" /> Dyskusje ogólne :: PRZEGLĄD NIEMIECKI - XV
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

PRZEGLĄD NIEMIECKI - XV

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Bartłomiej Marjanowski
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 368

PostWysłany: Nie Gru 04, 2011 12:04 am    Temat postu: PRZEGLĄD NIEMIECKI - XV Odpowiedz z cytatem

Przegląd niemiecki
PRZEGLĄD NIEMIECKI – XV


Wiele się ostatnio mówi i pisze o ważnej roli Niemiec w polityce europejskiej, przeto nie od rzeczy będzie przytoczenie miarodajnej opinii na temat głównej siły obecnego obozu rządzącego, czyli chrześcijańskiej demokracji. W czerwcu na łamach „Die Welt” wieloletni członek CDU, redaktor, publicysta i pisarz polityczny Alexander Gauland, napisał, że CDU była połączeniem dziedzictwa konserwatywnego, a w pewnych aspektach niemiecko-narodowego z gospodarczym liberalizmem i socjalną wrażliwością à la Bismarck. Ta Unia to już historia. Angeli Merkel udało się z partii o konserwatywnych, liberalnych i socjalnych treściach zrobić ideologiczną nicość, organizację do utrzymania władzy, bez zaprzątania sobie głowy, po co i przeciwko czemu ma być sprawowana.

CDU nie ma jasnego stanowiska w żadnej kwestii; po wszystkich polach życia społeczno-ekonomicznego porusza się bez kompasu. Wyparowało gdzieś to, co było zawsze jej marką – racjonalność, trzeźwość sądu, zdroworozsądkowy pragmatyzm, myślenie ekonomiczne, roztropność. Polityka Merkel, np. w kwestii energii atomowej to albo głupota, albo obłuda; to, że dwie chrześcijańsko-demokratyczne ministerki walczą o parytet płciowy w zarządach wielkich firm, jest tak absurdalne, że aż komiczne. Pozostaje pytanie, kto i dlaczego miałby głosować na CDU; zdeklarowani wrogowie energii atomowej, wielokulturowcy, fetyszyści „równozatrudnienia” pozostaną przy oryginale, a ci, którym jeszcze drogie są mieszczańskie wartości, odwrócą się od niej z obrzydzeniem. Chadecja, konkluduje Gauland, utraciła duszę, wygląda jak starożytna ruina – z zewnątrz można ją jeszcze podziwiać, bo wciąż prezentuje się okazale, lecz w środku jest już opustoszała i zdewastowana.

Gauland zapatruje się pesymistycznie na przyszłość Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej, natomiast Hans-Magnus Enzensberger na przyszłość Unii Europejskiej. W tym roku nakładem wydawnictwa Suhrkamp ukazała się jego książeczka Sanftes Monster Brüssel oder Die Entmündigung Europas (Bruksela – łagodny potwór, albo ubezwłasnowolnienie Europy). Jeden z publicystów napisał, że jest ona niemieckim odpowiednikiem pamfletu Stéphane Hessela Zbuntujcie się!, tyle że, w przeciwieństwie do Francuza, nie chce poruszać czytelnika sloganami i rozgorączkowanymi apelami, lecz racjonalnymi argumentami. Zamiast pseudorewolucyjnej retoryki w stylu Hessela, oferuje czytelnikowi, poprzedzoną gruntownym zapoznaniem się z tematem, zwięzłą wiwisekcję problemu obecnej Unii Europejskiej, przeprowadzoną w lakonicznym i ironicznym stylu.

Enzensberger, ów, jak go niektórzy nazywają, „nieomylny sejsmograf stosunków społecznych i politycznych”, rozwija w Łagodnym potworze myśli, jakie zawarł w mowie wygłoszonej w 2010 roku w Kopenhadze z okazji przyznania mu nagrody Sonniga. Podnosi głos w obronie Europy przed zagrożeniem ze strony systemu politycznego obecnej Unii Europejskiej. Dawna Unia Europejska, która przyniosła wiele wolności Europejczykom i uczyniła ich życie wygodniejszym, przekształciła się w łagodną biurokratyczną dyktaturę, pragnącą zniwelować wszystkie różnice pomiędzy krajami europejskimi. Opanowana przez szaleństwo centralizacji, regulacji i uniformizacji widzi swoje zadanie w homogenizacji warunków życia i stosunków społeczno-ekonomicznych na całym kontynencie. Unia Europejska, pisze Enzensberger, chce wyłącznie naszego dobra, niczym dobrotliwy kurator troszczy się o nasze zdrowie, nasze formy towarzyskie, naszą moralność. Nie przyjdzie jej do głowy, że może my sami najlepiej wiemy, co jest dla nas dobre; ale na taką samodzielność jesteśmy w jej oczach zbyt słabi i niedojrzali. Dlatego musi się nami opiekować i nas reedukować. Zacytujmy poetę:
„Palimy, jemy zbyt tłusto i za dużo słodkiego, wieszamy krucyfiksy w klasach, chomikujemy nielegalne żarówki, wywieszamy pranie na dworze, tam, gdzie nie jego miejsce. Dokąd byśmy zaszli, gdybyśmy sami decydowali o tym, komu chcemy wynająć nasze mieszkanie! Czy nie powinno się wszędzie, bez oglądania się na klimat i doświadczenie, używać dokładnie takich samych materiałów budowlanych? Czy można zostawić każdemu krajowi wybór, jak mają być zorganizowane jego uniwersytety i szkoły? Kto inny jak nie Komisja Europejska powinna decydować o tym, jak mają wyglądać europejskie plomby w zębach i miski klozetowe? Powstałby beznadziejny chaos, przecież mogłoby dojść do tego, że jakaś gmina sama chciałaby decydować, jak mają jeździć po niej autobusy, czegoś takiego nie można tolerować. Unia Europejska wie wszystko lepiej niż my”.

