a nagrody można było jakoś załatwić. Szef PZPN Edward Brzostowski był twórcą potęgi Igloopolu. Mówiono o nim „książę Południa", on na pewno nie pozwoliłby skrzywdzić piłkarzy. Gdyby był sukces, dołożyłby zawodnikom premie ze swojej firmy.

Ustawiał Piechniczka?

Agent SB zarzucił też kapitanowi reprezentacji Polski psucie atmosfery, załatwianie partykularnych interesów kosztem drużyny narodowej. Pisał w swoim raporcie:


„Zachowanie i postawa Zbigniewa Bońka miały negatywny wpływ zarówno na atmosferę wśród zawodników, jak i zapewne na osiągnięty ostateczny rezultat. Ustawiał on podczas turnieju selekcjonera Antoniego Piechniczka, zarówno co do treningów, meczów sparingowych i składu drużyny".


- Nie pytałem Zbyszka, co mam robić i jak prowadzić zespół. Zawsze jednak miałem dobry kontakt z podopiecznymi. W Meksyku słuchałem tego, co Zbyszek ma do powiedzenia. To mądry człowiek i wielki piłkarz. On przecież był gwiazdą Juventusu i Romy. Zbyszek to urodzony lider. Ustawiał młodych zawodników: Jasia Urbana, Ryśka Tarasiewicza, Darka Dziekanowskiego. Miał wiele krytycznych uwag, a młodsi go słuchali - wspomina Antoni Piechniczek.


Zdaniem funkcjonariusza SB „Boniek przeprowadzał też poufne rozmowy z przedstawicielami Adidasa, w wyniku których miał otrzymać około 30 tysięcy marek niemieckich (informacja pochodzi z dwóch źródeł) za występowanie na mundialu w butach tej firmy (we Włoszech grał w obuwiu Pumy)".


- I tutaj pan ze służb też się pomylił, bo w butach Pumy nie grałem i nie negocjowałem kontraktu z Adidasem - zapewnia Zbigniew Boniek.


Agent SB nie znał się na futbolu, jednak wyciągał daleko idące wnioski dotyczące formy sportowej tego piłkarza. Boniek co prawda w czasie mundialu nie zdobył ani jednej bramki, ale grał nieźle. Funkcjonariusz SB pisał jednak: „Nie był liderem drużyny, a wręcz przeciwnie był jednym z nielicznych zawodników wykazujących całkowity brak zaangażowania w walce sportowej".


- Ten pan powinien zostać następnym selekcjonerem reprezentacji Polski. Przecież wyborny z niego fachowiec! Zna się na futbolu, jak mało kto - ironizuje Boniek. - Polecam mu, żeby zobaczył w internecie mój strzał przewrotką w spotkaniu z Brazylią.



Wysoki rachunek


To nie koniec donosów. Agent sugerował, że piłkarz Romy nie wracał z kolegami do Polski, bo się bał awantury w samolocie!


„Boniek miał pełną świadomość, że nie spełnił oczekiwań ani kierownictwa drużyny, ani kolegów. Obawiając się konfliktów z kolegami (mogło nawet dojść do rękoczynów), którzy ocenili, że zmarnował kilka stuprocentowych sytuacji i nie walczył na boisku, udał się za zgodą szefostwa ekipy z Guadalajary do Włoch" - analizował w raporcie.


- Bzdura. Atmosfera była w porządku. Podczas zgrupowania często dzwoniliśmy z Meksyku do rodzin w Polsce. Przy wyjeździe w hotelu był do zapłacenia rachunek w wysokości 4-5 tysięcy dolarów. Jak pan myśli, kto go zapłacił? - pyta Boniek.


- Pewnie pan.

- Tak, ja pokryłem koszty wszystkich rozmów. Po latach powiem panu, że nawet się cieszę, że „cichociemni" na mnie nadawali, bo to pokazuje tylko, że nie byłem konfidentem - podkreśla.


- W kadrze były grupki kolegów, ale nikt pod nikim dołków nie kopał. Nie skakaliśmy sobie do gardeł nawet po bolesnych porażkach. Dla starszych piłkarzy, w tym Zbyszka, to był ostatni mundial. Oni dawali z siebie wszystko - wspomina Ryszard Tarasiewicz.


- Nie przypominam sobie, żeby w kadrze dochodziło do konfliktów. Byliśmy na siebie źli, bo przegraliśmy z Brazylią, ale polowania na czarownice na pewno nie było. Zbyszek był gwiazdą i udzielał dużo wywiadów zachodnim telewizjom. Może komuś się to nie podobało? Ale żeby wypisywać takie rzeczy? - irytuje się senator Antoni Piechniczek. - Po latach spokojnie mogę powiedzieć, że nie było szansy pokonania Brazylii. Mistrzostwa świata to biznes. Nasz mecz z Canarinhos oglądało na trybunach 25 tysięcy kibiców z Brazylii, a kilkuset z Polski. Gospodarzom zależało na tym, żeby to oni zostali w turnieju. A o tym, że szefem FIFA był wtedy Brazylijczyk João Havelange, nie muszę chyba wspominać.

