" /> Dyskusje ogólne :: 1 VIII Rocznica Powstania Warszawskiego
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

1 VIII Rocznica Powstania Warszawskiego

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Sob Lip 30, 2011 10:50 pm    Temat postu: 1 VIII Rocznica Powstania Warszawskiego Odpowiedz z cytatem

W hołdzie bohaterom:
..................................

Pieśń zespołu SABATON -

http://www.youtube.com/watch?v=ovlvjOoTi7s&feature=player_embedded


Głównym celem powstania warszawskiego było przede wszystkim oczyszczenie Warszawy z niemieckiego okupanta. W tym celu 26 lipca 1944 roku Rząd Polski na uchodźstwie w Londynie upoważnił gen. Tadeusza Komorowskiego "Bora" i Delegata Rządu na Kraj Jana Stanisława Jankowskiego do rozpoczęcia akcji zbrojnej w celu wyzwolenia Warszawy. Trudna sytuacja niemiecka oraz namawiające do rozpoczęcia powstania rozgłośnie sowieckie sprzyjały rozpoczęciu akcji. W istniejącej sytuacji, 31 lipca 1944 roku Komorowski wydał rozkaz do powstania na podstawie informacji o zbliżaniu się do miasta wojsk sowieckich.




Straty materialne Warszawy:

http://czarnalimuzyna.nowyekran.pl/post/22289,rachunek-za-warszawe

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"


Ostatnio zmieniony przez Jadwiga Chmielowska dnia Wto Sie 23, 2011 10:59 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 04 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 04, 2016 9:12 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Bartłomiej Marjanowski
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 368

PostWysłany: Nie Lip 31, 2011 2:32 pm    Temat postu: Sikorski: Powstanie to „narodowa katastrofa&#8 Odpowiedz z cytatem

Sikorski: Powstanie to „narodowa katastrofa”


- Nazywanie Powstania Warszawskiego „narodową katastrofą” uważamy za niedopuszczalne, zwłaszcza w przededniu kolejnej rocznicy jego wybuchu - oświadczyli w niedzielę radni klubu PiS w radzie Warszawy. Chodzi o wpis szefa MSZ Radosława Sikorskiego na twitterze.
Sikorski w sobotę zamieścił na twitterze wpis: „warto wyciągnąć lekcje także z tej narodowej katastrofy”, do którego dołączył link do strony internetowej www.powstanie.pl. Autorzy tej strony nazywają się „przeciwnikami kultu sprawców Powstania Warszawskiego”.

Na stronie można przeczytać m.in.: „Ciągle pozostaje niezwykle trudnym dotarcie do świadomości społecznej, że Powstanie Warszawskie posiadało dwa aspekty. Z jednej strony niebywałego bohaterstwa Powstańców i poświecenia ludności cywilnej - z drugiej strony kompromitującego braku wyobraźni politycznej, nieodpowiedzialności i ignorancji zawodowej pomysłodawców Powstania - bo nie można ich nazywać dowódcami. Prawda jest taka, że żołnierze AK zaufali przywódcom Powstania, że poprowadzą ich do zwycięstwa, czyli pokonania garnizonu niemieckiego w Warszawie - a ci poprowadzili ich do z góry zaplanowanej klęski”.

W oświadczeniu podpisanym przez prezydium klubu radnych PiS w radzie miasta napisano, że słowa Sikorskiego godzą w pamięć o Powstaniu Warszawskim.

- Podważanie sensu heroicznego zrywu Powstańców Warszawskich, atak na ich dowódców, przywołuje w pamięci praktyki władz komunistycznych, które nie powinny mieć miejsca w Wolnej i Niepodległej Rzeczypospolitej - napisali radni.

Prezydium klubu zwróciło się też do prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz do zajęcia stanowiska w tej sprawie.

- Podobnie jak tysiące Warszawiaków chcemy wiedzieć, czy Pani Prezydent tak, jak jej partyjny kolega uważa Powstanie Warszawskie za „narodową katastrofę”. Czy podobnie jak on sprzeciwia się kultowi „sprawców” Powstania Warszawskiego - napisano w oświadczeniu przekazanym dziennikarzom po uroczystej sesji rady miasta, tradycyjnie odbywającej się na Zamku Królewskim w przeddzień zrywu stolicy w 1944 r.

- Słowa Sikorskiego wpisują się w niegodne podejście do pamięci Powstania Warszawskiego, zapoczątkowane przez Gazetę Wyborczą i autora tekstu, Michała Cichego w 1994 roku. Wówczas napisano, że powstańcy zajmowali się głównie mordowaniem Żydów. Dzisiaj Sikorski nazywa ich "sprawcami", a samo powstanie "narodową tragedią". Radosław Sikorski jest wysokim rangą politykiem PO, a jego słowa są szczególnie niegodne w przeddzień 67. rocznicy wybuchu powstania. Nie powinny paść w takim momencie. Sądzę, że Platforma powinna oficjalnie wyjaśnić Polakom i warszawiakom, jaki jest jej stosunek i jaka pamięć o Powstaniu Warszawskim. Zwłaszcza w chwili, gdy wiceszefowa PO, prezydent Hanna Gronkiewicz - Waltz tak chętnie wygłasza przemówienia i pokazuje się na spotkaniach z powstańcami - komentuje Maciej Wąsik, przewodniczący klubu radnych PiS w Radzie Miasta Stołecznego Warszawy specjalnie dla portalu Niezależna.pl