Unia nie jest więzieniem narodów, ale „zakładem poprawczym”, gdzie podopieczni znajdują się pod łagodnym, acz ścisłym nadzorem. Idealnie byłoby, gdyby życie wychowanków mogło być centralnie regulowane i normowane zgodnie z jednym regulaminem. Ideologia i koncepcja człowieka leżące u podstaw nowej Unii Europejskiej, tego brukselskiego monstrum, doprowadziły do powstania nieznanej do tej pory struktury politycznej; za gremiami tworzonymi według poprawnych politycznie parytetów, za Parlamentem Europejskim zaludnionym przez członków AECR, ECPM, EDP, EFA, EGP, EL, ELDR, EUD, EVP SPE, kryje się rozbudowujący się nieustannie aparat urzędniczy, wyalienowana, najwyżej w Europie opłacana biurokratyczna kasta, opanowana żądzą władzy i pychą. Wszystkie te generalne dyrekcje, owe EAC, RTD, TAXUD, MOVE, ECFIN, ECHO, BEPA, SANCO, DGT, ENER, ELANG, BUDG, JUST, HOME, INFSO, AGRI, SCIC, austriacki pisarz Robert Menasse, nazwał „józefińską biurokracją”, ale, zdaniem Enzensbergera, nie jest to, niestety, tradycja oświeconego absolutyzmu, a raczej jakobinizmu lub sowieckiej nomenklatury – cechuje ją identyczna autorytarna zaciekłość w urzeczywistnieniu tego, co dla ludzi najlepsze. Oświecony absolutyzm nie był aż tak „bezlitośnie życzliwy ludziom”.

Unia Europejska jako forma władzy faktycznie nie posiada historycznych wzorów. Jest w sensie ustrojowym tworem postdemokratycznym i postkonstytucyjnym, brak w niej klasycznego trójpodziału władz, zaś rządząca nią biurokratyczna kasta, anonimowa i przed nikim nieodpowiedzialna, nie dysponuje żadną inną legitymizacją poza tą, że „chce dobra Europy”. W Europie co rusz ktoś ostrzega przed autorytaryzmem, ale – ironicznie dziwi się Enzensberger – coraz bardziej autorytarnego charakteru Unii Europejskiej jakoś się nie zauważa. Poeta przytacza w tym kontekście słowa Hanny Arendt, która w mowie z okazji przyznania jej nagrody Sonninga w 1975 roku wyraziła głębokie zaniepokojenie, że formy państwowe ewoluują w kierunku biurokracji, to znaczy władzy nie będącej ani władzą ustaw, ani człowieka, lecz „anonimowych biur i komputerów, których całkowicie zdepersonalizowana dominacja może być dla wolności i owego minimum uprzejmości, bez której wspólne życie wspólnoty jest niewyobrażalne, bardziej niebezpieczna niż najbardziej oburzająca samowola przeszłych tyranii”.

Te unijne „anonimowe biura i komputery” – pisze Enzensberger – rządzą dziś pół miliardem ludzi, produkując monstrualne zbiory norm – dziennik urzędowy w 2005 roku ważył ponad tonę, tyle co młody nosorożec. Nie mamy do czynienia z państwem prawa i jego ustawami, ale z dyrektywami, wytycznymi i przepisami. Cierpiąca na bezgraniczną megalomanię nomenklatura tłumaczy sobie opór wobec swoich rozporządzeń tym, że ma do czynienia z ciemnym i nieposłusznym ludem, który nie wie, co jest dla niego dobre, dlatego lepiej nie pytać go o zdanie. „Samokrytyka – zauważa Enzensberger – nie jest silną stroną naszych nadzorców”, natomiast doskonale potrafią oni zamykać usta krytykom. W tym celu wynaleźli strategię immunizującą ich wobec krytyki: tego, kto im się sprzeciwia, denuncjują jako anty-Europejczyka. Enzensberger dostrzega w tej propagandowej strategii paralelę do oskarżeń o „działalność antyamerykańską” wysuwanych przez senatora Josepha McCarthy`ego lub do potępień „antyradzieckich knowań” przez Biuro Polityczne KPZR. A przecież nietrudno sobie wyobrazić gromy, jakie spadłyby na głowę niemieckiego polityka, który swoim oponentom zarzuciłby, że są „antyniemieccy”. Doprawdy, pisze Enzensberger, jest dość absurdalnym pomysłem, żeby to biurokratyczny personel Unii decydował o tym, kto jest, a kto nie jest dobrym Europejczykiem.

Autor Krótkiego lata anarchii przywołuje też klasyczny tekst z teorii politycznej, Traktat o dobrowolnym poddaństwie Étienne de La Boétie`go, który zastanawiał się, czy ludzie mogą z własnej woli dać się ubezwłasnowolnić. Europejczycy poddają się dobrowolnie pod jarzmo, ostatecznie w przypadku unijnych opiekunów nie mają do czynienia z nikczemnikami, lecz z „przyjaciółmi człowieka”, którzy „z nieznośną lekkością podporządkowują nas swojemu nadzorowi, wnikającemu we wszystkie pory naszej egzystencji”. „Niewiele – pisze Enzensberger – przemawia za tym, żeby Europejczycy skłonni byli stawić opór politycznemu wywłaszczeniu. Wprawdzie nie brak objawów niezadowolenia, cichego lub otwartego sabotażu, ale generalnie słynny deficyt demokracji nie prowadzi do rebelii, lecz raczej do odmowy uczestnictwa, cynizmu, pogardy dla klasy politycznej i do zbiorowej depresji”.

Czy unijnej biurokracji uda się zrealizować swoje cele? Cóż, odpowiada Enzensberger, „reedukacja 500 milionów ludzi to zadanie iście herkulesowe, na którym połamały sobie zęby całkiem inne reżimy. Wątpliwe, czy nasi kuratorzy mu sprostają”. Kontynent przetrzymał już różne próby uniformizacji. Wszystkim wspólna była hybris, i żadnej z nich nie był dany trwały sukces. Również obecnej próbie nie można wystawić korzystnej prognozy. Enzensberger nie nawołuje do antyunijnej rewolty, konstatuje jedynie, że cała unijna konstrukcja jest chimerą, utopijnym projektem, który upadnie z powodu nadmiernego rozciągnięcia i wewnętrznych sprzeczności.

