" /> Dyskusje ogólne :: Jarczewski walczy z "kacykozą"
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Jarczewski walczy z "kacykozą"

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Maciej
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 1221

PostWysłany: Nie Lip 03, 2011 6:55 pm    Temat postu: Jarczewski walczy z "kacykozą" Odpowiedz z cytatem

Pamiętają państwo człowieka z wieży Radiostacji Gliwice. Warto zaglądać na jego stronę:
http://www.ajarczewski.republika.pl/


Andrzej Jarczewski Gliwice, 24 czerwca 2011
jarczewski@gmail.com
tel. 695-226-118
Sygn. VI P 662/10

Sąd Rejonowy w Gliwicach

Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych

Żądanie niezwłocznego zakończenia procesu i przywrócenia mnie do pracy

1. Standardy „europejskie” w przededniu polskiej prezydencji

Piszę to w chwili, gdy Wrocław zostaje ogłoszony Europejską Stolicą Kultury 2016.
Wrocław zawdzięcza swój sukces prowadzonej od lat na europejską miarę, świadomej polityce
miejskiej, której wektory prezydent Dutkiewicz określił jako 4T: Talent, Tolerancja,
Technologia, Tożsamość. Gliwice są zaprzeczeniem trzech spośród tych wartości. Technologię
mamy nie gorszą niż Wrocław, ale talenty są niszczone w zarodku, tłamszone lub wypędzane,
tolerancji wobec krytyki nie ma za grosz, a polska tożsamość Gliwic jest wstydliwie
ukrywana i wykreślana nawet z takich dokumentów, jak statut miejskiego muzeum.
Gliwice stają się miastem czterech K: K ostka, K radzież , K onkubinat , K acykoza . Albo
czterech P: P rezydent , Posłuszeństwo, Podlizywanie się, i… Prawdopodobnie coś jeszcze.
Najnowszy projekt aktualizacji strategii rozwoju miasta zawiera wprawdzie ładne podręcznikowe
slogany, ale praktyka na razie przeczy zauważaniu obywateli przez prezydenta. To, co
Zygmunt Frankiewicz zawarł w programie wyborczym, czyli to, co jest – bez względu na jakieś
tam strategie – realizowane, buduje miasto, składające się z rzeczy i… wyborców. Nie
z obywateli! Jest to wizja bez ducha. Koncepcyjny chaos i oczywiście mnóstwo pożytecznych
działań, ukierunkowanych przede wszystkim na sukces w kolejnych wyborach.
Jako radny występowałem przeciwko takiemu chaosowi polityki miejskiej. W szczególności
domagałem się jasnego sformułowania polityki kulturalnej, choćby koncepcji działania
Muzeum w Gliwicach. Robiłem to, wypełniając najlepiej jak umiałem mandat radnego ze
świadomością, że nikt inny tego zrobić nie potrafi, nie chce lub po prostu boi się nawet wyrażać
swoje myśli. Z chwilą utraty mandatu radnego – spadł ze mnie obowiązek wypełniania
tego rodzaju zadań. Mógłbym sobie spokojnie pracować w Radiostacji, zajmując się prowokacją
gliwicką czy innymi ważnymi dla Polski zagadnieniami historycznymi i radiowymi,
które by wypełniły całą moją aktywność aż do emerytury. Z pewnością pisałbym książki,
a nie takie elaboraty, jak niniejszy. I – poza garstką specjalistów – nikt by o mnie nie słyszał.
Ale tu dał o sobie znać brak tolerancji w Gliwicach. Ktokolwiek kiedykolwiek głosił
poglądy niemiłe Najwyższemu – musi być ukarany natychmiast, gdy tylko to będzie możliwe.
I najciężej, jak to jest możliwe! Musi być wyrzucony poza granice samorządowej kultury, lepiej:
poza granice miasta, a najlepiej – poprzez odebranie jedynego źródła utrzymania – poza
granice życia, a choćby do paki! Prezydenta Gliwic nie satysfakcjonuje wygrana 1:0. On nie
spocznie, dopóki przeciwnika nie zniosą na noszach, skopanego przez nasłanych siepaczy. No
i mnie skopali, ale zanim całkiem wyniosą – każdy dzień bezrobocia poświęcę na walkę z kacykozą
i na coraz głośniejsze wołanie o sprawiedliwość. I będę stosował takie środki, żeby
każdy, kto przyłoży rękę do nieprawości, wiedział, że źle czyni. Dlatego piszę do Sądu Rejonowego
w Gliwicach nie na klęczkach, bo ja o nic nie proszę. Ja żądam sprawiedliwości!
Andrzej Jarczewski. Żądanie niezwłocznego zakończenia procesu i przywrócenia mnie do pracy. Gliwice, 24 czerwca 2011
1/7