Powstanie Warszawskie wybuchło 1 sierpnia 1944 r. i trwało 63 dni. Zginęło w nim przeszło 18 tys. powstańców i 180 tys. cywilów. Już w maju 1944 r. samoloty sowieckie zrzucały nad Warszawą ulotki nawołujące do akcji zbrojnej. 29 i 30 lipca Radio Moskwa i radiostacja „Kościuszko” nadawały wezwanie do mieszkańców Warszawy: „Walczcie przeciwko Niemcom”. Pod koniec lipca wojska I Frontu Białoruskiego pod dowództwem marsz. Konstantego Rokossowskiego dotarły na przedpola Warszawy, a 1. Armia Wojska Polskiego gen. Zygmunta Berlinga zbliżyła się do Puław. Do zburzonej Warszawy Rosjanie weszli dopiero 17 stycznia 1945 r.

I taki jest szefem MSZ SKANDAL

http://niezalezna.pl/13986-sikorski-powstanie-%E2%80%9Enarodowa-katastrofa%E2%80%9D

_________________
Bartek
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Wto Sie 02, 2011 12:33 am    Temat postu: Powstanie - alternatywa Odpowiedz z cytatem

Oto bardzo akuratny tekst seawolfa pt. "Powstanie - alternatywa"
Cytat:
Wszyscy piszą o Powstaniu i wszyscy, a w każdym razie większość rozpatrują sytuację w kategorii zerojedynkowej, to znaczy Powstanie wybuchło- i tu plusy i minusy, w zależności od poglądów ofiara była usprawiedliwiona, albo nie. Powstanie by nie wybuchło, Warszawa by ocalała. Tyle, że to nieprawda.

Hitler planował zniszczenie Warszawy jeszcze przed wybuchem powstania. Nie chce mi się szukać linka, więc sięgnę do swojej pamięci, bodajże w styczniu, czy lutym wyraźnie mówił, że choćby Rzesza miała zginać, to siedlisko polskiej dumy będzie zniszczone. Zresztą, przecież to samo planował dla Rzeszy, przecież wydał zupełnie jasne i jednoznaczne rozkazy zniszczenia wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość, bo naród niemiecki okazał się niegodny swego wodza i idei tysiącletniej Rzeszy. Te rozkazy zostały zignorowanie przez Speera, który zachował resztką zdrowego rozsądku i wiedział, ze wojna się skończy, a Niemcy zostaną i wkrótce ich potencjał będzie największy w Europie. Dokładnie tak, jak się stało.

Tak, powstanie było klęską, bo alianci nie pomogli, zresztą, trzeba tu oddać sprawiedliwość, że nie mogli- loty z zaopatrzeniem nad Warszawą miały największe statystyki strat w całej wojnie. Samoloty musiały lecieć przez całą Europę, i zamiast lądować na sowieckich lotniskach kilka kilometrów za frontem, musiały wracać tą samą drogą, doskonale znaną Niemcom, bo innej nie było. Wiele alianckich samolotów zostało zestrzelonych, polskich, kanadyjskich. Winniśmy im część i wdzięczność. Polska Brygada Spadochronowa, która była sformowana właśnie do wspomożenia Armii Krajowej w Polsce, krwawiła zamiast tego pod Arnhem.

I tym większa hańba pada na Sowietów, którzy nie dość, że zatrzymali ofensywę i z niezmąconym spokojem przypatrywali się egzekucji, którą sami by zrobili, ale Hitler ich wyręczył, ale wręcz wyraźnie zapowiedzieli, ze każdy aliancki samolot, który przeleci na ich stronę, będzie traktowany, jak wrogi. To znaczy, powiedzieli, ze niestety nie mogą gwarantować ich bezpieczeństwa.

Dopiero potem, po Powstaniu pozwolili u siebie ( to znaczy u nas, bo to przecież polskie tereny) lądować Latającym Fortecom bombardującym Niemcy.

Warszawiacy byli od lat gotowi do walki, wspomnienia pokazują wręcz kipiący pod przykrywką kocioł. W przeddzień powstania Niemcy wezwali do kopania rowów 100 tysięcy młodych ludzi. Nikt się nie zgłosił. Nieuchronnie nastąpiłyby represje, nieuchronnie doszłoby do niekontrolowanych potyczek, strzelanin, ofiar.

Pamiętajmy, że wciąż obowiązywała zasada, ze Niemcy rozstrzeliwali 100 Polaków za każdego zabitego Niemca.

Zamiast ofiar powstania mielibyśmy ofiary masowych represji, Polaków wyciąganych z domów i mordowanych, jak barany w pokazowych egzekucjach.

Wyszłoby na to samo, z drobną różnicą- hańbą bezradności i bezczynności.