Nad tym, co nastąpi „po upadku”, przemyśliwuje intensywnie prof. Gunnar Heinsohn (ur. 1943), który do 2009 roku wykładał nauki społeczne na uniwersytecie w Bremie w Instytucie Badania Ksenofobii i Ludobójstwa im. Raphaela Lemkina. Autor licznych książek, w tym opublikowanej w Polsce Synowie i władza nad światem. Ostatnimi czasy Heinsohn rozwija aktywną działalność publicystyczną na łamach „Die Welt”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Die Zeit”. Peter Sloterdijk i Rüdiger Safranski zaprosili go do swojego „Kwartetu filozoficznego” nadawanego w programie drugim telewizji publicznej. Jako ciekawostkę wspomnijmy, że kilka lat temu dla Federalnej Służby Wywiadowczej (Bundesnachrichtendienst) wygłosił w jej siedzibie w München-Pullach wykład pt. „Jak będzie rozwijał się świat? – Sytuacja kryzysowa w 2020 roku”.

W publicystyce Heinsohna poświęconej teraźniejszości i przyszłości Niemiec oraz Europy, odświeżające intelektualnie jest to, że skupia swoją uwagę wyłącznie na realnych procesach demograficznych i ekonomicznych, konsekwentnie unikając ideologiczno-moralistycznej nowomowy tak rozpowszechnionej w niemieckich kręgach intelektualno-medialnych. Liczy się dla niego tylko jedno: rozpoznanie położenia i jego skutków. Co oczywiste, kapłani niemieckiego Kościoła Postępu atakują go jako „faszystę” i „socjaldarwinistę”, a tym, co szczególnie ich rozjusza, jest jego chłodny realizm, jego zimny ton; niezmiernie irytuje ich, że swoje najbardziej „apokaliptyczne” proroctwa przedstawia tak, jakby na zebraniu Rady Wydziału referował podział grantów. On zaś bezlitośnie kpi z fantasmagorycznych pomysłów niemieckich „dobro ludzi”, twierdząc, że chcą realizować projekty społeczne, które jeszcze nigdy w historii ludzkości się nie udały. Nie da się ukryć, że pobłażliwe szyderstwa, jakimi obdarza różne humanitarystyczno-sentymentalne infantylizmy „dobroludzi” rzeczywiście mogą ich nieco denerwować.

Heinsohn uważa, że przy obecnej zapaści demograficznej i starzeniu się Niemiec i całej Europy, pomiędzy narodami wysoko rozwiniętymi coraz bardziej nasilać się będzie „walka o mózgi”: o inteligencję, wykształcenie, kwalifikacje, fachowość, zdolności, talent, pracowitość. Fundamentalną kwestią, decydującą o przyszłości i przetrwaniu narodów będzie, jak powstrzymać przed wywędrowaniem do innych, bardziej atrakcyjnych krajów swoich młodych – a jest ich coraz mniej – obywateli, tych inteligentnych, wykształconych, ambitnych, zdolnych, pracowitych, produktywnych, efektywnych, i jak samemu być na tyle atrakcyjnym, żeby spowodować osiedlanie się u siebie takich samych ludzi z innych krajów. Istotne jest tylko i wyłącznie to, jakie sygnały wysyła się do potencjalnych imigrantów, jakie podatki będą musieli zapłacić, czy da im się szansę na dobre zarobki i jaką ich część będą mogli zatrzymać dla siebie. Nieunikniona staje się coraz ostrzejsza konkurencja systemów społeczno-gospodarczych. Współcześni „fittest” uważają, że sami są swoją własnością, porównują się z takimi jak oni w innych krajach, a nie z mniej zdatnymi u siebie; wybierać będą ojczyznę niczym firmę. Tak dzisiaj po prostu jest i tego się nie zmieni. Albo państwa będą prowadzić właściwą politykę gospodarczą, socjalną i imigracyjną, albo przegrają „walkę o mózgi”. Z brutalną szczerością pisze Heinsohn, że kto nie będzie ludożercą, zostanie zjedzony; epoka realnego „socjalnego darwinizmu” już się rozpoczęła. W tej epoce ideologie równości, rozmaite ambitne projekty oparte na dzieleniu bogactwa, na hasłach „solidarności” są już tylko reliktami przeszłości.

Według Heinsohna Niemcy, przeżywający demograficzne załamanie, mają najgorszą politykę imigracyjną i najgorszą politykę socjalną spośród wszystkich krajów wysoko rozwiniętych. Rządzący myślą naiwnie o tym, jakby tu sprowadzić zdolnych, pracowitych i wykształconych, żeby pracowali na mniej zdolnych, mniej pracowitych i mniej wykształconych. Zachęca się ich, żeby przybywali do Niemiec i utrzymywali emerytów i rodziny na socjalu (model rodziny na zasiłku to jedyny, który się nie kurczy – Heinsohn pokazuje, że w Niemczech zachodzą od dawna procesy, które w USA opisał Charles Murray). To jakaś kompletna ślepota – zapraszać kogoś, żeby obciążyć go socjalnymi transferami. Cóż to za atrakcja pracować na czyjeś emerytury? Tak długo, jak długo potencjalne imigranckie talenty będą widzieć, że połowę ich zarobków będzie się zabierać w podatkach i w ubezpieczeniach socjalnych, to na pewno nie przyjadą do Dortmundu, ale wybiorą Melbourne lub Toronto, gdzie też ich potrzebują, natomiast zabierają o połowę mniej. W Niemczech wybrano imigrację ilościową zamiast jakościowej, mającą mechanicznie uzupełnić ubytki demograficzne, dlatego do Niemiec przybywają imigranci poniżej niemieckiej przeciętnej, a powinni być powyżej niej, ci drudzy szybko się integrują, nie potrzeba dla nich wysoko opłacanych urzędników pracujących w „przemyśle imigracji i integracji”. W ostatnich 30 latach Niemcy „konkurowali” z innymi, ale nie o najlepszych imigrantów, lecz o niewykształcone masy z krajów nierozwiniętych, nic więc dziwnego, że tę konkurencję wygrali. Tymczasem polityka imigracyjna musi służyć wyłącznie walce o inteligentnych, wykształconych i wykwalifikowanych imigrantów niezależnie od ich rasy czy narodowości, przede wszystkim reprezentantów nauk przyrodniczych i technicznych, inżynierów, techników, wysoko wykwalifikowanych rzemieślników itd.

