" /> LEKTURA, PUBLIKACJE :: Piotr Hlebowicz - Wydział Wschodni "SW"
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Piotr Hlebowicz - Wydział Wschodni "SW"

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> LEKTURA, PUBLIKACJE
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Wto Cze 19, 2007 7:15 pm    Temat postu: Piotr Hlebowicz - Wydział Wschodni "SW" Odpowiedz z cytatem

Referat wygłoszony na konferencji naukowej w Ełku 15 grudnia 2005 roku w filii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego (wersja rozszerzona)

Piotr Hlebowicz
Organizacja podziemna „Solidarność Walcząca”
Wydział Wschodni „SW”



Nie sposób w tak krótkim referacie oddać całość zagadnienia dotyczącego konspiracyjnej organizacji „Solidarność Walcząca” i jej struktur podziemnych. Dlatego też zmuszony jestem do skrótowego potraktowania tematu z wyszczególnieniem najważniejszych momentów w dziejach organizacji, oraz zadań, w których uczestniczyłem osobiście. Cieszę się ogromnie, iż znaczenie SW w rzeczywistości stanu wojennego (oraz po przemianach okrągłostołowych) zostaje w ostatnich czasach dostrzegane przez coraz większą rzeszę historyków i naukowców. Tym bardziej że byliśmy zwykle pomijani w historycznych opracowaniach tamtego ponurego okresu.

„Solidarność Walcząca” powstała w czerwcu 1982 roku we Wrocławiu (początkowa nazwa – Porozumienie Solidarność Walcząca). Inicjatorem powstania organizacji i przewodniczącym został Kornel Morawiecki, ukrywający się działacz podziemnej Solidarności. W czasach legalnej „Solidarności” Kornel był delegatem na I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność” w Gdańsku (1981 rok). W odróżnieniu od „Solidarności” – ruchu związkowo-społecznego, „SW” stała się od samego początku organizacją czysto kadrową i miała profil polityczny. Większość członków SW wywodziła się z „Solidarności”, do organizacji weszli także przedstawiciele innych nurtów niepodległościowych. „SW” nie odżegnywała się od rozwiązań siłowych, ale taka ewentualność mogła zaistnieć tylko w określonych warunkach (np. masowe pacyfikacje zakładów pracy z użyciem przez władze broni, represje na szeroką skalę – w ramach szeroko pojętej samoobrony). Był także pomysł napiętnowania agentów i kolaborantów (tak jak w czasie okupacji niemieckiej). Dlatego też niektórzy działacze podziemnej „S” nazywali nas oszołomami i terrorystami.

Byliśmy również z tego względu pod szczególnym obstrzałem czynników bezpieczeństwa PRL – u. Po latach wyszło na jaw, że działalnością Solidarności Walczącej zainteresowane były bardzo NRD-owska STASI i sowieckie KGB. Próbowano rozpracować zwłaszcza zagraniczne przedstawicielstwa „SW”. Niemieckie i sowieckie ekspozytury, nie wierząc polskim kolegom po fachu, próbowały penetrować organizację w Polsce. W instytucie Gaucka są na to dowody. Dlaczego Sowieci tak zainteresowali się „Solidarnością Walczącą”? Odpowiedź jest prosta: po pierwsze, „SW” była organizacją antykomunistyczną i tego nie kryła. Po drugie, nawoływała do walki przeciw ZSSR i zapowiadała rychły rozpad tak Związku Sowieckiego, jak i tzw. obozu socjalistycznego.

Prowadziliśmy na bardzo szeroką skalę akcję propagandową w garnizonach sowieckich stacjonujących w Polsce. „SW” drukowała ulotki w języku rosyjskim i rozprowadzała je wśród sowieckich żołnierzy. A można się domyślić, jaka była treść tej bibuły. Nie w smak było sowietom nagłaśnianie przez nas konfliktu w Afganistanie i łamania praw człowieka w samym ZSSR. Byliśmy więc na celowniku kraju przodującego komunizmu. To już było bardzo niebezpieczne.

W „SW” decyzje podejmowała Rada „SW” (11 do 13 osób) i przewodniczący zobligowany był do podporządkowania się jej decyzjom. Tylko w skrajnych sytuacjach politycznych, gdy nie było możliwości Rady zwołać, a należało podjąć ważne postanowienie natychmiast, Kornel rozstrzygał takie sprawy jednoosobowo, a na Radzie „SW” uzasadniał swą decyzję. Tworzenie konspiracyjnych komórek od podstaw było gwarancją „czystości” organizacji od wszelkiego rodzaju donosicieli, agentów służb specjalnych itp. By zostać członkiem „SW”, kandydat musiał mieć dwóch gwarantów – zaprzysiężonych już członków „Solidarności Walczącej”, którzy go do organizacji wprowadzali, a po ostatecznym sprawdzeniu – zaprzysięgali. Nowi członkowie organizowali swoje grupy, nie poznawali jednak innych środowisk. System łączności odbywał się przez tzw. śluzy.
Funkcjonowały dwa rodzaje śluz. Dla funkcjonującej poczty i łączności kolportażowej były to skrzynki (mieszkania) niepowiązane z żadną strukturą. Istniała oddzielna grupa, która zajmowała się szukaniem samych takich skrzynek. Np. w Gliwicach, Jadzia Rudnicka (obecna Senator PiS) dostała od śp. o. Jana Siemińskiego (redemptorysty) adres dwóch sióstr, byłych łączniczek AK – śp. Marty Preisner (zmarła w wieku 102 lat) i śp. Heleny Totalande. Obydwie miały wtedy ponad 90 lat. Ta skrzynka była regularnie obsługiwana raz w miesiącu. Inną skrzynkę – śluzę prowadziła pani Gostkowska, wdowa po profesorze politechniki (przedwojennego dra Politechniki Lwowskiej). Tam z kolei odbywały się kontakty pomiędzy różnymi gliwickimi organizacjami. Do „Profesorowej” dzwoniło się i ona podawała termin spotkania, pamiętając o kodach (przesuwała odpowiednio dni i godziny). Rozmawiało się o węglu, zakupach, krawcowej, gotowaniu itp. sprawach. Warto wspomnieć o rewelacyjnej śluzie Ireny Witeszczakowej. Mieszkanie przy ul. Bohaterów Getta w Gliwicach, dwa kroki od dworca spełniało rolę śluzy (bazy) spotkaniowej. Ktoś przyjeżdżał na Górny Śląsk, przychodził z hasłem, pani Irena gościła herbatą i kanapkami, a gość czekał, aż po sprawdzeniu „ogonów” łącznik odbierał go i odprowadzał na kolejną śluzę. Do Jadwigi Chmielowskiej przechodziło się (w zależności od grupy, która załatwiała spotkanie) nawet przez osiem śluz. Gwarantowały one bezpieczeństwo wszystkim kontaktującym się. Były też śluzy aktywne. Wtedy osoby kontaktujące się nie miały ze sobą fizycznego kontaktu; jedna osoba przynosiła coś na daną „skrzynkę” (śluzę), z kolei upoważniony łącznik z tej „skrzynki” (pośrednik) przenosił ładunek do innego mieszkania, a stąd już odbierał kolejny łącznik. W razie wpadki, nawet gdyby ktoś zaczął sypać i została nakryta cała grupa, to na aktywnej śluzie wszystko się urywało. Nie było tzw. reakcji łańcuchowej. Trzeba przyznać, że wpadek w samej „SW” było mało. Wpadało się przede wszystkim przy kontaktach ze związkową „Solidarnością”, w której niezbyt rygorystycznie przestrzegano zasad konspiracji. Na szczęście SB, z nielicznymi wyjątkami, nie wiedziała wtedy, że w jej łapy wpadli członkowie „SW”.
Ważnym elementem był też wywiad „SW”. Systematycznie prowadzono nasłuch radiostacji i łączności MO i SB. Słynęła z tego głównie wrocławska centrala, która łamała kolejne szyfry sb-ckie. Funkcjonowały komórki prawnicze, w skład których wchodzili nie tylko adwokaci i sędziowie, ale i prokuratorzy. Wyjątkowo dobrze takie zabezpieczenie działało na Górnym Śląsku. Ze względu na bezpieczeństwo kontaktów, te struktury obsługiwane były osobiście przez szefa Odziału Katowickiego Jadwigę Chmielowską i jej łącznika.

We Wrocławiu i Trójmieście udało się pozyskać do współpracy z „SW” nawet oficerów SB, od których czerpano cenne informacje operacyjne. Dzięki kadrowości organizacji i stosowaniu bardzo rygorystycznych zasad konspiracyjnego BHP, wpadki w „SW” były stosunkowo rzadkie, a jeśli nawet się zdarzały, nigdy nie zahaczyły o strukturę wywiadu. Dlatego ustrzegliśmy się lawiny agentów, co było ogromnym problemem w podziemnej „Solidarności”, gdyż do ruchu społecznego, jakim była „Solidarność” – mógł przyjść każdy, z czego PRL-owskie służby bezpieczeństwa skrzętnie korzystały.

Swoje uczestnictwo w sierpniowych przemianach roku 1980 zacząłem w tworzących się Małopolskich strukturach Solidarności Rolniczej. Pomagałem ojcu, Jerzemu Hlebowiczowi, który zakładał w najbliższym terenie wiejskie i gminne koła NSZZ RI i był nawet we władzach wojewódzkich. Nie miałem jeszcze wtedy 18 lat...
31 sierpnia 1982 roku wraz z kolegą, Stasiem Dembowskim, pojechaliśmy do Gdańska, gdzie wzięliśmy udział w demonstracjach ulicznych, określonych jako największe w stanie wojennym. Wiele osób aresztowano, my także wpadliśmy w łapy ZOMO. Wożono nas od komendy do komendy, z aresztu do aresztu. Nigdzie nie było miejsc, gdyż wszystkie cele zostały zapełnione aresztowanymi w tym dniu demonstrantami. Po paru godzinach spędzonych w zatłoczonej „suce”, bez jedzenia, picia i uwzględnienia potrzeb fizjologicznych (jechaliśmy stojąc „na śledzia”), dowieziono nas do więzienia w Starogardzie Gdańskim, gdzie znaleźliśmy tymczasowy „dom”. Wielogodzinne przesłuchania, „dowody przestępstwa” (najczęściej kamienie i kostka brukowa, opisane i obmierzone przez SB-ków), bicie i poniżanie, wyjście na posiedzenie tzw. kolegium karnego parami w kajdankach, parodia procesu i wyroki po parę tygodni aresztu z zamianą na grzywnę. Więc rodziny wykupywały bliskich, gdy tylko dochodziły słuchy o aresztowaniu. Spędziłem w celi ok. dwóch tygodni. Z początku w 12-osobowej celi było nas... ponad 30 osób! Siedzieliśmy z kryminalistami, którzy odnosili się do nas z wielkim szacunkiem, jako do „politycznych”. Wielu z nich miało na koncie zabójstwa, gwałty i kradzieże. Jednak wspominam ich bardzo pozytywnie. Grzywnę za mnie zapłacił wujek z Gdańska, Marian Hlebowicz. Po paru tygodniach wezwano mnie na powtórne kolegium w tej samej sprawie. W Gdańsku zgłosiłem się do księdza Jankowskiego, który w razie potrzeby obiecał pomóc finansowo oraz prawnie. Jednak „wyrok” pozostawiono ten sam i następnego dnia byłem już w domu.

Zanim związałem się z „SW” w 1983 roku, działałem już w paru podziemnych strukturach. Początkiem mojej „prawdziwej” działalności podziemnej było lato 1982, kiedy to do naszego domu w Zagórzanach społeczny pracownik Krakowskiej Kurii Metropolitarnej Wiesiek Zabłocki przywiózł poszukiwanego listem gończym członka bocheńskich władz „Solidarności”, Józka Mroczka. 13 grudnia 1981 roku był on na liście do internowania, lecz uciekł z zakładu pracy i od tej pory zaczął się ukrywać. Tułał się po różnych skrytkach, dopiero u nas zagrzał dłużej miejsca, ukrywał się w naszym domu ponad rok. Postanowiliśmy coś wspólnie zrobić. Po nawiązaniu łączności z podziemnymi strukturami Bochni i Krakowa (Józek dał mi swoje kontakty), zaczęliśmy wydawać gazetę „Kurierek B” (biuletyn Terenowej Komisji Wykonawczej w Bochni), którą kolportowano w Bochni, Brzesku, Tarnowie, a także w Krakowie i Nowej Hucie. Z poznanymi wówczas bocheńskimi działaczami przyjaźnię się do dziś. Byli to: Józek Mroczek, Jerzy Orzeł, Stanisław Kurnik, Teofil Wojciechowski, Krzysiek Szwiec, Ewa i Zbyszek Rojkowie... Następnie nawiązaliśmy współpracę z nowohuckim biuletynem „Solidarność Zwycięży”, organizując jego dodruk na Bochnię, Tarnów i Brzesko. Po pewnym czasie weszliśmy do redakcji tego biuletynu i wzięliśmy na siebie druk całego nakładu. Trzeba tu dodać, że „Solidarność Zwycięży” stała się w końcu biuletynem Krakowskiego Oddziału „Solidarności Walczącej”.

Początkowo drukowaliśmy na ramce, ta technologia była bardzo pracochłonna i mało wydajna. Najpierw na maszynie do pisania perforowało się matryce białkowe, te zakładało się na specjalną ramkę. Farbę przeciskało się wałkiem, i żmudnie, kartka za kartką była zadrukowywana. Twórcą biuletynu „Solidarność Zwycięży” był Marian Stachniuk, działacz nowohuckich struktur podziemnej „Solidarności”, oraz jeden z liderów Krakowskiej „SW”.
Na pierwszy kontakt z „Solidarnością Walczącą” pojechałem do Wrocławia chyba wiosną 1983 roku. W konspiracyjnym mieszkaniu (pani Macielińskiej?) czekał na mnie tajemniczy osobnik w podeszłym wieku. Były umówione hasło i odzew, jednak po ich wypowiedzeniu starszy pan dalej mi nie dowierzał i pytał o krakowskich działaczy oraz o inne szczegóły, które powinienem znać. Długo trwały te badania. W końcu zostałem zaakceptowany i od tej pory stałem się przez długie lata regularnym kontaktem pomiędzy Krakowem i Wrocławiem. Jeździłem do Wrocławia raz w miesiącu, woziłem informacje i bibułę na wymianę, spotykałem się z działaczami wrocławskiej „SW”. W tym miejscu muszę zdradzić, iż tym tajemniczym osobnikiem był Stefan Morawiecki (zbieżność nazwisk z Kornelem), żołnierz AK i członek WiN-u, więzień polityczny lat pięćdziesiątych, członek SW. Z nim, jego żoną Władzią oraz całą ich rodziną – córką Małgosią (Aurelią) i jej mężem Jurkiem Lemańskim oraz synem Jankiem Morawieckim przyjaźnimy się do dziś.
Do Gdańska i Sopotu kursowałem także raz w miesiącu. Kontakt ze strukturami Trójmiasta miałem przez rodzinę Markowskich z Sopotu (Irena i syn, Piotr oraz pan Wojciech Kozłowski, znany lekarz, przyjaciel Markowskich). W tym przypadku spotykałem się nie tylko z działaczami „SW”. Oczywiście, wymienialiśmy się prasą podziemną i informacjami.
Do roku 1985 udawało mi się skutecznie unikać czynnej służby wojskowej. Dzięki lipnym zaświadczeniom lekarskim obniżyłem kategorię, jednak w 1985 roku zostałem przyparty do muru – chciano wziąć mnie na dwa lata do koszar. Stając wtedy przed komisją WKU powiedziałem wręcz, że wolę do więzienia niż do takiego wojska. Sądziłem, że posadzą na dwa lata. O dziwo, nie zareagowali; na wiosnę 1986 roku znów wezwanie i decyzja – dla takich jak ja zorganizowano eksperymentalny hufiec pracy (zastępcza służba wojskowa) w Myślenicach. Poniedziałek-piątek – praca fizyczna przy drogach, chodnikach i na zaporze wodnej w Dobczycach (ujęcie wody pitnej dla Krakowa na rzece Rabie), sobota i niedziela – tzw. szkolenia w czarnych mundurach (musztra oraz inne idiotyzmy). Nazywaliśmy siebie „organizacja Todt”. Istotne było to, że codziennie po pracy przyjeżdżałem do domu i cośkolwiek zarabiałem (połowa stawki pracowniczej). Pracowaliśmy z normalnymi brygadami robotników. Myślałem, że to koniec mojej działalności podziemnej. Okazało się jednak, że byłem w błędzie: dwuletni pobyt w służbie alternatywnej miał się okazać wspaniałą przykrywką dla pracy konspiracyjnej! Drukowałem, jak dawniej, w sytuacjach ekstremalnych brałem wolne z pracy – dla niektórych majstrów wystarczyła butelka wódki za dwa dni usprawiedliwionej nieobecności w firmie. Co najważniejsze, miałem wojskowe ulgi przy zakupie biletów kolejowych i autobusowych (bodajże 50 %), więc moje wyjazdy do Wrocławia i Gdańska stały się o połowę tańsze. Czasami bywałem też z misjami w Poznaniu, Koninie, Warszawie, Przeworsku, Jarosławiu, Brzózie Królewskiej.

W latach 1985-1986 nasza krakowsko- nowohucka struktura „Solidarności Walczącej” skrystalizowała się na dobre. Główny trzon organizacji liczył ponad 10 osób (zaprzysiężeni członkowie, jednak do dziś ta liczba nie jest pewna), współpracowników i sympatyków „SW” było zapewne paręset osób. Wymienię tylko kilka nazwisk najbardziej aktywnych członków „SW” w Krakowie: Marian Stachniuk, jeden z liderów naszej struktury, twórca biuletynu „Solidarność Zwycięży” (16 maja 1982). Do zmiany nazwy, „SZ” miała winietę jego pomysłu; Marek Biesiada, Krzysztof Ochel (po dekonspiracji został jawnym przedstawicielem, umarł w latach 90.); Piotr Warisch (artysta plastyk, robił większość plakatów, winieta oraz opracowanie graficzne gazety „Solidarność Walcząca Zwycięży” to jego dzieło); niezastąpiony Zbyszek „Edziu” Nowak, drukował ze mną w tajnym Zagórzańskim bunkrze parę ładnych lat, był nawet przez pomyłkę aresztowany, wzięto go raz za znanego podziemnego działacza Edwarda Nowaka; Władek Głowa, Ewa Tarnawska-Wiejacha, Andrzej Tarnawski (brat Ewy), znany krakowski prawnik, był przygotowany do bronienia nas w razie wpadki i ewentualnych procesów sądowych. Zostawiliśmy u niego czyste kartki ze swoimi podpisami, by w razie aresztowania mógł napisać w naszym imieniu pełnomocnictwa i być od razu formalnie naszym adwokatem. Współpracował z „SW” i mój ojciec, Jerzy Hlebowicz, oraz szwagier Jan Bryjak (oprócz tego, że pomagali budować bunkier, wozili papier, maszyny poligraficzne, a także wydrukowane gazety do Krakowa, Bochni); w wiejskiej posiadłości Anety i Stasia Pietruszków w Gruszowie odbywały się ważne spotkania konspiracyjne, a zorganizowany tu sylwester roku 1983/84 zapamiętają działacze Bochni, Krakowa i Nowej Huty chyba na całe życie. Proboszcz gruszowski Kazimierz Puchała nie dość, że ukrywał u siebie na plebanii zagrożonych działaczy (m.in. Józka Mroczka), to jeszcze dzielił się z nami otrzymywaną z Kurii
Metropolitarnej w Krakowie pomocą humanitarną. Setki kilogramów solonego masła i pomarańczowego sera, oleju sojowego oraz mleka w proszku i innych rarytasów (a wtedy prawie wszystko było na kartki) rozwoziliśmy do rodzin osób aresztowanych i represjonowanych, do drukarzy i naszych członków, którzy byli w potrzebie. Była też odzież i obuwie.

Na początku drukowaliśmy, gdzie popadło: u przyjaciół w domku letniskowym (Ewa Tarnawska), u emerytowanego pułkownika WP Raka w Wieliczce, czasem w domu w Zagórzanach. Jednakże w domu bardzo rzadko, tylko w ekstremalnych sytuacjach; należało bardzo uważać, zwłaszcza po rewizjach, które krakowska SB-cja przeprowadziła u nas w 1983 i 1984 roku. Na szczęście nic wtedy nie znaleźli, a ukrywający się Józek Mroczek zdołał uciec z domu (dotarł wtedy na plebanię do Gruszowa, gdzie ukrył go ksiądz Puchała. Po kilku dniach, gdy się u nas uspokoiło – wrócił). Podczas rewizji udało mi się wynieść przez okno do parku wszelkie materiały i maszynę do pisania, w czasie gdy ojciec zajmował smutnych panów w drugim pokoju. Nasz dom był starym dworkiem z XVIII wieku. Stanowił kompleks z zapleczem gospodarczym (parę budynków, w środku ogromne podwórko ze stawem). Pod jednym z budynków („pracownia”) postanowiliśmy wybudować tajną drukarnię w formie bunkra z sekretnym wejściem w progu (Dodatek Tajny bunkier „Solidarności Walczącej”). Prace rozpoczęliśmy jeszcze zimą 1982/1983 z Józkiem Mroczkiem, a pracami budowlanymi kierował Witold Bator, inżynier budowlany i pszczelarz zarazem, który hodował pszczoły w naszym sadzie. Ziemię woziliśmy do parku i rozsypywaliśmy na dużej powierzchni, by nie wzbudzać podejrzeń sąsiadów. Ostatecznie bunkier miał ok. 10-12 m2 powierzchni, ponad 2 metry wysokości. Na jego wykonanie potrzeba było parę ton drutu zbrojeniowego i cementu (w tym czasie na cement i materiały budowlane należało mieć przydział z gminy, inaczej nie sposób było kupić – po prostu kombinowaliśmy różnymi sposobami, takie były czasy) i parę kubików desek na podłogę. Z budową związani byli również mój ojciec Jerzy, Józef Janiszewski i Witold Bator z Krakowa, Marian Stachniuk i Zbigniew („Edziu”) Nowak z Nowej Huty. Marian zdobył potrzebne fundusze, a Edziu zajął się instalacją elektryczną i systemem odprowadzenia z bunkra zbędnej wody (zwłaszcza po deszczach).

Od 1984 roku w tajnej drukarni „Wilno” im. Gen. Okulickiego „Niedźwiadka” ruszył druk gazet, biuletynów, ulotek, plakatów, książek i innych rzeczy. W początkowym okresie mieliśmy powielacz na matryce białkowe – ręczny (od Kazimierza Świtonia), a następnie elektryczny, później jednak pojawił się długo oczekiwany offset, jeśli dobrze pamiętam, na początku 1985 roku. Co prawda stary i wysłużony, do tego pożyczony od struktur nowohuckiej Solidarności. Psuł się czasami, lecz jakoś dawaliśmy sobie z nim radę, choć nie było do niego żadnej instrukcji obsługi ani rysunku technicznego. Nigdy przedtem nie widziałem offsetu na oczy, a tu nagle trzeba było drukować. Krok po kroku, błąd po błędzie jakoś nauczyliśmy się go obsługiwać i szaleliśmy dniami i nocami. Blachy robili nam usługowo metodą proszkowego nakładania na starych kserografach. Jakość była niezła, lecz ta metoda miała swoje mankamenty: nie wychodziły zdjęcia ani duże czarne powierzchnie. Litery nie miały idealnie równych krawędzi, czasami nie wszędzie równo rozłożył się proszek i bywały bledsze miejsca. Ale w porównaniu z powielaczem białkowym czy ramką lub sitodrukiem był to przeskok technologiczno-jakościowy o epokę. Oczywiście, idealną jakość dawały blachy światłoczułe z należytą obróbką fotograficzną (dobrze zrobione diapozytywy i właściwe naświetlenie na blachę oraz wytrawienie – zasada sodowa – i utrwalenie – kwas ortofosforowy).

Dopiero po 1986 r. nauczyliśmy się fotograficznej obróbki blach. W tym celu pojechałem razem z Jadwigą Chmielowską na szkolenie do tajnej drukarni poznańskiego oddziału „SW” (Maciej Frankiewicz), gdzie posiedliśmy tę umiejętność. Od tej pory byliśmy samowystarczalni. Zakupiliśmy fotograficzny aparat skrzynkowy formatu A5 – NRD-owską „Globicę” (harmonijkowy), kliszę fotograficzną ciętą o małej czułości (dającą duży kontrast), lampy do oświetlenia makiet przy fotografowaniu, halogeny dla naświetlania blach oraz odczynniki fotograficzne i chemiczne, zapas czechosłowackich światłoczułych blach offsetowych. Mieliśmy więc wszystko na miejscu, w Zagórzanach. Robiliśmy przyzwoite blachy, ze zdjęciami. Makiety pisaliśmy na dobrym, białym papierze na maszynie elektronicznej „Erica” (także z NRD) przez taśmę węglową. Była to nowość na rynku, dostaliśmy ją od „SW” z Jastrzębia. Chmielowska załatwiła większy transport z Berlina, w nim posłano kilka nowoczesnych maszyn do pisania. Drukowaliśmy za to dla Górnego Śląska biuletyn „PUNKT”, którego redaktorem naczelnym był Krzysztof Łucyk z Bytomia. Jak widać, struktury, choć każda była niezależna i zakonspirowana, jednak ściśle ze sobą współpracowały. Specjalnie dobierani łącznicy nie byli znani tym, z którymi się kontaktowali. W razie wpadki jedna grupa była całkowicie odcięta od innych. W niektórych strukturach były też przygotowane osoby do zadań specjalnych. To ci ludzie nawiązywali kontakt ze „spalonymi grupami”.

Jakość makiet przygotowywanych na profesjonalnym sprzęcie była idealna. Wcześniej makiety pisaliśmy na normalnych maszynach mechanicznych, poprzez taśmę z tuszem. Mieliśmy ich parę, w tym jedną dał nam ksiądz proboszcz Kazimierz Puchała z Gruszowa. Sam zaproponował, choć został bez maszyny w parafialnej kancelarii... To była pierwsza nasza maszyna. Potem doszła jeszcze jedna, przedwojenna, która pracowała w czasie AK-owskiej konspiracji. Jadwiga Szaniawska (matka Jadwigi Chmielowskiej) przygotowywała na niej matryce dla biuletynów w Stanisławowie. Tradycje zostały przejęte. By drukować, i to bardzo duże ilości gazet, broszur, ulotek i wszelkiej literatury, potrzebny był zapas papieru i farba drukarska. O ile w sitodruku można było korzystać z farby kombinowanej (kombinacja pasty do prania „Komfort”, sadzy z pieca, odrobiny farby offsetowej – choć gazety śmierdziały tak, że trudno je było wozić), to w technice offsetowej należało mieć farbę oryginalną. Papier mieliśmy z paru źródeł: z zakupu w sklepach – jednakże nie wolno było kupować od razu dużych ilości za jednym razem, gdyż to od razu wzbudzało podejrzenia i groziło wpadką. Tak więc w zakup papieru zaangażowane były całe rodziny, znajomi; spore ilości papieru trzymali dla nas nieżyjący już księża – proboszcz Adolf Chojnacki z Krakowa-Bieżanowa Starego oraz proboszcz parafii w Mistrzejowicach (Nowa Huta) Kazimierz Jancarz. Furgonetką „tarpan” papier woził nam wspomniany już pszczelarz, Witold Bator. Znał skróty do Krakowa, gdzie nie było patroli milicji (należy zaznaczyć, że na samym początku stanu wojennego rogatki na drogach oraz pozwolenia na przejazd np. z gminy do gminy czy do drugiego województwa były zjawiskiem powszechnym) i nigdy nie zdarzyło się, by nasz transport został zatrzymany. Farbę załatwiał nam pracownik krakowskiej drukarni i także działacz podziemia – Maciej Łazarów. Za łapówkę od magazyniera. Farba była bardzo poszukiwanym towarem w podziemiu; „płaciło” się nią za papier, blachy i inne materiały potrzebne w poligrafii. Wymiana towarowa pomiędzy różnymi komórkami podziemia była na porządku dziennym. Papier był także powszechną zapłatą za usługi drukarskie. W domu u Fryderyki i Macieja Łazarów w Krakowie także była drukarnia oraz miejsce przechowywania ludzi. Przemieszkiwało tu wielu ukrywających się działaczy podziemia, zwłaszcza z Wrocławia, w tym członkowie „SW”. Pamiętam, że w piwniczce u Łazarów mieszkali m.in. Piotr Bielawski i Jan Seń, którzy po ucieczce z więzienia w Rzeszowie-Załężu w lipcu 1982 r. jakiś czas melinowali się także w domu Ewy Tarnawskiej-Wiejachy w Prokocimiu. Fryderyka jest z wykształcenia plastyczką, wykonała w linoleum wiele plakatów, które były drukowane przez całą rodzinę, z dziećmi włącznie. Myśmy również korzystali z jej linorytów.
W 1985 lub 1986 r. naszą tajną drukarnię odwiedził członek Izby Gmin z Wielkiej Brytanii. Niestety, nie pamiętam jego danych osobowych. Przywiózł go do Zagórzan samochodem Marian Stachniuk. By nie zapamiętał drogi i żeby ustrzec się ewentualnego „ogona” bezpieczniaków, jeździli kilka godzin różnymi drogami (z Krakowa do Zagórzan jest 35 km, autobusem ok. godziny jazdy). Już nie pamiętam, czy założyli mu opaskę na oczy i w jakiej porze dnia przybyli na miejsce. Anglikowi bardzo się drukarnia spodobała; zademonstrowaliśmy mu cały proces drukowania (akurat było coś do zrobienia). Był zachwycony, i obiecał sprawy podziemia nagłośnić w Wielkiej Brytanii, ewentualnie zorganizować jakąś pomoc sprzętową. W 1986 roku, chyba latem, Marian miał lecieć do Anglii. Chciał tam popracować parę miesięcy i spotkać się z naszym gościem w celu omówienia ewentualnej pomocy dla naszej struktury. Jednak z tych planów nic nie wyszło: gdy wsiadał wraz z żoną Martą do samolotu, na lotnisko podjechała służba bezpieczeństwa i aresztowała go za słynną sprawę „terrorystów”. Stachniuk został zadenuncjowany przez działacza „Solidarności” Marka Hebdę. Jak się okazało, Marek Hebda był agentem SB. Natomiast członek naszych struktur kolportażowych – Zdzisław (Adam) Hebda, załamał się co prawda w śledztwie i złożył zeznania w „sprawie terrorystów”, lecz nie zaszkodził zbytnio głównym oskarżonym. Marian Stachniuk oraz Jerzy Orzeł zostali skazani jako główni sprawcy wykrytej przez SB akcji. Przypisano im przygotowywanie „aktu terrorystycznego” (miano wystrzelić z armatek prochowych ustawionych na dachach setki tysięcy ulotek w czasie demonstracji). Ze względu na zbieżność nazwisk, na początku napisałem, iż to Zdzisława Hebdę podejrzewano o współpracę z SB. Jednak po konsultacjach i sprawdzeniu faktów okazało się, że w tej sprawie pojawiły się dwie osoby o tym samym nazwisku. Pragnę więc w tym miejscu Zdzisława Hebdę przeprosić za pomyłkę.

Z księdzem Adolfem Chojnackim spotykałem się w tych czasach bardzo często. W 1985 roku w bieżanowskim kościele, gdzie proboszczem był ksiądz Chojnacki – rozpoczął się strajk głodowy wielu znanych działaczy solidarnościowych. Głodówkę prowadzono rotacyjnie – jedni przyjeżdżali, drudzy wyjeżdżali. Chciano w ten sposób zwrócić uwagę na represje władz względem społeczeństwa, zniewolenie narodu. Strajk trwał kilka miesięcy, uczestniczyli w nim zazwyczaj „spaleni” działacze podziemia, mający za sobą aresztowanie i odsiadkę. Z protestujących pamiętam m. in. Annę Walentynowicz, niewykluczone, że byli także Gwiazdowie. Wielu konspiratorów rwało się do Bieżanowa, chcąc poprzeć strajkujących, lecz był kategoryczny zakaz nawet zbliżania się do kościoła, groziło to bowiem dekonspiracją. Wszędzie kręcili się tajniacy, dniem i nocą fotografowali wchodzących i wychodzących z pomieszczeń służących za miejsce głodówki. Ksiądz Chojnacki stał się dla Kurii Metropolitarnej w Krakowie kłopotliwym kapłanem. Naciski władz zrobiły swoje – księdza Adolfa przeniesiono do parafii w Juszczynie koło Makowa Podhalańskiego, z nadzieją, że straci znaczenie jako kapłan opozycji – do Krakowa było daleko, tereny raczej rolnicze. Mylono się srodze. Na msze odprawiane przez księdza Chojnackiego waliły tłumy, nie tylko z Krakowa; ludzie przyjeżdżali z różnych zakątków Polski. Milicja obstawiała drogi i sypała bez powodu mandaty kierowcom samochodów z obcymi rejestracjami, które przybywały na uroczyste msze. Nie zrażało to jednak przybyszów. W tych okolicach mieszkają twardzi ludzie, górale. Do dziś panuje tu kult sławnego „Ognia”, Józefa Kurasia. Były sytuacje, że Służba Bezpieczeństwa wybierała się do Juszczyna kilka razy, by wziąć księdza Adolfa na przesłuchanie. Rozpuszczano wtedy wici na całą okolicę i na SB-ków czekała gromada ludzi z siekierami, widłami, kosami. A z góralami tajniacy zadzierać nie chcieli... Ksiądz Chojnacki mówił mi kilkakrotnie o zamachach na jego życie. Jeździł wtedy samochodem „syrena”, często wieczorami. Zdarzały się rzucane w samochód cegły i kamienie, odkręcano koła, notorycznie przebijano opony. Od oficera (chyba kapitana) bielsko-bialskiego SB – Kazimierza Sulki, oraz z innych źródeł ksiądz dowiedział się, że istniała specjalna lista przeznaczonych do likwidacji księży niewygodnych dla władzy. Lista miała kryptonim „Kruk”. Ksiądz Chojnacki na niej figurował. Jeśli mnie pamięć nie myli, otrzymaliśmy od niego wypis listy, który opublikowaliśmy. Sulka drogo zapłacił za ujawnienie tajemnicy: koledzy zamknęli go w więzieniu, dostał wyrok. To cud, że nie został zlikwidowany fizycznie: za taką zdradę organy bezpieczeństwa zazwyczaj „usuwały” niewygodnych świadków, nie wybaczano wynoszenia i ujawniania tajemnic poza resortem. Sulka nie „zniknął” głównie dzięki nagłośnieniu sprawy przez księdza Chojnackiego i organizacje międzynarodowe. Adwokat Sulki z Krakowa (bodajże Andrzej Rozmarynowicz) spotkał się w mieszkaniu sędzi Ewy Gaberle – koordynatora „grupy prawnej” śląskiego podziemia, z Jadwigą Chmielowską – przewodniczącą Oddziału Katowickiego „Solidarności Walczącej”. Pokazał jej dostarczone przez Sulkę ulotki szkalujące księdza Chojnackiego, a produkowane przez SB. Sulce postawiono zarzut kryminalny – „kradzież siatki z kopalni”. Na apel Chmielowskiej o nagłośnienie sprawy Sulki, odpowiedziało wiele biuletynów podziemnych, nie tylko związanych z „SW”. Do dziś sprawa „akcji KRUK” nie została wyjaśniona, powinien się tym zająć Instytut Pamięci Narodowej.
Nasza prasa trafiała także do archiwów Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie. A to za sprawą naszego przyjaciela, Adama Rolińskiego, który tam pracował. Zbierał wszelkie podziemne druki i wewnątrz biblioteki utworzył tajny zbiór, który poszerza i w czasach współczesnych na dużą skalę. Dzięki niemu Biblioteka Jagiellońska ma jeden z największych zbiorów tego typu w Polsce.

Konspiracja
Jeśli chodzi o zasady konspiracji, które staraliśmy się przestrzegać, najlepszymi dla nas przykładami do naśladowania była działalność konspiracyjna Józefa Piłsudskiego (jego wskazówki na ten temat są dostępne w literaturze) oraz Armii Krajowej. Jak pokazało życie, zasady konspiracji nie zmieniły się w ciągu ostatniego wieku, także pozostały niezmienione zasady pracy policji politycznych. Jedynie technika poczyniła ogromne kroki naprzód. W tym czasie żyło jeszcze sporo osób działających w czasie wojny w AK (a po wojnie w WiN-ie i NSZ-cie), niektórzy z całą energią zaangażowali się w podziemie solidarnościowe, działali w „Solidarności Walczącej”. Służyli radą, pokazywali, jak ustrzegać się inwigilacji, wpajali podstawowe zasady bezpieczeństwa. Najbardziej chyba znaną postacią z tego kręgu był Józef Teliga, ukrywający się działacz podziemia. Dwukrotnie aresztowany w stanie wojennym, był najstarszym więźniem politycznym w PRL-u. W czasie wojny kapitan AK, szef wywiadu i kontrwywiadu w okręgu Świętokrzyskim. Nie dojechał na słynne spotkanie przywództwa Polski Podziemnej w Pruszkowie z generałem sowieckim Pimenowem, i tym samym uniknął losu „szesnastu”. Miałem zaszczyt z panem Józefem blisko współpracować, często bywał w Zagórzanach wraz z panią Antoniną Komorowską. Dał mi dużo rad, dzięki czemu moje życie konspiracyjne upływało spokojnie i bez wpadek. Józef Teliga był założycielem podziemnej organizacji OKOR (Ogólnopolski Komitet Oporu Rolników) i wydawcą biuletynu „Żywią i Bronią”, który parę razy drukowaliśmy. Byłem także członkiem OKOR-u, a Józef Teliga ściśle współpracował z „Solidarnością Walczącą”, często spotykał się z Kornelem Morawieckim i jego otoczeniem. Z JózefemTeligą współpracował blisko działacz rolniczy „OKOR”-u, Józef Baran z Krakowa (po aresztowaniu wyemigrował do Norwegii). Z Józkiem kontaktowałem się często przy okazji planów wydawniczych „Żywią i Bronią”. Na pana Teligę mówiliśmy zazwyczaj „dziadek Teliga”. W tej strukturze pracowała również Lucyna Lubańska.

W połowie lat osiemdziesiątych współpracowałem ze środowiskiem prawniczym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na prośbę pani profesor Anny Radzikowskiej przygotowałem i wydałem (na ręcznym powielaczu Świtonia) dwa numery biuletynu „Głos Wolny, Wolność Ubezpieczający”. Oczywiście, materiały do gazety dostarczyli prawnicy uniwersyteccy. Jeśli dobrze pamiętam, „Głos Wolny....” po jakimś czasie przekształcił się w znane w całej Polsce pismo „Paragraf”. Z pismem związani byli m. in. Józek Mroczek, Wiesiek Zabłocki, Kaziu Barczyk i Aleksander Hercog.
Od samego początku postanowiliśmy tak zorganizować naszą pracę podziemną, by służby bezpieczeństwa nie miały możliwości nas rozpracować. Tak więc, o naszej drukarni wiedziało bardzo wąskie grono osób, część struktury organizacyjnej „SW” w Krakowie nie miało nawet pojęcia o tym, kto i gdzie zajmuje się drukiem. Oprócz tego, że drukowaliśmy, po części wchodziliśmy w skład redakcji „Solidarności Zwycięży” („SZ”), a także braliśmy udział w politycznych pracach „SW”. Wydrukowaną „bibułę” woziło się na określone mieszkania kontaktowe w Krakowie i Nowej Hucie. Nie wolno było się kontaktować z osobami, które brały nakład do szerokiego kolportażu – najwięcej „bibuły” szło do kombinatu metalurgicznego (wtedy im. Lenina, dziś Sendzimira). Większość kolporterów nas nie znała.

Mieszkania kontaktowe (tzw. skrzynki) miały różne przeznaczenia. Jedne służyły do pozostawiania bibuły w celu jej dalszego rozprzestrzenienia, drugie na spotkania kierownictwa „SW” i struktur podziemnych, jeszcze inne jako magazyny papieru, farby, części zamiennych do maszyn drukarskich. W specjalnych „melinach” zbierały się redakcje gazet i biuletynów pod pozorem imprez, istniały także mieszkania, w których spotykaliśmy się z przedstawicielami innych ugrupowań podziemnych. Nie mogli oni znać naszych „skrzynek” operacyjnych. Najważniejszymi skrzynkami były mieszkania: Eli Ziemniak, gdzie odbywały się najważniejsze zebrania Krakowskiej „SW”, jak i redakcji „SZ”; Joli Kurnik w Bieżanowie (kierunek Bocheński, baza informacyjna redakcji „Kurierka B”), Janiny Kłak i jej córki, Anny Mroczek w Bieżanowie Starym; w Prokocimiu domy Ewy Tarnawskiej-Wiejachy i jej brata – Andrzeja Tarnawskiego, adwokata; mieszkania mojej cioci śp. Ireny Strzałkowskiej, oraz brata mojego dziadka śp. Jana Hlebowicza w Podgórzu. Takich adresów było o wiele więcej, lecz pamięć jest zawodna. Na kierunek Bochnia – Brzesko – Tarnów mieliśmy stałego kuriera, emeryta Zdzisia Wachela z Bochni. Nigdy nie zawiódł, nawet w ekstremalnych sytuacjach. Zdzisiu zmarł kilka lat temu. Był wzorem konspiratora. Gospodarze „skrzynek” zazwyczaj nie angażowali się zbytnio w czynne prace podziemne, by nie „spalić” mieszkania. A jednak byli jednymi z ważniejszych ogniw konspiracji. W większości „skrzynek” kontaktowych mieliśmy umówione sygnały na wypadek najazdu SB-cji i zorganizowania przez bezpiekę wielogodzinnych „kotłów” (w tak zastawioną pułapkę każdy był wpuszczany, lecz już pozostawał tam mieszkaniu przez wiele godzin). Doniczki, zasłony, różne przedmioty na oknie lub ich brak mówiły nam, czy możemy bezpiecznie wejść, czy musimy natychmiast się ulotnić i zawiadomić innych o grożącym niebezpieczeństwie. Przynajmniej dwukrotnie uniknąłem „kotła” i dekonspiracji dzięki takim sygnałom.

Idąc na spotkania musieliśmy mieć oczy otwarte na wszystkie cztery strony świata. Zawsze zwracaliśmy uwagę na podejrzane znaki rejestracyjne (były pewne wyróżniki literowe na rejestracjach służbowych samochodów SB, które mniej więcej znaliśmy), i uważaliśmy na ewentualny „ogon” (śledzenie przez funkcjonariuszy). W razie zauważenia inwigilacji, należało zrezygnować ze spotkania lub zgubić „ogon”, co było ryzykowne. Parę razy, jadąc autobusem z Zagórzan do Krakowa, zauważyłem na przystanku „dziwną” postać, która chodziła za mną po mieście, czasem przekazywała mnie innemu SB-kowi. To było na tyle dla mnie widoczne, że w takiej sytuacji godzinami bez celu kręciłem się po mieście, wodząc za sobą nieudolny „ogon”, a następnie wracałem do domu. Spotkanie w tym wypadku przekładane było na termin późniejszy. Dzięki takiemu zachowaniu (wiele razy podobne sytuacje zdarzały się kolegom z naszego środowiska) mieliśmy do końca czyste konto (bez wpadki).

Sporą wiedzę konspiracyjną uzyskałem także od żołnierzy IV i V Wileńskich Brygad AK („Szczerbca” i „Łupaszki”). Na rocznicowe spotkania z okazji operacji „Ostra Brama” od 1986 roku jeździłem do Gdańska wraz z profesorem Leszkiem Bednarczukiem.
Bardzo pożyteczną publikacją dla ludzi podziemia okazał się „Mały Konspirator”. Wydany na początku stanu wojennego, był swego rodzaju vademecum informacji o zasadach sprawnego i bezpiecznego konspirowania, a także o przysługujących prawach obywatelskich w czasie zatrzymania, przesłuchania i innych podobnych sytuacji. Okazało się, że nawet w PRL-u mieliśmy jakieś prawa, o których nasza „kochana” władza nie raczyła nas powiadomić!!! Tak więc milicja i SB mieli prawo wejść do domu tylko w określonych godzinach i to z nakazem prokuratora. Kto tego nie wiedział, wpuszczał hordę o każdej porze dnia i nocy, bez dokumentu, a potem nawet się nie skarżył, gdyż nie był świadom przysługujących mu praw. W czasie przesłuchania obywatel miał prawo do odmowy zeznań, jednak sporo ludzi załamywało się, nie wiedząc o tym. W trakcie rewizji poszkodowany miał prawo do powołania świadków, którzy mogliby SB-kom patrzeć na ręce. Zdarzało się bowiem, że funkcjonariusze tajnych służb podrzucali różne „materiały dowodowe”, by mieć pretekst do zatrzymania itd., itp. Słyszałem, że „Małego Konspiratora” opracował prawnik oraz późniejszy Premier RP – Jan Olszewski. „Mały Konspirator” okazał się nadzwyczaj pouczającą i pożyteczną lekturą.

Miałem kilka pseudonimów, które używałem w kontaktach z resztą członków „SW”, oraz w publikacjach: „Hrabia”, „Żmudzin”, „Piotr Wysocki”. Dla kontaktów wschodnich posługiwałem się pseudonimem „Paweł Podolski”. Oczywiście nie mogliśmy ujawniać swoich prawdziwych nazwisk, gdyż groziło to dekonspiracją i aresztowaniem.
W podziemnej konspiracji mieliśmy masę podstawowych zasad, których należało przestrzegać. Staraliśmy utrzymywać wstrzemięźliwość w spożywaniu alkoholu, gdyż znaliśmy przykłady namierzania przez SB i aresztowania całych redakcji nielegalnych pism i struktur podziemnych z powodu częstego zaglądania do kieliszka i nadmiernego gadulstwa. Ograniczaliśmy uczestnictwo w demonstracjach i różnego rodzaju imprezach patriotycznych, ponieważ tam można było bardzo łatwo wpaść w ręce tajnych służb, czasami zupełnie przypadkowo. Pamiętam przyjazd Papieża w 1983 roku i mszę na krakowskich Błoniach. Poszliśmy wtedy całą grupą i w czasie mszy rozwinęliśmy duży transparent z „nieodpowiednim” hasłem. Po jakimś czasie podchodzi do nas paru panów, wyrywają transparent, trzech chwyta mnie za ręce i nogi, tyleż samo kolegę, i ciągną w nieznane miejsce. Są pewni siebie. Wyrywamy się, lecz jest ich za dużo. Reszta kolegów zaczyna reagować, szarpią się z SB-kami i nawołują tłum do patriotycznej postawy. Nie trzeba długo czekać – parę osób rusza z odsieczą, jakaś starsza kobieta z okrzykiem „bandyci, mordercy!” okłada po kolei SB-ków ciężką torebką, przydatne stają się parasolki i kijki od transparentów. Stopniowo jesteśmy odpuszczani, tajniacy dostają po łbach i grzbietach, w końcu salwują się ucieczką. Zwycięstwo. Lecz także sygnał ostrzegawczy, że nie możemy się afiszować. Głupota. Sporo wpadek zdarzało się przez zapisywanie adresów, telefonów i robienie notatek w kalendarzykach i notatnikach. To był szczyt głupoty. Tak więc wszelkie dane należało mieć w głowie, a niektóre informacje zapisywane były jakimiś kodami, które znaliśmy tylko my, a i tak nie przechowywaliśmy ich u siebie w domu; adresy zostawiało się zazwyczaj u kogoś z rodziny, niezwiązanego z ruchem podziemnym.

Niepisana umowa z redakcjami i drukarniami niektórych podziemnych pism, (z którymi współpracowaliśmy) zakładała, że w razie wpadki którejś z nich, pozostali starają się zastąpić nieszczęśników. A więc redagują (w podobnym stylu, redakcje na wszelki wypadek miały zapasowe teksty i materiały na kilka numerów) i drukują gazetę dalej. Aż do skutku, znaczy – kompletnej dezorientacji aparatu bezpieczeństwa. Mieliśmy parę takich przypadków. Pamiętam, wpadła ekipa nowohuckiego biuletynu „Hutnik”. Wydaliśmy chyba dwa numery podszywając się pod nich. SB-cja zgłupiała i szybko ich wypuściła. I „Hutnik” znów szalał.
Po 1987 r. otrzymaliśmy za pośrednictwem środowiska „Baza” (Warszawa) nowiutki offset AB DICK. Był najwyższy czas, gdyż pożyczony wcześniej offset należało zwrócić. To była wspaniała maszyna. Pełna automatyka, niezawodność. Przyszedł ze „zrzutu” (przywieziony prawdopodobnie ze Szwecji). Wiedzieliśmy, że niektóre szlaki przerzutowe kontrolowane są przez PRL-owskie służby specjalne, szczególnie złą sławą cieszył się szlak z Brukseli (szef Brukselskiego biura „Solidarności” – Jerzy Milewski, jak się potem okazało, był agentem). Niektóre offsety i powielacze miały „pluskwy” (mininadajniki), dzięki którym SB-cja mogła namierzyć drukarnie. Sprawdziliśmy na wszelki wypadek nasz nowy nabytek, offset okazał się czysty i służył aż do roku 1991.

Bodajże w 1983 roku z inicjatywy naszego środowiska powiązanego z pismem „Solidarność Zwycięży”, powstało „Porozumienie Prasowe Solidarność Zwycięży” (PP”SZ”), do którego weszły gazety: z Bochni („Kurierek „B”, redagowany przez Józka Mroczka, Jurka Orła, Krzyśka Szwieca, Jolę i Stasia Kurników, Teofila Wojciechowskiego i innych; ja także uczestniczyłem w kolegium redaktorskim), Tarnowa („Tarnina”), Wrocławia („Vade Mecum” – ale to już grubo później; w skład redakcji wchodzili Małgosia i Jurek Lemańscy, Władzia Morawiecka, znany satyryk Stanisław Szelc oraz ja), Podkarpacia – „OSA” (biuletyn redagował Roman Sroka, bliski współpracownik „SW”, aresztowany w 1984 r.), Krakowa – szkolny „Nasz Głos” (wydawali go licealiści Paweł Tarnawski, Tomasz Wiejacha i Anna Dresler przy współpracy Andrzeja Garapicha), Konina – „Solidarni Konin” (Paweł Kotlarski). Po 1985 roku zaczął też wychodzić „Dodatek Polityczny”, który był kolportowany razem z „Solidarnością Zwycięży”. Po aresztowaniu Mariana Stachniuka w 1986 roku („sprawa terrorystów”, wyrok za ustawione na dachach domów wyrzutnie prochowe do rozrzucenia ulotek) postanowiliśmy z czasem zmienić tytuł naszego biuletynu z „Solidarność Zwycięży” na „Solidarność Walcząca Zwycięży”, by tym samym pokazać naszą identyfikację z organizacją „Solidarność Walcząca”. Przedstawiciele niektórych krakowskich i nowohuckich środowisk podziemnych zareagowali natychmiast – straciliśmy kilka struktur kolportażowych i byliśmy czasami określani jako terroryści lub ekstremiści. Jednakże po pewnym czasie przełknęli tę „żabę” i wszystko wróciło na swoje tory.
Przez długi okres wykonywaliśmy dodruk na Małopolskę najpopularniejszego chyba w Polsce pisma podziemnego i najbardziej znanego – „Tygodnika Mazowsze”. Nasz kurier regularnie kursował do Warszawy, skąd przywoził najprzeróżniejszą prasę oraz gotowe blachy tygodnika. Obiecano nam w Warszawie, że możemy liczyć w przyszłości na offset z transportu zagranicznego (warszawskie środowisko było zawsze pierwsze, jeśli chodzi o kolejkę do sprzętu, ochłapy oddawali czasem na „prowincję”). Dodruk (spory nakład – parę tysięcy) robiliśmy za darmo i na swoim papierze, wykorzystywaliśmy do kolportażu swoją siatkę. Wydawcy tygodnika byli bardzo zadowoleni z naszej aktywności, gdyż zdarzyło się kilkakrotnie, iż „Tygodnik Mazowsze” wyszedł wcześniej w Krakowie niż w Warszawie. Lecz gdy po pewnym czasie przypomnieliśmy o danej obietnicy, odpowiedziano nam negatywnie. Dodruk z naszej strony się skończył, „Tygodnik” pokazywał się, co prawda, okazjonalnie w Krakowie, lecz w małym nakładzie i kiepskiej jakości (na sicie). Dopiero środowisko warszawskiego pisma „Baza” podzieliło się z nami otrzymanym sprzętem, przekazali nam wspomniany już „AB DICK”. Dopiero niedawno poznałem małżeństwo Pernachów z Warszawy, którzy, jak się okazało, działali w wydawnictwie „Bazy”, i to właśnie oni przekazali nam offset.

Pożytecznym ustrojstwem był skaner do podsłuchiwania rozmów na falach eteru. Mieliśmy jedno takie urządzenie, także przerzucone z zagranicy. O ile sobie dobrze przypominam, produkcji amerykańskiej. Mogliśmy słuchać milicyjnych radiostacji i radiotelefonów w czasie demonstracji i szykujących się akcji represyjnych. Szczególnie pożądaną falą była częstotliwość Komendy Wojewódzkiej MO w Krakowie. Można było dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy...

Współpracowaliśmy z wieloma nurtami podziemnymi tak w Krakowie, jak i innych regionach kraju. Oczywiście najważniejszą sprawą było zachowanie dobrych stosunków z regionalnymi i zakładowymi władzami NSZZ Solidarność (oczywiście podziemnymi strukturami), ale z tym raczej nie było kłopotu. Mieliśmy bardzo dobre kontakty z KPN-em, OKOR-em, NZS–em, Federacją Młodzieży Walczącej, Ligą Republikańską, Solidarnością Rolniczą, Liberalno-Demokratyczną Partią Niepodległość i często z nimi współpracowaliśmy w różnych dziedzinach.

By dbać o zdrowie i mieć rozeznanie w terenie, parokrotnie organizowaliśmy obozy kondycyjne w Beskidach. Prowadziła je Jadzia Chmielowska, która już wtedy miała wizję przyszłej Legii Akademickiej w szkołach wyższych. Przy okazji zgrupowań młodzi ludzie z różnych regionów mieli okazję się spotkać, wymienić doświadczenia konspiracyjne i wykazać się w trudnej okolicy swoją tężyzną fizyczną. Pamiętam taki obóz w okolicach Rycerki – Milówki – Węgierskiej Górki. Oczywiście, używaliśmy pseudonimów i nie znaliśmy nazwisk kolegów z innych oddziałów. Bazy wypadowe w Milówce i okolicach przygotowywał nam Janusz Zaczyk z Chorzowa. Mieliśmy gdzie spać (często w stodołach u zaprzyjaźnionych gospodarzy), Zaczyk dbał też o wyżywienie.
Z ukrywającym się we Wrocławiu Kornelem Morawieckim spotykałem się kilka razy przy okazji ważnych spraw. Każda wizyta u Kornela przygotowywana była – ze względów bezpieczeństwa – przez cały sztab ludzi. Chodziło o to, by zminimalizować szansę namierzenia Kornela przez służby specjalne. Był on w tym czasie jednym z najbardziej poszukiwanych ludzi w Polsce (oprócz Józefa Teligi, Jadzi Chmielowskiej, Bujaka czy Frasyniuka) i SB-cja stawała na głowie, by w jakiś sposób trafić na jego ślad. Bezpieczeństwem Kornela zajmowali się ludzie z jego najbliższego otoczenia, m. in. Jan Pawłowski, Maria Koziebrodzka, Hania Łukowska-Karniej, Paweł Falicki, Cezary Lesisz, Andrzej Zarach i inni. To oni organizowali spotkania i sprawdzali, czy wytyczona trasa, którą pokonywaliśmy jest czysta. Piotr Medoń z Wojtkim Myśleckim samochodem (wartburgiem, przeważnie w nocy, gdyż łatwo było stwierdzić obecność inwigilacji lub jej brak) wieźli mnie do Kornela, robiąc czasami ogromne objazdy, przejeżdżając przez sprawdzone podwórka. Kornel nie mieszkał długo w jednym miejscu, najwyżej kilka dni. By zmienić wygląd, zapuścił brodę i poruszał się bardzo ostrożnie. Na spotkania z działaczami „SW” miał parę mieszkań we Wrocławiu i poza nim, lecz zaraz po spotkaniu je opuszczał.
Jako młody chłopak bardzo lubiłem takie sytuacje, iście z filmu sensacyjnego. Chwile spędzone w podziemiu lat 80. wspominam z rozrzewnieniem i łezką w oku...
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 04 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 04, 2016 11:16 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Wto Cze 19, 2007 7:29 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Wydział Wschodni „SW”
oraz powstanie Centrum Koordynacyjnego
„Warszawa ‘90”


Jeździłem na Kresy już jako dziecko, z rodzicami. W Grodnie i okolicach pozostało sporo krewnych ze strony Ojca, więc odwiedzaliśmy się wzajemnie, choć wyrobienie zaproszenia w czasach breżniewowskiego ZSSR było skomplikowane i z mnóstwem ograniczeń. Dziadek pozostawił tam cały majątek i w 1946 r. wyjechał ze swoją rodziną na Warmię. Nic więc dziwnego, że zawsze ciągnęło mnie na Wschód. Mój dziadek, Franciszek Hlebowicz zaszczepił we mnie miłość do utraconych terenów, razem słuchaliśmy „Wolnej Europy”, rozmawiali o historii, Katyniu. I to po nim odziedziczyłem antykomunizm. Samodzielnie zacząłem jeździć na Grodzieńszczyznę od 1986 roku. Widziałem tam Polaków, których na siłę chciano zrusyfikować, zabronić dostępu do religii i historii. Miano pewnie nadzieję, że następne pokolenia zatracą swą polską tożsamość i zapomną o macierzy. Ale nic to nie dało, język i wiara przetrwały. Wybierając się w tamtą stronę, za każdym razem zabierałem ze sobą podręczniki do języka polskiego, katechizmy i inne książki religijne. Poznawałem polskie środowisko, wyjeżdżałem poza Grodno w stronę Lidy, Wołkowyska. Zawitałem też do Wilna, gdzie zetknąłem się także z opozycją litewską. Wtedy zaczęła we mnie kiełkować idea utworzenia przy „SW” Wydziału Wschodniego. Podzieliłem się swoimi spostrzeżeniami z Jadzią Chmielowską, będącą w ścisłym kierownictwie „Solidarności Walczącej”, a od początku 1988 roku przewodniczącą Komitetu Wykonawczego „SW”. Rodzina Jadzi pochodzi także z Kresów, więc nic dziwnego, że poparła tę ideę, i gdzieś jesienią 1987 roku doprowadziła do spotkania z Kornelem (na pewno przed jego aresztowaniem w listopadzie 1987) i jeszcze paroma osobami zainteresowanymi tematem. „SW” od dawna interesowała się sprawami wschodnimi, co przejawiało się w licznych publikacjach na łamach biuletynów organizacji. Wiodącym motywem była wojna w Afganistanie; czuliśmy, że to właśnie Afganistan będzie przełomowym momentem rozpadu ZSSR i bloku wschodniego. Sowieci ponosili tam ciężkie straty i przez wiele lat nie mogli opanować większej części okupowanego kraju. Naturalnie byliśmy po stronie mudżahedinów i życzyliśmy im zwycięstwa. W 1985 roku zginął w Afganistanie nasz kolega, Lech Zondek, który wyjechał z Polski i nielegalnie dotarł do afgańskich partyzantów. Przyłączył się do walki przeciw sowietom i zyskał pełne uznanie mudżahedów. Po śmierci towarzysze broni – muzułmanie – na jego grobie w górach ustawili potężny krzyż. Zondek był w SW...

Tematami poruszanymi w biuletynach „SW” były także wydarzenia w ZSSR – wiadomości z łagrów, aresztowania obrońców praw człowieka, demonstracje (np. ta z 1986 w Kazachstanie), nastroje narodowościowe.
Po naradzie ze swoimi najbliższymi współpracownikami Kornel zaakceptował projekt, tak więc w lutym 1988 roku oficjalnie ogłosiliśmy o powstaniu Autonomicznego Wydziału Wschodniego „Solidarności Walczącej”. Z Wydziałem – oprócz mnie i Jadzi Chmielowskiej – współpracowali m.in. Maciej Ruszczyński, Wojtek Stando, Roman Zaleski, Piotr Pacholski, Selim Chazbijewicz, Lech Jęczmyk, Tadeusz Markiewicz, dr Janusz Kamocki, profesor dr hab. Leszek Bednarczuk, Sebastian Rybarczyk. Niektórzy nie byli członkami „SW”, współpracowaliśmy wtedy bardzo ściśle z LDPN-em i PPN-em oraz innymi organizacjami. W Wydziale Wschodnim pracowało dużo więcej osób, niż wymieniłem; po zebraniu materiałów i opracowaniu tematu osobno, ich nazwiska zostaną przedstawione.
W pierwszym okresie działania Wydziału Wschodniego, wiadomości o ZSSR czerpaliśmy z rosyjskich i ukraińskich gazet emigracyjnych (dostawałem od Natalii Gorbaniewskiej z Paryża „Russkuju Mys’l”, przychodziła także pocztą gazeta „Ukraińskie Słowo”), słuchałem również „Radia Swoboda”, BBC i „Głosu Ameryki” po rosyjsku, ukraińsku i białorusku. Głuszyli straszliwie, jednakże do nasłuchu „wrogich” radiostacji (także „Wolnej Europy”) udało mi się kupić w sklepie sowiecki odbiornik produkowany na eksport, z falami krótkimi od 13 metrów, gdzie odbiór był przyzwoity. Zazwyczaj dla bloku wschodniego produkowano radia od 25 metrów wzwyż, by uniemożliwić słuchanie tych rozgłośni. Od Aleksandra Podrabinka otrzymywałem drogą pocztową niezależną gazetę z Moskwy, „Ekspress Chronika”. Podrabinek zbierał z całego ZSSR informacje o łamaniu praw człowieka i wydawaną nieoficjalnie gazetę rozsyłał po kraju i za granicę. To było nieocenione źródło informacji. Co ciekawsze materiały przedrukowywaliśmy w różnych biuletynach oddziałów „SW”. Propagował je również nasz comiesięczny Serwis Agencji Informacyjnej „SW”.

Na początku 1989 roku moje wyjazdy na Wschód stały się częstsze i efektywniejsze. Wreszcie udało się nawiązać prawdziwie partnerskie stosunki z litewskimi organizacjami niepodległościowymi, głównie z Sajudisem, Ligą Wolności Litwy (Antanas Terleckas, Andrius Tučkus, Leonardas Vilkas, Genutė Šakalienė, Linas Bukauskas, Fausta Bukauskienė, ksiądz Julius Sasnauskas i jego siostra Eleonora Sasnauskaitė, Algirdas Andriušaitis, Vitalius Zubka) oraz Młodą Litwą (Stasys Buškevičius, Edvardas Kriščiūnas, Vytas Mikėnas, Darius Gruzdys), Partią Demokratyczną Litwy – Saulius Pečeliūnas, i innymi działaczami niepodległościowymi, jak np. Vytautas Milvydas. Do Wilna w 1990 jeździłem prawie co miesiąc. Na początku sam, potem z Maćkiem Ruszczyńskim, Jadzią Chmielowską, Wojtkiem Stando, Romkiem Zaleskim. Raz nawet udało mi się wyciągnąć do Grodna i Wilna Marka Biesiadę, członka krakowskiego oddziału „SW”. W Wilnie spotykałem często Mariusza Romana, działacza gdyńskich środowisk podziemnych.
Okazało się, że Litwa i pozostale kraje bałtyckie mają największe aspiracje niepodległościowe ze wszystkich sowieckich republik, co zapoczątkowało powstanie ruchu społecznego Sąjūdis. Na jego czele stanął Vytautas Landsbergis, nazywany w ZSSR litewskim Wałęsą. Nic więc dziwnego, że to właśnie na Litwę ciągnęły pielgrzymki przedstawicieli opozycyjnych organizacji z Gruzji, Azerbejdżanu, Armenii, Kazachstanu, Ukrainy, Łotwy, Estonii i innych zakątków ZSSR. I to właśnie Litwa uruchomiła „reakcję łańcuchową” naszych kontaktów na cały ZSSR. Byli łagiernicy litewscy, których poznaliśmy (m.in. Antanas Terleckas, Vytautas Milvydas) dawali nam adresy opozycjonistów z innych republik, z którymi razem w łagrach siedzieli – i mogliśmy tam jechać bez obaw: na miejscu mieliśmy zapewniony kwaterunek, rozpoznanie sytuacji i pomoc w nawiązywaniu kontaktów z niepodległościowymi ugrupowaniami. Dzięki takim układom byliśmy wiarygodni, a tym samym dopuszczani do zamkniętego grona działaczy niepodległościowych. Tak było w Gruzji, na Ukrainie, w Mołdawii, republikach Bałtyckich, w Azji Średniej i w samej Rosji. Wszędzie tam odkryliśmy również skupiska Polaków, zapomnianych przez ojczyznę. Wydział Wschodni zaczął więc działać i w tym kierunku.

4 września 1990 r. odbyła się Konferencja Praw Człowieka Wilno-Leningrad. To właśnie na nią Jadwiga Chmielowska dostała zaproszenie od Mera Leningradu, Anatolija Sobczaka. Nawiasem mówiąc, to przyczyniło się do odwołania 1 sierpnia 1990 r. wystawionego za nią listu gończego, gdy zaczęła starania o paszport!!!! Dostała go natychmiast. Jej wystąpienie na konferencji było tłumaczone przez „specjalistę” z Inturistu; bardzo szybko zrozumiała, że przekład jej wystąpienia jest na tyle wypaczony przez „tłumacza”, iż postanowiła mówić tak jak tylko potrafi, po rosyjsku. Była to mieszanka polskiego, ukraińskiego i rosyjskiego. Jadwiga Chmielowska oświadczyła, że jednym z podstawowych praw człowieka jest prawo do posiadania własnego państwa, tak więc wszystkie narody ujarzmione w ZSRR winny starać się o utworzenie niepodległych państw. To wydarzenie zostało odnotowane w książce „Gry polityczne – orientacja na dziś” (wydawnictwo „Volumen”, 1991 rok). Jak piszą jej autorki (Małgorzata Dehnel-Szyc i Jadwiga Stachura), było to pierwsze na terytorium ZSRR publiczne przyznanie praw do samostanowienia narodów i wezwanie do walki o niepodległość.
Z Jadwigą w jesieni 1990 roku odwiedziliśmy po raz pierwszy Syberię. Zaprosili nas Polacy z Tomska, których Jadzia spotkała w Leningradzie na Konferencji Praw Człowieka. Tomsk w tym czasie był miastem zamkniętym dla cudzoziemców; tak więc należało wjechać do miasta nielegalnie. Przylecieliśmy do Nowosybirska, skąd gospodarze wzięli nas samochodem do Tomska (ok. 300 km). Przebywaliśmy tam kilkanaście dni, rozpoznaliśmy sytuację polskiej diaspory i musieliśmy niepostrzeżenie zmykać, gdyż niektóre „organy” zauważyły naszą obecność i badały legalność naszego pobytu. Dość powiedzieć, że z Tomskiem związany jestem do dnia dzisiejszego: od 2001 roku organizujemy dla młodzieży polskiego pochodzenia coroczne szkoły letnie. Trwają one trzy tygodnie. A od 1998 roku jestem przedstawicielem na Polskę Stowarzyszenia „Dom Polski” w Tomsku. Zanim przyjechaliśmy do Tomska, zrobiliśmy rozpoznanie w Mołdawii, na Ukrainie, w tym na Krymie. Mieliśmy spotkania z liderami Frontu Narodowego Mołdawii, między innymi z Jurie Roszka, z mołdawską organizacją młodzieżową, na której czele stali Sorin Bucataru, (nazwiska jego zastępcy nie pamiętam) i Ludmiła Grabucea, oraz z ukrywającymi się mołdawskimi dezerterami z armii sowieckiej. Mołdawia w owym czasie przeżywała prowokację sowiecką w tzw. Republice Nadniestrzańskiej. Ten rejon mołdawski zamieszkiwała ludność rosyjskojęzyczna: w czasach sowieckich przesiedlono tu wiele tysięcy Rosjan z głębi kraju dla budowy dużej elektrowni wodnej. Rosjanie pozostali, pozostał też sowiecki garnizon z 58 armią na czele (słynny gen. Aleksandr Lebied’). Po ogłoszeniu przez Mołdawię niepodległości, „Naddniestrze” ogłosiło secesję (miasta Tiraspol, Dubossary). Rozpoczęły się walki zbrojne przy poparciu Moskwy. Sprawy „Naddniestrza” nie uregulowano do dziś, a armia rosyjska nadal tam stacjonuje. W Mołdawii Kreml szykował kolejną prowokację na tle etnicznym. Jedną z prowincji zamieszkują turkojęzyczni Gagauzi, których próbowano skłócić z Mołdawianami. Konflikt wisiał na włosku, jednak strony doszły do porozumienia. Moskwa się przeliczyła. W Kiszyniowie mieszkaliśmy zazwyczaj w mieszkaniu znanego reżysera dokumentalisty Viku Bucataru (ojciec Sorina). Viku często jeździł z kamerą w rejon konfliktu zbrojnego do „Naddnietrza”. Kręcił tam filmy dokumentalne. W czasie jednej z podróży mało nie zginął od eksplozji rosyjskiego pocisku z czołgu. Poległ jego asystent (jeśli dobrze pamiętam, kamerzysta).
W Kijowie trafiliśmy na miasteczko namiotowe protestujących przeciwko sowieckiej obecności na Ukrainie, a lider Tatarów Krymskich Mustafa Dżemilew obwoził nas po miasteczkach namiotowych na Krymie, gdzie mieszkali powracający z Uzbekistanu zesłani w 1944 roku Tatarzy Krymscy. Do tej pory władze sowieckie zabraniały Tatarom nie tylko osiedlać się na Krymie, lecz nawet tam przyjeżdżać!!! W 1988 roku społeczność tatarska zaczęła masowo powracać, a że władze Krymu nie dawały powracającym ziemi pod budowę domów – ci zajmowali ją sami, przeważnie grunty kołchozowe i sowchozowe. Władze reagowały represjami: organizowane pogromy miasteczek namiotowych pozbawiły życia kilkunastu osób, w tym kobiet i dzieci. Równano je z ziemią, ludzi przepędzano i uważano, że problem przestał istnieć. A Tatarów przybywało, miasteczka się odbudowywały. Władza zmuszona była do ustępstw, wydzielano tereny pod kompleksową budowę dla całych grup, głównie na peryferiach miast (Symferopol, Bachczysaraj), w miejscach mało atrakcyjnych i prestiżowych.

Pierwszy kontakt z Tatarami Krymskimi nawiązałem w grudniu 1989 roku, kiedy to na zaproszenie niezależnych związków studenckich (Ukraińska Studencka Spiłka) przebywałem w Kijowie. Mieszkałem w akademiku, mój pobyt zorganizowali poznani wcześniej w Wilnie studenci Wołodymyr Sokór i Sierhiej Klujew. Był to gorący czas strajków studenckich, oraz intensywnej kampanii Ukraińskiego Ruchu na rzecz niepodległości Ukrainy i wyjścia republiki z ZSSR. Wspomagaliśmy te akcje, zwłaszcza informacyjnie i sprzętowo. Działacze Ukraińskiej Partii Republikańskiej (URP), Ukraińskiego „Ruchu”, SNUM-u, UNDL-u oraz studenci przyjeżdżali do Polski i przechodzili w drukarniach SW szkolenia poligraficzne, otrzymywali przydatne akcesoria do drukowania. Od początku 1988 woziliśmy na Ukrainę wydawnictwa emigracyjne (po ukraińsku) – gazety, książki, ulotki. Dla grekokatolików (unitów) na Zakarpaciu książeczki religijne po ukraińsku. Pocztą posyłaliśmy negatywy gazet „Ukraińskie Słowo” i „Russkaja Mys’l”. Opozycjoniści ukraińscy robili z nich zdjęcia i kolportowali w sporych ilościach wśród ludzi. W Kijowie poznałem Stepana Chmarę, braci Choryniów, Olesia Szewczenkę, a na jednym z wieców delegatkę Krymskich Tatarów – Awę Azamatową. Po powrocie do Polski natychmiast skontaktowałem się z Selimem Chazbijewiczem. Z inicjatywy „SW” i środowiska polskich Tatarów wystosowano zaproszenie do lidera Krymskich Tatarów, Mustafy Dżemilewa. On sam nie miał możliwości do Polski przyjechać, postanowił więc wysłać Awę Azamatową. Skorzystano z mojej wizyty na Krymie na początku 1990 roku i wraz z Awą pojechaliśmy do Polski przez Litwę. W Wilnie Awa spotkała się z liderem Tatarów litewskich Adasem Jakubauskasem oraz przedstawicielami opozycji litewskiej. W Warszawie Awę Azamatową przyjął turkolog i współwydawca wydawnictwa „Obóz” – Andrzej Ananicz. Podarował Tatarom kamerę wideo, obiecał poparcie propagandowe. W Gdańsku Awa goszczona była kilkanaście dni przez Selima Chazbijewicza, odbywały się także spotkania z liderami „SW” oraz innych polskich partii i organizacji. Współpraca, która trwa po dzień dzisiejszy, została nawiązana. Od tej pory byliśmy zapraszani wielokrotnie na wszystkie ważne wydarzenia w życiu Tatarów Krymskich, kulturalne i polityczne (m.in. na Kurułtaje – zgromadzenia narodowe Tatarów Krymskich, coś w rodzaju parlamentu). Ruszyła pomoc poligraficzna – do Tatarów zawieźliśmy maszyny poligraficzne, blachy światłoczułe, farbę. Na miejscu, w Bachczysaraju wraz z Maćkiem Ruszczyńskim wyszkoliliśmy na offsecie przyszłych tatarskich drukarzy. Robili miniaturkę swojej gazety „Avdet” („Powrót”); ze względów finansowych „Avdet” w normalnym formacie wychodził w małym nakładzie. Współpraca z liderami OKND, Medżlisu i tatarskich organizacji młodzieżowych układała się fantastycznie. Prócz niekwestionowanego przywódcy Krymskich Tatarów Mustafy Dżemilowa należy tu wymienić Refata Czubarowa, Sinawera Kadyrowa, Szewketa Kajbullajewa, Serwera Kerimowa, Awę Azamatową, Refata Adilseitowa, Ilmi Umerowa, Enwera Kurtijewa, Nadira Bekirowa, Serwera Tuwarczi, Aidera Ismaiłowa, Lufti Osmanowa, Abdureszita Dżepparowa, Ajdera Mużdawę, Reszata Dżemilowa, Aisze Seitmuratową, Abdurrahima Demirayaka (Aisze i Abdurrahim kierowali emigracją Tatarów Krymskich w USA, w połowie lat 90. Aisze wróciła na Krym na stałe), Lilę Budżurową (wieloletnią redaktor naczelną „Avdeta”).
Pod koniec roku 1990 wraz z Jadzią Chmielowską wyjechaliśmy do Stambułu, by nawiązać kontakty z diasporą Tatarów Krymskich, mieszkającą w Turcji. Selim Chazbijewicz dał nam adres wspaniałego działacza przedwojennej organizacji „Prometejskiej” – pana Murata Jakupoglu (Jakubowskiego), polskiego Tatara, który po II wojnie światowej znalazł swoje miejsce w Stambule. Nie mógł pozostać w Polsce – NKWD skrzętnie wyszukiwało i likwidowało wszystkich ludzi, którzy powiązani byli z tym antykomunistycznym ruchem oporu. Pan Murat zapoznał nas z Tatarami Krymskimi, w większości staruszkami po osiemdziesiątce, którzy z Krymu do Turcji uciekli w roku 1920 wraz z armią generała Wrangla. Entuzjastycznie odnieśli się do propozycji koordynowania przepływu pomocy finansowej i humanitarnej z Turcji dla swych braci na Krymie. Od tej pory przedstawiciele tatarskiej diaspory w Turcji pracują na rzecz Tatarów Krymskich. Pamiętam pana Sabri Arikana, który też nieźle posługiwał się językiem polskim. Przed wojną studiował w Poznaniu... Parokrotnie widziałem go później na Krymie. W czasie jednego z Kurułtajów pan Sabri tłumaczył toczące się po rosyjsku obrady Kurłtaju na język turecki. Ciekawostką jest to, że w tym przypadku językiem pośrednim był polski – pan Sabri nie znał rosyjskiego, Jadwiga tłumaczyła więc obrady Tatarów z języka rosyjskiego na polski, a Sabri Tatarom z Turcji – na turecki. Symptomatyczne jest to, że diaspora tatarska w Turcji zachowała znakomitą znajomość języka tatarskiego. Jest on bardzo zbliżony do języka tureckiego, lecz różni się akcentem i drobnymi szczegółami. Większość młodych Tatarów po powrocie na Krym ze zsyłki w Uzbekistanie ma problem ze swoim językiem: jak wiadomo, Krym po 1944 został zasiedlony przez Rosjan. Wtapiając się w środowisko rosyjskojęzyczne, dzieci i młodzież tatarska zaczynają operować językiem rosyjskim nie tylko pomiędzy sobą, ale też w domu. Żłobki, publiczne przedszkola, szkoły i wyższe uczelnie na Krymie kształcą dzieci i młodzież wyłącznie w języku rosyjskim. Języki ukraiński i tatarski są co najwyżej dołączone jako fakultatywne. Paradoksalnie, czas zsyłki (45 lat) w uzbeckim środowisku nie przyniósł językowi tatarskiemu, religii muzułmańskiej, tradycji i zwyczajom przodków takiego spustoszenia, jak parę lat pobytu na ojczystej ziemi... Obecnie zakładane są szkoły (medresy), w których oprócz podstaw religii naucza się języka tatarskiego.

Jakże było wzruszające, gdy widzieliśmy pana Murata Jakupoglu (Jakubowskiego), słuchającego ze łzami w oczach Sonetów Krymskich Adama Mickiewicza z kaset magnetofonowych. Pan Murat przyjechał z Turcji do Polski na stałe w połowie lat dziewięćdziesiątych. Zmarł niedawno, pochowano go na cmentarzu muzułmańskim w Warszawie.
Przywieźliśmy ze Stambułu pieniądze na offsety, kupione później w Gliwicach w podziemnym wydawnictwie „Wokół nas” (Rafał Budniok), oraz Koran w kilku walizkach i plecakach (przerzucany następnie na Krym, do Tatarstanu i Azji Średniej).

Do kazachskiej Polonii dotarłem wczesnym latem 1990 roku. Robiliśmy wtedy z Wojtkiem Stando objazd Kaukazu, Krymu, Ukrainy i Azji Środkowej. Ponad półtora miesiąca w ciągłej drodze. Ciągłe spotkania, gościna i rozmowy w środowiskach niepodległościowych odwiedzanych republik. Z polecenia Kornela Morawieckiego i Władimira Bukowskiego sondowaliśmy, jakie organizacje opozycyjne i antykomunistyczne z poszczególnych republik ZSSR zechcą wejść do organizowanego właśnie Centrum Koordynacyjnego Warszawa ’90.

Wiosną 1990 roku zrobiłem z Romkiem Zaleskim podobny objazd republik Bałtyckich i Białorusi, byliśmy także w Moskwie. Tam spotkaliśmy się z liderką rosyjskiego DS-u (Demokraticzesskij Sojuz) Walerią Nowodworską. DS Nowodworskiej także wszedł do Centrum. Inicjatywa Bukowskiego i Morawieckiego otrzymała wszędzie bez wyjątku poparcie liderów organizacji niepodległościowych, z którymi się spotykaliśmy. Efektem naszych wyjazdów (z Jadzią, Wojtkiem i Romkiem) było zorganizowanie jesienią 1990 roku konferencji w Warszawie. Na niej właśnie powołano międzynarodową organizację Centrum Koordynacyjne Warszawa ’90. Władimir Bukowski już wcześniej założył na emigracji organizację, która miała na celu integrację poczynań niepodległościowych w części republik ZSSR. Organizacja Bukowskiego i Hairikjana nosiła nazwę „Demokratija i Niezavisimos’t’” (Demokracja i Niezawisłość). Jednakże Centrum Koordynacyjne – jak się później okazało – skupiło większą ilość organizacji i partii niepodległościowych, a tym samym jego działalność była obszerniejsza i bardziej efektywniejsza. Bukowski zdobył fundusze na przewóz sprzętu poligraficznego, organizację konferencji Centrum, których było kilka w ciągu ponad dwóch lat pracy. Pamiętam konferencje w Mardu (Estonia), w Bursztynie koło Stanisławowa (Ukraina), w Moskwie, Tbilisi i Mińsku. Miała się odbyć jeszcze jedna konferencja w Erewanie (Armenia), jednakże już nie pamiętam, czy do niej doszło.

Konferencje partii niepodległościowych ze wszystkich republik odbywały się co kilka miesięcy w różnych częściach rozpadającego się imperium. Było to taniej niż w Polsce. Rozwiązywano na nich m.in. spory etniczne. Wiadomo było powszechnie, że Moskwa prowokuje i organizuje pogromy i konflikty narodowościowe. Bez problemów na naszych konferencjach spotykali się Azerowie z Ormianami. Wyjaśniano pogromy w Baku i Sumgaicie, genezę konfliktu w Karabachu. Omawiano wspólne działania. W tym czasie dzięki pomocy sprzętowej i finansowej Ireny Lasoty z IDEE poszczególne partie były zaopatrywane w sprzęt poligraficzny. Estończycy dostali „Romajora” od Andrzeja Fedorowicza, wydawcy podziemnego z Warszawy. Kazimierz Michalczyk z Berlina dostawał od Niny Karsov całe ciężarówki wydawnictw zakazanych w ZSRR. Michalczyk, nasz przedstawiciel w Berlinie, organizował transporty do Polski, a my przerzucaliśmy je dalej, za wschodnią granicę. Przez Kazimierza Michalczyka przekazywaliśmy dla Niny Karsov w Londynie listy z wykazami organizacji na Ukrainie i w innych republikach, dla których mieliśmy zamiar dostarczać otrzymywane książki i biuletyny. (Szczegóły w dodatku „Współpraca Wydziału Wschodniego „SW” z Niną Karsov).
Jesienią 1989 roku pojechałem do Berlina Zachodniego na zaproszenie redakcji „Poglądu”, gościłem u szefa pisma, Edwarda Klimczaka. Prowadziłem rozmowy o książkach oraz pomocy sprzętowej dla wschodu. Wszystkie sprawy załatwiłem ekspresowo, gdyż Jadwiga Chmielowska już wcześniej zasygnalizowała Michalczykowi nasze zapotrzebowania. Omawiałem praktycznie szczegóły, miałem więc czas na obserwowanie ostatnich chwil dogorywającego NRD. Choć nie było jeszcze porozumienia o zjednoczeniu Niemiec, przez wybite dziury w słynnym berlińskim murze ludzie swobodnie przechodzili z sektora komunistycznego do Berlina Zachodniego przy milczącej obojętności strażników na wieżyczkach. Od redakcji „Poglądu” otrzymaliśmy wtedy sprzęt i materiały związane z poligrafią oraz książki i egzemplarze „Poglądu”. Ledwie z tym wszystkim dowlokłem się do Krakowa (jechałem pociągiem).
Taras Kuzio z Londynu i Roman Kryk z warszawskiego Ukraińskiego Biura Informacyjnego organizowali nie tylko książki dla Ukrainy, ale też wspierali pracę zorganizowanego później w lokalu Komitetu Obywatelskiego w Warszawie Ośrodka Informacyjnego (Pałacyk Sobańskich).

Jadwiga Chmielowska wielokrotnie odwiedzała Kaukaz. Przechodziła linie frontów. Umożliwiła spotkanie przedstawiciela opozycji gruzińskiej z liderem Osetii w czasie trwania tzw. wojny osetyńskiej. Przemyciła go po prostu jako swego tłumacza. Nauka polskiego trwała kilka godzin. Potem „urwała” się obstawie krasnoarmiejców.
Jedną z ciekawszych akcji Chmielowskiej był skok z autobusu wiozącego dziennikarzy do Baku. Mieli właśnie dostać się jako korespondenci wojenni do Karabachu, ale komendant wojsk moskiewskich – Wolski – postanowił inaczej. Zapakował wszystkich dziennikarzy do autobusu i odesłał do stolicy. Jadwiga i reporter „Echa Moskwy” postanowili jednak zrealizować wcześniej ustalony plan podróży za linię frontu. Wtajemniczona dziennikarka francuska, krzycząc, że musi iść do toalety, spowodowała, że kierowca zwolnił. To wystarczyło. Chmielowska i reporter radiowy wyskoczyli, błyskawicznie zatrzymali samochód jadący z przeciwka i ruszyli do Karabachu.

Jadwiga w swoich artykułach opisywała wojnę na Kaukazie. Tragedie Ormian, Azerów, Gruzinów, Abchazów, Meschetów, Inguszy w Prigorodnym rejonie Władykaukazu (niegdyś Ordżonikidze, Północna Osetia). Chmielowską zaprosiła do Paryża diaspora guzińska. Jeden z wieloletnich więźniów łagrów był pracownikiem Radia Swoboda. Pojechała tam autostopem z Tariełem Gwiniaszwili. W gruzińskiej rozgłośni pracowały mówiące biegle po polsku dzieci pułkowników kontraktowych WP, urodzone przed II wojną światową w Polsce. Ci dystyngowani 80-latkowie to kwiat inteligencji gruzińskiej. Warto przypomnieć, że po upadku niepodległych państw na Kaukazie – Gruzji, Azerbejdżanu, Armenii oraz Republiki Północnego Kaukazu w 1920 – 21 roku, Piłsudski zaprosił oficerów z tych kaukaskich republik do Polski.
Ciekawostką jest fakt, że większość naszej działalności finansowaliśmy sami. Dostawaliśmy jakieś wynagrodzenie za napisane artykuły, czasami na podróż z budżetu Centrum Koordynacyjnego. Nie byliśmy w Polsce nawet ubezpieczeni. Jeśliby się nam coś stało, np. gdyby (teoretycznie) Chmielowska została ranna w którymś z konfliktów, zostałaby po wstępnym opatrzeniu przewieziona samolotem do Wilna i dopiero tamtejszy szpital udzieliłby jej pomocy.

Z Jadzią Chmielowską i Maćkiem Ruszczyńskim zorganizowaliśmy w końcu 1988 roku w Krakowie (przy ulicy Kazimierza Wielkiego 102) biuro Wydziału Wschodniego „Solidarności Walczącej”. Mieściło się ono w wynajętych pomieszczeniach prywatnej posesji i dopiero po „okrągłym stole” nadaliśmy tej instytucji pełną jawność. Do tego momentu właściciel był poinformowany, że zajmujemy się pomocą Polakom na Wschodzie (co częściowo było prawdą). Biuro wyposażone było m.in. w łóżka do spania – o każdej porze dnia i nocy nasi goście ze wschodu mogli liczyć na nocleg i gościnę. Mieliśmy tu także stary offset, więc oprócz druku bieżącego, opozycjoniści z Ukrainy, Litwy i innych zakątków ZSSR mieli możliwość poligraficznych szkoleń. Jeśli my z Jadzią byliśmy na wschodzie, tym wszystkim zajmował się sam Maciej Ruszczyński. I choć na początku przysięgał, że jego noga nigdy nie stanie w ZSSR, to już w roku 1990 i on został zarażony bakcylem misyjnym, zaczął bardzo dużo jeździć po terytorium sowieckim – z nami, a także samotnie. W biurze na Kazimierza Wlk. mieliśmy dyżury nocne, gdyż bardzo często ktoś do nas dzwonił z zagranicy. Część pomieszczeń zapełniona była całymi stertami książek – z Zachodu otrzymywaliśmy literaturę emigracyjną po rosyjsku i ukraińsku (także po angielsku pozycje o ZSSR), Wiele pozycji stanowiły książki religijne i podręczniki do nauki języka polskiego. Woziliśmy to wszystko dla opozycjonistów i Polaków w różne zakątki ZSSR. Z krakowskiego biura Wydziału Wschodniego „SW” przygotowywaliśmy z Jadzią, Maćkiem Ruszczyńskim i Leonardasem Vilkasem oficjalne wizyty w Polsce przedstawicieli Kongresów Estonii (Trivimi Velliste, Kalle Jürgenson, Walery Kałabugin, Andres Ammas) i Łotwy (Guntis Vilcāns, Ivars Nececkis). Nasi goście przyjechali do Warszawy na zaproszenie przywództwa „Solidarności Walczącej” przed samymi wyborami parlamentarnymi w 1990 (tzw. pierwsze wolne wybory). Odwiedzaliśmy wtedy komitety wyborcze i polityków, z którymi Estończycy i Łotysze rozmawiali o przyszłych, już międzypaństwowych stosunkach (a wtedy jeszcze Łotwa jak i Estonia wchodziły w skład ZSSR!!!). Trivimi Velliste i Kalle Jürgenson jechali wtedy do Paryża na obrady KBWE. Nie chcieli starać się o wizy w ambasadach w Moskwie. Załatwiliśmy dla nich spotkania z konsulami w Warszawie. Wizy niemieckie i francuskie dostali w ambasadach w Polsce. Nie czuli się już obywatelami ZSRR. Spotkali się również z późniejszym Premierem Janem Olszewskim i Ministrem Obrony Narodowej Janem Parysem. Rozmawialiśmy o wielu istotnych problemach współpracy międzynarodowej i obrony nowych, niepodległych państw.
Podczas wizyty Estończyków w Warszawie odbyło się spotkanie w Senacie. Przyjął ich dyrektor sejmowego Ośrodka Spraw Międzynarodowych p. Artur Hajnicz. Po rozmowie z nim estońscy przyjaciele stwierdzili, że w polskim Senacie prowadzona jest... antypolska polityka. Jedną z najbardziej szanowanych postaci życia opozycyjnego w Estonii była Lagle Parek, długoletnia więźniarka sowieckich obozów pracy (łagrów). Spotykaliśmy się z nią na konferencjach, oraz w samej Estonii. Współpraca z Lagle była prawdziwą przyjemnością.

Zapraszaliśmy również Litwinów i Ukraińców (z Ukrainy głównie młodzież studencką, przyjeżdżali m.in. działacze studenccy, Wołodymyr Sokór i Sierhiej Klujew). Do biura przychodzili także ludzie z innych polskich organizacji – NZS-u (Robert Bodnar), Ligii Republikańskiej (Wojtek Polaczek), przedstawiciele PPN-u, Federacji Młodzieży Walczącej, KPN-u. Młodzież studencka z Ukrainy szkolona była w technikach drukarskich przez grupę Solidarności Walczącej w Jastrzębiu Zdroju, której przewodził Marek Bartosiak, ps. „Bartek”.

Jak już wcześniej wspomniałem, latem 1990 roku odwiedziliśmy rodaków w obwodzie Kokczetawskim (północny Kazachstan), gdzie mieszkają potomkowie Polaków, w latach 1937-38 zesłanych z Ukrainy sowieckiej. Według oficjalnych szacunków tylko w tym rejonie mieszka ponad 30 tysięcy osób przyznających się do polskiego pochodzenia. Nawiązane kontakty z powstającym w tym okresie pierwszym Polskim Stowarzyszeniem w Kazachstanie („Polonia Północna”) zaowocowały długoletnią wspaniałą współpracą. Pionierami odradzania się Polskiej myśli kulturalnej, tradycji i katolickiej wiary byli – Anatol Diaczyński, Nina i Wiktor Rupetowie, Piotr Kuberski, Antonina Kasonicz. Wszyscy oni mieszkają już w Polsce na statusie repatriantów.
W późniejszym okresie (1991-1992) wraz z Maciejem Ruszczyńskim działaliśmy na tych terenach na rzecz repatriacji. Nasza słynna ankieta sondażowa, która miała pokazać, że – wbrew oficjalnym opiniom w Polsce – wielu naszych rodaków chciałoby przyjechać do Polski na stałe, zrobiła sporo zamieszania w moskiewskiej ambasadzie RP (ekipa Cioska) i polskim parlamencie. Dość powiedzieć, że za tę akcję straszono nas prokuratorem i nazywano rozrabiaczami. „Gazeta Wyborcza” drukowała oszczerstwa przeciwko nam. W ambasadzie usłyszeliśmy także, iż przeprowadzamy antypolską robotę...

Ankieta została przygotowana przez nas po konsultacjach z działaczami polonijnymi Kokczetawu i Karagandy. Na przełomie 1991/1992 przeprowadziliśmy na tych terenach szereg zebrań z rodakami, na których podnosiliśmy kwestie repatriacji. Bywało tak, że po zebraniu w jednej miejscowości jechaliśmy zaraz na zebranie w drugim rejonie, a za nami podążała obwodowa KGB, lecz na szczęście już tylko wąchali nasze ślady. W zimie szczególnie ciężko poruszać się jest po kazachskich stepach: zaspy, zawiana droga i mrozy dochodzące nierzadko pod -50 stopni. Ankiety (w ilości masowej) dotarły też do naszego parlamentu i władz RP. Od tego momentu zajęto się tą sprawą. Wielokrotnie zapraszano nas na posiedzenia Senackiej i Sejmowej Komisji ds. łączności z Polakami na Wschodzie, gdzie ja, Maciek, Jadzia i Janusz Kamocki przedstawialiśmy te problemy. Osobą, która otworzyła nam drzwi do Senatu i Sejmu, była pani senator Jadwiga Rudnicka z Gliwic. Ona, jak i ówczesny prezes PSL-u Roman Bartoszcze pomagali nam w sprawach wschodnich, jak nikt inny. Z ich biur poselskich mogliśmy zawsze dzwonić do ZSSR, wysyłać i otrzymywać faksy, pan Bartoszcze nieraz użyczał nam swego samochodu służbowego, gdy istniała taka potrzeba. Lecz jest to oddzielny temat, godny rozszerzenia i osobnego zbadania.

Na temat repatriacji prowadziłem korespondencyjną dyskusję z redaktorem naczelnym paryskiej „Kultury”, Jerzym Giedroyciem (przełom lat 80-90). Pan Giedroyc zapraszał mnie nawet do Paryża, obiecując opłacić podróż oraz pobyt. Miał zamiar spotkać mnie ze środowiskiem polskim we Francji w celu przybliżenia im losów naszych rodaków w Kazachstanie i na Syberii. Jednak nic z tego nie wyszło po tym, jak ostro skrytykowałem jego poglądy na te sprawy: otóż Giedroyc był kategorycznie przeciwny akcji repatriacyjnej do Polski. Uważał, że w Kazachstanie i Uzbekistanie (!) należy tworzyć polskie autonomie terytorialne z kulturą i językiem polskim. I dzięki temu – według redaktora „Kultury” – powstałoby polskie lobby, które miałoby służyć ojczyźnie. Wyjaśniałem Giedroyciowi, że wszelkie autonomie tego typu to potencjalne zarzewie konfliktu na tle etnicznym; podawałem przykłady Karabachu, Osetii, Abchazji, Naddniestrza. Chyba mu wtedy napisałem, że przy całym szacunku dla jego osoby uważam, iż na sprawach wschodnich zupełnie się nie zna i nie ma wyczucia w tym kierunku; by cokolwiek wiedzieć, należy tam po prostu bywać. Pewnie się obraził, ponieważ korespondencja się urwała. I zaproszenie do Paryża wygasło...
Gościnnym dla nas miejscem w Warszawie było biuro Konfederacji Polski Niepodległej na Nowym Świecie. Szefem biura był wtedy członek „SW” Seweryn Jaworski, który z sympatią patrzył na nasze zaangażowanie na wschodzie. Tu zawsze można było przyjść, odpocząć, zadzwonić, porozmawiać, użyć biura na skrzynkę kontaktową. Bardzo często odwiedzaliśmy to miejsce, zwłaszcza, gdy przyjeżdżaliśmy z naszej głównej bazy – z Wilna lub tam się udawaliśmy. A i herbaty pan Seweryn nie odmówił, czasem jedzeniem poczęstował...
Nasze krakowskie biuro funkcjonowało ponad rok, potem zabrakło funduszy na jego utrzymanie. A i tak po powstaniu Centrum Koordynacyjnego „Warszawa ‘90” pod koniec 1990 roku ciężar działań przeszedł do Warszawy, więc nie było sensu dalej wynajmować pomieszczeń w Krakowie. Do Centrum zgłosiły akces (oprócz głównego sygnatariusza – „SW” i opozycyjnych ruchów w ZSSR) niektóre polskie ugrupowania polityczne – np. PPN Szeremietiewa-Stańskiego i LDPN (Liberalno-Demokratyczna Partia Niepodległość) Piotra Majchrzaka. Przyłączyli się także Bułgarzy, Rumuni oraz laotańscy politycy na wygnaniu. Przy okazji powstała Fundacja Wschodnia „Wiedza”, która miała za zadanie gromadzenie środków finansowych na działalność oraz sprzęt poligraficzny, przerzucany następnie do ZSSR. Byliśmy członkami tej fundacji. Wspólnymi siłami zorganizowaliśmy główne biuro Centrum Koordynacyjnego („Biuro Informacyjne”); po rozmowach z Instytutami Obywatelskimi przy Lechu Wałęsie, ich szef Zdzisław Najder wydzielił nam pomieszczenie w Pałacyku Sobańskich przy Alejach Ujazdowskich. Można było tam przebywać nie tylko w dzień, biuro pracowało 24 godziny na dobę. Dysponowaliśmy telefonem, faksem oraz komputerem (oczywiście, jak na te czasy bardzo prymitywnym). I tu czekały na potrzebujących rozkładane łóżka oraz materace, środki łączności, herbata. Siedzibą opiekował się Piotr Pacholski z LDPN-u, wysyłał i przyjmował wszelkie materiały i informacje, opracowywał je i robił analizy. Przy Piotrze pracowało jeszcze kilka osób.

Największych wysiłków biura wymagały wydarzenia na Litwie w styczniu 1991 roku. Cały personel z Piotrem Pacholskim i Jadzią Chmielowską na czele siedzieli całymi dobami przy telefonie i faksie, odbierali nasze telefony z litewskiego parlamentu (dzwoniliśmy z sali posiedzeń – gdzie spaliśmy – na przemian z Leonardasem Vilkasem) i po opracowaniu informacji przekazywali polskim i zagranicznym mediom. Biuro koordynowało też akcję wysyłki na Litwę potrzebnych materiałów (szczegóły w dodatku „Styczniowe świadectwo pamiętnego 1991 roku”). Głównym specjalistą Centrum Koordynacyjnego od wynajdywania i przygotowywania do wysyłki na wschód wszelkich maszyn poligraficznych był Tadeusz Markiewicz, były drukarz „Tygodnika Mazowsze”, jeden z założycieli (wraz z Adamem Borowskim) oddziału „Solidarności Walczącej” na Mazowszu, oraz Piotr Izgarszew, drukarz w Regionie Mazowsze „Solidarności”. W 1990 i 1991 było przygotowanych i przerzuconych do ZSSR kilkanaście offsetów, powielaczy i innego sprzętu poligraficznego. O ile pamiętam, sprzęt został przetransportowany między innymi na Litwę, Krym, na Ukrainę, do Gruzji i Kazachstanu. Organizacje, które były adresatem przesyłek, albo uruchamiały poligrafię same, gdy ich ludzie przeszli przeszkolenie u nas, w Polsce, albo jeździliśmy na miejsce i tam uczyliśmy obsługi offsetów i powielaczy (z Maćkiem byłem u Tatarów Krymskich w Bachczysaraju, sam natomiast pojechałem z misją uruchomienia sprzętu do Gruzji i Kazachstanu).
W 1991 roku utworzyliśmy „Instytut Polska–Wschód im. gen. Macieja Sulkiewicza”, który zorientowany był w szczególności na sprawy związane z Tatarami Krymskim i Tatarami Kazańskimi. W skład instytutu weszli: Selim Chazbijewicz, Jadwiga Chmielowska, Janusz Kamocki, Leszek Bednarczuk, Maciej Ruszczyński, ja i jeszcze parę osób z naszego środowiska. Można dodać, że Instytut działał jeszcze w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Na przełomie 1991/1992 w Gruzji, w wyniku prowokacji sowieckiej, rozpoczęła się wojna domowa. Oprócz walk bratobójczych w samym Tbilisi, moskiewskimi rękami rozbudzony został sztuczny konflikt secesyjny w gruzińskiej prowincji autonomicznej – Abchazji. Efektem tego była ucieczka prezydenta Zwiada Gamsachurdii z Tbilisi i pozbawienie go władzy. Gamsachurdia nie był lubiany przez swoich kolegów – byłych opozycjonistów, jednakże wybrany w demokratycznych wyborach, miał mandat do sprawowania funkcji prezydenta Gruzji. Niestety, Zwiad Gamsachurdia zrobił wiele błędów, które doprowadziły do wykorzystania sytuacji przez Moskwę. Odwrócili się od niego byli opozycjoniści, z którymi działał w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych na rzecz niepodległości Gruzji, paru z nich nawet kazał zamknąć w więzieniach gruzińskiego KGB. Podejrzewano go o to, że po aresztowaniu w latach 80. przez sowieckie KGB, podpisał lojalkę i podjął współpracę ze służbami w zamian za łagodne potraktowanie. Wypomniał mu to w 1989 roku najwybitniejszy działacz na rzecz Niepodległości Gruzji, wieloletni łagiernik – Merab Kostawa i miał ku temu podstawy. Dość powiedzieć, że po masowych aresztowaniach lat osiemdziesiątych, długoletnie wyroki w łagrach o obostrzonym rygorze otrzymali między innymi Kostawa i Tarieł Gwiniaszwili, a Gamsachurdia został zesłany do... Dagestanu, gdzie pozwolono mu uczyć w szkole i pracować w bibliotece. A zarzuty miał podobne, jak inni. To było bardzo podejrzane. Podejrzenia się wzmogły po wypadku samochodowym, w którym zginęli Merab Kostawa i Zurab Czawczawadze (1989). Sądzono powszechnie, że to Zwiad mógł pomóc w sfingowaniu wypadku w celu wyeliminowania niewygodnych kolegów-opozycjonistów. Nie ma jednak na to jednoznacznych dowodów. Niewątpliwie prezydentura Zwiada Gamsachurdii – przy jego ambicjach i wadach – miała także pozytywne momenty w dziejach nowego państwa gruzińskiego. To właśnie on przygotował uchwałę uznającą Czeczenię jako suwerenne państwo. Parlament gruziński niestety nie zdążył jej przegłosować. Moskwa postanowiła działać natychmiast i upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: po pierwsze – nie dopuścić do debaty w gruzińskim parlamencie o Czeczenii, jako suwerennym państwie. Po drugie – wykreować jako zbawcę i bohatera narodowego Gruzji swego człowieka, Eduarda Szewardnadze, a następnie rękami samej antyzwiadowskiej opozycji posadzić go na prezydencki stołek. Plan ten Moskwie udało się zrealizować perfekcyjnie, a następstwa KGB-owskiej akcji odczuwalne są do dziś. Opozycjoniści w dobrej wierze odebrali funkcję prezydenta Zwiadowi. Sądzili, że po jego usunięciu są w stanie zapanować nad sytuacją w kraju i ustanowić prawdziwie demokratyczny ustrój. Chciano także przywrócić dawne tradycje: lider Narodowo-Demokratycznej Partii Gruzji Gija Czanturia w imieniu gruzińskiej opozycji pojechał do Hiszpanii, gdzie mieszkają potomkowie carskiej rodziny Bagrationów. Przedstawił tam pomysł przywrócenia w Gruzji dynastii lub objęcia przez kogoś z rodziny carskiej urzędu prezydenckiego. Nie spotkało się to z przychylnym odzewem. Na placu boju pozostał przywieziony przez Moskwę Szewardnadze, a jego rządy okazały się dla Gruzji fatalne w skutkach, zwłaszcza pod względem gospodarczym, jak i politycznym. Gamsachurdia uciekł do Zugdidi (jego rodzinne tereny), gdzie jakiś czas stawiał opór, potem wraz z żoną Mananą otrzymali azyl od prezydenta Czeczenii – Dżochara Dudajewa. W Iczkerii dopadli Gamsachurdię agenci Moskwy: został podstępnie otruty, i zmarł. W te dni wojenne na ulicach Tbilisi (armaty, broń maszynowa, ostrzał pałacu prezydenckiego) właśnie przybyliśmy z Maciejem Ruszczyńskim do Gruzji. W Tbilisi była też Jadzia Chmielowska, o czym wtedy nie wiedzieliśmy. A Jadzia nie wiedziała o naszym pobycie. Dowiedzieliśmy się dopiero po powrocie do Polski... Chmielowska w ogóle specjalizowała się w Kaukazie – Gruzji i Azerbejdżanie.

Nasze kontakty z gruzińskimi opozycjonistami datowały się od 1990 roku. Niektóre z partii i organizacji antykomunistycznych znalazły się później w Centrum Koordynacyjnym „Warszawa 90”. I tak NDPG – lider Georgii Czanturia (zginął w zamachu w 1995) i jego żona Irina Sariszwili-Czanturia (przez krótki czas wicepremier Gruzji), Tamaz Cereteli, Georgij Achałaja, Mamuka Georgadze. Partia Republikańska – Wachtang Dzabiradze, Tarieł Gwiniaszwili (szef Stowarzyszenia Ilji Czawczawadze, do dziś nasz serdeczny przyjaciel), Amzor Abżandadze, bracia Iwlian i Georgi Chaindrawa. Stowarzyszenie Obywateli Gruzji – Waża Mtawriszwili.

W odradzającej się gruzińskiej Polonii działali wtedy m.in. Maria Filina, Anatol Kozbielewski, Inna Wienckiewicz, Alisa Berdzenidze, Nodar i Simon Gdzeliszwili, Lubow Breinakowska i inni. Na płaszczyźnie politycznej i polonijnej zaczynał się uaktywniać Aleksander Rusiecki (dziś szef „Instytutu Południowo-Kaukaskiego na rzecz Bezpieczeństwa Regionalnego” i koordynator Klubu Polskiego w Tbilisi). W 1990 roku doprowadziłem do spotkania tych działaczy gruzińskiej Polonii z ówczesnym wicepremierem Gruzji Sandro Kawsadze. Odpowiadał on za relacje z mniejszościami narodowymi. Obiecał pomoc w rejestracji stowarzyszenia i jakieś dotacje. Ponoć obietnicy dotrzymał. Jak to w życiu bywa, polonijne środowisko w Gruzji podzieliło się w ciągu kilkunastu lat na małe stowarzyszenia i grupy, częstokroć wrogo odnoszące się do siebie....

Mam przed oczyma obrazek – rok 1991, centralna ulica Tbilisi, wtedy jeszcze Lenina, dziś Prospekt Rustaweli. Na ówczesnym placu Lenina (dziś Wolności) stał pomnik „wodza” (tegoż Lenina). Wokół pomnika oraz na przylegających do placu ulicach nieprzebrane tłumy, kilka dźwigów. Ludzie żądają usunięcia pomnika Lenina, podjeżdża sprzęt i ma się rozpocząć demontaż komunistycznego symbolu. Już mają zaczepiać liny o spiżowe cielsko „wodza”, lecz ktoś wbiega na postument i osłania pomnik swoim ciałem... To pierwszy sekretarz KC KPZR Gruzji – Gumbaridze. Tego dnia pomnik jeszcze przetrwał. Ale nie na długo. Komunistyczny Rejtan.

Nie mniej tragiczna historia wydarzyła się w Azerbejdżanie. Po obaleniu komunisty Mutalibowa, władzę przejął lider Azerskiego Frontu Narodowego, Elczibej. Spotykaliśmy się z nim oraz z Tofikiem Gasimowem, Isą Gambarem, Salehem Abbasowem, Daszgynem Abarowem jeszcze w 1990 roku, a Front wszedł w skład Centrum Koordynacyjnego. Można powiedzieć, że w tym czasie była spora szansa zakończenia konfliktu karabachskiego, gdyż działacze Frontu i ormiańscy niepodległościowcy z Armeńskiej Partii Republikańskiej (Paruir Hairikian, Aszot Nazarian, Ruben Asłanian, Lewon Akopian) będąc w naszej organizacji, zaczęli coraz wyraźniej zbliżać się w swoich stanowiskach. Zauważaliśmy to na kolejnych konferencjach. Niestety, Rosjanie zagrali „kartą” Mutalibowa, który przez rewoltę otworzył drogę do władzy Gajdarowi Alijewowi, staremu sowieckiemu komuchowi. Elczibej został odprawiony na zsyłkę do Nachiczewania, gdzie parę lat później zmarł. W Armenii zaś do władzy doszli ludzie promoskiewscy i końca konfliktu karabachskiego nie widać. I oto Kremlowi chodzi.

Z azerbejdżańskich organizacji, które przystąpiły w Warszawie do Centrum Koordynacyjnego, oprócz Azerbejdżańskiego Frontu Narodowego można jeszcze wymienić partię „Musawat” i Yeni Musawat. Z liderów tych partii można wymienić: Achmeda Ahmedowa Rza-Ogly, Ajdyna Ali-Zade, Gusejna Halilowa Artych-Ogly, Wagifa Achmedowa Rza-Ogly.

Na Białorusi współpracowaliśmy z Białoruskim Frontem Narodowym. Lider BNF-u, Zianon Paźniak działał na rzecz pełnej niepodległości Białorusi, odrodzenia białoruskiego języka, kultury i tradycji. Historyk sztuki, archeolog, pod koniec lat osiemdziesiątych wydobył na świat dzienny ponurą prawdę zbrodni komunistycznych: w przyległych do Mińska Kuropatach odkrył masowe groby z lat trzydziestych. Dziesiątki tysięcy ofiar komunizmu, mordowanych z zimną krwią. Białorusini, Polacy, Rosjanie i wiele innych narodowości w różnym wieku. Kobiety, starcy, dzieci. Pamiętam, że zamieściliśmy informacje o tym w którymś z biuletynów „SW” w 1988 lub 1989 roku. Wraz z Paźniakiem w BNF działali również: Siarhiej Papkou, Walery Bujwał, Jurij Bielenkij, Siarhiej Nawumczik, bard białoruski Serżuk Sakałał-Wojusz, Wincuk Wiaczorka (po wymuszonej emigracji Paźniaka, Wiaczorka dokonał w BNF-ie rozłamu, przejął majątek partii i zawłaszczył nazwę). Po 1990 roku nawiązaliśmy również kontakty z polskimi organizacjami w Grodnie (Tadeusz Gawin, Eugeniusz Skrobocki, Poczobut) i w Lidzie (Mieczysław Chojnicki i Kazimierz Choder, tu właściwie kontakty istniały od końca 1988 roku) oraz ze Związkiem Tatarów Białoruskich (Ibrahim Konopacki).
W Uzbekistanie nawiązaliśmy kontakt z opozycyjną partią „Birlik”. Niestety, wpływy postsowieckich notabli w nowo powstałym państwie uzbeckim były tak mocne, że krok po kroku z życia publicznego wyparto wszelką opozycję. Dyktator Uzbekistanu – Kerimow – zmusił do opuszczenia kraju liderów Birlika – braci Pułatowych. To samo działo się w Turkmenii. Saparmurad Nijazow na wzór Kim Ir Sena stał się stopniowo „ojcem narodu” i kontroluje dosłownie wszystko. Nazywają go też „małym Stalinem”. W porównaniu do tych państw Kazachstan i Kirgizja są wprost rajem dla opozycji. Odwiedzając Kazachstan w 1990 r. i później, zaprosiliśmy do Centrum Koordynacyjnego Warszawa ’90 partię „Żełtoksan”: liderzy – Chasen Kożachmetow (kompozytor, muzykolog i więzień w czasach sowieckich za „rozruchy na tle narodowościowym” w Ałmacie w 1986 roku, jego babcia była Polką) i Michaił Kubekow; oraz partię ERK.

Do różnych zakątków ZSSR drogi zazwyczaj wiodły przez Moskwę, więc i tam trzeba było zorganizować jakąś bazę wypadową (noclegi). Najczęściej zatrzymywaliśmy się w mieszkaniu Olgi Korzininy i Lwa Wołochońskiego, twórców niezależnych związków zawodowych SMOT. Do nich zaglądali także ludzie z różnych niezależnych środowisk rosyjskich, była więc możliwość wymiany poglądów i informacji. Z Olgą i Lwem dzieliliśmy się doświadczeniami z pierwszej „Solidarności” i z pracy konspiracyjnej. Zostaliśmy nawet honorowymi członkami SMOT–u.
W początkowym okresie naszych wyjazdów na wschód, korzystaliśmy z zaproszeń wystawianych przez moich krewnych z Grodna, Staniewskich. Wyrobienie takiego zaproszenia wiązało się z długą procedurą w urzędach paszportowych ówczesnego ZSSR. By mieć zapas takich zaproszeń, wysyłałem dane swoje i ludzi ze mną wojażujących także na Litwę (rodzina Babuszkinych) i do Gruzji (rodzina Adamija). W końcu 1989 czy też na początku roku 1990 dowiedzieliśmy się o innym sposobie wjazdu do ZSSR: na pieczątkę służbową AB, wbijaną do paszportu w naszych urzędach paszportowych. Za podstawę do uzyskania takiego stempla należało mieć jakiekolwiek oficjalne zaproszenie z ZSSR, na papierze firmowym, z pieczątką. Procedura trwała... kilka minut! Więc braliśmy formularze firmowe in blanco od zaprzyjaźnionych partii i organizacji niepodległościowych z Litwy, Gruzji, Ukrainy i Krymu, podpisane przez liderów i opieczętowane. Gdy trzeba było nagle wyjechać – wypisywało się „zaproszenie na konferencję” ze swoimi danymi (najczęściej po angielsku, by wyglądało poważnie dla granicznych służb sowieckich), otrzymywaliśmy AB – i jazda!!! Ten sposób nigdy nas nie zawiódł, a wyjeżdżaliśmy w tamtym kierunku kilkanaście razy w roku. Przez wiele lat.

Opisane fakty są tylko cząstką tego, co zdołaliśmy zrobić przez parę lat. Jestem przekonany, że na 25-lecie „Solidarności Walczącej” – które obchodzić będziemy w czerwcu 2007 roku – zapełnimy większość białych plam, jeśli chodzi o historię organizacji. Rozdział wschodni był niezwykle ważną kartą w dziejach „SW”. Niestety, rządy i prezydent odradzającej się Rzeczypospolitej w bardzo małym wymiarze wykorzystali naszą pracę i kontakty na terytorium upadającego imperium. Na wydarzenia wschodnie reagowali zawsze z opóźnieniem, nieraz nieadekwatnie do zaistniałej sytuacji, pokazując swoją niewiedzę w tych sprawach. Najbardziej rażącymi błędami tego czasu był zapewne brak uznania przez Polskę państwa litewskiego (pierwsza uczyniła to Islandia) oraz zamiar wysłania telegramu gratulacyjnego przez Lecha Wałęsę do uczestników puczu w Moskwie w 1991 roku (Janajew, Pugo i inni). Na szczęście ktoś do tego nie dopuścił. Przykład ten świadczy o „przenikliwości” i „politycznym wyczuciu” naszego prezydenta. Donald Tusk, wówczas przewodniczący partii rządzącej (Premierem RP był wtedy Jan Krzysztof Bielecki z partii Tuska) zdążył jednak wydać oświadczenie, opublikowane w polskiej prasie, że Rząd RP ułoży sobie stosunki z nową władzą na Kremlu.

Od czasu naszej pracy na wschodzie pod szyldem „Solidarności Walczącej” minęło około 15 lat. Wiele faktów wyparowało z głowy, zatarły się twarze, nazwiska, adresy. Pamięć ludzka jest zawodna, zwłaszcza, gdy nie prowadzi się notatek czy nie pisze na bieżąco wspomnień w dzienniku. Lecz zawsze coś pozostaje i to „coś” trzeba obudzić, opisać, skonsultować z innymi uczestnikami wydarzeń, odszukać utracone kontakty. Powoli, mozolnie przypominają się nazwiska, z wysiłkiem porządkujemy chronologię wydarzeń, zatarte twarze robią się coraz bardziej wyraziste. To „coś” jest przecież cząstką nas samych, drobinką historii, którą mamy obowiązek ożywić dla przyszłych pokoleń. Zróbmy to najlepiej, jak tylko potrafimy.

Zapewne w moim opracowaniu nie wymieniłem wszystkich, którzy swoją pracą wspierali nas i dodawali ducha, a rolę innych w opisanych powyżej wydarzeniach mogłem pomniejszyć. Mam tego pełną świadomość i ufam, że osoby te wybaczą mi moje potknięcia. Chciałbym, aby ten tekst był swego rodzaju „budzikiem” dla cichych bohaterów tamtych czasów. By obudził ich i popchnął w stronę wspomnień, przelanych na papier czy taśmę magnetofonową i pomógł wydobyć z lamusa stare zakurzone fotografie, materiały i podziemne wydawnictwa. Gdyż nie jest jeszcze za późno...

Na koniec chcę serdecznie podziękować Jadzi Chmielowskiej i Romkowi Lazarowiczowi (twórcy strony internetowej „SW”) za konsultacje i poprawki wykonane w moim referacie.

Piotr Hlebowicz
Barwałd Górny 121
34 – 130 Kalwaria Zebrzydowska
tel. (033) 876 – 46 – 13
kom; 0507 – 812 – 334
mail; phlebowicz@yahoo.com
strona internetowa organizacji „Solidarność Walcząca“ : http://www.sw.org.pl/

Dodatki


Styczniowe świadectwo pamiętnego 1991 roku
(tekst znajduje się na stronie internetowej „Solidarność Walcząca” www.sw.org.pl)

Będąc w podziemnej organizacji „Solidarność Walcząca” (przewodniczący Kornel Morawiecki), na początku 1988 roku utworzyliśmy w ramach tej organizacji „Autonomiczny Wydział Wschodni SW”. W organizacji wydziału – oprócz nas – brali udział między innymi: Maciej Ruszczyński, Wojciech Stando, Piotr Pacholski. Wydział miał za zadanie nawiązać kontakty z opozycją w poszczególnych republikach ówczesnego ZSSR w celu rozpoczęcia ścisłej współpracy politycznej i informacyjnej. Już wtedy czuliśmy, iż prędzej czy później nastąpi definitywny rozkład sowieckiego imperium i należało do tego procesu się przygotowywać. Od tego momentu rozpoczęły się nasze wyjazdy na wschód. Pierwszym celem naszych wypadów była Litwa. Tutaj rozkwitła owocna długoletnia współpraca z „Ligą Wolności Litwy” (Antanas Terleckas, Andrius Tučkus, Leonardas Vilkas, Genutė Šakalienė, Linas Bukauskas, Fausta Bukauskienė, Eleonora Sasnauskaitė, Julius Sasnauskas i inni), „Młodą Litwą” (Stasys Buskevičius) i Sąjūdisem. W Wilnie przez długi czas mieliśmy główną bazę wypadową dla wyjazdu na wschód. Najczęściej w swoim mieszkaniu udzielała nam gościny Genutė Šakalienė.
Latem 1990 z grupą Vytautasa Milvydasa Piotr Hlebowicz uczestniczył w zbieraniu od młodych poborowych Litwinów książeczek wojskowych, które następnie odwożono do głównego sowieckiego wojenkomatu w Wilnie i wysypywano przed komendantem urzędu.
W tym czasie jeden z liderów Polaków na Litwie, deputowany do Rady Najwyższej ZSSR – Jan Ciechanowicz – nawoływał (także w Moskwie) do utworzenia z Wilna i rejonu Wileńskiego Polskiej republiki sowieckiej. W tym celu zwoływał w Solecznikach specjalne konferencje Polaków na Litwie (SSR). Jadwiga Chmielowska i Piotr Hlebowicz torpedowali te poczynania, na jednym z takich zebrań wystąpili ostro przeciwko tej komunistycznej inicjatywie i wezwali Polaków do poparcia Niepodległej Litwy. Zdania były podzielone, po jakimś czasie idea Ciechanowicza upadła, gdyż większość Polskiej społeczności opowiedziała się przeciwko związkowi sowieckiemu.
Następnie taką samą współpracę nawiązaliśmy z organizacjami niepodległościowymi na Łotwie i w Estonii, Ukrainie (w tym Tatarzy Krymscy), Białorusi, w Gruzji, Azerbejdżanie i Armenii, Mołdawii, Tatarstanie, Uzbekistanie, Kazachstanie, Kirgizji oraz w samej Rosji. Efektem tych działań było powołanie do życia w jesieni 1990 roku organizacji „Centrum Koordynacyjne Warszawa ‘90”. Współinicjatorami Centrum Koordynacyjnego byli Kornel Morawiecki, Władimir Bukowski oraz liderzy ugrupowań niepodległościowych z ówczesnych republik sowieckich. Wydział Wschodni Solidarności Walczącej przez wiele miesięcy koordynował powstanie Centrum poprzez wyjazdy do ZSSR i rozmowy z szefami partii i organizacji opozycyjnych, które były później sygnatariuszami Centrum Koordynacyjnego.
W styczniu 1991 roku członkowie Wydziału Wschodniego SW znaleźli się w okrążonym przez Sowietów Wilnie. Piotr Hlebowicz z Leonardasem Vilkasem przez cały okres wielkiej próby Narodu Litewskiego przebywali w Parlamencie. Przekazywali stamtąd wszelkie gorące informacje do Warszawy oraz koordynowali przerzut na Litwę środków łączności, maszyn poligraficznych i innego potrzebnego Litwinom sprzętu. W Warszawskim Pałacyku Sobańskich (gdzie znajdowała się siedziba Wydziału Wschodniego „SW” oraz Fundacji Wschodniej „Wiedza”) dyżurowali dzień i noc Jadwiga Chmielowska, Piotr Pacholski oraz Maciej Ruszczyński. Otrzymane od Vilkasa i Hlebowicza informacje natychmiast przekazywali do Polskiego Radia i TVP, jak i innych środków masowego przekazu. Jadwiga Chmielowska wraz z Ruszczyńskim i Tadeuszem Markiewiczem osobiście jeździła z transportami do Wilna. By nie były one zatrzymywane na granicy przez sowietów, podróżowano samochodami prowadzonymi przez Posłów i Senatorów Polskiego Parlamentu i Rady Najwyższej Litewskiej SSR. W ten sposób można było przemycić – jako bagaż dyplomatyczny – nie tylko środki łączności, ale także maszyny i materiały poligraficzne, jak i naboje do broni strzeleckiej (oraz bardziej „ostre” rzeczy). Nasza grupa współpracowała w tym względzie z Litewskimi służbami specjalnymi (poprzez Tadasa Vyšniauskasa). Bardzo dobrze układała się współpraca z Litewskimi Tatarami z Adasem Jakubauskasem na czele.
Vilkas i Hlebowicz w czasie wydarzeń styczniowych byli w szeregach obrońców Litewskiego Parlamentu. Z krótkimi wizytami docierali do Rygi i Tallina by spotkać się z przedstawicielami Kongresów Łotwy i Estonii, wymienić bieżącymi informacjami. W czasie ataku komandosów i czołgów sowieckich na Komendanturę „Savanoriu” w dzielnicy Wierszuliszki, Piotr Hlebowicz uczestniczył w utworzeniu żywej barykady, która usiłowała zatrzymać parę czołgów. Sowieccy dowódcy nie zdecydowali się wjechać w stojący łańcuch ludzki.
W czasie formowania Litewskiej Niepodległości, Wydział Wschodni „SW” oraz Fundacja Wschodnia „Wiedza” pomagali pierwszym Litewskim dyplomatom w utworzeniu placówki dyplomatycznej w Warszawie.
Z Wydziałem Wschodnim „Solidarności Walczącej” współpracowali ściśle: profesor Akademii Pedagogicznej w Krakowie – Leszek Bednarczuk, współwydawca periodyku „Lituania”, dr. Janusz Kamocki – etnograf, członek konspiracyjnej grupy „Zamek”, ostatni kurier polskich środowisk niepodległościowych do Rządu RP na uchodźctwie.

Za Wydział Wschodni „Solidarności Walczącej”
i Fundację Wschodnią „Wiedza” –

Jadwiga Chmielowska i Piotr Hlebowicz
wrzesień 2005



Tajny bunkier „Solidarności Walczącej”
(tekst znajduje się na stronie internetowej „Solidarność Walcząca” www.sw.org.pl)

Bunkier w Zagórzanach k. Gdowa budowaliśmy ponad rok, w tajemnicy przed ludźmi. Poszło na niego parę ton cementu i stali, do wietrzenia wykorzystaliśmy wylot nieużywanego starego komina. Było tu ogrzewanie elektryczne, cała tablica rozdzielcza z bezpiecznikami, wentylator i odprowadzenie wody do szamba (specjalna pompka), bo po deszczach przez ściany często napływała woda. Podłoga była z desek.
Bunkier kopałem z ukrywającym się u nas działaczem bocheńskiej Solidarności – Józefem Mroczkiem. Przemieszkał u nas ok. dwóch lat. Był na liście do internowania, ujawnił się w 1984 roku.
W bunkrze trzymaliśmy zawsze spory zapas papieru, oprócz offsetu były też dwa powielacze (jeden ręczny od Kazimierza Świtonia), awaryjne ramki (też sitodrukowe). Rozmiary bunkra – gdzieś około 10-12 m2, wysokość ok. 2,20 m. Ileż to ziemi trzeba było wydobyć z tego dołu i wywieźć do sadu, rozrzucić... Za to jakie drukowanie tu odchodziło!!! Offset szalał całymi godzinami. Do broszur mieliśmy stary masywny zszywacz na drut (jeszcze z czasów austriackich), nikomu nie przeszkadzaliśmy, nikt nam nie przeszkadzał. O drukarni wiedzieli tylko najbliżsi. Choć przeżyliśmy kilka rewizji przeprowadzonych przez krakowskie UB, bunkier pozostał do końca naszą tajemnicą. Wiele razy drukowała tu z nami Jadzia Chmielowska, Maciek Ruszczyński, Jurek Lemański, Józek Mroczek.
Od 1984 do 1990 drukowaliśmy (najczęściej z „Edziem” – Zbyszkiem Nowakiem) w bunkrze parę gazet, m.in. „Solidarność Zwycięży” (potem przemianowaną na „Solidarność Walcząca Zwycięży”), „Kurierka B” (gazeta bocheńskiej „S”), dodruk „Tygodnika Mazowsze” (do czasu, gdy przejrzeliśmy, jacy ludzie tym kręcą), dodruk „Solidarności Walczącej”, „Vade Mecum”, coś dla KPN-u, miliony ulotek i plakatów. Kilka naszych oraz partnerskich gazet z paru miast wychodziło pod wspólnym nagłówkiem – „Porozumienie Prasowe Solidarność Zwycięży”. Oficjalna nazwa drukarni – „Wilno” im. Gen. Okulickiego „Niedźwiadka”.
Po aresztowaniu Kornela czy w czasie strajków 1988 roku siedzieliśmy tu z niewielką przerwą na sen, całymi dniami. Produkowaliśmy wtedy masówkę na Hutę. Papier woziliśmy zazwyczaj z Krakowa-Bieżanowa, zbierał dla nas dziesiątki, setki ryz nieodżałowany ksiądz proboszcz Adolf Chojnacki. „Towar” woził nam samochodem „Tarpan” znajomy pszczelarz, Witold Bator, sobie znanymi skrótami, przeważnie nocą. Nieraz 500 kg papieru, czasami więcej. Nigdy nie zatrzymała nas milicja. On to właśnie był pomysłodawcą budowy bunkra. Z zawodu inżynier budowlany.
W oddzielnym budynku mieliśmy „przygotowalnię”, gdzie robiliśmy diapozytywy i blachy. Dla robienia negatywów z makiet zakupiliśmy NRD-owski aparat GLOBICA, harmonijkowy, skrzynkowy ze statywem na kółkach. Uzyskiwaliśmy dobrą jakość negatywów. Blachy zaczęliśmy przygotowywać sami po kursie w pracowni u Maćka Frankiewicza w Poznaniu (ja z Jadzią). Do tego czasu zależni byliśmy od innych.
Ot, i historia jednej drukarni w skrócie.




Współpraca Wydziału Wschodniego „SW” z Niną Karsov (Londyn) za pośrednictwem naszego przedstawiciela w Berlinie – Kazimierza Michalczyka (transporty wydawnictw i sprzętu na Wschód)

Dokument nr 1 – nasze zapotrzebowanie dla organizacji ukraińskich. Zredagowany przez Jadwigę Chmielowską i Piotra Hlebowicza (chyba w roku 1989). Oryginał u Kazimierza Michalczyka w Berlinie

Dotyczy: pomocy dla organizacji działających w granicach ZSRR.

Organizacje
UHS – Ukraiński Związek Helsiński
UNDL – Ukraińska Narodowo-Demokratyczna Liga
SNUM – Związek Młodzieży Ukraińskiej
Konfederacja Student[ów] Ukrainy
Ruch – Ukraiński Ruch za Przebudowę

PISMA
„Wybir” – Kijów
„Polityka” – Kijów
„Smołoskip” – Kijów
„Niezależność” – Kijów
„Bractwo” – Kijów
„Spadszczyna” – Kijów
„Hołos Karpat” – Borysław

Bezpośredni kontakt mamy na: „Polityka”
„Wybir”
„Hołos Karpat”


POTRZEBY
Maszyny do pisania z czcionką ukraińską
Taśmy do maszyn
Korektory
Gilotyna do papieru
Offsety
Farby do sita i offsetowe (kolorowe)
Klisze fotograficzne – DIAS
Sito


Dokument nr 2 – Informacja dla Jadzi Chmielowskiej od Niny Karsov (?), by dała mi znać o przyjeździe do Polski Romka Kryka. Pismo odręczne, zapewne z
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> LEKTURA, PUBLIKACJE Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group