Już widzę, jak ci wszyscy krytycy Powstania wrzeszczeliby o hańbie AK, która, mają zorganizowane oddziały i broń pozwoliła, by Warszawiaków wymordowano, jak barany, a miasto zniszczono zgodnie z rozkazem Hitlera. Przecież głównym motywem komunistycznej propagandy było rzekome stanie z bronią u nogi, podczas, gdy bohaterska Armia Czerwona krwawiła za pokój i socjalizm i za Stalina, co, oczywiście na to samo wychodzi.

W PPRowskich biuletynach pełno jest frazesów o zdrajcach narodu z AK, o mózgach przeżartych zdradą i tchórzostwem, W przeddzień Powstania radiostacja PPR, szczekaczka NKWD, nawoływała ludność Warszawy do walki.

Co czekało Akowców po „wyzwoleniu”, wiemy, wystarcza popatrzeć na Wilno, na Kresy. Śmierć i łagry czekały na nich niezależnie od tego, co zrobili, bądź nie zrobili.

Jeden przykład:
W dniach 12-19 lipca 1945 r. oddziały Armii Czerwonej i NKWD przeprowadziły masową pacyfikację w rejonie Puszczy Augustowskiej. Działania te prowadzono głównie przy użyciu sił sowieckich - oddziałów NKWD oraz SMIERSZ (kontrwywiadu wojskowego) 3. Frontu Białoruskiego. Funkcjonariusze UB, MO oraz miejscowi konfidenci uczestniczyli w akcji, wskazując osoby do aresztowania i pełniąc rolę przewodników, następnie pełnili rolę tłumaczy oraz asystentów podczas brutalnych przesłuchań. W sumie zaangażowano kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy i ich współpracowników. Najprawdopodobniej zatrzymania żołnierzy AK trwały w dalszym ciągu, aż do 28 lipca. Dochodziło również do potyczek oddziałów podziemia z Sowietami, podczas których wielu żołnierzy AK wzięto do niewoli, a spora część zginęła. Następnie zatrzymani zostali uwięzieni i poddano ich brutalnemu śledztwu oraz torturom. Spośród ok. 7 tys. osób kilka tysięcy przekazano organom litewskim, które prowadziły analogiczną akcję. Dowództwo operacji znajdowało się w Augustowie.

Z pozostałych 2 tys. wybrano grupę ok. 600 osób (były w niej kobiety w ciąży i nastoletni chłopcy), którą wywieziono ciężarówkami, a ich los jest nieznany. List naczelnika SMIERSZ gen. Wiktora Abakumowa do Ławrientija Berii, opublikowany przez Nikitę Pietrowa, jest pierwszym dowodem na to, że zostali zamordowani. Istnieją poszlaki, że doszło do tego w pobliżu Grodna na Białorusi. Dla przeprowadzenia egzekucji z Moskwy przybyła specjalna grupa funkcjonariuszy SMIERSZ. Mieli oni staranny plan mający na celu ukrycie rozstrzeliwań i zapobieżenie ucieczkom.

Uderza analogia z innymi powstaniami, Podnosi się ich koszt, ofiary, zapomina, co było ich alternatywą i dlaczego wybuchły.

Powstanie Listopadowe wybuchło, gdy powstał plan wysłania doborowej armii Królestwa Kongresowego do tłumienia rewolucji belgijskiej, Powstańcy nie mieli alternatywy- krwawić, czy nie krwawić. Alternatywą było, krwawić za Ojczyznę, czy jako okupanci i pacyfikatorzy Belgii.

Podobnie Powstanie Styczniowe wybuchło w reakcji na brankę Wielopolskiego. Młodzi ludzie mieli do wyboru- walczyć za Polskę albo odsłużyć 20 lat w armii rosyjskiej gdzieś na Kaukazie.

Powstańcy Warszawscy w istocie mieli do wyboru- walczyć i ginąć z bronią w ręku za Ojczyznę, albo ginąc w dole w wapnem z sowiecką, albo niemiecką kulą w potylicy, albo wysadzeni poniemieckimi minami w jakiejś stodole. Gdy podobnego wybory dokonali Żydzi w getcie, nikt nie nazywał ich idiotami i zbrodniarzami. Zginęli wszyscy. Zabili 10 ( dziesięciu) Niemców.

Inną, zupełnie odrębną sprawą jest fascynująca historia generała Chruściela, który w istocie jest głównym sprawcą powstania. Niezbitym faktem jest, że okłamał Bora i sztab, podając całkowicie zmyślone informacje o Sowieckich czołgach, które rzekomo osobiście widział wjeżdżające do Warszawy. Niezbitym faktem jest też, że w swoich wspomnieniach podawał całkowicie nieprawdziwe informacje o przebiegu walk. Czemu to zrobił? Może się kiedyś dowiemy. Może jakieś archiwa się otworzą, jakieś kwity wypłyną, podobnie, jak wiele lat zajęło, by odkryć, że dwaj wysocy oficerowie z bezpośredniego otoczenia Sikorskiego byli agentami NKWD. Podobnie zresztą było w bezpośrednim otoczeniu Jana Pawła II, to na marginesie.

