" /> LEKTURA, PUBLIKACJE :: Andrzej Zybertowicz - AGENTURY WSCHODNIE DZIŚ
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Andrzej Zybertowicz - AGENTURY WSCHODNIE DZIŚ

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> LEKTURA, PUBLIKACJE
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kazimierz Michalczyk
Moderator


Dołączył: 03 Wrz 2006
Posty: 1563

PostWysłany: Czw Sie 23, 2007 8:36 am    Temat postu: Andrzej Zybertowicz - AGENTURY WSCHODNIE DZIŚ Odpowiedz z cytatem

Andrzej Zybertowicz

AGENTURY WSCHODNIE DZIŚ
I JAK FUNKCJONUJE UKŁAD POSTKOMUNISTYCZNY



WSCHODNIE WIATRY

„w pracy wywiadowczej tak się zwykle dzieje, że jeśli ktoś widzi, że ktoś inny działa i zaczyna patrzeć w drugą stronę, to ten działający uzna to za zachętę do jeszcze bardziej zuchwałego postępowania i będzie się tak zachowywał tak długo, póki nie dostanie po łapach lub w łeb.”(1)

Mówi Dubiński, bliski współpracownik Kiszczaka: ,,24 sierpnia prezydent Jaruzelski powierzył misję utworzenia rządu Tadeuszowi Mazowieckiemu, a w cztery dni potem przyleciał do Polski szef KGB, Kriuczkow [omyłka: Kriuczkow był w Polsce 26.VIII.89 - dop. AZ].(2) Kiszczak zawiózł go do Mazowieckiego.

Był to pierwszy cudzoziemiec, który rozmawiał z nowym premierem. Dorobiono legendę, że była to rutynowa wizyta, ale to nie jest prawda. Kriuczkow przyleciał specjalnie w tym celu, żeby wysondować sytuację.”(3)

J. Kaczyński mówi o tym spotkaniu tak: „Po rozmowie z Kriuczkowem zapytałem Mazowieckiego o jej przebieg, a on mi odpowiedział, że opowie to bezpośrednio Wałęsie. Ambroziak powiedział mi potem, że z rozmowy Mazowiecki wyszedł cały spocony i zaraz poszedł na długi spacer.”(4) Czy Kriuczkow przyleciał tylko „wysondować”, czy raczej postawić warunki? W toruńskich kręgach KPN-owskich jesienią '89 mówiono, iż Kriuczkow zażądał od Mazowieckiego obietnicy niepodejmowania żadnych działań skierowanych przeciw agendom KGB w Polsce. Być może wówczas (komunizm w pozostałych krajach obozu zdawał się trzymać nieźle) przyjęcie tego typu warunków było uzasadnione. Czy dzisiaj jednak były premier nie powinien społeczeństwu ujawnić, o czym wtedy rozmawiano i ewentualnie jakiego targu dobito? Szkoda, iż ani słowem nie wspomniał o tym spotkaniu bliski doradca Mazowieckiego, Waldemar Kuczyński w swych „Zwierzeniach zausznika”.(5)

Gdy J .Kaczyński przyszedł do pracy w Kancelarii Prezydenta, zastał na stoliku spis telefonów rządowych, w którym było 26 numerów telefonów ambasady radzieckiej, włączonych w sieć. „Nawet korespondent „Prawdy” miał telefon rządowy. Oczywiście, polska ambasada w Moskwie nie miała dostępu do rosyjskiej sieci telefonów rządowych. To jest po prostu horrendalne, bo posiadając końcówkę, bardzo łatwo można podsłuchiwać, tym bardziej, że przecież były to urządzenia produkcji radzieckiej, czyli sygnały mieli zdekodowane. Byle trzeciorzędny urzędnik ambasady - nawet nie ambasador, co też byłoby nie do przyjęcia, ale jakiś trzeci sekretarz - miał polski telefon rządowy...”. Rozmówczyni Kaczyńkiego, Teresa Bochwic pyta: „Czy potwierdza to popularne przeświadczenie, że byliśmy bezpośrednio rządzeni przez Moskwę? że wszystko odbywało się 'na telefon' z ambasady radzieckiej?

