" /> Dyskusje ogólne :: KUPA (BZDUR)
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

KUPA (BZDUR)

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Czw Mar 08, 2007 10:57 am    Temat postu: KUPA (BZDUR) Odpowiedz z cytatem

Dostałam emailem:

Szanowni Adresaci,
Za zgodą Autora udostępniam najszerzej jak mogę tekst recenzji
napisanej
przez prof. Marka Rosiaka z rozprawy habilitacyjnej (sic!) "sadyka" -
koprofaga, dr. Bogdana Banasiaka. Unaocznia ona do jakiego dna dochodzi
dzisiaj w Polsce "twórczość naukowa" i to honorowana stopniami
akademickimi. Dodam, że z oburzeniem znakomitej większości Rady
Wydziału
Instytutu Filozofii na UŁ, gdzie cała rzecz się toczy, spotkał się...

recenzent demaskujący brednie, któremu grozi proces dyscyplinarny (za
"kalanie gniazda" itp.).
Z poważaniem
> Jacek Bartyzel


KUPA (BZDUR)

Bogdan Banasiak, Filozofia integralnej suwerenności. Zarys systemu Markiza de Sade,
Wyd. UŁ, Łódź 2006 (Rozprawy habilitacyjne Uniwersytetu Łódzkiego).
W minionych epokach ci, którzy nie mieli w filozofii niczego ważnego do powiedze-nia, z reguły zostawiali ją w spokoju. Wydaje się, że w dobie współczesnej, w której – wbrew pozorom – wzrost rozmaitości możliwych zajęć nie nadąża za wzrostem populacji, filozofia zaczyna przyciągać coraz więcej zadufanych w sobie dyletantów. Niektórzy usiłują sprzedać swoje amatorskie pomysły w postaci takiej czy innej „filozofii” niszowej, od wegetarianizmu do feminizmu. Ci spośród nich, którym zupełnie brakuje pomysłu. co można by tu począć, ale mimo to bardzo chcieliby jakiś ślad swej bytności pozostawić, obwieszczają bez ceregieli, że nic począć się nie da, z tym jednak, że jest to wina nie ich, lecz filozofii.
Dr Bogdan Banasiak podjął śmiałą próbę dialektycznej syntezy obu tych przeciwstaw-nych podejść. W swej „filozofii” integralnej ekskrementalności ów „światowej klasy znaw-ca” – jak sam o sobie, bez fałszywej pruderii, pisze – kieruje uwagę na obszar, który choć może trudno nazwać dziewiczym, jest w każdym razie uczęszczany rzadko, rzec można – jedynie za specjalną potrzebą. Efekty przeprowadzonych na tej osobliwej materii eksploracji zaiste zapierają dech, i to w dość dosłownym sensie. Gdyby potraktować je jako miarodajne dla stanu współczesnej refleksji filozoficznej, stanowiłyby wymarzony argument na rzecz (anty)tezy, że najwyższy już czas przestać traktować filozofię poważnie.
Efekt mentalnych sekrecji kol. Banasiaka można poddać krytyce na różnych płaszczy-znach. Po pierwsze i niejako odruchowo, można kwestionować wartość jego książki z powo-dów estetyczno-fizjologicznych. Opisy libertyńskich praktyk, zwłaszcza w rozdziale VII, mo-gą przyprawić nawet takiego czytelnika, który niejedno już w życiu jadał, o co najmniej cza-sową utratę apetytu. Obrzydliwości te służą wyłącznie epatowaniu, co autor określa jako „na-ruszanie tabu”, ale już nie, jak to on również twierdzi, „przewartościowaniu wartości”, czy wręcz „obaleniu metafizyki obecności”. Podkreślam, że w danym razie nie chodzi o moralne oburzenie czytelnika, a jedynie o odruch analogiczny do zatkania nosa .
Po drugie, można w pełni zasadnie oskarżyć autora o propagowanie przestępstwa. Nie rozważa się tu bowiem teoretycznych kwestii, lecz wzorem Marksa et consortes nawołuje do działania, w danym razie do tzw. „ekscesywnej praktyki”. Wezwania te powtarzane są przez Banasiaka za jego idolem bez jakiegokolwiek krytycznego komentarza. Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach tego wezwania nie podejmie, a nawet żaden „naturalny zboczeniec” nie zaczerpnie stąd podniety do swych niecnych praktyk. Trzeba jednakże pamiętać, że filozo-ficzna tandeta ma szczególny urok dla osób o zachwianej psychice, a wśród takich „Towarzy-stwo Miłośników Zbrodni” łatwo znajdzie adeptów, którym może przyjść do głowy, miast rzekomo zalecanej przez markiza „teatralizacji fantazmatu”, jego jak najdosłowniejsza reali-zacja.