Faktem jest, że zniszczenie Warszawy i oddziałów AK było na rękę Sowietom. Z drugiej strony, zatrzymało tychże Sowietów na pół roku, odwróciło kierunek całej ofensywy na południe, Sowieci, zamiast na zachód, poszli na południe, na Słowację, Węgry, Rumunię. Te pół roku zdecydowało, ze granica między Zachodem i Wschodem przebiegała na Łabie, a nie na wybrzeżu Atlantyku. Czyli zdecydowała o tym, że w końcu Imperium Zła się zawaliło, a myśmy wygrali. Czyli, w jakimś sensie, Powstańcy wygrali.


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/1489/powstanie-alternatywa

PS. I ostatni komentarz:
Cytat:
Brawo seawolfie!
Adr_Nitka, 1 sierpnia, 2011 - 21:26

Tą notkę powinieneś wysłać znafcy historii i wojskowości sikorskiemu zdradkowi. Warszawa to nie Paryż, gdzie ludzie żyli normalnie, tylko inne mundury były no i też żydów ścigali. Warszawa to miejsce masowych egzekucji, gdzie zabijano za nic, bo gestapowiec oberwał albo miał zły humor
----------
"Zjednoczeni ludzie potrafią obalić każdy system..."

Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Maciej
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 1221

PostWysłany: Sob Sie 06, 2011 4:38 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Wierzymy, że to miało sens
Piotr Zychowicz30-07-2011, Rzeczpospolita

Z gen. Januszem Brochwicz-Lewińskim „Gryfem”, dowódcą obrony pałacyku Michla, rozmawia Piotr Zychowicz



Janusz Brochwicz-Lewiński „Gryf”

Niemcy nazywali pana rycerskim dowódcą. Pytam więc eksperta: czy Powstanie Warszawskie było bitwą rycerską?

Zależy, z kim się biliśmy.

Jak to?

Jeżeli z Wehrmachtem, oddziałami regularnego niemieckiego wojska, to tak. Powstanie było rycerską bitwą. Co innego z gestapo czy SS. To była bitwa brudna, niezwykle brutalna. Żołnierze z 1. Dywizji Pancerno-Spadochronowej „Hermann Göring" byli przez nas traktowani honorowo, jak godni przeciwnicy. Ale zbiry z brygady Dirlewangera nie mogli na to liczyć. I vice versa. To byli pospolici przestępcy powypuszczani z więzień na rozkaz Heinricha Himmlera. Patologiczni mordercy, którzy bez skrupułów mordowali kobiety, dzieci, księży czy pacjentów na szpitalnych łóżkach. To była najgorsza jednostka w całych siłach zbrojnych Trzeciej Rzeszy.

To właśnie przed SS, podczas bitwy, która przeszła do legendy, bronił pan pałacyku Michla przy Wolskiej 40.

Oni chcieli zdobyć barykadę na Wolskiej. Aby to zrobić, musieli przejść przez pałacyk. Ja go po kryjomu obsadziłem i spokojnie czekałem tam na nich ze swoimi ludźmi. Przez dwa dni, choć nieprzyjaciel był o kilkaset metrów, nie daliśmy żadnego znaku życia. Niemal się nie poruszaliśmy. W efekcie, gdy ruszyli w stronę barykady, podeszli pod nasze okna krokiem marszowym, niczego się nie spodziewając... Nie mieli najmniejszej szansy.

Sporo ich tam było?

Około 60. Wszyscy w jednej chwili zostali zabici lub ranni. Otworzyliśmy do nich ogień z bardzo bliskiej odległości, ze wszystkiego cośmy mieli. Dwóch karabinów maszynowych, pistoletów maszynowych i karabinów. Do tego granaty i miotacz płomieni. Gdy położyli się pokotem na ulicy, ranni nie mogli liczyć na naszą pomoc. Wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia.

A wołali o pomoc.

Tak. Do dziś pamiętam te krzyki: „Hilfe!", „Kameraden!", „Ich bin schwer verwundet!", „Nicht schiessen!". Mogli jednak sobie tak wołać do woli. Nie miałem dla nich żadnej litości. Wiedziałem, że jeżeli to oni złapaliby kogoś z naszych, to nie tylko by go zamordowali, ale jeszcze wcześniej w okrutny sposób by się nad nim znęcali. To samo robili z naszymi cywilami. Ci esesmani mieli ręce po łokcie unurzane we krwi. Gdy patrzyłem wtedy na nich, pomyślałem: niech te skurwysyny konają na ulicy.

I skonali.

Większość tak. Druga kompania Niemców w pewnym momencie próbowała im pomóc. Zrobili zasłonę dymną i sanitariusze z noszami zdołali uratować część najdalej leżących rannych. Innych dobiliśmy, strzelając z okien.

Kiedy doszły do was pierwsze informacje, że SS dokonuje mordów na ludności cywilnej?

Wiedzieliśmy o tym od początku. 500 metrów w dół od pałacyku Michla stał tramwaj. A w nim siedział kat Woli, generał SS Heinz Reinefarth, który urządził sobie w tym tramwaju stanowisko dowodzenia. To stamtąd szły jego ludobójcze rozkazy. My nie tylko otrzymywaliśmy na bieżąco informacje z terenu o tym, co się wyrabia, ale widzieliśmy zbrodnie na własne oczy.
Co pan widział?
Choćby taka scena. Rzecz dzieje się jednego z pierwszych dni powstania. Na Woli. Ulicą jedzie otwarty niemiecki samochód. W nim oficer SS. Obok samochodu na ulicę nagle wybiega mała dziewczynka. Facet błyskawicznie wyciąga z kabury pistolet. Mierzy, naciska spust i po wszystkim. Proszę się więc nie dziwić, że w esesmanach nie widzieliśmy honorowego przeciwnika, nie widzieliśmy w nich ludzi.
Brał pan jeńców?
Brałem. I to sporo.
Co się z nimi później działo? Nie jest chyba tajemnicą, że podczas powstania zdarzały się przypadki zabijania wziętych do niewoli Niemców.
Ja nie miałem warunków, żeby trzymać jeńców. Nie mogłem przecież zorganizować obozu jenieckiego przy moim, przemieszczającym się po Warszawie, oddziale. Przekazywałem więc ich żandarmerii wojskowej AK. My jeńców nigdy nie zabijaliśmy. Nie widziałem również żadnych podobnych incydentów z udziałem żołnierzy z innych oddziałów. Co się jednak działo z Niemcami, gdy byli odprowadzani przez żandarmów na tyły – tego już nie wiem. My byliśmy na pierwszej linii walki, nie mogłem być wszędzie.
Podobno Niemcy bardzo bali się dostać do powstańczej niewoli?
To prawda. Pamiętam, jak kiedyś schwytałem sierżanta wraz z kilkoma ludźmi. Ten facet trząsł się jak liść. Bał się, że go od ręki zastrzelimy. Pogadałem więc sobie z nim po niemiecku i dałem gwarancję, że nic mu się nie stanie. Zapewniłem, że jesteśmy żołnierzami, którzy trzymają się konwencji genewskiej. Mimo to Niemcy, gdy byli okrążeni, panikowali. Poddawali się, dopiero gdy nie mieli już najmniejszej szansy na dalszą walkę. Widziałem przypadki, że faceci mieli po 20 pudeł z amunicją i wszystko wystrzelali do ostatniego pocisku. Góry łusek sięgały im do pasa. Na przykład z budynku Pasty trzeba było Niemców wydłubać z dziury miotaczami płomieni.
Jeńcom z Wehrmachtu na ogół nie działa się jednak krzywda?
Im nie. Jeszcze za czasów partyzanckich rozbiłem konwój i wziąłem do niewoli 35 niemieckich żołnierzy. Ustawiłem ich w szeregu i poprosiłem do siebie dowódcę. To był porucznik. „Dostanie pan eskortę dwóch moich żołnierzy na koniach, którzy podprowadzą was do waszych pozycji – powiedziałem. – Zamelduje pan tam, że was polskie wojsko nie zastrzeliło. Bo to są żołnierze, a nie bandyci". Oficer zasalutował i podziękował mi, a ja zyskałem wśród Niemców miano Rycerskiego Dowódcy. Jeżeli zaś chodzi o powstanie, to nie ma co ukrywać, że przypadki zabijania jeńców się zdarzały. Taki czy inny dowódca mógł podjąć decyzję o tym, żeby rąbnąć jakiegoś schwytanego esesmana czy gestapowca.
Nienawiść była zbyt silna, by się powstrzymać?
Proszę spróbować wczuć się w sytuację tych chłopaków. Powstanie wybuchło po pięciu latach brutalnej okupacji, po pięciu latach codziennego, metodycznego znęcania się nad Polakami. Mordy, kacety, łapanki, Pawiak. Za zabicie jednego Niemca stu niewinnych ludzi schwytanych na ulicy stawiano pod ścianą. I z miejsca, za pomocą karabinów maszynowych, wszystkich zabijano. Bez żadnego sądu. Do tego doszły bestialstwa podczas samego powstania. Masakry ludności cywilnej. Były przypadki, że esesmani czy gestapowcy wyjmowali dziecko z kołyski i walili nim o ścianę. I proszę sobie teraz wyobrazić, że bierze pan takiego zbrodniarza do niewoli...
A Niemcy zabijali naszych jeńców?
W partyzantce nie było najmniejszych szans, żeby przeżyć po dostaniu się w ich ręce. W powstaniu również zdarzały się egzekucje wziętych do niewoli akowców, szczególnie na Starym Mieście, gdzie walki były wyjątkowo ciężkie. Robiło to głównie SS, ale zdarzało się, że i żołnierze Wehrmachtu złamali zasady. W tej wojnie nikt nie był czysty. Jeszcze gorsi niż Niemcy pod tym względem byli na przykład Sowieci.
Sam pan chyba coś o tym wie.
Tak, w 1939 roku dowodziłem oddziałem, który za pomocą armat przeciwpancernych zniszczył kilka sowieckich czołgów. Zabiliśmy też z 50 bolszewików. Gdy potem w Baranowiczach dostałem się do niewoli, sąd NKWD skazał mnie za to na karę śmierci. Dziesięciu polskich żołnierzy zastrzelono od ręki, pięciu kolejnych – w tym mnie – miano zamordować następnego dnia. Przyszedł jednak rozkaz, żeby nas wywieźć na Wschód i egzekucji dokonać na terenie Związku Sowieckiego. Całe szczęście, udało mi się uciec z pociągu i wrócić. Z sowieckimi służbami było jednak tak, że jeżeli raz wydały na kogoś wyrok, to nie odpuszczały już nigdy. Starały się go dopaść nawet po kilkudziesięciu latach, nawet na końcu świata. W Ameryce Południowej czy w Afryce. Smiersz po wojnie próbował mnie sprzątnąć kilka razy. Trzy razy w Wielkiej Brytanii, dwa razy w Niemczech. Do tego kilka prób otrucia. Niewiele brakowało i bym z panem teraz nie rozmawiał.
Wróćmy do powstania. My bitwę o pałacyk Michla znamy głównie z dziarskiej piosenki. Była to jednak zacięta, krwawa walka. Ciężko było?
Mieliśmy pięć szturmów. Najpierw esesmani atakowali nas bez pomocy broni pancernej i zebrali od nas zdrowo po... krzyżu. Potem przyszli już z czołgami typu Pantera. Do tego samochody pancerne z ciężkimi działami – 75 i 105 mm. Mimo to udało się odeprzeć cztery szturmy i dopiero przy piątym straciłem możliwość do walki. Miałem za dużo rannych, a Niemcom udało się rozwalić bramę w pałacyku. Pantery wjeżdżały przez nią na dziedziniec. Z rykiem kręciły się po nim w kółko na potężnych gąsienicach i strzelały na wszystkie strony z karabinów maszynowych. Wtedy dostałem rozkaz do wycofania.
Czuł pan wtedy, że przechodzi do historii?
No cóż, tak naprawdę to mieliśmy trochę szczęścia. Przede wszystkim dlatego, że dostaliśmy właśnie ten budynek. To była mała forteca. Niesamowicie grube mury, z tyłu żelbetonowe młyny parowe. Wymarzone stanowiska dla karabinów maszynowych, worki z mąką i wyciągi elektryczne.
Ale Niemcy mieli czołgi.
Tak. Niestety. I to nie byle jakie. Znakomite maszyny ze znakomitymi załogami. To byli ludzie, którzy wcześniej walczyli razem w Afryce, a potem na Sycylii. Świetnie zgrane i wytrenowane zespoły, świetnie zsynchronizowane. W czołgu, wiem, co mówię, bo jestem oficerem broni pancernej, nie ma czasu na myślenie, jest tylko czas na reakcję. I muszę przyznać, że ci Niemcy znakomicie wykonywali robotę. A musi pan wiedzieć, że pantera to był potężny czołg. Jeszcze potężniejszy od pantery był zaś tygrys królewski. Te maszyny wkroczyły jednak do akcji przeciwko nam dopiero w ostatnich szturmach. Miały działa kalibru 88 mm i pociski burzące i przeciwpancerne. Jak taki pocisk z tygrysa walnął w mur, to nie było najmniejszych możliwości, żeby się uratować. Nieprawdopodobna siła. Były momenty, że po pałacyku waliły dwa, trzy czołgi naraz. Najpierw systematycznie próbowały rozbić pierwsze piętro, a potem parter i bramę.
Był moment zwątpienia?
Moi żołnierze byli bardzo odważni. Dzielni chłopcy i dziewczęta... Robili, co mogli, i trzeba przyznać, że pomimo że byli amatorami, trzymali się nieźle. Oczywiście zdarzały się i załamania psychiczne. Szczególnie pod koniec, gdy było już dużo rannych, nie było wody, leków i skończył się prąd. Do tego ten straszliwy ostrzał i okrążenie. Wie pan, to są bardzo trudne, skrajne sytuacje, w których lepiej się nie znaleźć.
Z pałacyku wycofał się pan 5 sierpnia.
Potem z moją grupą szturmową przedostałem się na Wolską, gdzie biliśmy się z esesmanami na terenie wesołego miasteczka Wenecja.
To samo na Działdowskiej. Przed budynkiem, gdzie teraz jest szpital, Niemcy wykopali dziurę i zrobili osłonę z worków z piaskiem. Osadzili w niej karabin maszynowy, którym strzelali w kierunku polskich pozycji. Zrobiłem im mały prezent. Związałem razem cztery granaty i wrzuciłem im taką wiązkę do dołu. Nie zostało z nich wiele. Całe szczęście nie został uszkodzony karabin maszynowy, który stanowił dla nas cenną zdobycz.
A potem była nieszczęsna walka na cmentarzu ewangelicko-augsburskim. Pańska ostatnia bitwa.
Już wcześniej, 6 sierpnia, straciłem na tym cmentarzu siedmiu ludzi. Od eksplozji pocisku moździerzowego 81 mm. Jest to niezwykle potężna broń. Jeżeli taki pocisk eksploduje, to na 200 metrów dookoła ginie wszystko, co się rusza. Niestety, niemiecki obserwator artyleryjski dostrzegł moich ludzi i przekazał niezwykle precyzyjne koordynaty do baterii. Pocisk spadł w sam środek grupy. Wśród siedmiu zabitych znalazła się Krystyna Wańkowiczówna, córka Melchiora Wańkowicza, który później opisał to wydarzenie w „Zielu na Kraterze".
Pan bił się tam dwa dni później.
Tak, moim zadaniem było oczyszczenie cmentarza z elementów SS. Musiałem poderwać oddział szturmowy do ataku, ale część ludzi niezbyt chętnie wychodziła zza grobów, nie paliła się, żeby iść do przodu. Warunki walki były tam niezwykle trudne. Na cmentarzu były groby, krypty, kapliczki. Wszystko bardzo solidne. Do tego kupa zieleni, liście. Dirlewangerowcy mieli na sobie kamuflażowe mundury. Nakryli się badylami i liśćmi, co bardzo utrudniało ich zauważenie. Strzelali nie tylko bezpośrednio do nas, ale również do płyt nagrobnych. W ten sposób na wszystkie strony w powietrze wystrzeliwał grad kamiennych odprysków, które były równie niebezpieczne jak kule. Leżeli bez ruchu, cierpliwi, znakomicie wyszkoleni. Wcześniej spędzili trzy lata na froncie wschodnim. Byli nie tylko znakomitymi strzelcami, byli także twardymi żołnierzami, potrafili do końca zachować zimną krew. Podchodzili do żołnierskiej roboty profesjonalnie. A ja miałem 18-letnich chłopców. Bardzo bohaterskich, odważnych, ale bez takiego doświadczenia jak nieprzyjaciel. Ja, z moją służbą w 1939 roku i dwoma latami w partyzantce, należałem do nielicznych żołnierzy z jakimkolwiek doświadczeniem. Ostatnie trzy miesiące przed powstaniem szkoliłem tych młodych chłopaków. Ale to było za mało. Resztę musieli zdobyć już w trakcie powstania...
I „zdobyli".
Tak, straty „Parasola" w trakcie 63 dni Powstania Warszawskiego to 85 procent... Ci chłopcy bardzo dzielnie umierali...
Pan miał szczęście. Przeznaczony dla pana pocisk nie okazał się śmiertelny.
Gdy na cmentarzu próbowałem ruszyć towarzystwo do ataku, wziął mnie na muszkę strzelec wyborowy. Oni polowali na oficerów. Nie strzelali do zwykłych żołnierzy. Interesowali ich tylko dowódcy.
Dlaczego?
Bo jeżeli pan zastrzeli dowódcę, to jest koniec. Nie ma komu dowodzić, oddział traci zdolność bojową i szybko się rozlatuje. Oczywiście ktoś może go zastąpić, ale na ogół jest to niemożliwe. Szczególnie na takim froncie, jakim jest powstanie.
Pański oddział się rozsypał po tym, gdy został pan ciężko ranny?
Tak. Grupa szturmowa, którą dowodziłem, po kilku dniach przestała istnieć. Ludzie zostali rozdzieleni po rozmaitych plutonach.
Jak niemiecki strzelec pana rozpoznał?
Po ruchach. Wydając rozkazy, gestykulowałem, krzyczałem. Oficera naprawdę łatwo rozpoznać, nawet jeżeli ma się do czynienia z niejednolicie umundurowanym przeciwnikiem, jakim była Armia Krajowa. Dowódcę zdradzają również pewne szczegóły – lornetka, mapnik, pistolet. Proszę pamiętać, że oni mieli karabiny z lunetami, które pozwalały im nie tylko doskonale trafiać w cel, ale również dokładnie obserwować pole bitwy.
Pamięta pan moment, gdy został pan trafiony?
Siła eksplozji była tak potężna, że podrzuciło mnie do góry i przekręciło w powietrzu. Dostałem trzy kule. Dwie w hełm – zresztą niemiecki, zdobyczny – jedną w policzek. Pierwsze dwie nie przebiły hełmu, ale trzecia zdruzgotała mi szczękę i wyszła bokiem pod uchem. Gdy ten Niemiec mnie rąbnął, zwaliłem się na ziemię. Straciłem przytomność i umierałem. Życie opuściło mnie niemal zupełnie. Dostałem ostatnie sakramenty. Zarówno ksiądz, jak i lekarz nie mieli najmniejszej nadziei. Jednak jakoś się wylizałem. Szczęście polegało na tym, że dokładnie w tej samej sekundzie, w której niemiecki strzelec wyborowy nacisnął spust, ja przekręciłem głowę w prawo. Gdyby nie to, kula wyszłaby tyłem czaszki i byłoby po mnie.
Co było dalej?
Zabrali mnie do szpitala Jana Bożego, gdzie nieprzytomny przeleżałem trzy dni. Zszyli mi tam jakoś ranę, ale szczęka była rozbita na kawałki. W powstańczych warunkach nie mogli przeprowadzić niezbędnej operacji i tak, z połamaną szczęką, musiałem żyć dziewięć miesięcy. Najpierw do końca powstania, w rozmaitych schronach, potem w niemieckim obozie jenieckim.
Mogłem przyjmować tylko płyny – papkę czy zupę – których nie trzeba było gryźć. Dopiero gdy obóz został wyzwolony, Amerykanie przetransportowali mnie samolotem do Anglii. Tam mnie wyremontowali. Przez pół roku przeszedłem kilka operacji. Trzy plastyczne i dwie transplantacje. Wzięli mi kość z nogi.
Czy dziś, z perspektywy lat, uważa pan, że decyzja o wydaniu bitwy Niemcom na ulicach Warszawy to był błąd?
Nie... to nie był błąd...
Przecież przegraliście, a nasza stolica legła w gruzach!
Rozmawiałem na ten temat wiele razy z gen. „Borem" Komorowskim, którego po wojnie często odwiedzałem w jego domu w Wielkiej Brytanii. On był bardzo zaprzyjaźniony z moim ojcem, mój stryj w 1920 roku uratował mu zaś życie. Wyrąbał go z kozackiego okrążenia. „Bór" tłumaczył mi, że cały plan powstania oparty był na kooperacji z Sowietami. Oni mieli przekroczyć Wisłę i wejść do Warszawy albo przynajmniej rozwalić niemiecką artylerię, której koordynaty „Bór" starał się przekazać Armii Czerwonej. Stalin zdecydował jednak inaczej. To z jego winy ponieśliśmy porażkę.
Proszę wybaczyć, ale trudno mi to zrozumieć. 17 września 1939 roku Sowiety zaatakowały Polskę, 13 kwietnia 1943 roku na jaw wyszła zbrodnia katyńska, w 1944 roku wkraczająca do Polski Armia Czerwona brutalnie pacyfikowała oddziały AK. Nawet dziecko by się zorientowało, że Związek Sowiecki to śmiertelny wróg Rzeczypospolitej. A „Bór" opierał swoje plany na współpracy z tym wrogiem?
Zgoda. Komorowski się w tej sprawie przekalkulował. Zgadzam się, że podczas wojny mieliśmy dwóch równorzędnych wrogów. Niemców i Sowietów. „Bór" może nie zdawał sobie jednak z tego wówczas w pełni sprawy... Sowieci i Niemcy w 1944 roku wyłączyli nas do spółki. Dla Stalina byliśmy najgorszymi faszystami. Hitler zrobił za niego brudną robotę.
Gdy myśli pan dziś o decyzji o wywołaniu powstania, nie szkoda panu zniszczonego miasta i ponad 100 tysięcy zabitych cywilów?
5 października, po kapitulacji powstania, wraz z resztą naszych żołnierzy szedłem do niewoli. Pod Halą Mirowską stały skrzynie i kosze na broń. Wrzuciłem do jednego z koszy pistolet i patrzyłem na miasto, które przestało istnieć. Nie było domów, nie było kominów. Na ulicach nie było ani psa, ani kota, bo wszystkie zostały zjedzone. Nie było żadnego życia. Ani ptaszka, ani nawet liści na drzewach. To było miasto, które umarło. A przecież w Warszawie się wychowałem, chodziłem tu do gimnazjum. Kochałem to piękne miasto, z którego w 1944 roku nie zostało nic. Mimo to, podobnie jak wielu innych powstańców warszawskich, wierzymy, że to, co zrobiliśmy, miało sens.
GEN. JANUSZ BROCHWICZ-LEWIŃSKI „GRYF"
Rocznik 1920. Pochodzi ze znanej rodziny o tradycjach wojskowych. Żołnierz kampanii 1939 roku, wzięty wówczas do niewoli sowieckiej i skazany na śmierć. Uciekł z transportu w głąb Związku Sowieckiego, unikając egzekucji. Następnie działał w konspiracji ZWZ/AK. M.in. kierował oddziałem partyzanckim na Lubelszczyźnie, ciesząc się estymą i szacunkiem Niemców, ktorzy nazywali go Rycerskim Dowodcą. W Warszawie walczył w Batalionie do zadań specjalnych AK „Parasol". Likwidował gestapowców i brał udział w słynnej akcji na aptekę Wendego. Podczas powstania kierował obroną pałacyku Michla na Woli, w ktorym powstała wowczas słynna piosenka „Pałacyk Michla, Żytnia Wola...". 8 sierpnia został ciężko ranny i wyłączony z akcji. Po kapitulacji powstania znalazł się w obozie jenieckim Murnau, z którego wyzwolili go Amerykanie. Po wojnie służył w brytyjskiej armii, działał także jako agent wywiadu na Bliskim Wschodzie i Afryce. Do Polski wrócił w 2002 roku. Obecnie mieszka w Warszawie. Za obronę pałacyku Michla otrzymał Order Virtuti Militari.

_________________
Maciej
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 04 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 04, 2016 9:12 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Czw Sie 11, 2011 12:17 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Dla uzupełnienia można zajrzeć pod http://www.swiadkowiehistorii.pl/relacje.php?a=swiadectwo&id=7
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group