- Aż tak chyba nie było, aczkolwiek niemal co dzień nabieram większych wątpliwości na ten temat. Stopień ingerencji zmieniał się. Ale do czegoś te telefony służyły.

- I Mazowiecki nie kazał zdjąć tych telefonów?

- Nie, to myśmy zrobili po przyjściu tutaj [do urzędu prezydenckiego - dop. AZ]. Konkretnie, kazał je zdjąć szef URM, Żabiński, na polecenie Wałęsy.”
(6)

Mało znana jest informacja, że, jeszcze do jesieni 1990 r. (rok po powstaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego!) wojskowe służby specjalne WP przekazywały informacje o 'wojskach trzecich' do centrali Układu Warszawskiego w Moskwie. Było to zgodne z dotychczas obowiązującą pragmatyką, której zwyczajnie nikt! nie zmienił.”(7) Być może, w kierownictwie MON ktoś dbał o to, by rzecz nie uległa zmianie...





RADZIECKIE SŁUŻBY SPECJALNE W PEERELOWSKIM PAŃSTWIE

Podejmując ten temat trzeba uwzględnić co najmniej cztery obszary zagadnienia

1/ Oficjalni przedstawiciele KGB w MSW.

2/ Oficjalni przedstawiciele GRU i KGB w MON.

3/ służby zabezpieczenia i penetracji otoczenia grupy wojsk radzieckich stacjonujących w Polsce.

4/ Prowadzeni przez rezydentury KGB i GRU przy ambasadzie i konsulatach ZSRR agenci pracujący pod przykryciem oraz prowadzeni niezależnie od rezydentur tak zwani nielegałowie.



Omówmy teraz te punkty po kolei.

Ad 1/ Rozpocznijmy od cytatu z artykułu Iwony Jurczenko, autorki „Prawa i Życia”, często podejmującej tematy służb specjalnych, powołującej się na informacje uzyskane od b. wysokich funkcjonariuszy MSW.
„Oficjalnym szefem grupy KGB w Polsce był zawsze generał, umiejscowiony jako I sekretarz ambasady ZSRR (...) Grupa KGB liczyła - w zależności od aktualnych potrzeb - od kilku do kilkudziesięciu pracowników.(8 ) (...) Oficerowie KGB do połowy lat osiemdziesiątych dysponowali stałymi przepustkami do gmachów MSW. Swobodnie poruszali się gdzie chcieli i jak chcieli. Każdy departament miał swego 'opiekuna' z głosem doradczym, który utrzymywał codzienne, robocze kontakty. Do jego obowiązków należało między innymi opiniowanie działalności funkcjonariuszy SB. Przedstawiciele KGB mieli dostęp do wszystkich materiałów w 'podopiecznych' departamentach, dostawali na przykład stenogramy z podsłuchów najważniejszych obiektów, mieli prawo sięgania do archiwów MSW, nawet najtajniejszych. Korzystali z lokali konspiracyjnych MSW, samochodów i kierowców. (...)

W połowie lat osiemdziesiątych usiłowano zablokować swobodny dostęp KGB do informacji.(9) Wprowadzono zasadę, że tajne 'Informacje dzienne' wskazujące aktualne strategie i najważniejsze polskie problemy będą przekazywane rezydenturze KGB wyłącznie za pośrednictwem Gabinetu Ministra. Codziennie więc przygotowywano pakiet dla KGB, selekcjonując informacje i znacznie je ograniczając, nie dołączano już wszystkich 'załączników' do 'Informacji dziennej'. Nie wszystkie jednak departamenty, zwłaszcza te, które od lat łączyła z KGB szczególnie bliska współpraca (departamenty III, IV, V) zastosowały się do nowych zasad współdziałania. (...)

Czy istniała możliwość przejęcia przez KGB agentury Służby Bezpieczeństwa? Niewątpliwie tak. Gromadzone w Biurze „C” teczki agentów nie podlegały likwidacji i dotrwały przynajmniej do końca istnienia SB. Poza możliwościami własnej penetracji KGB w archiwach MSW, nie można wykluczyć „sprzedaży” agentury przez część byłych funkcjonariuszy SB, a zidentyfikowanie agenta zawsze oznacza możliwość jego pozyskania. (...)