Co się działo w samolocie?

Pułkownik Edward Kudybiński po powrocie do kraju podkreślał, że większość zawodników i działaczy prezentowała podczas mundialu w Meksyku właściwą postawę polityczną. „Oceniając zawodników, trzeba jednak stwierdzić brak pracy ideowo wychowawczej, co przejawiało się zarówno w codziennych zachowaniach (brak kultury osobistej, paleniu papierosów), jak i braku pełnej świadomości, że reprezentuje się państwo polskie" - komentował w sprawozdaniu.


Funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa chwalił się też przełożonym, że odniósł jednak znaczący sukces wychowawczy. „Należy podkreślić naganne zachowanie piłkarzy Ryszarda Tarasiewicza i Jacka Kazimierskiego. Ci zawodnicy podczas podróży powrotnej znajdowali się ciągle w stanie nietrzeźwym, a ich postawa i zachowanie w trakcie przelotu samolotem Lufthansy powodowały częste interwencje kapitana i personelu pokładowego. Wobec nieudanych prób przywołania ich do porządku przez kierownictwo ekipy, zaangażowałem się osobiście, co przyniosło pozytywny skutek" - podkreślał swoje zasługi ubek w raporcie podsumowującym jego działalność w piłkarskiej ekipie.


- Facet musiał się w robocie wykazać. Napisał w donosie głupoty. Mieliśmy międzylądowanie we Frankfurcie nad Menem. Gdybyśmy z „Kazimierą" rozrabiali na pokładzie samolotu, kapitan na pewno zawiadomiłby policję i na lotnisku by nas zatrzymano. Nikt tego nie zrobił. Gościu bajki napisał i tyle - denerwuje się Ryszard Tarasiewicz.


- Może żartowaliśmy, a ktoś pomyślał, że pijemy? Po trzech tygodniach harówy przyszła chwila rozluźnienia. Moim zdaniem imprezy alkoholowej w samolocie nie było, choć okazja była, bo podczas mistrzostw świata zostałem ojcem - wspomina Jacek Kazimierski.


- Nie przypominam sobie takiego incydentu, a jeśli on miałby miejsce, musiałbym o tym pamiętać, bo byłem pierwszą osobą, która dbała o porządek w ekipie - zapewnia trener Antoni Piechniczek.
***
34 lata po rzekomej rozróbie piłkarzy podczas powrotu z Meksyku znów mamy aferę samolotową. Na pokładzie był Jacek Kazimierski, ale to nie on został jej głównym bohaterem. Tym razem nie było z kadrą jednak agenta ABW. Chociaż... «



Krzysztof Świercz. Źródło: IPN

http://www.sports.pl/Pilka-nozna/Pilkarskie-tajemnice-archiwow-IPN,artykul,92190,1,279.html



Robert Majka , polityk, Przemyśl, 20 listopada 2010r g.22.30

Kawaler KRZYŻA Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski,
Nr 452-2009-17 nadany 9 grudnia 2009 przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego.
Radny Rady Miasta Przemyśla (2002 - 2006)

www.sw.org.pl
http://swkatowice.mojeforum.net/temat-vt7234.html?postdays=0&postorder=asc&start=0
http://swkatowice.mojeforum.net/viewtopic.php?t=2988
http://tygodnik.onet.pl/35,0,14472,pierwsza_magdalenka,artykul.html
http://swkatowice.mojeforum.net/viewtopic.php?t=5131
http://www.polityczni.pl/oblicza_stanu_wojennego,audio,51,4505.html
http://home.comcast.net/~bakierowski/
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Sylwia



Dołączył: 02 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pią Gru 02, 2016 6:57 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Krzysiek
Weteran Forum


Dołączył: 20 Sie 2009
Posty: 240

PostWysłany: Nie Lis 21, 2010 6:06 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
- Ja wiedziałem, że jest z nami „cichociemny pan z bezpieki". Olewałem go od samego początku. Patrzyłem na niego z politowaniem. Tak jak zawsze na przedstawicieli służb, którzy próbowali kontaktować się ze mną, gdy tylko wyjechałem z Polski do Włoch. Oni słyszeli ode mnie tylko jedno słowo: spierdalać! - relacjonuje Zbigniew Boniek.
Brawo Boniek, prawdziwy sportowiec!

_________________
Krzysztof Górny
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group