" /> Wspomnienia, Relacje :: W "Solidarności" na Śląsku - Edward Sołtys
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

W "Solidarności" na Śląsku - Edward Sołtys

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Wspomnienia, Relacje
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kazimierz Michalczyk
Moderator


Dołączył: 03 Wrz 2006
Posty: 1563

PostWysłany: Nie Sie 12, 2007 10:09 am    Temat postu: W "Solidarności" na Śląsku - Edward Sołtys Odpowiedz z cytatem

(Mississauga, 10 VIII 2007 r.)
Edward Sołtys


W “Solidarności” na Śląsku

Urodziłem się w Szczecinku na Pomorzu Zachodnim. Tu w 1945 r. osiedlili się moi rodzice. W Szczecinku ukończyłem szkołę średnią i odbywałem służbę wojskową.
Z wykształcenia jestem socjologiem. Studia ukończyłem na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym Uniwersytetu Łódzkiego w 1973 r. Doktorat uzyskałem w 1978 r.

Do “Solidarności” trafiłem współtworząc ją na Uniwersytecie Śląskim. Grupka filozofów z Ewa Sową i Mirką Błaszczak na czele zwróciła się do mnie z tego względu, że byłem grupowym Związku Nauczycielstwa Polskiego w Instytucie Socjologii Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego. Jednocześnie byłem przewodniczącym wydziałowej komisji sportu i turystyki Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Z opozycją polityczną lat 70-ych nie miałem nic wspólnego. Za plus poczytuję sobie, że w trakcie moich zajęć z filozofii marksistowskiej studenci uzyskiwali Kanta i Hegla (pod pozorem jednego ze źródeł marksizmu, a dokładniej, klasycznej filozofii niemieckiej), a na samym końcu dwóch brodatych i trzeciego z bródką.

W tym czasie, bardzo popularny był w naszych kręgach prof. Leszek Nowak z Poznania. Dał on zapis logiczny dowodzący, że nie da się udowodnić nieistnienia Boga we Wszechświecie. Szło o duży kwantyfikator, który jest nadzwyczaj wymagający. Jakiś rok z filologii obcych (tam głownie prowadziłem zajęcia z filozofii) zwołał nawet po cichu zebranie, by rozważyć co zostało przeze mnie powiedziane.

Zdarzały mi się też nieostrożne wypowiedzi, np. na temat poglądów prof. L. Kołakowskiego. W efekcie, przesłuchano mnie na KW MO. A później gdy były wybory do Sejmu wezwała mnie dyrektor Instytutu Socjologii, Pani prof. W. Mrozek i poprosiła:” Panie doktorze, niech pan idzie głosować!. Nie o pana chodzi. O Instytut chodzi!. My musimy przetrwać!”. Krótko mówiąc, chłopactwo-esbectwo, musiało poinformować władzę na uczelni, że mają mnie na oku..

Wracając do toku wydarzeń, od razu było ryzykownie, gdyż trzeba było się kontaktować z opozycjonistą Kazimierzem Świtoniem. Także członkami MKZ Huty Katowice: Andrzejem Rozpłochowskim, Jackiem Jagiełką, Jasiem Górnym. Dla pracownika WNS UŚ w owym czasie nie wróżyło to dobrze.
Obawy, obawami, ale tak zwana logika sytuacji pchała do przodu. Z jednej, strony trzeba było organizować wydziałowe Koło “Solidarności” w nadzwyczaj niesprzyjającym środowisku. Dość powiedzieć, że do końca legalnie istniejącej “Solidarności” udało nam się zachęcić tylko jednego samodzielnego pracownika nauki (doc. dr hab. Maćka Salamona, historyka Średniowiecza) do wstąpienia do nas.

Z drugiej strony, środowisko zewnętrzne kierowało do nas nadzwyczaj intensywnie, swoje oczekiwania. Myśmy na uczelni się bali, ale i oni bali się również. Obecności pracowników UŚ, określanego jako “czerwony” dodawało im otuchy. Stąd ludzie organizujący “Solidarności” w swoich środowiskach lub zakładach pracy zapraszali nas jako gości. Myślę, że linia rozumowania była następująca: Skoro ci z “czerwonego” uniwersytetu się nie boją, to dlaczego my mamy się bać? Ja działałem z Krzyśkiem Bednarkiem z Instytutu Filozofii. Pamiętam zebrania założycielskie nauczycieli i jakiegoś biura projektowego.

Później, w ramach programu szkoleniowego MKZ Huta Katowice (Jadzia Chmielowska tym kierowała) prowadziłem z kolegami wykłady dla przewodniczących Komisji Zakładowych “Solidarności”. Tych komisji było ponad tysiąc, więc na wykładach prowadzonych w dużych halach hutniczych bywało po kilkaset osób. Pamiętam trzy takie imprezy. Dwa razy z pewnością był razem ze mną Maciek Miszewski z Akademii Ekonomicznej. On mówił o sprawach gospodarczych, ja zaś wygłaszałem tekst pt. “Dylematy “Solidarności” (“S” od strony społecznej i organizacyjnej). Był ktoś jeszcze, ale nie pamiętam kto. Na trzecim spotkaniu był Andrzej Czuma. Okazał się nieoceniony. Zaczęło się niewinnie, ja wygłosiłem co należy i siedzący obok mnie Andrzej „szepnął: ”Tak ich rozgrzałeś, że ja tu nie mam co robić. Mów dalej”. I pomylił się grubo. Zaraz potem żywiący zbyt duże zaufanie do mojej wiedzy słuchacze w trakcie zadawania pytań trafili nieuchronnie w jeden z tematów, o których nie miałem zielonego pojęcia. Szło mianowicie o związki zawodowe na Zachodzie. Andrzej, nawet nie pytając, wskoczył w temat i pociągnął dalej. Na koniec słuchacze byli nim oczarowani. Ogarnęło ich nawet coś na kształt entuzjazmu.

Później już bywałem tylko sporadycznie na różnych solowych występach. A to jakaś Komisja Miejska, a to kopalnia (chyba w “Szczygłowicach”). Później prowadziłem w którejś z auli uniwersyteckich panel, w którym wzięło udział paru dyskutantów reprezentujących różne opcje polityczne. Stronę “solidarnościową” reprezentował Jan Lityński. W czasie strajku studenckiego (końcowy okres legalnego istnienia “S”) wygłosiłem wykład dla studentów Mat-Fiz-Chemu.

W miejscu pracy, na WNS zostałem przewodniczącym Koła “Solidarności” Instytutów: Filozofii, Historii i Socjologii. Pierwszym przewodniczącym była Ewa Sowa z filozofii. Nie pamiętam dlaczego zrezygnowała.
Z władzami wydziału uporaliśmy się dość szybko. Po prostu zgłosiłem wniosek na Radzie Wydziału, by dotychczasowe władze ustąpiły. Motywowałem to Nowymi Czasami i wycierałem sobie gębę raz po raz “demokracją”. Wniosek przeszedł jednym głosem, mimo obecności paru profesorów z Witebska, czy Rostowa. Oni dużo nie mówili, bo byli gośćmi, uśmiechali się za to, no i oczywiście głosowali odpowiednio. Nie jestem pewien, czy było to najlepsze posunięcie, gdyż usunęliśmy tych, którzy w czasach gierkowskich, w ramach tamtych reguł gry, byli lepsi od konkurentów. Natomiast skutek psychologiczny tego zabiegu był taki, że “Solidarności’ stała się liczącym partnerem na wydziale. Budziła respekt. Wyglądało to na przykład tak, że przychodzili do mnie różni docenci, profesorzy i umizgiwali się. Jasne, że mieliśmy decydujący wpływ przy wyborach nowych dziekanów.

Następne wybory w 1981 r. wzbudziły we mnie mieszane uczucia. Otóż kampanię wyborczą zaczęli rozgrywać studenci z NZS, którzy mieli parę miejsc w Radzie Wydziału jako przedstawiciele Samorządu Studenckiego. Wyczułem, że budzi to niesmak wśród pracowników nauki. Mojego entuzjazmu też to nie budziło. Tym bardziej, że wcześniej starali się przeforsować, by nie było egzaminu z lektoratów, w tym języka angielskiego.

Stan wojenny zastał mnie w połowie konferencji samorządowców zorganizowanej na UŚ. Z pewnością brała w niej czynny udział Mirka Błaszczak z mojego wydziału. Przyjechało sporo znanych samorządowców, min. Franc Szyc ze Stoczni Gdańskiej. Na drugi dzień nie było po co iść. Za to poszedłem na uczelnię, gdzie odbyło się szereg narad. Główne zebranie odbyło się w auli Wydziału Prawa. W dyskusji przeważyło zdanie dziekana tegoż wydziału, który okazał się mądrzejszy od nas zapaleńców. Apelował i prosił, by nie robić strajku okupacyjnego. No i rozeszliśmy się.

Zaraz potem przyszedł do mojego pokoju Tomek z naszego Instytutu i powiedział, że na dole są panowie z SB i pytają się o siedzibę “Solidarności” wydziałowej. Ewakuowałem natychmiast całą dokumentację i zniszczyłem. Po co mieli dostawać w ręce listę członków itd. Lepsze było zero informacji o nas.

Za to starałem się odkuć w następnych dniach. Z malowania mieszkania zostało mi sporo farby i pędzle. Zachęciłem mego brata Szczepana i parę osób z wydziału (pamiętam Marka Nitę z historii) i udaliśmy się na malowanie. Z braku lepszych pomysłów, a dzięki znajomości historii, malowaliśmy na murach i drzewach kotwiczki Polski Walczącej. Dwie udało się namalować na katowickim Dworcu Głównym. Po śmierci górników na “Wujku” odwaga gwałtownie zdrożała i daliśmy sobie spokój. Nie na tyle jednak zdrożała bym w przypływach niechęci do WRON-y nie brał kredy w kieszeń i nie szedł na malowanie. Najbardziej przypadły mi do gustu ”Junta juje!” i “PZPR do ZSRR!”.

W styczniu 1982 r. dostałem wezwanie na Komendę Wojewódzką MO w Katowicach. Wziąłem “kufaję” i różne takie rzeczy, które mogłyby się przydać w areszcie. Na komendzie przyjął mnie sympatyczny pan z SB, który życzliwie wyjaśnił sytuację polityczną w Polsce. Słuchałem go również z życzliwością. Jak Polak Polaka. Jeżeli ktoś sądzi, że przesłuchanie komendzie w takiej sytuacji jest dobrą okazją do przekonywania SB-ków, to ja mu się dziwię. Nie dostrzegając we mnie agresji, a wręcz przeciwnie, coś jakby przychylność, dał mi do podpisania krótki tekst – oświadczenie, że będę przestrzegał Konstytucji PRL. To oświadczenie podpisałem. Ileż tu kryje się niezbadanych możliwości interpretacji! Na przykład mogę się starać, ale mi nie wychodzi. Albo inaczej rozumiemy różne sformułowania zawarte w Konstytucji. Takie wezwanie jak ja dostało szereg osób z UŚ. Z tego co wiem, tylko jedna osoba nie podpisała. Internowali i dobre dusze dbały o byt jego i rodziny.

Początkowo zajęcia na uczelni były zawieszone. Później je odwieszono. Miałem sporo czasu, by zajmować się różnymi sprawami. Gdy ktoś się zgłosił, by coś napisać, nie leniłem się.

W którymś z pierwszych miesięcy 1982 r. dane mi było wziąć udział w dość interesującej sprawie. Otóż, któregoś wieczoru ktoś zadzwonił do moich drzwi. Zobaczyłem dwóch oficerów Ludowego Wojska Polskiego, a dokładniej, podpułkowników. Zrobiło mi się nieprzyjemnie, ale natychmiast ci życzliwie uśmiechający się panowie zapewnili mnie, żebym się niczego nie obawiał. Cóż się okazało. Prowadzili oni sprawę aresztowanych hutników z “Baildonu”, których strajk okupacyjny rozbito w pierwszych dniach stanu wojennego. Głowy nie dam, ale jeden z nich musiał być prokuratorem, drugi sędzią. Potrzebowali psychosocjologicznej ekspertyzy naukowej Później zorientowałem się, że z wojska opadł początkowy zapał i po okresie wysokich wyroków za strajki opamiętali się. Zamiast, za przeproszeniem, “harować” i chlać zaczęli szukać możliwości, by wyroki poszły w dół. Ci dwaj próbowali najpierw rozmawiać z docentami i profesorami. Ci “strefili”, więc pozostał poziom adiunktów (na takim stanowisku pracowałem). Zgodziłem się i oficerstwo przyniosło mi górę materiałów sądowych. W jedną noc przeleciałem setki stron. Były to zeznania na gorąco złapanych hutników. Cześć z nich była pobita. Dla mnie to był wstrząsający dokument. W szybkim tempie wymyśliłem ekspertyzę. Wojskowi wspominali, że ekspertyzę socjologiczną dał kiedyś prof. Chałasiński w czasie procesu po tzw. Wypadkach Poznańskich 1956 r. Niby tak, ale ja nie znałem ich treści. W dodatku, jak się po latach okazało, gdy na nią trafiłem, wersja obrony, bo do tego sprowadzała się “obiektywna” ekspertyza, nie byłaby zbyt przydatna w nowej sytuacji. Inne były warunki, inny styl naukowości. Prof. Chałasiński skoncentrował się na “nastroju pokrzywdzenia, który przeradzał się we wzburzenie moralne”. A to wzburzenie było “bezkrytyczne, impulsywne i bezrefleksyjne”. Profesor stawał przed sądem “jako polski uczony”, który miał obowiązek mówienia prawdy między innymi “wobec całego świata uczonych polskich i niepolskich”.

Ja na swojej małej scenie, wymyśliłem dwa rodzaje argumentacji. Pamiętam tylko jeden z nich. Zarysowałem jakiś model podejmowania decyzji i pokazałem, że hutnicy zachowali się racjonalnie. Ich decyzje uczestnictwa w strajku były oparte na informacjach (“solidarnościowa” prasa, koledzy, rodziny), które prowadziły do decyzji, którą podjęli. Mówiąc jeszcze inaczej, innej decyzji podjąć nie mogli. Trick polegał na tym, że paragraf-ratunek dla hutników, odwoływał się do nieracjonalności zachowania. Co tu ukrywać, to był paragraf dla “świrów”. Prof. Chałasiński wzburzeniem walczących Poznaniaków tłumaczył ich ograniczoną w najwyższym stopniu zdolnością rozpoznania czynów. Natomiast ja starałem się dowieść, że możliwość obrony oskarżonych przewidziana w art.25, par.2,( czyli zdolność kierowania w chwili popełnienia przestępstwa była w znacznym stopniu ograniczona), stosuje się do ludzi postępujących racjonalnie. Udało się i później prawnicy napisali artykuł w jednej ze swoich gazet o tym ewenemencie.

Do zespołu zaprosiłem Marysię John-Jeleniową i Kasię Otrębską z psychologii na UŚ. Dziewczęta mądre i elokwentne. Spisały się świetnie. Gdy po pierwszej części byłem zmęczony napięciem, z wielką elokwencją kontynuowały wywody. Myślę, że ich występ był ładniejszy od mojego.
W prasie napisano:
“Sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu na sesji wyjazdowej w Katowicach wydał wyrok w stosunku do 13 oskarżonych o kontynuowanie działalności związku “Solidarność” mimo wprowadzenia stanu wojennego i organizowanie strajku protestacyjnego…
Po przeprowadzeniu badań psychosocjologicznych i psychiatrycznych sąd przyjął, iż do ogółu oskarżonych należy zastosować art. 25, par. 2 (tzn. uznano iż w chwili popełnienia przestępstwa ich zdolność kierowania była w znacznym stopniu ograniczona).
Sad odstąpił od stosowania trybu doraźnego i w postępowaniu zwykłym skazał: jednego z głównych oskarżonych na 1 rok i 6 miesięcy pozbawienia wolności, a dwóch na 1 rok i 3 miesiące pozbawienia wolności.
W stosunku do pozostałych zapadły kary od 1 roku do 6 miesięcy pozbawienia wolności, przy czym w jednym przypadku postępowanie umorzono. Czterem oskarżonym wyrok zawieszono”.


Kary bardzo odbiegały od dotychczasowych. Można rzec, że były łagodne.
Po zakończeniu wygłaszania ekspertyzy i odpowiadaniu na pytania sędziego, adwokata i prokuratora podeszła do nas na korytarzu pani adwokat ze sprawy strajkujących górników z kopalni “Wujek”. Chciała byśmy przenieśli się do sali, gdzie tamta sprawa się rozgrywała i dali powtórkę. Powiedziałem jej, że możemy dać jej naszą ekspertyzę na piśmie, ale nie możemy tak od razu powtórzyć występu na sali sądowej. Wychodziłem z założenia, że każda sprawa ma swoją specyfikę i bez przeczytania akt tej nowej dla nas sprawy wyglądalibyśmy jak trupa na występach objazdowych.

Po latach , gdy myślę o tej całej sprawie, nie jestem pewien czyja była zasługa w osiągnięciu niewątpliwego sukcesu w sądzie. Atmosfera była taka, że odnosiło się wrażenie, że wszyscy gramy w tej samej drużynie. Na przykład sędzia grzecznie się dopominał: “A może jeszcze chcecie Państwo coś powiedzieć?” Może jakieś decyzje zapadły w kręgach wojskowych po bardzo, w końcu skutecznym wprowadzeniu stanu wojennego? Może rzeczywiście nasza ekspertyza była trochę przekonywująca? Nawet gdyby wojsko chciało pokazać ludzką twarz, to przecież musieli mieć jakieś dobre argumenty w reku. Gdybyśmy dostarczyli lipę, to mogłoby być inaczej. Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Tak czy inaczej, pozostaję w zadowoleniu ze spełnienia dobrego uczynku.