Oficjalna i legalna obecność oficerów KGB w Polsce, łatwość dostępu do najtajniejszych informacji wynikająca ze stałej współpracy partyjnej, państwowej, militarnej i współpracy służb specjalnych powodowała, że chyba nie było potrzeby sięgania do szerszych „źródeł agenturalnych” wśród członków byłego establishmentu. Natomiast dzisiejsza ewentualna aktywizacja dawnych powiązań z tym środowiskiem wydaje się bezcelowa, ze względu na znikomy dostęp do obecnych ośrodków decyzyjnych. Chyba że chodzi o dawną agenturę długofalową, dziś uplasowaną w obozie władzy. (...)

Oficerom z rezydentury KGB formalnie nie wolno było angażować współpracowników wśród obywateli polskich, ale w praktyce nie było to przestrzegane. Nie wątpię, że coś tam sobie utłukli [autorka przytacza słowa byłego wysokiego funkcjonariusza MSW - dop. AZ]. Podczas I krajowego zjazdu „Solidarności” mieli nawet swoją grupę w Gdańsku i przeprowadzali rozmowy sondażowe z działaczami opozycji, do czego sami się dziś przyznają.”
(10)

Skomentujmy dwie kwestie. Po pierwsze, podkreślić trzeba, iż nawet jeśli faktycznie Gabinet Ministra filtrował informacje dla KGB z pewnością nie wyrządziło to „sojusznikom” większej szkody. Oto argument. W książce „Generał Kiszczak mówi... prawie wszystko” czytamy: „Generał nie chce opowiadać o jeszcze jednej historii, wspomnianej przez jego doradcę, która dużo mówi o naciskach i możliwościach KGB. Otóż w trakcie przygotowywania „okrągłego stołu”, w sierpniu 1988 odbyła się tzw. pierwsza Magdalenka. Czesław Kiszczak miał już przygotowane (w wąskim i zaufanym gronie) przemówienie, które jednak sam, bez wtajemniczenia kogokolwiek, w ostatniej chwili zmienił. Jest to taki prosty trik, żeby sprawdzić wąskie grono współpracowników. Następnego dnia rezydent KGB w Warszawie czynił mu delikatne zarzuty, że poszedł tak daleko w rozmowach z opozycją. Tyle, że cytował... pierwszą wersję przemówienia.”(11)

Komentarz drugi odnosi się do fragmentu tekstu Jurczenko, w którym autorka mówi, iż dzisiejsza ewentualna aktywizacja dawnych powiązań ze środowiskiem komunistycznego establishmentu „wydaje się bezcelowa, ze względu na znikomy dostęp do obecnych ośrodków decyzyjnych.” Wystarczy czytać Urbanowskie „Nie” by przekonać się, że jest to teza niesłuszna: b. nomenklatura dysponuje głęboką wiedzą o tajnikach funkcjonowania nowej władzy. I - rzecz jasna - nie chodzi o powiązania ludzi jednego tygodnika, lecz o obecność w naszym życiu społecznym układu postnomenklaturowego.

Warto też pamiętać, iż jakaś część środowisk opozycyjnych była infiltrowana bezpośrednio przez służby radzieckie. Zresztą, infiltracja taka mogła być częściowo robiona pod obcą flagą, np. przez podszywanie się pod wywiady zachodnie. Dla niektórych ludzi podziemnej "S" mogło być to łatwiejsze do przełknięcia.

Na poziomie Wojewódzkich Urzędów Spraw Wewnętrznych oficjalni rezydenci KGB nie funkcjonowali. Znane są jednak wyjątki: „W bezpiece elbląskiej była placówka KGB i grupa MSW, która kontaktowała się bezpośrednio z konsulatem radzieckim w Gdańsku; może dlatego, że to miasto przygraniczne.”(12) Wiesław Górnicki, b. doradca Jaruzelskiego, wspomina o rezydencie KGB w Katowicach, który „prowadził wykaz 'zdrowych sił w partii'”(13)

J. Dziadul, rozmawiając o przygotowaniach do wprowadzenia stanu wojennego z b. komendantem wojewódzkim MO, gen. Jerzym Grubą, zadaje pytanie: „Ile prawdy jest w tym, że województwo katowickie naszpikowne było w 1981 r. agentami KGB, GRU; służbami czeskimi?