Po trzecie, można w uzasadniony sposób powątpiewać, czy lektura wymagająca tak wielkiego samozaparcia (co przyznaje z dumą sam Banasiak) w ogóle zawiera jakiekolwiek spójne stanowisko, w szczególności metafizyczne. Trudno jest to stwierdzić podążając za tokiem wywodów autora, a nie zachęcają one raczej do sięgnięcia po teksty źródłowe. Po – na ile to się dało – starannym przeczytaniu omawianej książki dochodzę do wniosku, że Sade, jako nieodrodny arystokrata i zdeklarowany libertyn, uważał, iż wolno mu wszystko to, czego nie wolno jego ofiarom. Pogląd ten, choć zdrożny, przynajmniej z punktu widzenia moralno-ści „stadnej”, nie jest ani na jotę odkrywczy. Wydaje się też, że nie potrzeba było żmudnych wysiłków sadologów, aby go Sade’owi przypisać. Musiała sobie z takich przekonań zięcia doskonale zdawać sprawę już jego teściowa, zabiegająca o trwałe odizolowanie go od społe-czeństwa, i władze kolejnych reżymów, które tym suplikacjom niezmiennie dawały posłuch. Sam pogląd, o którym mowa, jest dyskutowany – jak powszechnie wiadomo – już w Platoń-skich dialogach . Żadne nagromadzenie perwersji, których ofiarą padają zastępy niewinnych dziewic, nie wnosi tu nic więcej, stanowi bowiem jedynie szczególny przypadek ogólnej za-sady. Można co prawda powiedzieć, że w naszym stuleciu pogląd ten, w postaci hasła „śmierć frajerom”, zbłądził pod strzechy i że w tym jest pewne novum. O pomysł jego popularyzacji trudno byłoby jednakże podejrzewać markiza. Banasiak, zapewne świadom filozoficznej miałkości wypreparowanej tu tezy, usiłuje dorobić do niej okazałą teoretyczną nadbudowę. Ale jego opowieści o „krytyce ontologiczno-epistemologicznych fundamentów” pozwolę sobie pozostawić bez merytorycznego komentarza.
Krytyka merytorycznej zawartości jest najczęściej spotykanym punktem zaczepienia polemiki z autorem tekstu o naukowych ambicjach. Błędem byłoby jednak przyjęcie takiego punktu wyjścia jako uniwersalnej zasady. Błąd ten (obok wielu innych) popełnili najwyraź-niej niektórzy zwolennicy książki, a zarazem koledzy autora, którzy podczas publicznej dys-kusji nad nią stwierdzali, że brakło „filozoficznych” zarzutów pod jej adresem. Zarzuty takie i szerzej – wszelkie merytoryczne obiekcje można formułować pod warunkiem, że w inkry-minowanym tekście da się je do czegoś odnieść. Jeśli ktoś zgłasza się na konkurs psich pięk-ności z kozą, to trudno winić jurorów, że nie oceniają jej rodowodu ani ufryzowania brody. Z takim właśnie przypadkiem mamy tu, mutatis mutandis, do czynienia. Jest to godne uwagi, gdyż stanowi – jak mi się zdaje – popularną wśród autorów „niszowych” strategię obronną (a może zaczepną).
Twierdzę, że autor nie zadbał o dopełnienie elementarnych warunków intersubiektyw-nej zrozumiałości tego, co zdecydował przedstawić naukowej społeczności. Zapisany w takiej postaci tekst może stanowić interesujący dokument jego stanów psychicznych i z pewnością świadczy o tym, że autor jest, w przeciwieństwie do mnie, pisarstwem Sade’a zafascynowany. Gdyby jednak Rada Wydziału miała nadawać kandydatowi jus legendi na podstawie pamięt-nika jego intymnych wzruszeń, to równie dobrze studenci mogliby domagać się wpisu w in-deksie na podstawie stwierdzenia, że bardzo przejęli się nauką (co notabene nierzadko się słyszy). Aby poprzeć swoje twierdzenie, że w danym wypadku mamy do czynienia z tego rodzaju zasadniczym niedomogiem, wyliczam poniżej kilkadziesiąt różnych elementarnych błędów, jakie znalazłem w książce. Jest to lista daleka od kompletności – uzupełnienie jej pozostawiam powołanym przez właściwe organa recenzentom pracy. Dla porządku zarzuty grupuję w trzech (prowizorycznych) kategoriach: najpierw wymieniam najgrubsze błędy na-tury syntaktycznej, takie jak jawne sprzeczności, czy wadliwie zbudowane rozumowania, następnie zestawiam błędy semantyczne polegające na używaniu terminów o nie dość ustalo-nym lub zupełnie niewiadomym znaczeniu, i wreszcie wyliczam błędy terminologiczne, pole-gające na zupełnie niewłaściwym użyciu określeń naukowych i filozoficznych.
Błędy syntaktyczne:
s. 43. Sade podobno, jak przystało na filozofa, „poszukuje zasad”. Jednak zaraz czytamy, że „kwestionuje fundamenty” i to nie takie czy inne, lecz fundamenty w ogóle (jest to tzw. „ruch usuwania fundamentów”) .
tamże. Z tego, że większość ludzi godnych szacunku jest filozofami (co zresztą na szczęście nie jest prawdą) nie wynika, że wszyscy filozofowie (a nawet tylko większość z nich) to ludzie godni szacunku.
s. 106. „Uwolnienie aktywności intelektualnej od tyrańskiego rozumu”. Książka Banasiaka niewątpliwie jest świadectwem zerwania pęt rozumu, ale jak może przy tym ocaleć in-telekt?
s. 193n. Idea Boga jest Sade’owi nieodzowna, ale „sama myśl o Bogu czyni człowieka nie-wolnikiem”. Czy konsekwentny libertyn jest niewolnikiem? Gdzie jego integralna su-werenność?
s. 203. Z idei pierwszej przyczyny jakoby nie wynika, że świat musi mieć swoją przyczynę (Banasiak). Z żadnej idei w ogóle nic nie wynika, ale chodzi tu zapewne o to, że nie wynika to z założenia o istnieniu pierwszej przyczyny rzeczywistości. Otóż wynika bezpośrednio i w sposób oczywisty.
s. 252n. Przyczynowość to fikcja, ale wszystkie byty są rezultatem praw i procesów natury. Godzi się zwrócić uwagę, że fikcyjny rezultat nie jest rezultatem, podobnie jak niedo-szły docent – docentem.
s. 259. „Idea czystej destrukcji (owego Nic lub negacji) nigdy nie jest dana w doświadcze-niu”, lecz „może być tylko przedmiotem demonstracji”. Jeśli demonstracja oznacza tu dosłownie okazanie, to mamy możliwość doświadczenia, jeśli zaś dowód, to chciałbym się dowiedzieć w jaki sposób można dowieść nicości.
s. 303n. Empiryzm Sade’a ugruntowany jest w Naturze, którą się jednak (s. nast.) teoretycznie kwestionuje .
Błędy semantyczne:
s. 8 Jedną z większych filozoficznych zasług markiza ma być „wykraczanie poza metafizykę obecności” poprzez „teatralizację fantazmatu”. Konia z rzędem temu, kto w książce znajdzie wyjaśnienie, cóż to takiego „metafizyka obecności” i na czym polega „teatra-lizacja fantazmatu” (oba zwroty są żywcem przepisane z francuskich pisemek sławią-cych Sade’a, których autorzy także zapewne nie zadali sobie trudu ich wyjaśnienia).
s. 44. W swoich próbach uzasadnienia, że Sade spełniał słownikowe definicje filozofa, Bana-siak przytacza słownik Lalande’a, gdzie czytamy, iż filozofem jest ten, kto „wiedzie samotny i spokojny żywot”. Skoro znaczącą część swego żywota Sade spędził w taki właśnie sposób, to jest filozofem, konkluduje nasz autor. Otóż mamy tu do czynienia z wielce zabawnym niedopowiedzeniem: Sade pędził spokojny żywot nie z własnej woli, ale jako pensjonariusz kolejnych zakładów karnych, a w końcu domu wariatów.
s. 54. Na pytanie, czymże na litość Boską może być „wewnątrztekstualny dowód libidinalne-go ataku wywodu” i czy przypadkiem nie ma tu drukarskiego lapsusu, autor odrzekł szczerze, że nie jest w stanie tego na poczekaniu rozstrzygnąć. Ze strony sympatyzują-cego z autorem emerytowanego pracownika Instytutu Filozofii padła godna odnotowa-nia uwaga, że przecież autor musiał zamieścić w pracy jakieś cytaty, by udowodnić, że zna literaturę.
s. 55. Za zadanie pytania, co można mieć na myśli twierdząc, że „bezgraniczna negacja jest zasadą każdego człowieka”, zostałem skarcony przez uczonego kolegę, piastującego zresztą ważną wydziałową funkcję. Jest to podobno fakt tak powszechnie znany, że je-go nieznajomość kompromituje filozofa.
s. 200. Uświadomiono mnie, że „inneizm” to natywizm. Po co mówić „welocyped”, gdy chcemy komuś oznajmić, że umiemy jeździć na rowerze? Twierdzę zresztą, że przyto-czony termin w ogóle nie funkcjonuje w polskiej terminologii filozoficznej. O ile wiem, autor pracy naukowej nie ma obowiązku popisywania się znajomością obco brzmiących słów.
s. 259. W rozważaniach okołoontologicznych, jakie prowadzi kol. Banasiak do spółki z de Sadem , znajdujemy godne uwagi przypuszczenie, że „przyczyny są być może nie-skończenie odległe od skutków”.
s. 260. Co to jest „równa suma”? Nasuwa się skojarzenie z „okrągłą sumką”, ale to chyba mylny trop.
Błędy terminologiczne:
s. 6. Niestrudzony w próbach uzasadnienia, że Sade był filozofem, autor wytacza najbardziej – jego zdaniem – przekonujący argument: „Przede wszystkim jednak Sade uważał się za filozofa”. Myślę, że w miejscu, gdzie bohater kol. Banasiaka dokonał swego żywota nie brakowało takich, którzy uważali się za Napoleona albo i lepiej. W związku z tym argumentem warto odnotować głos pewnej pani profesor, której względy kultury osobi-stej nie pozwoliły co prawda przebrnąć przez obszerne niecenzuralne partie dzieła, gdzie referuje się poglądy Sade’a. Niemniej, osoba ta, wiedziona zapewne nieomylnym kobiecym wyczuciem, stwierdziła, że nie ma wątpliwości, iż był on filozofem. Błogo-sławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli!
s. 52n. „Klasyczne przedsięwzięcie filozoficzne” to podobno „intencja zniesienia różnicy między podmiotem a przedmiotem”. Najbardziej konsekwentnym z tego typu klasycz-nych przedsięwzięć wydaje się być kanibalizm.
s. 56. Konsekwencje „śmierci Boga” wyznaczają horyzont, w jakim dziś myśli filozofia. Wą-ski horyzont myśli autora tej tezy wyznaczają poważne luki w jego erudycji.
s. 57. Powtarzanie się to oznaka krytycyzmu. Każdy maniak byłby wtedy hiperkrytyczny.
s. 58. Zaspokajanie „głodu poznawczego” poprzez „wynalezienie nowego języka”, „nadanie każdemu słowu tysiąca znaczeń, wielości sensów”. Oto twórcze zastosowanie słynnego dialektycznego prawa przechodzenia ilości w jakość .
s. 118. Libertynizm jest „obłędem zmysłów”, „zerwaniem wszelkich hamulców”, a zarazem „zakłada postawę krytyczną”. Najwyraźniej nie wobec samego siebie. Może zresztą chodzi o to, że obłęd zmysłów prowadzi do stanu krytycznego? W to można uwierzyć.
s. 193. Inwektywa jest w ustach Sade’a argumentem. A więc jedność tytułowego „systemu” markiza ma charakter tzw. „wiązanki”?
s. 203. „Każda przyczyna ma swoją przyczynę”. Czyżby Sade był czytelnikiem Kanta? A może wpadł na to niezależnie? Najpewniej jednak na autorze zemściło się w ten sposób studiowanie historii filozofii po łebkach.
s. 241. Filozoficzna doniosłość sodomii polega na tym, że stanowi ona zakwestionowanie Natury. Nie lepiej od razu się powiesić?
s. 291. „Sprzeczność między jednostkowością a ogólnością jest fundamentalna”. O co chodzi? Jeśli o to, że nic nie może być zarazem indywiduum i powszechnikiem, to równie fun-damentalna jest sprzeczność między siedzeniem i leżeniem. Jeśli zaś o to, że podpada-nie pod to samo universale rzekomo implikuje jednakowość, to mogą tak sądzić tylko niedowarzeni ontologowie, który jeszcze dotąd nie zdołali zejść z drzewa (Porfiriusza).
s. 296. „Podstawiać zmienne pod stałe” – czy tym razem chodzi o naruszenie „tabu logicz¬nego”, które dopuszcza jedynie operację odwrotną?
s. 305. „Pożądanie jako doświadczenie źródłowe”. Czego – samego siebie?
s. 309. Przedmiot, który się jawi, nie jest przedmiotem, który jest postrzegany. Oto prekursor-skie odkrycie, do którego, podobnie jak i do poprzedniego, nie dojrzała jeszcze XX-wieczna fenomenologia, a są podstawy sądzić, że i kolejnego stulecia na pojęcie takich rewelacji nie starczy.

Pozwolę sobie jeszcze zatrzymać się na kwestii rzekomego „tabu ekskrementalnego”, którego naruszanie stanowi zdaniem Banasiaka szczytowe osiągnięcie libertynizmu. Gdy by-liśmy w powijakach, mamusia zachwycała się na głos naszą kupką, gdy dorośliśmy – lekarz niejeden raz indagował nas o stolec. Świadczy to ponad wszelką wątpliwość, że mówienie o ekskrementach nie jest obwarowane żadnym tabu. Termin „gówniarz” i jemu podobne wulga-ryzmy, funkcjonują w języku potocznym. Jednak szanujący się libertyn nie poprzestanie na mówieniu – tu „niezbędna jest praktyka” (mianowicie koprofagii). Gdyby autor, jako propa-gator libertynizmu, poddał się owej praktyce (a powstrzymanie się od niej byłoby poważną niekonsekwencją), wiedziałby, że na przeszkodzie nie stoi żaden mityczny zakaz, lecz bardzo niemiłe doznania zmysłowe grożące tak praktykującemu, jak i jego otoczeniu. Jeśli doda się do tego kompletny brak pożywności takiej strawy, otrzymamy proste wyjaśnienie, które poj-mie każdy libertyn, o ile oczywiście nie pogrążył się akurat w krytycznym szale zmysłów. Twierdzić, że spożywanie odchodów jest aktem Nietzcheańskiego przewartościowania warto-ści może tylko zupełny ignorant, żeby nie powiedzieć – imbecyl. Postulat Nietzschego miał wszak na uwadze zastąpienie wartości stadnych przez dostojne, a tu proponuje się istocie ludzkiej powrót już nawet nie do stanu zwierzęcego, ale wręcz owadziego. Wreszcie za-uważmy, aby skończyć z tym cuchnącym tematem, że okoliczności związane z wydalaniem były niejednokrotnie poruszane w literaturze, i to bynajmniej nie tej z tylnej półki. Pisał o tym obszernie Rabelais, aluzje można znaleźć u Boya. Rzecz w tym, że byli to lekarze, którzy czynności te pojmowali bez niezdrowej fascynacji, a przede wszystkim ludzie obdarzeni nie-tuzinkowym poczuciem humoru, którego wśród miłośników markiza ani śladu.
Na koniec można jeszcze zwrócić uwagę, że autor jest poważnie niedokształcony nie tylko w historii filozofii, ale i w metodologii ogólnej. Świadczy o tym jego zamie¬szczona na pierwszej stronie jego wywodów deklaracja, że zamierza cytować jedynie tych autorów, któ-rych poglądy zbieżne są z jego własnymi . Wolno miłośnikom kontaktów z pozaziemską inteligencją cytować tylko autorytety z własnego kręgu. Jeśli jednak taką metodę badawczą przyjmuje autor publikacji mającej pretensję do naukowego charakteru, to dyskwalifikuje go to nieodwołalnie. Nie można pozwolić, by prawo obywatelstwa we wspólnocie uniwersytec-kiej zdobyli wyznawcy „innego dyskursu”. Kto, tak jak kol. Banasiak, jest miłośnikiem inno-ści, niech założy ośrodek dla inteligentnych inaczej. W przeciwnym razie z idei uniwersytetu pozostanie jedynie wielość bez jednoczącego czynnika.
Po przedarciu się przez taką kupę bzdur człowiek zadaje sobie pytanie, czy można powstanie jej wytłumaczyć w sposób nie uwłaczający inteligencji autora. Po dość długim na-myśle dochodzę do wniosku, że być może, będąc libertynem, postanowił on zakpić sobie ze społeczności do której chce przeniknąć, niczym ów biskup, który po otrzymaniu sakry oświadczył, że jest ateistą. Przyznam, że dałoby się w tym dostrzec pewne poczucie humoru, którego tak brakuje w samym tekście przedłożonego nam dzieła.
Marek Rosiak

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 04 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 04, 2016 9:11 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Sob Mar 10, 2007 5:34 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Czyj uniwersytet?

W niedzielnym „Raporcie wieczornym” TVN 24 zaproszony gość, socjolog prof. Ireneusz Krzemiński, z nieskrywanym obrzydzeniem – i nie stroniąc od wytwornej gestykulacji, wymownie wskazującej na „kłopoty z głową” niemiłych mu osób – komentował ostatnią inicjatywę konstytucyjną „frakcji fanatyków” w PiS z marszałkiem Markiem Jurkiem na czele. Odniósł się też przy okazji do niedawnego wystąpienia ministra Romana Giertycha w Heidelbergu. Odraza mego Szanownego Kolegi Profesora osiągnęła stan zgorszenia, kiedy przypomniał sobie, że do owego „skandalu” doszło w miejscu, jak się słusznie wyraził, symbolicznym dla Europy – podobnie jak Oxford, Cambridge czy inne miasta uniwersyteckie.
Zasadniczo, wypowiedź prof. Krzemińskiego sytuuje się w znanym już aż nazbyt dobrze nurcie rozdzierania szat nad „wstydem”, który przynoszą nam „ciemnogrodzkie” poglądy w oświeconej Europie. Lecz odwołanie się do toposu universitas trafia rzeczywiście w samo jądro problemu. Ustami prof. Krzemińskiego nasi dzisiejsi władcy „metapolityczni” (czy może raczej „kryptopolityczni”) zakomunikowali bez ogródek następujące przesłanie: uniwersytet, to serce europejskiej kultury, jest obszarem zastrzeżonym dla reprezentantów – zaprzeczającej na każdym punkcie wszystkim fundamentom kultury klasycznej – skrajnej, nowolewicowej ideologii; natomiast wszystko to, co „śmierdzi średniowieczem” (sformułowanie jednej z eurodeputowanych z sensu nienawiści do broszury prof. Macieja Giertycha), musi zostać wymiecione poza te szacowne mury, jak sterta śmiercionośnych, radioaktywnych odpadów.
Oprócz elementarnego i stojącego poza dyskusją faktu, że uniwersytet jest kwintesencją zachodniej cywilizacji, wszystko w tej narracji jest potwornym fałszem, zdumiewającym przede wszystkim bezczelnością, z jaką jest głoszony. Bolonia, Sorbona, Oxford, Salamanka, Heidelberg, nasza Akademia Krakowska i wiele innych to owoce najdoskonalszej cywilizacji, jaka dotychczas zaistniała – średniowiecznej, łacińskiej Christianitas. Ich mistrzowie – Albert Wielki, św. Tomasz z Akwinu, św. Bonawentura, Roger Bacon, Jan Gerson, Francisco Suárez, Paweł Włodkowic – uprawiali mądrościową kontemplację ładu stworzenia poprzez rozumną identyfikację bytów rzeczywistych i ich przyczyn oraz odczytywanie nakazów prawa naturalnego i ich aplikację do każdej sfery ludzkiej egzystencji osobowej i zbiorowej. Formułowanym dziś zakazem głoszenia na uniwersytetach obowiązywalności norm opartych na rozumnym rozpoznaniu prawdziwych cech natury ludzkiej (i, vice versa, nakazem wyznawania przez ludzi nauki „norm” perwersyjnych) zdumieni byliby nie tylko wymienieni wyżej Doktorzy, ale chyba nawet w znakomitej większości kacerze, którzy w tamtych czasach spłonęli na stosach. Również ci „ojcowie-założyciele” nowożytnego liberalizmu, na których promotorzy „podmiany wartości” nieustannie się powołują.
Gdybyż to były tylko wypowiedzi; przecież jednak idą za nimi konkretne działania. Tworzenie katedr „Gender Studies”, organizowanie agitacyjnych spędów pod nazwą „walki z homofobią” czy „seksizmem”, i w ogóle ten nieprzerwanie rozlewający się bełkot o tolerancji – wszystko to dowodzi każdego dnia, że czcigodne mury świątyni nauki stają się terenem podbijanym przez (że sparafrazujemy N. Gómez Dávilę) goszystowską „kudłatą zgraję”. Jeśli nie napotka ona zdecydowanych sił oporu, to niezadługo już doczekamy się takiego totalitaryzmu i takiego sprostytuowania nauki, przy których instytuty „marksizmu – leninizmu – stalinizmu” były przyzwoitymi pensjami dla panienek z dobrych domów.

Prof. UMK, Jacek Bartyzel

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group