2. Kozi róg
Pismem z 30 maja 2011 zaprotestowałem przeciwko fałszowaniu protokołu rozprawy
z 2 czerwca 2011. Żądałem aneksowania tego protokołu, co nie zostało wykonane. Ogłaszam
więc, że ów protokół jest fałszywy i ponownie zgłaszam to samo żądanie.
Przewidując kolejne nieprawości, żądałem, by sąd nie przesłuchiwał Beaty Badury,
wicedyrektor Muzeum, gdyż będą to zeznania oraz oświadczenia złożone w warunkach wyłączających
swobodę wypowiedzi (art. 171. §1 kpk). Gdy sąd zaczął ją przesłuchiwać, zgodnie
z zapowiedzią wyszedłem, by jeszcze bardziej nie zawstydzać młodej kobiety, uzależnionej
od dyrektorskiej łaski. I otrzymaliśmy właśnie to, czego się spodziewałem. Pomieszanie
kompletnych bredni z wymuszonym kłamstwem. Żądam pominięcia tego dowodu, który nic
do sprawy nie wnosi, a z ostrożności procesowej wskazuję ważniejsze uchybienia.
1. Pytanie wicedyrektorki o to, czy w Muzeum terror panuje, czy nie panuje, jest poważnym
nadużyciem, gdyż nie uzgodniono znaczenia tego terminu. Pani Badura, odpowiadając,
że terroru nie ma, zapewne miała na myśli taki terror, jaki panował w czasie okupacji.
Albo też taki terror, jaki panował w „niezawisłym” Sądzie Rejonowym w Gliwicach, gdy sądzono
mnie w roku 1986. Wtedy to – zgodnie z niedawno ujawnionym „Planem zabezpieczenia
rozprawy” – posadzono na sali rozpraw czterech esbeków w cywilu, dwóch na korytarzu,
a kolejnych dwóch w gabinecie prezesa „niezawisłego” Sądu Rejonowego w Gliwicach! I to
faktycznie był terror. Natomiast terror, jaki bezwzględnie panuje dziś w Muzeum w Gliwicach,
ma zupełnie inny charakter i mogę o tym mówić długo, ale nie w tym kontekście.
2. Zeznania na temat telefonu są tak głupie, że ręce opadają. Na żądanie dyrektora oddałem
(na czas urlopu w lutym 2010) służbowy telefon komórkowy, w którym jeden klawisz
był odłamany, co trochę utrudniało korzystanie z tego aparatu. Był to wyjątkowo nieudany
model Nokii, którym uszczęśliwiono mnie bez pytania. No i ten wystający klawisz odpadł już
pierwszego dnia, ale można było dzwonić bez problemów, choć też i bez przyjemności. Kompletną
bzdurą jest opowiadanie, że wskutek tego niemożliwy był kontakt z pracownikiem.
Z którym pracownikiem? Przecież ze mną codziennie kontakt utrzymywano, z wszystkimi innymi
pracownikami też! (Ten klawisz został po urlopie naprawiony w serwisie Nokii).
3. Reszta to bełkot zastraszonej urzędniczki, którą zmuszono do doniesienia, jakobym
w rozmowie z nią stwierdził, że dyrektor Krawczyk jest niekompetentny. Po co pytać o takie
rzeczy, skoro sam pisałem o tym publicznie, a teraz zostałem zachęcony, by nieustannie to
przypominać. Poza tym – w Muzeum nie ma jednego pracownika, który by mówił inaczej!
No bo gdzie ten dyrektor miał się nabawić kompetencji? W łóżku konkubiny, przez które
szedł na posadę? Przecież jego wiedza o muzeach ograniczała się do tego, że takie dziwa na
świecie istnieją. Nic więcej. W następnych pismach bardziej szczegółowo zajmę się niekompetencją
tego człowieka, a tu stwierdzam tylko, że upokarzanie wicedyrektorki takimi głupstwami
sprowadza w 2011 roku Sąd Rejonowy w Gliwicach na poziom Sądu Rejonowego
w Gliwicach sprzed lat równo 25! Wtedy też świadków przymuszano do podobnych bredni.
Zamiast uczyć się muzealnictwa, zamiast pracować nad koncepcją – dyrektor Krawczyk,
który w roku 2010 na dwóch samorządowych etatach (Muzeum i Teatr Muzyczny) zarobił
ponad 140.000 złotych, postanowił pozbawić mnie prawie trzy razy mniejszych dochodów,
stanowiących w roku 2011 jedyne źródło utrzymania człowieka w wieku przedemerytalnym,
mającego na utrzymaniu żonę z II grupą inwalidztwa i studiującego syna. Dodajmy, że
pozbawił w ten sposób własne Muzeum jednego najbardziej oddanych i twórczych pracowników,
który pozostałe cztery lata mógł w swej radiowej samotni wypełnić wartościową pracą
na rzecz Gliwic. Tak postępują nikczemnicy, pomocnicy kata, posługacze kacykozy.
Czy prezydent spodziewał się, że prześladowany pracownik stuli uszy po sobie i bez
walki da się zabić? Przecież ja każdy dzień bezrobocia wypełnię pracą nad obnażaniem całego
zła kacykozy, panującej w Gliwicach, a z materiałów, które wciąż do mnie napływają, widzę,
że może mi to wypełnić wiele miesięcy. Zapędzili mnie w kozi róg i ja naprawdę nie
mam gdzie się cofać! Za to znalazłem tam sojusznika: kozę. Pod jej egidą walczę bez trwogi:)
Andrzej Jarczewski. Żądanie niezwłocznego zakończenia procesu i przywrócenia mnie do pracy. Gliwice, 24 czerwca 2011
2/7

3. Dylemat Noego

Prezydent Gliwic był wielokrotnie proszony przez radnych, posłów, przez zwykłych
ludzi, w tym również i przez niżej podpisanego, by nie dopuścił do niczym nie usprawiedliwionego
represjonowania weterana walk o niepodległość…
Użyłem tu terminu, zapisanego w 19. artykule Konstytucji RP, której autorzy celowo
w tym kontekście nie wymienili II wojny światowej, bo walki o niepodległość toczyły się
w różnych miejscach i w różnych czasach. Również w Gliwicach w latach osiemdziesiątych,
a ja i kilkadziesiąt innych osób uważa się słusznie za weteranów tych walk. Dziś już o niepodległość
nie walczymy. Może tylko o to, by ta niepodległość nie była znów wykorzystywana
przez silnych i bogatych do szkodzenia słabym i biednym, by nie gniła na naszych oczach.
Obecnie – jak podkreślałem wiele razy przy innych okazjach – występuję w swojej
sprawie jednostkowej, ale podobne problemy przeżywa wiele osób. Nieliczni osiągnęli sukces
materialny. Większość dzisiejszych weteranów walczyła nie o dobra materialne, ale o samą
ideę niepodległości. To są ludzie, którzy protestowali i będą protestować przeciwko każdemu
złu, ludzie, którym odpowiedzialność za dobro wspólne nie pozwala iść na żadne kompromisy
moralne, którzy są solą w oku każdego kacyka, każdego złodzieja, bandyty i deprawatora.
Ludzie, którzy są bardziej od innych wrażliwi na zło, którzy są gotowi zaryzykować własne
nawet życie na ołtarzu tych wartości, które wyznają. No i tacy mają w życiu „przerąbane”.
Ale światły twórca konstytucji wie, że bez takich ludzi Polska będzie krajem sezonowym.
Dobrym na dobrą pogodę. A gdy pojawią się poważne trudności, co zrobi kraj, w którym
nie ma obywateli gotowych do ofiar? I dlatego wszędzie na świecie, a znakomity przykład
dała II Rzeczpospolita, państwa otaczają szczególną opieką tych, którzy czynem udowodnili,
że nie ulękną się żadnego wroga, żadnej przemocy. Ci ludzie nie powinni obawiać
się na starość głodowej śmierci pod płotem. Trzecia Rzeczpospolita jeszcze tych standardów
nie spełnia. Ale stara się, zapisując choćby 19. artykuł Konstytucji w czasach, gdy wkrótce –
z przyczyn biologicznych – bohaterów II wojny światowej nie będzie już wśród żywych.
Ja – broniąc swojej sprawy – bronię Konstytucji i daję nadzieję tym, którzy nie są już
zdolni do jakiejkolwiek walki, którzy dożywają swych lat gdzieś na łaskawym, częściej na
niełaskawym chlebie. I nie mogę się wycofać, bo zdradziłbym tych weteranów walk o niepodległość,
którzy nie potrafią pisać trudnych tekstów, którzy nie mogą przemawiać, którzy już
utracili wiarę w sprawiedliwość i nie mają nawet siły, by poniewierać się po sądach; zrezygnowanych,
którym pozostaje tylko ciche cierpienie i czekanie na śmierć.
A natchnieniem dla moich działań są losy największego bohatera stanu wojennego
w Gliwicach, organizatora i szefa całej miejskiej konspiry, przywódcy dwóch wielkich manifestacji,
inicjatora podziemnego Radia „Solidarność”, drukarza, instruktora i wydawcy przeogromnej
masy różnych czasopism i ulotek – Tadeusza Drzazgowskiego, który trwał w konspiracji
niepodległościowej aż do roku 1990! Piszę o nim w różnych miejscach, mówię o nim,
ale towarzyszy temu zwykle wzruszenie… wzruszenie ramion. Nic więcej. Człowiek, który
zasługuje na miano Honorowego Obywatela Gliwic nie ma nawet emerytury i poprzestał na
sprzedawaniu kiszonych ogórków, co na razie wystarcza mu na wegetację. Przewodniczącym
Europarlamentu mógł zostać tylko jeden weteran walk o niepodległość. Wielu innych rozdzióbią
kruki i wrony. Współczesna literatura nie odrobiła jeszcze długu wobec swych nowych
Bartków Zwycięzców. Przypominam o nich choćby w ten sposób.
Pracując na odludziu, przyjmując corocznie 8.000 turystów w jednoosobowej placówce,
pisząc książki i artykuły, przynoszące pożytek i sławę Gliwicom – wiedziałem, że na stare
lata – zgodnie z logiką beneficjentów III RP – stanę bliżej Drzazgowskiego niż Buzka. W takiej
samej sytuacji socjalnej. W takiej samej, w jakiej może znaleźć się każdy Polak, który
coś dla Polski zrobił. Coś ważnego, gdy inni tchórzyli. I nie zdziwiłem się, gdy prezydent
miasta znalazł wykidajłę, który wypełnił najpodlejszy rozkaz: wywalić weterana walk o niepodległość.
Na zbity pysk! Ale brak zdziwienia nie oznacza przyzwolenia. Walka trwa!
Andrzej Jarczewski. Żądanie niezwłocznego zakończenia procesu i przywrócenia mnie do pracy. Gliwice, 24 czerwca 2011
3/7

4. Kombatant, represjonowany, weteran

Prezydent Frankiewicz zdradził Rzeczpospolitą. Pokazał, że w jego zapyziałej wiosze
Konstytucja RP nie obowiązuje. Że w jego imperium obowiązuje inna konstytucja, w której
artykuł 19. uzyskuje brzmienie następujące: Gliwicka kacykoza ze szczególną zajadłością
zwalcza i pozbawia środków do życia weteranów walk o niepodległość!
Wobec żołnierzy II wojny światowej najczęściej stosuje się termin „kombatant”. I tej
kategorii bojowników dotyczy spore prawodawstwo, w tym zwłaszcza ustawa o kombatantach
oraz niektórych osobach będących ofiarami represji wojennych i okresu powojennego.
Ta ustawa nie wykracza w zasadzie poza rok 1970, jeżeli chodzi o czas „walki”.
Z kolei osoby, które w następnych latach cierpiały w więzieniach, w obozach internowanych,
które były wyrzucane z pracy ze względów politycznych i w różny wymyślny sposób
szykanowane, nazywamy „represjonowanymi”. Kilka aktów prawnych już wyodrębnia tę
grupę, choć nie wiąże się to z żadnymi przywilejami, wynikającymi z tego tytułu. Za represjonowanych
uważa się również tych, którzy ze względów politycznych doznawali od komunistów
jakichkolwiek niezawinionych strat lub cierpień w każdym czasie.
Natomiast konstytucyjne pojęcie „weterana walk o niepodległość” nie zostało jeszcze
zdefiniowane ustawowo. Istnieje np. Patent Weterana Walk o Wolność i Niepodległość Ojczyzny,
ale ze względu na datę ustanowienia tego patentu dotyczy on głównie weteranów II
wojny i nie wyczerpuje wszystkich znaczeń czy kategorii, sygnalizowanych artykułem 19
Konstytucji RP. Niniejszy proces w jakimś stopniu przyczyni się do wyklarowania definicji.
Muszą być kryteria obiektywne i osobista wola zainteresowanych.
Należę do kategorii, o której mogę powiedzieć: my, weterani pokojowej walki o niepodległość
Polski nie domagamy się przywilejów, należnych odchodzącym już na wieczną
wartę ostatnim bohaterom II wojny i najdzielniejszym z dzielnych, którzy w latach stalinowskich
walczyli jeszcze z bronią w ręku. W późniejszych dekadach pistolet zastąpiło pióro,
a dynamit – ramka drukarska. Nadal była to – prowadzona w konspiracji – walka o niepodległość!
I choć w naszych rękach nie było broni, to mierzyliśmy się z przeciwnikiem uzbrojonym,
co do którego nie było wątpliwości, że tej broni użyje przeciwko obywatelowi
na rozkaz, a nawet bez rozkazu. W stanie wojennym do ludzi strzelano również w Gliwicach!
Aż strach pomyśleć, jakie zgorszenie wywołałaby prawomocna wiedza, że weterani
walk o niepodległość mogą być pozbawiani środków do życia przez pierwszego lepszego wykidajłę,
najętego przez lokalnego kacyka w celu bezwzględnego rozprawiania się z ludźmi
rzetelnie wypełniającymi obowiązki radnego i myślącymi samodzielnie! To byłby wyraźny
sygnał dla młodzieży: nigdy nie stawaj w obronie żadnych ludzi i żadnych wartości. Nawet
w obliczu bandyckiego napadu na staruszkę, nawet w obliczu obcych wojsk we własnym kraju!
Bądź tchórzem i konformistą, liż dupę każdej władzy i pilnuj swoich prywatnych interesów.
Bo tylko wtedy możesz nie drżeć o swoje bezpieczeństwo i życie. A jeśli takie skundlenie
ci nie odpowiada – cały świat stoi otworem. Nie musisz mieszkać w Gliwicach, bo tu nie
ma miejsca dla niepokornych! Tu nie ma miejsca dla tych, którzy nie kradną kostki brukowej;
tu jest najlepsze miejsce dla tych, którzy przez konkubenckie łóżko zdobywają dubeltowe dyrektorstwa
(by posłużyć się na razie tylko opisanymi wcześniej przykładami choroby społecznej,
jaką jest kacykoza; drastycznych przykładów jest więcej. I znajdą one swój opis).
Droga do prawdy i sprawiedliwości nigdy nie była usłana różami. Raczej kolcami. I tu
też tak musi być. Nie mam wątpliwości w ostateczne zwycięstwo, tak jak nie wątpiłem nigdy,
że komunizm upadnie, a ZSRR wyprowadzi stąd swoje wojska i Polska odzyska pełną niepodległość.
Tylko że takie rzeczy nie dzieją się same, ktoś musi o to walczyć, ktoś musi nawet
ginąć, bo w utrzymywanie patologii, we wzmacnianie niesprawiedliwości, w wyzysk i
złodziejstwo zaangażowane są zawsze potężne siły, które starannie pilnują swoich interesów.
Wykorzystują w tym celu całe armie prawników. Stać ich na przekupienie prokuratorów a nawet
na zblatowanie sądów, co już tyle razy było dowiedzione, choć prawie nigdy – ukarane.
Andrzej Jarczewski. Żądanie niezwłocznego zakończenia procesu i przywrócenia mnie do pracy. Gliwice, 24 czerwca 2011
4/7

5. Odrzucam pomoc adwokatów

Spektakularna akcja na wieży Radiostacji zaowocowała m.in. ofertami pomocy ze
strony najlepszych śląskich i warszawskich kancelarii prawnych. Moja sprawa powinna być
łatwa do wygrania przez każdego początkującego nawet aplikanta jak nie w pierwszej, to
w drugiej instancji. Oto radny odważnie wypełnia swoje obowiązki, a beznadziejnie niekompetentny
(teraz stale będę to przypominał) administrator Muzeum wywala go za to z roboty,
gdy tylko ustał obowiązek konsultowania z Radą Miejską rozwiązania umowy o pracę.
Sprawa dość błaha, wystarczyło tylko sprawdzić, czy wypowiedzi, które tak zepsuły
samopoczucie dyrektora, były składane przez radnego, czy przez bezradnego. Czy „w związku
z wykonywaniem mandatu” (art. 25.1 ustawy o samorządzie gminnym), czy bez takiego
związku. I tylko ten aspekt podniosłem w odwołaniu, złożonym w sądzie pracy natychmiast
po dokonaniu przez dyrektora Muzeum aktu zemsty, czyli po wręczeniu mi wypowiedzenia.
Sąd – dla spokoju własnego sumienia – mógłby jeszcze zbadać, czym te wypowiedzi
przewodniczącego Komisji Kultury były sprowokowane i czy były usprawiedliwione. Dziś,
gdy już mamy komplet dokumentów z datami wpływu i dekretacjami, widać czarno na białym,
że prace nad zmianą statutu dyrektor Krawczyk przez trzy kwartały ukrywał przed Radą
Miejską i nawet przed pracownikami merytorycznymi Muzeum! Gdy w styczniu na posiedzeniu
Komisji prosiłem o ten dokument – nie otrzymałem go, mimo że statut był wtedy na etapie
uzgodnień z ministrem kultury i (poza drobnymi korektami) nie zmieniło się tam już nic!
Za plecami Rady Miejskiej przez pół roku dyrektor uzgadniał z ministrem kształt statutu, by
doprowadzić w końcu do sytuacji, w której radni nie mogli zmienić nawet przecinka! Chodziło
również o ukrycie zamiaru likwidacji Oddziału Odlewnictwa Artystycznego, a zwłaszcza
o usunięcie ze statutu zapisu podstawowego dla budowania polskiej tożsamości Gliwic:
o propagowaniu narodowej tradycji historycznej i kulturalnej .
Natomiast rozpatrywanie inkryminowanych tekstów tylko jako wypowiedzi pracowni ka
(z powoływaniem się na orzecznictwo PRL-owskiego Sądu Najwyższego z lat 1968, 1969
i 1976) jest niedopuszczalnym błędem procesowym i stanowić będzie oczywistą podstawę
apelacji. Wtedy już może skorzystam z pomocy prawnej a także powołam świadków, którym
obiecałem, że w pierwszej instancji nie będą narażeni na kolejny akt zemsty dyrektora.
Tu tylko odnotuję, że orzecznictwo SN z lat 1968 i 1969 (przywołane przez adwokatów
dyrektora Krawczyka w „Odpowiedzi na pozew”) miało na celu przykrycie prawniczym
żargonem niesprawiedliwego, masowego pozbawiania pracy osób pochodzenia żydowskiego,
a znów w czerwcu 1976 cały aparat PRL-u przygotowywał się różnymi działaniami do represjonowania
ludzi wobec spodziewanych protestów pracowniczych, po szykowanej wówczas
drastycznej podwyżce cen na żywność. Łatwo było przewidzieć, że pokrzywdzeni, zwłaszcza
robotnicy nie będą używać form salonowych, więc wymyślono, że będzie się ich karać i wywalać
z pracy za samą tylko „niewłaściwą” formę krytyki, za słowa! I to do dziś służy różnym
wykidajłom do pozbywania się pracowników. A wtedy – równo 35 lat temu – protesty oczywiście
były (Radom, Ursus, Płock) i wszystkie przygotowania niezwłocznie okazały swą
przydatność. Gdyby w roku 2011 jakiś sąd w Polsce posłużył się tamtym orzecznictwem
przeciw represjonowanemu obywatelowi… byłby to niezły temat! Dla politycznego kabaretu.
Tak więc nie chcę korzystać z darmowej pomocy adwokackiej, a zapłacić nie mam
czym. Szanuję prawników, którzy pomagają zwykłym ludziom w nieprzeniknionym gąszczu
współczesnego prawa. Ale jakiż byłby pożytek z tego, że ‘moi’ adwokaci wygrają z ‘ichnimi’
adwokatami? Przecież to nie jest zabawa w kruczki prawne czy niedopatrzenia formalne. To
jest problem najwyższej wagi: problem ponadpolityczny, konstytucyjny! Na obecnym etapie
najważniejsze jest nagłośnienie sprawy na całą Polskę, a im gorzej zawyrokuje sąd pierwszej
instancji, tym lepiej dla szans na uzyskanie społecznego poparcia i na doprowadzenie do radykalnej
naprawy ostatniej wielkiej skamieliny PRL, jaką widzimy w polskim sądownictwie.
Ta sprawa już jest głośna, a ja dołożę starań, by nie zeszła z wokandy opinii publicznej aż do
rozwiązania zgodnego z interesem kraju i ludzkim poczuciem sprawiedliwości.
Andrzej Jarczewski. Żądanie niezwłocznego zakończenia procesu i przywrócenia mnie do pracy. Gliwice, 24 czerwca 2011
5/7

6. Sąd nad słowem

Ważniejsze dokumenty tej precedensowej sprawy będą publikowane m.in. w moich
książkach i w internecie, więc też i forma niniejszego pisma uwzględnia potrzeby internetu.
Sąd dysponuje wszystkimi dokumentami, a ja na użytek internautów w tym miejscu zamieszczam
linki do tekstu rozwiązania umowy o pracę (str. 1, str. 2, str. 3) ponadto dodaję tekst
mojego jednostronicowego odwołania oraz 18-stronicową odpowiedź adwokatów Krawczyka,
powołującą się na najczarniejsze strony peerelowskiego orzecznictwa antypracowniczego.
Adwokaci pomijają istotę rzeczy i kierują uwagę sądu na jakieś absurdalne manowce
(str. 1, str. 2, str. 3, str. 4, str. 5, str. 6, str. 7, str. 8, str. 9, str. 10, str. 11, str. 12, str. 13, str. 14,
str. 15, str. 16, str. 17, str. 18). Czytając to, należy zwrócić uwagę na bezwstydne przywoływanie
orzecznictwa antyżydowskiego z roku 1968 i antyrobotniczego z 1976. Te inspiracje są
wciąż żywe w czarnosecinnym obiegu. Najwyższy czas, by najhaniebniejsze karty peerelowskiego
prawodawstwa w końcu przekreślić. Niniejszy proces ma i w tym dziele dopomóc.
Czytając ten prawniczy elaborat warto zwrócić uwagę na podkreślenia, które Grzegorz
Krawczyk poczynił, by uwadze sądu nie umknęły słowa mu niemiłe (żadne podkreślenie nie
pochodzi ode mnie). To jest ciekawe curiosum. Jeden polonista uczy drugiego polonistę, a za
arbitra bierze Sąd Rejonowy w Gliwicach. Na uwagę zasługuje, że „nauczyciel” (Krawczyk)
nie napisał w życiu nie tylko żadnej książki, ale nawet ani jednego artykułu, do którego mógłby
się teraz przyznać. Nawet koncepcji działania Muzeum, o co niezmiennie od dawna się dopominam.
Przeciwnie. Korzysta z „pióra zastępczego”, czyli z usług dziennikarza, który – sławiąc
Krawczyka – zapomina podać, jakie zlecenia odeń otrzymuje i ile samorządowych pieniędzy
wpłynęło na jego konto z tytułu różnych projektów w poszczególnych latach. Bez tego
zestawienia wpływów – płody „pióra zastępczego” wyglądają jak zapłacone. Nie wiem, czy
będzie tak samo po ujawnieniu tych finansowych sekretów. Tyle o „nauczycielu słów”.
Z kolei „pouczany”, czyli niżej podpisany Andrzej Jarczewski jest autorem setek publikacji,
w tym kilku książkowych, a wszystko, co napisał – w każdej chwili gotów jest ponownie
poddać pod osąd publiczny i częściowo robi to w internecie. Nie wykluczam pewnych
błędów czy nieporozumień, ale tak się składa, że ja tych słów opublikowałem pod własnym
nazwiskiem milion, a pan Krawczyk – coś blisko zera, bo nie wliczam tu (zidentyfikowanych
jako Krawczykowe) anonimowych paszkwili na forach internetowych, czy na blogu „pióra
zastępczego”. Nie pierwszy to taki wypadek w historii. Na szczęście wojna sądów ze słowami
zawsze wyglądała tak samo. Pisarz szedł do ciupy, a słowo wylatywało nad poziomy.
Jestem badaczem nieznanej nauce krainy: kacykozy. Muszę opracować własną metodę
badawczą i nową terminologię, by odpowiednie dać rzeczy słowo: na małe świństwo małe
słowo, na wielkie – wielkie. To się właśnie na oczach czytelników codziennie odbywa. Niektóre
słowa już się ukorzeniły, z innych będę rezygnował, by znaleźć coś mocniejszego, lepiej
pasującego do rzeczywistości, a zarazem zgodnego z duchem języka. Na pewno nie będę korzystać
z usług suflera kategorii tak niskiej, jak Grzegorz Krawczyk.
Mediom też brakuje słów. Nazywano mnie ‘desperatem’, ‘wariatem’, wyciągano jakieś
wątki osobiste, bo nie ma jeszcze terminologii opisującej kacykozę, a z powszechnego
użycia wypierane są takie terminy, jak ‘odpowiedzialność’, ‘dobro wspólne’, ‘solidarność’,
‘patriotyzm’, ‘odwaga’, a nawet ‘walka o godność’. Takie wyrazy kształtują polską nową
Konstytucję, ale jeszcze nie polską nową rzeczywistość. A już jak jakaś przybłęda przez łóżko
konkubiny trafia na stołek dyrektora gminnego muzeum, to usuwa ze statutu nawet tak święte
cele, jak „Propagowanie narodowej tradycji historycznej i kulturalnej”.
By nie zaogniać sprawy, powinienem usunąć kilka poprzednich zdań. Ale tu nie chodzi
o lanie oliwy na spienione fale. Jeżeli mam lać oliwę – to do ogniska! Żeby jaśniej płonęło!
Powtarzam raz jeszcze: mogę spokojnie żyć na uboczu, zajmując się ważnymi dla Polski
sprawami historycznymi. Ale teraz walczę o życie, bo chcą mnie zabić! I w tej walce nie zawaham
się przed wzmacnianiem argumentów każdego dnia. Bo mam do tego prawo. Nie to
prawo z peerelowskiego orzecznictwa. Prawo do obrony życia wynika z Konstytucji RP.
Andrzej Jarczewski. Żądanie niezwłocznego zakończenia procesu i przywrócenia mnie do pracy. Gliwice, 24 czerwca 2011
6/7

7. Utrata zaufania

Na koniec muszę się zająć najbardziej wrednym fragmentem uzasadnienia wywalenia
mnie z roboty. Otóż dyrektor Krawczyk napisał, a następnie rozpowiadał, że rzekomo stracił
do mnie zaufanie. Tu jest kilka problemów. Po pierwsze – termin „utrata zaufania” jest zwykłym
wytrychem, służącym do nazywania stanów zupełnie innych. Pan Krawczyk mnie po
prostu nie lubi i – jako niekompetentny dyrektor – chyba się boi dalszej krytyki. Oczywiście
zaufania nie mógł do mnie stracić, bo nigdy czegoś takiego nie posiadał. Innych pracowników
Muzeum też darzył maksymalną nieufnością. Nie można tracić tego, czego się nie ma.
Najlepiej to zilustrować na przykładzie Sadu Rejonowego w Gliwicach. Otóż ostatnio,
gdy – na podstawie oczywiście fałszywych zeznań – na trzy dni Sąd Rejonowy pozbawił
mnie wolności i umieścił w szpitalu wariatów, w żadnym wypadku nie mówiłem o utracie zaufania
do tego Sądu, bo takiego zaufania nie miałem nigdy. W komunie sprawa była jasna,
wyrok z roku 1986 mnie nie zaskoczył, a późniejsze wysyłanie mnie do psychiatry, czy nieuzasadnione
odwlekanie rozprawy o przywrócenie do pracy utrzymuje mnie – jak już pisałem
– w stanie uzasadnionego nieposzanowania wobec tego Sądu. Ale zaufania nie straciłem!
Druga sprawa – to wydźwięk medialny takiego oskarżenia. No bo „utrata zaufania”
brzmi jak posądzenie o kradzież, o zepsucie, czy działanie na szkodę Muzeum. Tymczasem
nic takiego nie nastąpiło, a niezmiernie ciekawy przykład odwrotny opiszę w tym miejscu.
Otóż w Radiostacji Gliwice większość urządzeń została w różnych czasach zezłomowana lub
wywieziona. Jedynym zachowanym w nienaruszonym stanie, a przez to niezmiernie cennym
systemem był zabytkowy układ chłodzenia wodą lamp nadawczych. Piszę „był”, bo na początku
sierpnia 2009 ten bezcenny system został zdekompletowany przez głupca i złodzieja,
który dokonał paskudnych zniszczeń dla pozyskania paru kilogramów miedzianego złomu.
Był to pracownik firmy, która dokonywała prac remontowych w Radiostacji.
Niezwłocznie po stwierdzeniu tej kradzieży – dokonałem fotograficznej dokumentacji
i do ówczesnego administratora obiektu skierowałem odpowiednie zawiadomienie. Oczywiście
– zachowałem drogę służbową. Zawierające zdjęcia zawiadomienie (by nie przytłaczać
tego pisma procesowego załącznikami – wszystkie przywołane tu dokumenty zamieszczam
tylko w internecie, a na życzenie sądu dostarczę kopie) otóż to zawiadomienie złożyłem w sekretariacie
Muzeum z prośbą o niezwłoczne nadanie sprawie biegu, czyli o zawiadomienie
policji i spowodowania przeszukania lokalnych punktów skupu złomu, bo w ten sposób zyskiwaliśmy
szansę na odzyskanie skradzionych urządzeń. Podpisałem i przybiłem pieczątkę.
W odpowiedzi – dyrektor Krawczyk… zakazał mi używania pieczątki imiennej kierownika
Radiostacji! Że niby nie wiadomo, na jakich zasadach ja tam pracuję i że mogą tu zapaść
jakieś decyzje. Moje relacje służbowe z dyrektorem były do tego momentu poprawne, a
korespondencja na aktualne tematy przebiegała z zachowaniem wszelkich form: „ Sza nowny
Panie Dyrektorze” itp. Wiedziałem, że G. Krawczyk nie jest muzealnikiem, ale miałem doń
zaufanie jako do zawodowego dyrektora, stojącego na straży instytucji, którą zarządza.
Nie dyskutowałem z tym zakazem i przestałem używać tej pieczątki. Następnie drogą
mailową dosłałem dalsze zdjęcia, by wiadomo było, czego szukać. Czekam na przybycie policji,
a tu nic takiego nie następuje. Telefonicznie i mailowo proszę o interwencję, a dyrektor
nic nie robi. Tymczasem wraz z kierownikiem robót identyfikujemy sprawcę kradzieży, a raczej
aktu wandalizmu, bo na złomie wszystko to było warte raptem kilkadziesiąt złotych. Dni
mijają i nic się nie dzieje. Miałem nadzieję, że coś się jednak toczy, tylko ja nie jestem informowany.
Był to sierpień 2009, najgorętszy moment kończenia remontu, nawał dziennikarzy
krajowych i zagranicznych, różne telewizje, naukowcy, studenci itd. Przygotowania do wielkiego
koncertu na 70. rocznicę wybuchu wojny, który odbył się 31 sierpnia 2009. Pracowałem
na najwyższych obrotach po kilkanaście godzin dziennie, a po tygodniu czy dwóch zorientowałem
się, że dyrektor po prostu zlekceważył swój najważniejszy obowiązek: troskę
o zabytki, o Muzeum! I w tym momencie zaufanie do Grzegorza Krawczyka jako dyrektora
Muzeum bezpowrotnie straciłem. Ale nadal jestem świadkiem drastycznego niedopełnienia
dyrektorskich obowiązków. Wywalić świadka!!! (Więcej w kolejnych pismach procesowych).
Andrzej Jarczewski. Żądanie niezwłocznego zakończenia procesu i przywrócenia mnie do pracy. Gliwice, 24 czerwca 2011
7/7

_________________
Maciej
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 05 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pon Gru 05, 2016 7:34 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group