- To jest prawda. Nie dotyczy to tylko Śląska, chociaż ze względu na rangę regionu było ich tutaj - prócz stolicy - najwięcej. Ich działalność związana była z zamiarem interwencji... (...)

- Panie generale, czy już po wprowadzeniu stanu wojennego wyczuwało się, że penetracja wzrasta, a nawet zdąża w niebezpiecznym kierunku prowokacji?

(...) Już po tragedii „Wujka” zastrajkowała huta „Katowice”, w której - okazało się potem - działania odblokowujące 14 grudnia nie do końca były skuteczne. Protest się tlił. Po jej ponownym odblokowaniu prowadzone było śledztwo w stosunku do organizatorów strajku. Nie wszystkich zdołaliśmy zatrzymać. Nagle pojawił się w Katowicach konsul radziecki, Gienadij Rudow. Niewiele spraw mnie w życiu dziwi, ale byłem szczerze zdziwiony, kiedy zażądał, aby w stosunku do jednego z organizatorów strajku umorzyć śledztwo, nie szukać go listami gończymi, bo został już wycofany do... Związku Radzieckiego.”
(14)

We wspomnianym raporcie dla premiera Olszewskiego czytamy: „Jaskrawym przykładem, świadczącym o spełnianiu podrzędnej roli tajnych służb PRL w stosunku do służb sowieckich także po 1956 r., jest tzw. Połączony System Ewidencji Danych o przeciwniku (PSED) - komputerowy system zbierania informacji o osobach (cudzoziemcach i własnych obywatelach) oraz organizacjach uznanych za wrogie dla obozu państw komunistycznych, pozostających w sferze zainteresowań jednostek operacyjnych. Sygnatariusze porozumienia PSED zobligowani byli do przekazywania danych do centrali w Moskwie raz na dwa tygodnie. Chodziło tu o informacje, które przez służby państw niepodległych są szczególnie chronione. W systemie PSED rejestrowano także osoby zajmujące się działalnością opozycyjną. Informacje o rejestrowanej osobie, przekazywane do Moskwy, charakteryzowały się wysokim stopniem szczegółowości. Oprócz danych personalnych zawierały także charakterystyki psychologiczne, opis stanu majątkowego i szczegółowe informacje o rodzinie. System działał od 1978 r. Część dokumentacji systemu dotyczącej opozycji i Kościoła, zgodnie z sugestią przedstawiciela PSED, członka rezydentury KGB w Warszawie, zniszczono na przełomie roku 1989 i 1990, kopia natomiast pozostała w moskiewskiej centrali.”(15)

Trzeba podkreślić, że „Przez trzy lata od czasu 'okrągłego stołu' do opinii publicznej nie przedostały się żadne informacje o istnieniu i funkcjonowaniu systemu. (...) Istnienie systemu być może jest potwierdzeniem informacji o szantażowaniu przez KGB polskich polityków wywodzących się z solidarnościowej opozycji. PSED służył wprawdzie przekazywaniu informacji o wrogach, a nie agentach. Praktyka pracy służby Bezpieczeństwa wskazuje jednak, że wróg mógł stać się agentem i, co ważne, na odwrót - agent wrogiem.”(16)



Ad 2/ Poseł Okrzesik, przewodniczący Podkomisji Specjalnej do Spraw Zbadania Działalności byłej WSW, stwierdza, iż „Niszczenie akt wojskowych i policyjnych służb specjalnych zaczęło się na terenie całego bloku wschodniego mniej i więcej w tym samym czasie. Można podejrzewać, że w sensie ogólnym operację i tę nadzorowało KGB.