W następnych miesiącach stanu wojennego napisałem kilka artykułów do podziemnej prasy. Prawdziwa aktywność zaczęła się w ostatnich miesiącach 1982 r., kiedy pojawił się Sławek Bugajski z Basią Kowalczyk. Ludzie absolutnie narwani. Gdybym starał się dorównać im aktywnością, to byłbym mistrzem świata w działalności podziemnej.

Oni wydawali “Wolnych i Solidarnych”. Później doszedł “Podziemny Informator Katowicki”. Obie gazety należały do “Solidarności Walczącej”. W tym czasie wywalono mnie już z UŚ i z wielkim trudem udało mi się znaleźć pracę. Firma nazywała się OPEC (Okręgowe Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej) w Katowicach. Udało mi się, bo miałem ukończony kurs palacza jakichś tam kotłów. Jak się później okazało, pomógł też majster, który zakładał “Solidarność” w OPECU. To właśnie on przekonał strachliwego inżyniera-kierownika.
Pracowałem w wymiennikowni ciepła, w której było dużo rur i pomp. Ciepła woda przychodziła z kopalni “Wujek” i ogrzewała pobliskie osiedle mieszkaniowe. Ktoś donosił mi regularnie prasę, więc mogłem czytać i pisać.

Prawdę mówiąc nie wiedziałem kto jest w redakcji “WiS”-a i “PiK”-a. Na spotkaniach bywał Sławek i Basia oraz Celina Jańczak z biologii UŚ. Ja, dla bezpieczeństwa, pisałem pod ciągle zmieniającymi się pseudonimami. Głównym autorem był chyba Alfred Grubba. Myślałem, że to Pańko, czy ktoś taki, bo jego teksty były na wysokim poziomie. Jak się parę miesięcy temu dowiedziałem, Tym Grubbą był Sławek. Powinienem był się tego domyślać, gdyż pewnego razu powiedziałem Sławkowi, że ten Grubba godniej by wyglądał, gdyby mu wstawić pretensjonalnie jakąś literę pomiędzy imię i nazwisko. I tak się stało. Kto miał w tamtych czasach głowę, by się domyślać, co kto robi. Po prostu robiło się swoje. Bezpieczniej było nie domyślać się za dużo, bo nic dobrego, by z tego nie wyszło.

Na przełomie lat 1982/1983 Sławek powiedział mi, że zostałem oddelegowany do tworzącej się komisji regionalnej. Będę reprezentował dwie gazety. Oczywiście “WiS”-a i jeszcze jedną, której nazwy nie pamiętam. Natomiast pamiętam, że przynajmniej jeden artykuł do nich napisałem.

Zebranie odbyło się pewnego bardzo mroźnego dnia w jakimś mieszkaniu w Katowicach. Było kilka osób między innymi Andrzej Woroniecki, Witek Kublicki i Jadzia Chmielowska. Był też tam jakiś pan z Krakowa, którego nazwiska do dziś nie poznałem. Miał nam służyć radą.
Jak się zorientowałem, inicjatorem spotkania była Jadzia Chmielowska. Mieliśmy stworzyć coś, co by zastąpiło tzw. pierwszą Regionalną Komisję Wykonawczą “Solidarności”. Komisja ta jakiś czas temu wpadła i zrobiła się luka. Potrzebna była współpraca różnych gazet i struktur. Krótko mówiąc, zrodziła nas potrzeba, a nie ambicje.
Następne spotkania odbywały się w różnych miejscowościach na Śląsku: Raciborzu, Zabrzu, Chorzowie i Katowicach. W końcowym okresie istnienia RKK prawie wszystkie spotkania odbywały się na Tysiącleciu w Katowicach w mieszkaniu dr Alicji Ratusznej z Instytutu Fizyki UŚ.
Szybko dołączył młody chłopak z ROW-u, o przybranym imieniu “Rafał”, który reprezentował “Szerszenia”, Jasio Górny, który miał kontakty z młodzieżą (drukowali coś na matrycach skórzanych – nigdy nie pojąłem jak to szło) oraz Mirka Błaszczak z Tychów, którą znałem z UŚ. W przyjętej nazwie firmy widzę swoją rękę. Akurat napisałem podręcznik akademicki z socjologii organizacji i akurat na terminologię organizacyjną byłem uczulony. Najbliższa temu co mieliśmy robić była funkcja koordynacyjna. Stąd przyjęliśmy nazwę: Regionalna Komisja Koordynacyjna.

Prawdę mówiąc, do dziś nie wiem, kto co (jakie gazety i struktury) reprezentował. Pewne jest, że po wstępnych obliczeniach wyszło na to, że skupialiśmy kilkanaście gazet. Wiem, że Andrzej obsługiwał Rudę Śląską, Świętochłowice i Zagłębie. Witek obsługiwał Gliwice, Zabrze i Bytom. Ja – Katowice. “Rafał” – ROW, Mirka - Tychy. Wymienialiśmy doświadczenia drukarskie (np. wspólnie uczyliśmy się sitodruku), umawialiśmy się na kolportaż, no i, zgodnie ze statusem, wydawaliśmy co jakiś czas oświadczenia w imieniu Regionu Śląsko - Dąbrowskiego. Miło było słuchać wolnej Europy, gdzie lektor czytał nasze oświadczenia. Szczególnie pamiętam oświadczenie o walce z reżimem przy pomocy prawdy. To było moje dziecko!

Myślę, że byliśmy pożyteczni. Przykładowo, gdy wpadł “Szerszeń”, Witek Kublicki przejął od nich pieczęć z winietą ( przeraźliwie fioletową) i wydał parę numerów, by SB nie myślała, że rozbiła “Szereszenia”. Wiem, też, że Witek dostawał matryce “Tygodnika Solidarności Mazowsze” z Warszawy i w dużych ilościach je wydawał. Mnie przydarzyło się wspaniałe odkrycie, w księgarni UŚ znalazłem świeżo wydany na Wydziale Techniki UŚ podręcznik różnych technik drukarskich. Teatr absurdu, co nie? Jasne, że kupiłem pewną ich ilość i rozprowadziłem.

Moja działalność w RKK trwała 4 lata (1983 - 1986). Stanowiliśmy zgrany zespół. Wszyscy dali się lubić. Nigdy nie było zadrażnień. Nie wybieraliśmy wprawdzie szefa, lecz taką funkcję w rzeczywistości pełniła Jadzia. Ona przynosiła wieści i nowe pomysły. To był Dobry Duch RKK.

Poza spotkaniami w ramach RKK zajmowałem się głównie pisaniem artykułów. Oprócz tego zajmowałem się stale kolportażem. Miałem kilka stałych miejsc odbioru. Wiem tylko ogólnie, do kogo gazety i książki trafiały. Jeden punkt był dla nauczycieli, inny dla biur projektowych, inny dla inżynierów, cokolwiek to miało znaczyć. Także do Biblioteki Śląskiej. Wszystkie w Katowicach. Wszystkie w dużych ilościach, po tysiącu i więcej sztuk. Przez jakiś czas woziłem prasę do Lublina do tamtejszej SW. Oni tam coś wydawali w kolorze brązowym i pewne ilości egzemplarzy ich gazety na zasadzie wymiany, przywoziłem na Śląsk. Bardzo im się podobały artykuły Alfreda Grubby i chcieli, by dla nich pisał. Mi zaproponowali bym zamieszkał na pewien czas w jakimś mieszkaniu, którego właściciele wyjechali na Zachód, i pisał dla nich.
Był też kolportaż dorywczy, gdy umawiałem się z kimś nowym na ulicy, na opuszczonym stadionie i gdzie tam jeszcze.

Do kolportażu oczywiście się dopłacało, czyli był on przez nas, kolporterów subsydiowany. Ciągle coś ginęło, ktoś wpadł, ktoś coś zapomniał itp. Łatwo było też o wpadkę. To nie komfortowe pisanie artykułów. W końcu nosiło się duże torby, np. po rowerach, czy plecaki. Przypominam sobie takie wydarzenie. Czekałem na kolegę z kolportażu w części katowickiego Dworca Głównego, gdzie wydawano bagaże. Akurat przechodził kolega z filozofii Waldek Bogalski Po kilku dniach spotkałem go w autobusie, a ten się rozdziera: “Co to, w konspirację się bawisz?” I tak dalej. Ludzie patrzą. Ja spuszczam głowę – zgodnie z rolą mi niespodziewanie wyznaczoną. Wysiadłem na pierwszym przystanku.

Drukowałem niewiele. Szkoda, że tylko parę razy. To było wręcz porywające. Drukując miało się uczucie, że się coś ważnego robi. Dobrze pamiętam druk “Głosu Śląsko - Dąbrowskiego” (nie należał do RKK) wraz Włodkiem Lesiszem (doktor logiki na UŚ) i Michałem Lutym, w mieszkaniu mamy tego pierwszego.

Pewnego razu Sławek powiedział mi, że zostałem do czegoś oddelegowany i mam jechać z nim do Wrocławia na spotkanie z K. Morawieckim. Miałem dużą ochotę, ale akurat żona marudziła, że ciągle mnie nie ma itd. Zrezygnowałem z wyjazdu. Z opowieści wiem, że katowiczanie mieli jakiś “ogon”. Wyszło to szybko już przy pierwszym sprawdzianie bhp. Czekali na tramwaj, ale nie ten z ich przystanku, tylko z przystanku po drugiej stronie ulicy, czyli jadący w przeciwnym kierunku. W ostatniej chwili przebiegli i wsiedli do tramwaju. Okazało się, że dwóch panów z ich przystanku też zmieniło gwałtownie zamiar i udało się z nimi w przeciwnym kierunku. Później były jakieś gonitwy po parkach. W końcu udało się naszym zgubić “ogon” i dotarli do K. Morawieckiego.

Z czasem, odwaga nieubłagalnie drożała. Tak zwane społeczeństwo było coraz bardziej zmęczone. Kolportaż spadał. W dodatku pojawiła się na Śląsku inna firma o nazwie Regionalna Komisja Wykonawcza. Prawomyślna, powiązana z kim trzeba w Warszawie i dysponująca pieniędzmi. Podobno przysłano im maszynę z ekipą i zaczęli drukować Regionalny Informator Solidarności, w skrócie: RIS. Różnica polegała na tym, że u nas każdy musiał DAWAĆ, u nich natomiast można było czasami też OTRZYMYWAĆ. ! Nic dziwnego, że cześć naszych gazet poszła na łatwiejszy chleb!

Staraliśmy się nawiązać kontakt. Jadzia Chmielowska spotkała się gdzieś na kopalnianych hałdach z Tadeuszem Jedynakiem z RKW. Nic z tego nie wyszło Współpracy nie było.. O ile mnie pamięć nie myli, my odpuściliśmy “względem reprezentowania regionu”. Ja, osobiście, kierowałem się mądrością, że im większe ambicje, tym większy wyrok. Do czego tu się pchać?

Tym bardziej zadziwił mnie przypadek, nazwijmy go “gliwickim”. Otóż Witek Kublicki przyniósł wiadomość, że w jednym z punktów kolportażowych, RKW zakazało kolportowania naszych gazet. Postanowiliśmy ignorować głupotę i nadal kolportować wszystko co w ręce wpadnie. Dowodem na tolerancję niech będzie fakt, że ja poszedłem do aresztu nie za druk naszych gazet, tylko za druk gazety RKW. “Tak to biwa!“, jak mówiła moja młodsza córka na trudnej i obfitej w pułapki, drodze do zdobywania mądrości życiowej.

Przyszli do mnie wczesnym rankiem 19 września 1985 r. Trzech ubeków z kapitanem dowodzącym formalnie i sierżantem, rzeczywistym szefem Trzymali mnie na Mikołowskiej, “Pentagonie” i znów Mikołowskiej. Na “Pentagon” trafiłem, gdyż osoba, która mnie sprzedała, zgodziła się na konfrontację. Później strefiła, więc wróciłem na stare śmieci. Nie żartuje! Mikołowską w porównaniu z Pentagonem traktowałem jak swój dom z piosenki granej przez głośniki przez więziennych redaktorów radiowych, a dokładniej, złodziei:
“Tu jest twój doooom, maaaałyyy, ciaaaasnyyy, ale właaasnyyyyy kąt!”.

Żona dwa razy jeździła do Lublina na KUL, gdzie byłem zatrudniony. Cudowni ludzie dusili nieprzyzwoicie swoich katowickich druhów, by zapewnili pomoc mojej rodzinie. Rektor KUL-u biskup Hemperek interweniował skutecznie i wyszedłem przed czasem z Inicjatywy Humanitarnej PRON. W sprawie sądowej dostałem rok za rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji o PRL. Współsprawca, Dr Włodzimierz Lesisz uczciwie odsiedział do lata. Mimo, że jego tata był wysokim oficerem LWP. Jaka to sprawiedliwość? Nawet artykuł o nim napisali, że gdyby nie władza ludowa, to krówki, by pasał.

O mnie SB wiedziało niewiele. Oto jak brzmiał prokuratorski zarzut:
Edward Sołtys w okresie od końca 1983 r. do czerwca 1985 r. w Katowicach działając przestępstwem ciągłym, sporządził i rozpowszechniał wspólnie z Markiem Jałosińskim i innymi osobami nielegalne pisma, druki, ulotki, różne wydawnictwa książkowe zawierające – jak i powyższa gazetka fałszywe wiadomości o sytuacji społeczno-politycznej kraju, mogące wyrządzić poważną szkodę interesom PRL”.

Wyrok jednego roku więzienia nie zadowolił prokuratora wojewódzkiego. Wystąpił o rewizję. Oto jak prokurator wyraził swój żal:
“Powyższy wyrok w zakresie nie orzeczenia dodatkowej kary zakazu wykonywania pracy dydaktycznej wobec obydwu oskarżonych należy uznać za rażąco łagodny w stosunku stopnia społecznego niebezpieczeństwa czynów przypisanych Włodzimierzowi Lesiszowi i Edwardowi Sołtysowi”.

A tak pan prokurator przymilał się do sądu:
“Również Sąd, opierając się na przebiegu rozprawy dostrzegł, że obydwaj oskarżeni “swoją postawą w trakcie procesu wykazali, że nie w pełni zrozumieli dobrodziejstwa akcji humanitarnej””.

Po moim wyjściu z aresztu okazało się, że żona odwiedziła parę ambasad. Jak się dowiedziałem, Australia wyczerpała roczne limity. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, mimo kilometrowej kolejki chciały przyjąć natychmiast. Ale była też Kanada, i ona został przez żonę wybrana.
Zanim jednak wyjechałem, działy się różne, bardzo interesujące sprawy. Najpierw Jadzia zaproponowała mi, by przysiadł nad programem ‘Solidarności Walczącej”. Ona chyba wtedy po uwięzieniu K. Morawieckiego i A. Kołodzieja, kierowała firmą. Ja byłem już myślami za oceanem i odmówiłem.

Inne ciekawe wydarzenie przed-emigracyjne to spotkanie z osobą, która podobno miała przejąć po mnie mieszkanie. Gość starał się zaprzyjaźnić. Przyniósł nawet dwie flachy “czystej”, co dobrze o nim świadczyło. Każdy uczciwy człowiek to musi przyznać Przyszedł zimą w marynarczynie, więc rodziło to natychmiast pytanie , jak on biedny tu się znalazł. Odpowiedział, że przyjechał samochodem., co powinno rozwiać wszelkie wątpliwości. Niby tak, ale nie mojego podejrzliwego brata. Gość wyszedł do łazienki, więc brat kierowany nieomylnym impulsem sprawdził kieszenie pozostawionej na krześle marynarki. A tam nic nie było! Żadnego prawa jazdy, czy coś takiego. Cały dowcip polegał na tym, że gość proponował mi nie mniej, nie więcej, tylko przewiezienie mikrofilmów przez granicę. Jakich? Do kogo? Wyraziłem ubolewanie i człowiek wyszedł. Obserwowaliśmy go z okien korytarza(6-e piętro). Cóż się okazało, gdy domniemany alpinista wyszedł przed blok, podjechał samochód z dwoma mężczyznami. Skąd wiedzieli koledzy jak długo będzie on popijał? A jeżeli ja jestem długodystansowcem? Czekaliby trzy dni?

Znajomy, prominentny alpinista nie potwierdził istnienia “mojego alpinisty”. Jeszcze jeden dowód na to, że będziemy się uczyli tak zwanego życia do końca naszego życia.
Później, sentymentalna przyjaciółka domu, która mieszkała w sąsiednim bloku, przez pół roku nie widziała żadnych firanek w naszych oknach, ani zapalonego światła. Widać nie spieszyło się “alpiniście”.

W Kanadzie, a dokładniej, na Wyspie Księcia Edwarda, wylądowałem 6 marca 1987 r. I tu zaczął się nowy rozdział życia trwający już 20 lat.

Edward Sołtys
(Mississauga, 10 VIII 2007 r.)
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 08 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Czw Gru 08, 2016 9:01 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Edward Soltys
Weteran Forum


Dołączył: 05 Mar 2007
Posty: 613

PostWysłany: Wto Sty 01, 2008 11:55 pm    Temat postu: Smutny, choc nieuchronny watek Odpowiedz z cytatem

Po latach dowiedzialem sie, ze kolega z RKK, ktory po aresztowaniu opowiedzial SB o nas nieprzyzwoicie duzo , byl "Rafal" z "Szerszenia".
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Wspomnienia, Relacje Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group