Heinsohn uważa, że jeśli nie zmieni się polityka socjalna i gospodarcza Niemiec, stawać się one będą coraz mniej atrakcyjne także dla własnych młodych obywateli. Ze stu potrzebnych krajowi młodych ludzi 35 w ogóle się nie rodzi, 10 emigruje, a 15 procent nie ma żadnego zawodowego wykształcenia, nic dziwnego, że pozostałe 40 procent marzy o emigracji. W 2007 roku ok. 87 procent tutejszych absolwentów szkół wyższych wyraziło życzenie robienia kariery w innym kraju. Przed młodymi, wykształconymi (nie po socjologii czy politologii), fachowymi, aktywnymi ludźmi w Niemczech rządząca elita postawiła wielkie zadanie – utrzymać starych i małoletnich oraz niewykształconych i niewykwalifikowanych równolatków wraz z ich potomstwem. Ani oni, ani wartościowi imigranci tego zadania nie zechcą się podjąć. Zostaną lub się osiedlą pod warunkiem, że nie będą musieli współfinansować państwa socjalnego.

Politycy opowiadają o pakcie pokoleniowym, o międzypokoleniowej sprawiedliwości etc. Wszystko to są ideologiczne fikcje podtrzymywane przez polityczne mechanizmy redystrybucji – pakty tego typu zostaną wypowiedziane bez chwili wahania, kiedy mechanizm się zatnie. Jedyny realny „pakt pokoleniowy” to ten motywowany ekonomicznie – oparty na przekazywaniu dzieciom przez rodziców własności (oszczędności, złoto, zagroda, ziemia, warsztat, fabryka, dom, mieszkanie, sklep itd.), w zamian za co dzieci zaopatrują rodziców na starość i w chorobie. Zdaniem Heinsohna szanse Niemiec na utrzymanie się w pierwszej lidze gospodarczej, na przetrwanie walki o byt w konkurencji systemów, maleją z każdym rokiem. Frazesy o konstytucyjnym patriotyzmie nie ostaną się w zderzeniu z twardą materią „darwinistycznej walki o byt”.

Heinsohn wykpiwa mocarstwowe ambicje Europy, gdzie od 1916 roku stale maleje nadwyżka młodych mężczyzn. Europa jest po prostu zbyt stara na prawdziwe wojny. Pacyfizm, szlachetne ideały zgody, konsensusu, dialogu itd. – to zwyczajna impotencja wojskowo-polityczna przebrana w kostium wyższej cnoty. Ostatnią bitwą stoczoną przez Europę była bitwa pod Dien Bien Phu, gdzie obok 6000 francuskich komandosów, walczyło zaciekle 10 000 żołnierzy Legii Cudzoziemskiej, z których 80 procent stanowili Niemcy z doborowych jednostek Wehrmachtu i Waffen-SS. W krwawych zmaganiach „niczym w ostatniej mitycznej bitwie Gotów” (Scholl-Latour) Europejczycy stracili prawie tysiąc ludzi i pociągnęli ze sobą do grobu 20 000 żołnierzy Viet-Minhu. Był to ostatni wspólny wysiłek wojenny narodów z obu brzegów Renu, ostatni bój Europy; ramię w ramię walczyły jej najtwardsze jednostki bojowe – komandosi, kolonialni najemnicy i ludzie spod znaku trupiej czaszki – i przegrały.

Nadal są w Europie (w Unii Europejskiej) ludzie chcący ją widzieć w roli mocarstwa, jednak najpierw musieliby odpowiedzieć na pytanie, jak ciężar tej roli miałaby unieść coraz „głupsza”, kurcząca się ludność, o malejącym potencjale innowacyjności, uginająca się pod brzemieniem rosnącego zadłużenia. Od XVI wieku do I wojny światowej Europa nieprzerwanie produkowała nadwyżkę 15-29-latków; dzisiaj narody europejskie to narody jedynaków i jedynaczek, skutecznie wychowanych w ideałach niestosowania przemocy. Takim narodom z coraz cięższym sercem przychodzi wysyłać jedynaków i jedynaczki na wojnę; tak działa „ekonomia krwi”. To samo odnosi się do polityki wewnątrzeuropejskiej; także tutaj Europejczycy po prostu nie mogą sobie pozwolić na upust krwi. Dlatego mimo dużego bezrobocia i niezadowolenia nie będzie żadnego „rewolucyjnego” masowego ruchu, najzwyczajniej w świecie nie ma rezerwuaru młodych, agresywnych ludzi gotowych do wymarszu po władzę, nawet z użyciem przemocy w tej czy innej formie. W Niemczech agresywna skrajna lewica i skrajna prawica liczą po kilka tysięcy osób – są radykalne i bojowe, chcą „zmienić świat” (czyt. ruszyć po władzę) nawet po (własnych) trupach, ale nie mają wojska – dlatego politycznie są bez znaczenia.

Młodzieży europejskiej brakuje impetu, ducha podboju, wyznaje bezkrwiste ideologie „lewicowe” i „prawicowe”, które jedynie legitymizują status quo. Inaczej jest w Afryce Północnej, w krajach islamskich, gdzie potrójna pałka – demograficzna nadliczebność, hormonalna wściekłość młodych i bezrobocie – zagrzewa do walki. Stale publikowane w prasie europejskiej artykuły o złym wpływie islamu i nauk Koranu mylą przyczynę ze skutkiem, tam bowiem, gdzie nie ma masowej bazy dla radykalnych ruchów, tam nawet genialni demagodzy niczego nie wskórają. Krytycy islamu mylą realne przyczyny z usprawiedliwieniami i racjonalizacjami. Gdzie jest masowa baza, tam jest wola władzy, wola walki o zasoby i stanowiska, o uznanie i „godność”, tam jest materiał do wysyłania na śmierć i ryzykowania głową, tam są warunki dla rewolucji, buntów, wojen domowych. W Europie ich nie ma.

Jak może wyglądać przyszłość Niemiec i Europy w obliczu postępującej depopulacji, utraty biologicznej substancji, rosnących wpływów agresywnej mniejszości islamskiej, nasilającej się „walki o mózgi”, ruchów migracyjnych? Według Heinsohna obecny system europejski w całości wszedł w fazę powolnego rozpadu, co skłaniać powinno do śmiałych eksperymentów myślowych, do wyobrażenia sobie Europy „po końcu”, to znaczy po końcu unii walutowej i końcu Unii Europejskiej. Swoją własną wizję nowej Europy przedstawił Heinsohn w tym roku na łamach magazynu „Cicero” i szwajcarskiego miesięcznika „Schweizer Monat”.

Dzisiejsza Unia Europejska nie jest imperium, lecz Związkiem Pomocy Socjalnej; zaprojektowana została jako unia transferów („unia przelewów”), czyli jest przeniesieniem na szczebel kontynentalny modelu obowiązującego w krajach członkowskich. W Niemczech mamy do czynienia z trojakiego rodzaju transferami zasobów: transfer indywidualny od tych, którzy wypracowują bogactwo do beneficjentów systemu socjalnego, transfer z landów lepiej się rozwijających i bogatszych do słabiej się rozwijających i biedniejszych, transfer w ramach Unii Europejskiej i unii walutowej z państw lepiej się rozwijających i bogatszych do słabiej się rozwijających i biedniejszych. Dla przykładu: w 2010 roku Bawaria i Badenia-Wirtembergia musiały przekazać 5,2 mld euro na utrzymanie i rozbudowę sektora socjalnego w innych landach republiki (Berlin bierze z tego 2,9 mld).

Pieniądze na wszystkie trzy rodzaje transferów wypracowuje, według Heinsohna, 25 milionów obywateli RFN, którzy w podatkach płacą więcej niż warte są podarunki, jakimi uszczęśliwia ich państwo socjalne; to wyłącznie oni utrzymują system socjalny, żyrują setki miliardów kredytów, gwarancji etc. dla bankrutów strefy euro, to na nich przypada 7,2 biliona euro jawnych i ukrytych długów, 290 tys. na każdego. Jest rzeczą oczywistą, że Unia Europejska jako „unia przelewów” i Europejski Związek Pomocy Socjalnej jest nie do utrzymania. Już obecnie popyt na obligacje niemieckie powoli, ale nieubłaganie maleje, co oznacza, że za pewien czas zabraknie pieniędzy na przelewy.

Heinsohn podaje, że, według badań, 52 procent młodych Niemców w wieku 18-30 lat odpowiada twierdząco na pytanie „czy wolałbyś mieszkać w innym kraju niż Niemcy?”. Na początku 2011 roku tylko 41 procent widziało swoją przyszłość w Unii Europejskiej, 67 procent straciło wiarę w instytucje unijne, 53 procent nie chce euro. Kryzys jest więc ewidentny i będzie się pogłębiał. Mamy do czynienia, według Heinsohna, z dramatycznym odwracaniem się Niemców od Unii Europejskiej. Co zatem może nastąpić po załamaniu się europejskich instytucji finansowych, po fiasku unii monetarnej, po rozpadzie Unii? Heinsohn zapewnia nas, że nie oznacza to wcale końca Europy; po prostu powstanie inna Europa, która lepiej ochroni swoją „biologiczną substancję” i obroni swoją pozycję w pierwszej lidze gospodarczej świata.

Wielu Europejczyków, gdy słyszą, jak ktoś kwestionuje euro lub nawet Unię Europejską, ogarnia lęk przed wojną; obie struktury uważa się bowiem za wielkie osiągnięcia, raz na zawsze odsuwające groźbę wojen przez stulecia pustoszących kontynent. Dziennikarze i politycy przy każdej możliwej okazji powtarzają: „Unia Europejska równa się pokój”. Rzecz prosta, wszystko jest dokładnie na odwrót. To wyniszczenie I i II wojną światową było warunkiem zjednoczenia Europy. Wojny nie kończą się dlatego, że ktoś ma ich dosyć po 500 latach, ale prawie zawsze wówczas, kiedy brak synów, których można poświęcić bogowi wojny. Gdyby nasz kontynent od 1920 roku rozmnażał się tak szybko jak od tamtego czasu USA (ze 106 na 310 milionów), mielibyśmy dzisiaj 1,4 miliarda Europejczyków (wówczas 500 milionów). Czy ktoś by sobie wówczas zaprzątał głowę papierowymi traktatami – rzymskimi czy lizbońskimi?

Wedle Heinsohna nie powstaną „Stany Zjednoczone Europy” ani też nie nastąpi powrót do narodowych „Ojczyzn”, Europa podzieli się na nowo i będzie to podział w dużej mierze naturalny; już dziś zachodzą podskórne, spontaniczne, oddolne procesy wiodące w tym kierunku, które, kiedy sytuacja dojrzeje, mogą wyrazić się w programach i decyzjach politycznych. Będzie to bezkrwawe rozejście się, coś na kształt „aksamitnego rozwodu” Czech i Słowacji. Powstanie Europa „Wielkich Kantonów”, w której nikt nie będzie odpowiadał za długi innego państwa, skończą się bail-outy, transfery socjalne i redystrybucja bogactwa. Nastanie kres epoki życia na kredyt, według dziecinnej „zasady nadziei”.
Unia Europejska zwalczała nacjonalizm i w sumie odniosła sukces; oczywiście było to tylko usankcjonowanie realnego stanu Europy – „odwieczne” wrogości rozpłynęły się w powietrzu, ulotniły z krajów, gdzie nie ma istotnego, demograficznego potencjału agresji. Unijni politycy mogą być zadowoleni: młodzi Niemcy nie tylko odwrócili się wewnętrznie od nacjonalizmu, ale i od państwa narodowego. Przypominają dawnych Gdańszczan, którzy schronili się w 1454 roku pod polską koronę, aby nie musieć finansować Zakonu Krzyżackiego. Są dziećmi systemu, które świadomie, indywidualistycznie, podejmą decyzję, gdzie żyć, gdzie mieszkać i zarabiać. Problem dla unijnej elity polega na tym, że uciekną oni nie tylko od Berlina, ale i od Brukseli jako maszynerii transferu i redystrybucji. Antynacjonalizm unijnej nomenklatury spełnił swoje zadanie, ale w nowej historycznej sytuacji nie jej będzie służył.

Europa wybierze, przewiduje Heinsohn, nie-nacjonalistyczne rozwiązanie swoich ogromnych problemów ekonomicznych, finansowych i demograficznych, ale nie będzie to rozwiązanie brukselskie; odrzuci zarówno brukselską „unię przelewów”, jak i renacjonalizację. Brukselska nomenklatura utraci w nowej Europie rację istnienia, bo żaden aparat do rozdzielania subwencji nie będzie potrzebny, a kantony po prostu wstrzymają przelewy do Brukseli.

Największym i najsilniejszym gospodarczo kantonem będzie Federacja Alpejska ze Szwajcarią jako swoim jądrem. Z niemieckich krain w jej skład wejdą Badenia-Wirtembergia, Bawaria, Południowa Hesja z Frankfurtem nad Menem i powiatem Main-Taunus oraz powiat Mainz-Bingen w Nadrenii Palatynacie – w sumie 27 z 30 najbardziej produktywnych i dynamicznych gospodarczo powiatów niemieckich. Być może dołączy Saksonia. Dalej Austria, Liechtenstein, Sabaudia i Słowenia, w przyszłości być może Czechy. Z krain włoskich uciekających od Rzymu i chcących się oderwać się od Mezzogiorno do Federacji Alpejskiej przyłączyłyby się: Dolina Aosty, Piemont, Liguria, Lombardia, Trydent – Górna Adyga, Wenecja Euganejska, Friuli-Wenecja Julijska, Emilia Romania, z rozszerzeniem na Toskanię, Umbrię i Marche. Licząca 70 milionów mieszkańców i 450 tys. km kwadratowych weszłaby natychmiast do światowej czołówki.

Zaoszczędzone na transferach miliardy, prowincje federacji przeznaczą na obniżkę podatków dla najmłodszych poniżej 35 roku życia, aby odciągnąć ich od emigracji, a zarazem przyciągnąć talenty z zagranicy. O tym, kto może się osiedlić, decydowałyby – na wzór Szwajcarii – gminy. Drzwi Federacji Alpejskiej pozostawałyby otwarte dla innych kandydatów, którzy skazani na własne siły, pozbawieni transferów, musieliby najpierw przeprowadzić odpowiednie reformy. Byłby to związek nie zazdrosnych narodów, ale obszar kulturowy połączony na zasadach dobrowolnej współpracy, o niskich podatkach, wysokiej innowacyjności i produktywności, z wielkimi koncernami, jak i firmami rodzinnymi, przyciągający inteligentnych i pracowitych. Co istotne, krainy regionu nie musiałyby obawiać się niemieckiej dominacji. Najbliższym sojusznikiem FA byłaby zapewne – deislamizująca się stopniowo – Wielka Brytania.

Na północy naturalne byłoby powstanie Federacji Północnej (Federacji Nordyckiej, Parlamentarnej Monarchii Północnej), w skład której weszłyby Islandia, Grenlandia, Wyspy Owcze, Spitsbergen, Norwegia, Szwecja, Finlandia i Dania. Ponadto Hamburg i Szlezwik Holsztyn, Holandia i Flandria. Już dziś polityka imigracyjna Północy zaczyna się powoli zmieniać – nowy kierunek w tej dziedzinie wyznaczać będzie Dania. Wprawdzie kraje skandynawskie mają wysokie podatki, ale za to wiele innych zalet, więc staną się celem ucieczki Europejczyków z terytoriów transferowych, wśród nich zapewne będą Żydzi ze zislamizowanych obszarów Europy – Heinsohn podaje, że w 2005 roku spośród 520 tys. francuskich Żydów ponad połowa myślała o wyjeździe.

Kadłubowe Niemcy (Restdeutschland) tworzyłyby Związek Północnoniemiecki ze stolicą w Berlinie, gdzie mieszka 600 tys. beneficjentów pomocy socjalnej i 95 tys. zatrudnionych w przemyśle. Berlin kurczy się najszybciej ze wszystkich światowych metropolii; w 1994 roku euforycznie przepowiadano powstanie Wielkiego Berlina, do 2010 roku miał liczyć 10 mln, z tego 5 milionów zamieszkujących bezpośrednio w mieście. Okazało się to czystą mrzonką. Rzecz jasna, Berlin rządzony przez marksistów-ekologistów-socjalistów-islamistów w nikim nie wzbudzałby już strachu. Czerwono-zielono-czerwono-zielona (od koloru proroka Mahometa) koalicja miałaby pełne pole do popisu – pozbawiona przelewów z Południa i Północy mogłaby na własną rękę realizować swoje społeczno-gospodarcze eksperymenty, wprowadzać rewolucyjny system edukacji, budować społeczeństwo wielokulturowe, sprowadzając imigrantów z Afryki i krajów arabskich. Lewica miałaby szansę pokazać reszcie Europy, co potrafi, przy czym, jak wiemy, z 30 najbardziej produktywnych powiatów w Niemczech 27 jest na południowym zachodzie i 2 na północy; zatem prawie wszystkie najbardziej produktywne powiaty niemieckie znalazłyby się poza „Restdeutschland”. Mogłoby więc się zdarzyć, że dobrze prosperujące przedsiębiorstwa przemysłowe oraz inteligentni i pracowici ludzie uciekaliby z „Restdeutschland” na Północ lub Południe, natomiast zieloni socjaliści emigrowaliby ze Stuttgartu do Bremy. Kadłubowe Niemcy połączyłoby specjalne partnerstwo z Francją (oś Berlin-Paryż).

W basenie Morza Śródziemnego w Ligę Śródziemnomorską (nowe wydanie Królestwa Aragonii) połączyłyby się: reszta Włoch (nowe wydanie Królestwa Obojga Sycylii), Portugalia, Hiszpania, Grecja, kraje o wielkiej grecko-rzymskiej tradycji, z rolnictwem na wysokim poziomie, stanowiące ekologiczny obszar urlopowo-turystyczny, przodujący w produkcji energii solarnej. W kierunku Ligi ciążyłby zapewne Izrael.

Na wschodzie, na obszarze pomiędzy Odrą i Rosją, widzi Heinsohn nowe wydanie I Rzeczypospolitej, czyli federację Litwy, Polski, Białorusi, Ukrainy z centralą we Lwowie. Taki organizm nie musiałby się bać Rosji, tak jak muszą się jej bać Czeczenia i Gruzja. Jego sytuacja nie będzie jednak łatwa, gdyż cały pas od Łotwy po Serbię starzeje się w przyspieszonym tempie. Dlatego pozbawiona dopływu „środków europejskich” nowa I RP będzie musiała dokonać u siebie wielkich zmian społeczno-ekonomicznych, żeby zatrzymać swoją własną młodzież i promieniować na całą Słowiańszczyznę i dalej.

Podsumowując: po upadku Unii Europejskiej, w miejsce obecnej Europejskiej Wspólnoty Wyczerpania wejdzie zrewitalizowana Europa Wielkich Kantonów o postnarodowych granicach. Pomiędzy kantonami, konkurującymi o kapitał i ludzi jakością systemu społeczno-ekonomicznego, będzie istniał wolny przepływ kapitałów i ludzi, wolność zakładania firm ponad granicami, ruch bezwizowy itd. Walutą Federacji Alpejskiej byłby frank alpejski, zaś w Federacji Północnej – korona północna. Inni mogliby utrzymać euro; podobnie jak istnieje dolar kanadyjski i nowozelandzki, mogłoby istnieć kilka walut o nazwie euro – euro wschodnie, zachodnie, śródziemnomorskie – walczących o akceptację międzynarodową.

Od siebie dodajmy, że skoro nowa Europa Heinsohna ma się wzorować na Szwajcarii, to w przyszłości Wielkie Kantony mogłyby zjednoczyć się w Konfederację Europejską, ustanowić stolicę (na wzór Berna) i ściślej kooperować w kwestiach bezpieczeństwa, obronności i polityki zagranicznej – takie Imperium Europejskie, tyle, że już bez związku z upadłym „brukselskim monstrum”.

Według anegdoty przywódca brytyjskich faszystów Oswald Mosley miał po lekturze dzieła Karla Poppera Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie powiedzieć, że od dawna już podejrzewał, iż wszyscy najwybitniejsi filozofowie Europy, od Platona począwszy, to „faszyści”, teraz dzięki prof. Popperowi wie to na pewno, za co jest mu bardzo wdzięczny. A co z poetami? Lewicowe pismo „Ossietzky” opublikowało otóż artykuł, w którym historyk Ferdinand Krogmann – pozwolę sobie w tym miejscu użyć slangu używanego przez demokratyczno-liberalne media – zlustrował Rainera Marię Rilkego, gorącego admiratora antymodernistycznej grupy artystycznej z Worpswede. W poświęconym jej dużym eseju autor Elegii Duinejskich podkreślał jej „niemiecką” i „nordycką” tendencję, chwalił jako „poważną samotną niemiecką pracę”, widział w niej sztukę autentyczną, bo związaną z ojczyzną, ziemią, korzeniami. Powoływał się także na zaciekłego wroga demokratycznego liberalizmu, prawicowego pisarza Juliusa Langbehna (1851-1907), autora znanej książki Rembrandt als Erzieher (1890).

Krogmann skrupulatnie wykrywa u poety tony elitarystyczno-nietzscheańskie – nosicielami postępu mogą być, według Rilkego, tylko i wyłącznie wielcy samotnicy znienawidzeni przez plebs. Jakby tego wszystkiego było mało w styczniu i lutym 1926 roku, Rilke napisał trzy listy do mieszkającej w Mediolanie księżnej Gallarati Scotti (przeciwniczki Mussoliniego), w których aprobował dyktaturę Mussoliniego, zalecając reżim faszystowski jako polityczne remedium, ponieważ „opiera się na autorytecie”. Włochy, pisał Rilke, to kraj, któremu obecnie dobrze się wiedzie i idzie w górę, Mussolini stał się „architektem włoskiej woli”, „kowalem nowej świadomości, której płomień rozpala się ze starego ognia”. „O szczęśliwa Italio!” woła Rilke do Włochów rządzonych przez faszystów.