Dysponujemy informacjami, że przed zniszczeniem akta były mikrofilmowane. Wiele wskazuje, że mogą znajdować się poza granicami kraju. Niewykluczone, że gdzieś tam istnieje kompletne archiwum WSW, do którego nie mamy dostępu. Znajdują się w nim m.in. teczki wszystkich informatorów kontrwywiadu wojskowego. Nie potrzebuję wyjaśniać, co może to oznaczać z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.”
(17)

Jan Dziadul pyta gen. Grubę o zakres i skalę sowieckiej penetracji: „Pojawienie się pracowników KGB, czy innych wówczas zaprzyjaźnionych służb, nie było chyba dla milicji może bardziej dla SB, niczym wyjątkowym?

- To prawda, byliśmy wykonawcami określonej polityki państwa. Obowiązywał podział na wrogów i przyjaciół. Niech Pan nie wierzy tym wszystkim, którzy teraz zapewniają, że oficerów GRU traktowali jako agentów obcego państwa. Wywiad radziecki dla naszych dowódców nigdy nie był wywiadem obcym. Jeżeli do tego w ich dyspozycji znajdował się nowoczesny sprzęt wojskowy produkcji radzieckiej, to jest więcej niż pewne, że musieli być w jakiejś formie akceptowani przez KGB lub GRU.”
(18 )

Jednakże obecny wiceminister ON, Bronisław Komorowski uważa, że wprawdzie „Między służbami specjalnymi Wojska Polskiego i armii radzieckiej istniała ścisła współpraca. Była to jednak raczej współpraca instytucji, a nie kontakty agenturalne oparte na zasadzie indywidualnego werbunku. Po co więc radzieckie służby specjalne miałyby lokować agentów w instytucji w pełni sobie podporządkowanej? To jest wątpliwe. W ramach tej zinstytucjonalizowanej współpracy, na wysokich szczeblach byli przedstawiciele służb radzieckich. To są fakty i temu nikt nie przeczy. Uważam, że odwołanie radzieckich oficerów łącznikowych - rezydentów, powinno przerwać współpracę” (wszystkie podkr. AZ).(19) Dla kogokolwiek choć z grubsza zaznajomionego z problematyką wywiadowczą owe „raczej”, „wątpliwe” i „powinno” wystarczają, by sprawę traktować znacznie poważniej niż sugeruje to p. Komorowski.

Czy odwołanie rezydentów nastąpiło tak znienacka, by służby radzieckie nie były w stanie nadrobić ewentualnych zaległości w werbowaniu agentów - jeśli takie w ogóle były?! Trzeba też zaznaczyć, iż od r. 1956 oficjalni przedstawiciele armii radzieckiej faktycznie rezydowali jedynie na wysokich szczeblach - np. nie było ich ani w dywizjach, ani w korpusach, ani nawet w sztabach okręgów wojskowych. Natomiast prawie w każdej jednostce byli wyżsi oficerowie polscy, którzy ukończyli szkołę w ZSRR, spora część z nich miała żony Rosjanki z rodzin sowieckiej generalicji.(20) Szefowie Oddziałów WSW w rejonach, gdzie stacjonowały jednostki armii radzieckiej, posiadali bezpośrednie linie telefoniczne łączące ich z szefostwem KGB w tych jednostkach, a kontakty osobiste były częste.(21)

Były wiceminister SW, gen. Dankowski, tak komentuje zapewnienia jednego z rezydentów KGB w Polsce, że rezydenturę obowiązuje bezwzględny zakaz werbowania w Polsce agentów: „do MSW przyszedłem z kontrwywiadu wojskowego. Czy mógłbym wierzyć, że jakiś wywiad dobrowolnie pozbawia się możliwości agenturalnych w innym kraju? To tak, jakby bocian twierdził, że nie jada żab, bo ktoś mu zabronił. (22)

A dziś wiceminister ON tłumaczy obecne niewielkie zagrożenie sowiecką agenturą niecelowością budowy siatek informatorów w instytucji w pełni sobie podporządkowanej. Jak ma się ta teza do oferowanych nam dziś przez generalicję opowieści o tym, jak to LWP było w obrębie Układu Warszawskiego samodzielne i niezależne w stosunku do sowietów!(23)

Ad 3/ Zabezpieczenie kontrwywiadowcze jednostek radzieckich stacjonujących w naszym kraju było co najmniej potrójne. Po pierwsze, zajmowało się tym KGB, pełniące w armii radzieckiej rolę kontrwywiadu wojskowego. Po drugie, w tych województwach, gdzie jednostki radzieckie stacjonowały, w WUSW-ach, w wydziale II (kontrwywiad) istniały sekcje poświęcone temu zadaniu.(24) Po trzecie wreszcie, przez służby specjalne LWP - w zakresie zewnętrznego otoczenia tych jednostek (żadna służba polska nie miała wstępu na teren koszar radzieckich).

We wszystkich tych przypadkach zabezpieczenie kontrwywiadowcze obejmowało także pracę z agenturą wśród ludności cywilnej na terenach sąsiadujących z jednostkami wojskowymi. Oficerowie wydziałów II w WUSW, ich zwierzchnicy oraz kierownictwa Oddziałów terenowych WSW przez wiele lat utrzymywali zażyłe kontakty służbowe i nieformalne z sowietami. Ilu Polaków służby radzieckie zwerbowały, nie zadowalając się więziami towarzysko-przyjacielskimi, tego nie wiadomo. Wiadomo natomiast, iż przeprowadzając weryfikację kadr SB, zgodnie z wytycznymi centralnymi, najbardziej pobłażliwie traktowano pracowników pionów I i II (wywiad i kontrwywiad), które w znacznej części przejął UOP.

Jasne jest też, iż aktywną działalność na naszym terenie prowadziły korzystając z zaplecza Północnej Grupy Wojsk Radzieckich, GRU i Specnaz.(25)



Ad 4/ Ten punkt dotyczy w istocie nie tylko wpływów Wschodu, lecz wszystkich krajów prowadzących w Polsce operacje wywiadowcze. Tu o konkretne dane najtrudniej. Warto jednak sytuację naświetlić w sposób ogólny.

W przypadku osób pracujących pod przykryciem w grę wchodzą kadrowi pracownicy wywiadu, funkcjonujący w danym kraju jako dziennikarze, naukowcy, biznesmeni, fachowcy, itd. Ich powiązania z krajem macierzystym są znane i zazwyczaj kontrwywiad kraju goszczącego poddaje ich rutynowej kontroli.

Nie jest to możliwe w przypadku nielegałów - także często będących kadrowymi pracownikami wywiadu, ale żyjących na papierach osób albo już zmarłych, albo gnijących gdzieś na Syberii. Grają oni role tubylców albo gości zagranicznych z krajów trzecich. Gruba podaje przykład człowieka, który zgłosił się na Uniwersytet Jagielloński, na studia do prof. Hieronima Kubiaka, swego czasu członka Biura Politycznego KC. „Studiował pilnie, miał tylko jedną wadę: bardzo lubił prowadzić swoich kolegów 'na konsulat' [radziecki - dop. AZ]. Był jednym z głównych organizatorów tych demonstracji. Służba się więc za niego wzięła. Włożyli trochę pracy, ale go rozpracowali. Okazał się kadrowym pracownikiem KGB. Widocznie 'radzieccy' uznali, że za dużo już wiemy, bo młodzian nagle zniknął.”(26)

Nielegałowie bywają wykorzystywani jako agenci wpływu. Zadania tych ostatnich Kiszczak charakteryzuje tak: „Urabianie opinii publicznej lub określonych środowisk w danym kraju. Urabianie w różnym kierunku. Najczęściej chodzi o pozyskanie sympatii dla państwa, dla którego się pracuje, czasami dla służb, dla których się pracuje. Mogą też być bardziej zawiłe kombinacje, na przykład tworzenie atmosfery niechęci wobec kogoś lub czegoś.

Rozpoznanie i rozpracowanie agentów wpływu jest trudne choćby dlatego, że granica między procederem, z którym wiążą się środki łączności (...) i wypłacana przez wywiad gaża, a agenturalnością nieświadomą, opłacaną przez fundacje i dziwne organizacje charytatywne lub nie opłacaną w ogóle, jest płynna. Nie mówiąc już o działalności z wewnętrznego przekonania.”
(27)




AGENTURY WSCHODNIE DZIŚ

Jerzy Morawski, autor książki o poszukiwaniu miejsc kaźni polskich oficerów pod Charkowem, pisze, że przed wizytą w Warszawie prezydenta Ukrainy, Leonida Krawczuka, przybyła do Polski grupa prywatnych biznesmenów ze Lwowa, Kijowa i Charkowa. „Przewodnikiem Ukraińskich ludzi interesu okazał się płk. Murzin, rok temu naczelnik wydziału śledczego charkowskiego KGB (...) ponad dwadzieścia lat etatowo przepracował w KGB. (...) Zasłużony kagebista przywiódł do Polski fundację 'Ukraina i Świat', której głównym założeniem jest wprowadzenie Ukrainy do cywilizowanego świata. (...) Dyrektor przedsięwzięcia Stepan Ederyk (...) nie mówił po polsku, ale rozmówcy odnieśli wrażenie, że dobrze zna język polski, tym bardziej, iż wychował się w Hyrowie w Bieszczadach. (...) W fundacji 'Kultury Ukraińskiej' w Warszawie nikt nie słyszał o charkowskiej fundacji, a jej przedstawiciele nie pojawili się w niej. Ominęli też przedstawicielstwo Ukrainy; w tej agendzie rządowej nic nie wiedzą o fundacji 'Ukraina i Świat' (...).”(28 )

Mówi oficer [UOP?] służb specjalnych (lipiec '92): „Oni gwałtownie rozbudowują swoją sieć w Polsce. Werbują tak jak wszyscy. Modny jest obecnie na przykład handel z rosyjskimi żołnierzami i oficerami stacjonującymi w Polsce. Otóż Północna Grupa Wojsk Radzieckich, dopóki u nas jest, jest bardzo dobrą przykrywką dla rosyjskich działań operacyjnych. Jest naturalne, że z wojskiem są oddziały czy sekcje kontrwywiadowcze. Na ile jednak są one kontrwywiadowcze, a na ile są placówkami wywiadu rosyjskiego, to tylko oni wiedzą. Jeśli więc ktoś handluje z nimi bronią, złotem, benzyną i robi kokosowe interesy ciesząc się, że 'frajerzy' dają się oszukiwać, to taki ktoś powinien się liczyć z tym, że być może kiedyś ci frajerzy zażądają współpracy innego typu. Podobny los może spotkać biznesmenów działających na zupełnie cywilnym polu. Tych na przykład, którzy sprowadzają do Polski spirytus na reeksport dla Rosji. Sprowadzają dla nich meksykańskie Marlboro, filipiński cukier, wspólnie kuglują fakturami, podatkami i prowizjami. Rosjanie nie mają za dużo pieniędzy, ale chętnie sprzedają w rozliczeniu, na przykład, rzadkie metale. Czy (...) tam jest już taki burdel, że nikt nie kontroluje towarów strategicznych? Wystarczy jedna transakcja, by mieć przechlapane całe życie.”(29)

Pod koniec sierpnia '92 w Sądzie Wojewódzkim w Legnicy odbywa się rozprawa oskarżonych w aferze rtęciowej. Trzej obywatele Ukrainy („byli pracownicy cywilni i żołnierze wojsk byłego ZSRR”) oraz oficer polskiej policji stają wobec zarzutu gromadzenia, przechowywania i próby sprzedaży bez zezwolenia 30 kg metalicznej i 7 kg czerwonej rtęci (tlenek rtęci). „Legnicki Sąd Wojewódzki zadecydował, że na salę sądową podczas rozpraw publiczność ani dziennikarze nie będą wpuszczeni. Sędziowie decyzję taką uzasadnili obawą przed ewentualnością ujawnienia tajemnic państwowych i służbowych” (podkr. AZ).(30)

Latem '92 zauważono nasilone zjawisko pozostawania w naszym kraju zdemobilizowanych żołnierzy b. