" /> Wspomnienia, Relacje :: Stan wojenny w Warszawie
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Stan wojenny w Warszawie

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Wspomnienia, Relacje
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Bartłomiej Marjanowski
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 368

PostWysłany: Czw Wrz 28, 2006 10:06 am    Temat postu: Stan wojenny w Warszawie Odpowiedz z cytatem

Janusz Przemysław Ramotowski Wspomnienia

Stan wojenny

Grzegorz Jaczyński urodzony w 1955 roku. W momencie ogłoszenia stanu wojennego studen wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej

A jak o początki knucia chodzi, to właściwie trudno jednoznacznie określić. Swiadomość "istoty rzeczy" wyrobiono we mnie dość wcześnie - opowieści mojego Ojca o udziale Dziadka w wojnie bolszewickiej i koleżanki mojej Mamy - starej, jeszcze przedwojennej nauczycielki - o Orlętach zrobiły swoje: już w podstawówce sprawiałem kłopoty nauczycielce historii (a i mojej mamie, bo uczyła w tej samej szkole też) kłopotliwymi pytaniami. Ojciec dbał zresztą o moje wychowanie i nie przepuścił żadnej okazji - w 1968 cudem uniknęliśmy spałowania, bo jego zdaniem trzynastolatek, jakim wówczas byłem, nie powinien siedzieć w domu, gdy na ulicach ważne rzeczy się działy Smile. I chyba miał rację.

Pierwsze ulotki - to już liceum. Najpierw w grudniu 1970 udział w samorzutnej chyba akcji rozlepiania wezwania do uczczenia minutą ciszy na długiej przerwie zabitych stoczniowców (liceum Słowackiego). Pierwszy druk i sypanie - już w Hoffmanowej, do której byłem karnie przeniesiony (związku z polityką to raczej nie miało). Nie była to wprawdzie w pełni świadoma akcja - po prostu na jakiejś prywatce postanowiliśmy po pijanemu uczcić naszego gospodarza i na wyrwanej płytce linoleum wycięliśmy ułamanym drutem od parasola napis "głosuj na Maćka Maciejewskiego", jakoś to powieliliśmy (chyba używając pasty do butów) w kilkudziesięciu egzemplarzach i wysypaliśmy z okna. Było to w okolicy jakichś "wyborów", więc nawet spora afera z tego w szkole wyszła Smile. Jak by nie było - dziewictwo w ten sposób straciłem, więc dalsze działania jakoś łatwiej przychodziły.

Nie były to jeszcze działania zorganizowane, ot, jakieś próby pisania na maszynie przez wiele przebitek komentarzy do zmian w konstytucji i rozprowadzanie wśród znajomych, pyskowanie na zajęciach z "ekonomii politycznej" - i tak jakoś jako "wolny strzelec zza węgła" dotrwałem do 1980.

W 1980 zacząło się naprawdę. Na początku 1980 ponownie, bo przygód z nauką trochę miałem, wróciłem na studia. A że pyskowaniem na zajęciach opinię wśród kolegów miałem w miarę wyrobioną, więc siłą rzeczy stałem się jednym z założycieli NZS w Politechnice Warszawskiej. Poznałem wtedy Teosia i jakoś tak wyszło, że zostałem jednym z jego "pretorian". Kierowałem Sekcją Informacji NZS PW, na swoim Wydziale (MEiL) współwydawałem m.in. pisemko "Idzie Nowe", drukowałem śpiewniki patriotyczne itp. Gdy w Łodzi wybuchł strajk studencki, pojechałem tam w ekipie wspomagającej (wg SZSP była to "bojówka NZS z Warszawy"), zaczepiłem się Biurze Prasowym Strajku i jako "doradca Biura Prasowego do Spraw Ważnych" (nigdy w życiu już tak cudownej fuchy mieć nie będę ) strajkowałem aż do końca. Strajkowanie "do końca" musiało mi się chyba spodobać, bo w grudniu 1981 dopiero połączone siły NSZZ "Solidarności" PW, z jej przewodniczącym Andrzejem Smirnowem na czele, zmusiły mnie i kilku innych "nieodpowiedzialnych ekstremistów" do opuszczenia Gmachu Głównego w nocy z 13 na 14 grudnia.

Po strajkach studenckich z początku 1981 udało się zarejestrować NZS. Legalizacja w niewielkim jedynie stopniu wpłynęła na to, co robiliśmy i do czego, na wszelki wypadek, staraliśmy się przynajmniej psychicznie, przygotować.

Teoś nie miał złudzeń, co do intencji czerwonych i rozwoju wydarzeń. Nie jestem pewien, czy było to w okolicy strajku po pobiciu Rulewskiego, czy w maju, w trakcie wystawy i kiermaszu wydawnictw niezależnych (chyba to drugie) - zaczął rozważać (a w każdym razie podzielił się ze mną swoimi przemyśleniami) potrzebę organizacji "legionów NZS", czyli grupy ludzi pewnych i zdecydowanych, gotowych w razie potrzeby na różne wariactwa.

Do stanu wojennego "Legiony" nie zaistniały jako sformalizowana grupa (w gruncie rzeczy dotyczy to również okresu późniejszego, aż do pojawienia się Grup Specjalnych RKW) - po prostu kilku z nas rozmawiało częściej ze znajomymi o sposobach ulotkowania, staraliśmy się zapoznać jak największą liczbę kolegów z technikami poligraficznymi i zorientować się, na kogo w razie potrzeby można naprawdę liczyć. Sama nazwa "Legiony NZS" używana była w wąskim gronie, i raczej w tonie żartobliwym.

A potem przyszedł stan wojenny. Mnie zastał "twardo strajkującego" na Politechnice. W nocy z 12 na 13 grudnia, we współpracy z "Solidarnością" kolejarską, próbowałem zorganizować na Dworcu Centralnym sieć łączności z resztą kraju przy wykorzystaniu telefonicznych połączeń kolejowych, jedynych wtedy działających. Niewiele z tego wyszło, bo bezpieka też wiedziała, których telefonów nie wyłączyła i nie była aż tak głupia, by nie przewidzieć, że spróbujemy je wykorzystać. Wróciłem na Politechnikę, a gdy nas z niej wyproszono, przenieśliśmy się do akademika "Mikrus". Drukowaliśmy tam na ramce jakieś komunikaty (pamiętam, że wałek miał w jednym miejscu wgniecenie i kiepsko to wychodziło), staraliśmy siê zorientować w sytuacji: kogo zamknęli, z kim można złapać kontakt, ogólnie się pozbierać. Nie pamiętam już dokładnie, co kiedy i z kim wtedy robiłem - w każdym razie długo nie wracałem do domu, po jednej czy dwóch nocach w "Mikrusie" ukrywałem się u kolegi na Bielanach (podsłuchiwaliśmy tam przez radio ZOMO przygotowujące się do pacyfikacji Huty - zapamiętałem dialog pomiędzy stacjami "krokodyl 1" i "krokodyl 2" - wynika z tego, że mieliśmy już jakąś aparaturę podsłuchową). Potem nocowałem w jakimś mieszkaniu na Muranowie, z którego musieliśmy uciekać i na które ponoć w kilka minut po naszej ucieczce najechała bezpieka (byłem wtedy bardzo przeziębiony i miałem wysoką gorączkę, w trakcie ucieczki "cudownie ozdrowiałem" w parę sekund - czego to adrenalina nie potrafi, jeszcze później gdzieś na Grochowie.

W ogóle wszystko to było bardzo szarpane i nieskoordynowane aż do chwili, gdy jakoś chyba przed świętami czy pod koniec grudnia odzyskałem kontakt z Teosiem. Spotkaliśmy się w mieszkaniu gdzieś na Saskiej Kępie, pamiętam, że przyniosłem mu jakąś paskudną czapkę zimową, w której później długo chodził

Czapkę tą pamiętam dobrze, była to jakaś taka wełniana narciarka w kolorze chyba brązowo burym, i rzeczywiście robiła w Teosia kompletnego „flimona”. W ogóle to o modzie stanu wojennego kawałek dalej przy okazji następnęgo fragmentu wspomnień „Grześka”

i twierdził, że nie rzuca się w niej w oczy. Od tego spotkania wszystko stało się jakieś spokojniejsze i zorganizowane. Teoś, jak to Teoś - miał już chyba kontakt z Bujakiem, miał też namiary na kilka grup robotniczych. Czy już wtedy miał też namiary na specjalistów od działań typu "eksport-import bez cła" nie pamiętam, w każdym razie przynajmniej o zamiarze uchwycenia takich kontaktów mówił.

Nie potrafię w tej chwili uporządkować chronologicznie (a co dopiero mówić o przypisaniu do konkretnych dat!) wspomnień z tego okresu. Jawią mi się one jako zbiór zdarzeń najczęściej anegdotycznych, o specyficznym wprawdzie niekiedy rodzaju humoru, jednak niewątpliwie zabawnych. Przykładowo: jakoś chyba na początku 1982 prowadziliśmy akcję "scaleniową", której elementem było włączenie do naszych działań m.in. grupek, które uważały że do komunistów trzeba strzelać i w tym celu starały pozyskać się broń (jedna z takich grup, do których nie zdążyliśmy dotrzeć na czas, zastrzeliła milicjanta Karosa). Rozmowy były trudne, trudno wszak przekonać zapaleńców, których pomysły w końcu jakoś się podzielało, że mają ograniczyć się do "papierowej amunicji". Były też nieco niebezpieczne - ryzyko prowokacji bezpieki było spore. Idąc na spotkanie z przedstawicielem takiej grupy poprosiłem kolegę znanego ze swego zamiłowania do militariów (nazwisko i pseudo pominę), by mnie ochraniał. Spotkanie było w idiotycznym miejscu, bo na ulicy w okolicy komendy MO na Zoliborzu, gdzie siłą rzeczy kręciło się sporo patroli. Jeden takich wychodzących z komendy patroli przeszedł obok mnie chwilę po tym, jak rozstałem się ze swoim rozmówcą po umówieniu następnego spotkania. Patrol - jak to patrol: poszedł dalej. Prawdziwy strach przeżyłem, gdy spotkałem się ze swoją obstawą - dialog zapamiętam chyba na zawsze:

- Widziałeś ich? Nie wzięli by cię! - Tak, wiem, obronił byś mnie.
- No pewnie!
W tym momencie rozchylił płaszcz, pod którym miał podwieszonego
pancerfausta

Ciekawe kto był i co za rurę nosił pod płaszczem. Pancerfaust to to nie był z uwagi na rozmiary.

- Jak by podeszli bliżej, bym wykurwił.
Od tego czasu nie przyszła mi więcej do głowy myśl, by starać się o obstawę..

Inne, przepiękne wręcz wydarzenie - to ewakuacja powielacza z Politechniki.

Nie będę Ci tego opisywał, bo sam byłeś jednym z tych dwóch nierzucających się w oczy brodatych, ubranych w zielone kurtki facetów, co to wielkie i ciężkie jak cholera pudło z napisem "papier toaletowy" z Warszawy do Falenicy pociągiem targali i udawali, że toto nic nie waży. A potem jeszcze okazało się, że powielacz nie miał bębna!

Zapomniałem zupełnie o tym epizodzie, ale tak było, pamiętam,że później próbowałem zupełnie nieskutecznie ulokować gdzieś produkcję tego nieszczęsnego bębna. Przejął go chyba w końcu „Długi Piotr, ale czy go uruchomił nie wiem. „Grzesio” przypomniał przy okazji o modzie stanu wojennego. Teoś, mając SB „za ogonem” wiedział o co chodzi i ubierał się niepozornie,(choć typowy mundurek – zieloną kurteczkę też często zakładał) pewnie dlatego mało mi się spodobał w czasie pierwszego spotkania. „Grzesio” w swojej zielonej kurtce już sugerował środowisko w którym się obracał. Dało sie jeszcze wytrzymać bo w zielonych kurtkach latała chyba połowa Warszawy, ale ta kurtka i broda to już było coś. „Gruby Piotr” też oczywiście miał zieloną kurtkę (choć używał też czarnego długiego płaszcza) a „bojowy” wygląd uzupełniały wielkie chusty zupełnie z stylu palestyńczyków, tak że partyzantka miejska całą gębą. Najgorzej zaś było ze mną. Miałem oczywiście brodę, latałem w zielonej prawie że zupełnie kawaleryjskiej kurtce, na głowie czarny beret, a na nogach, żeby obraz był zupełnie pełny - oficerki. Tak wystrojony udałem się jeszcze zimą 1982 roku do kawiarni „Słoneczna” na spotkanie z innym „konspiratorem”. Ten z kolei miał na nogach walonki, kożuch jeszcze chyba po ojcu, przepasany szerokim wojskowym pasem. Szatnierz, który odbierał od nas okrycia, wieszał je tak jak by to były relikwie narodowe. Teoś walczył z tymi moimi oficerkami i w końcu zwyciężył, wskoczyłem w „cywilne” buty, ale z kurtki nie zrezygnowałem. Zresztą nasze stroje nie były tak jednoznacznym symbolem opozycji jak różnego rodzaju znaczki, a w końcu oporniki w klapach które wpinała sobie szanująca się opozycja.

Grzegorz Jaczyński

Uwagami opatrzył Janusz Ramotowski „Przem”

Skorowidz nazwisk

Teodor Klincewicz „Teoś”, „Rafał” nie żyje
Janusz Ramotowski „Przem”
Andrzej Smirnow
Piotr Izgarszew „Gruby Piotr”
Piotr Mazurek „Długi Piotr”

_________________
Bartek
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 05 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pon Gru 05, 2016 11:32 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Czw Wrz 28, 2006 10:38 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Warto tu dodać, że Teodor Klincewicz „Teoś" pomagał Piotrowi Hlebowiczowi i mnie ( Wydział Wschodni "SW") w kupowaniu i zdobywaniu offsetów (maszyn drukarskich) dla organizacji niepodległościowych w rozpadajacym się ZSRR.

Irena Lasota z IDEE zdobywała na sprzęt fudusze. "Teoś" organizował i razem z Piotrem Izgarszewem sprawdzali stan techniczny i w razie potrzeby naprawiali maszyny drukarskie.
Piotr Izgarszew "Gruby Piotr" szkolił też przyszlych drukarzy z Estonii, Łotwy, Ukrainy i innych republik ZSRR.

Informacje o Wydziale Wschodnim SW można już wreszcie podawać. Udało się to, o co walczyliśmy. Republiki ZSRR wybiły się na niepodległość.

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
aerobat
Nowy Użytkownik


Dołączył: 18 Mar 2007
Posty: 1

PostWysłany: Nie Mar 18, 2007 11:01 pm    Temat postu: Ramotowski - wspomnienia Odpowiedz z cytatem

Przem, cytujac Grzesia Jaczyńskiego "Pierdołę", "Grzeska" mogłeś się domyślec, że chodzi o "Wariata". Grześ grający teraz zrównoważonego weterana zapomniał jak prosił żeby "potrzymac" armatę. Faktycznie to nie był panzerfaust tylko wyrzutnik granatów 40mm. Lekko stuningowany - dłuższa lufa i magazynek na dodatkowe 4 naboje.Skuteczność gwarantowana. Panzerfaust był kiedy indziej - na MEL-owskim strajku, dzień po pacyfikacji WOSP-u.
Pozdrawiam,
"Wariat"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Wspomnienia, Relacje Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group