Demokratyczno-liberalne idee „wolności”, „człowieczeństwa”, „międzynarodówki” to w oczach Rilkego jedynie abstrakcje, przez które „nasza biedna Europa omal nie upadła”. Również poezja, pragnąca być szczególnie dobra i ludzka, pragnąca pomagać i pocieszać jest „w najlepszym wypadku wzruszającą słabością”. Podsumowując swoją demaskatorską rekonstrukcję ideowo-politycznego portretu Rilkego Krogmann oznajmia, że subtelny poeta to „twardy socjaldarwinista”, ultrakonserwatywny myśliciel europejskiej prawicy, teoretyk Konserwatywnej Rewolucji, na płaszczyźnie duchowej torujący drogę faszyzmowi. Zatem, jak mawiają niemieccy konserwatyści: „Herzlich willkommen im Klub, lieber Rainer”.

Tomasz Gabiś
Pierwodruk: „Arcana”, nr 100 (2011)

_________________
Bartek
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 08 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Czw Gru 08, 2016 5:02 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Bartłomiej Marjanowski
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 368

PostWysłany: Nie Gru 04, 2011 12:10 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Tomasz Gabiś

"Unia nie jest więzieniem narodów, ale >>zakładem poprawczym<<"

Unia nie jest więzieniem narodów, ale „zakładem poprawczym”, gdzie podopieczni znajdują się pod łagodnym, acz ścisłym nadzorem. Idealnie byłoby, gdyby życie wychowanków mogło być centralnie regulowane i normowane zgodnie z jednym regulaminem. Ideologia i koncepcja człowieka leżące u podstaw nowej Unii Europejskiej, tego brukselskiego monstrum, doprowadziły do powstania nieznanej do tej pory struktury politycznej; za gremiami tworzonymi według poprawnych politycznie parytetów, za Parlamentem Europejskim zaludnionym przez członków AECR, ECPM, EDP, EFA, EGP, EL, ELDR, EUD, EVP SPE, kryje się rozbudowujący się nieustannie aparat urzędniczy, wyalienowana, najwyżej w Europie opłacana biurokratyczna kasta, opanowana żądzą władzy i pychą. Wszystkie te generalne dyrekcje, owe EAC, RTD, TAXUD, MOVE, ECFIN, ECHO, BEPA, SANCO, DGT, ENER, ELANG, BUDG, JUST, HOME, INFSO, AGRI, SCIC, austriacki pisarz Robert Menasse, nazwał „józefińską biurokracją”, ale, zdaniem Enzensbergera, nie jest to, niestety, tradycja oświeconego absolutyzmu, a raczej jakobinizmu lub sowieckiej nomenklatury – cechuje ją identyczna autorytarna zaciekłość w urzeczywistnieniu tego, co dla ludzi najlepsze. Oświecony absolutyzm nie był aż tak „bezlitośnie życzliwy ludziom”. (...)

Te unijne „anonimowe biura i komputery” – pisze Enzensberger – rządzą dziś pół miliardem ludzi, produkując monstrualne zbiory norm – dziennik urzędowy w 2005 roku ważył ponad tonę, tyle co młody nosorożec. Nie mamy do czynienia z państwem prawa i jego ustawami, ale z dyrektywami, wytycznymi i przepisami. Cierpiąca na bezgraniczną megalomanię nomenklatura tłumaczy sobie opór wobec swoich rozporządzeń tym, że ma do czynienia z ciemnym i nieposłusznym ludem, który nie wie, co jest dla niego dobre, dlatego lepiej nie pytać go o zdanie. „Samokrytyka – zauważa Enzensberger – nie jest silną stroną naszych nadzorców”, natomiast doskonale potrafią oni zamykać usta krytykom. W tym celu wynaleźli strategię immunizującą ich wobec krytyki: tego, kto im się sprzeciwia, denuncjują jako anty-Europejczyka. Enzensberger dostrzega w tej propagandowej strategii paralelę do oskarżeń o „działalność antyamerykańską” wysuwanych przez senatora Josepha McCarthy`ego lub do potępień „antyradzieckich knowań” przez Biuro Polityczne KPZR. A przecież nietrudno sobie wyobrazić gromy, jakie spadłyby na głowę niemieckiego polityka, który swoim oponentom zarzuciłby, że są „antyniemieccy”. Doprawdy, pisze Enzensberger, jest dość absurdalnym pomysłem, żeby to biurokratyczny personel Unii decydował o tym, kto jest, a kto nie jest dobrym Europejczykiem.

_________________
Bartek
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Nie Gru 04, 2011 4:21 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
CDU nie ma jasnego stanowiska w żadnej kwestii; po wszystkich polach życia społeczno-ekonomicznego porusza się bez kompasu.

Pod tym względem CDU jest taka sama jak i wiele innych partii, które w obecnych czasach realnie dążą do, i zdobywają władzę. Wszystkie wygładzają kanty i zmieniają retorykę na taką, jaką kupi lud. To jest po prostu marketing. Co zaś do kompasu, to nieprawda - wskazówką tego kompasu, coraz to zmieniającą kierunek są wyniki doraźnie przeprowadzanych badań, czyli de facto płynie się na kurs populizmu, w takim wydaniu, że oczywiście poza werbalnymi deklaracjami robi się swoje, traktując tych niby najważniejszych jako materiał wyborczy, któremu można obiecać wszystko bez praktycznie żadnych zobowiązań i myślenia o tym, że trzeba będzie obietnic dotrzymać.
Z drugiej strony, czytając ten artykuł nietrudno się dopatrzyć paralel poimiędzy UE (Eurosojuzem, jak ją od lat nazywa W.Bukowski), a ZSRS. Oba molochy opierały się na ideologiach wypracowanych przez biurokratów, zatem na ideologiach mocno nienaturalnych, a więc i słabo przystających do realnych potrzeb rządzonych, a całkiem nieźle zaopatrujących rządzącą nomenklaturę.
O ile treść opisuącą stan obecny można traktować jako w miarę obiektywną, bo w końcu chyba autorzy analiz, na których powołuje się autor artykułu, znają realia, o tyle wizje przyszłościowe niekoniecznie muszą być trafione. Pożyjemy - zobaczymy.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group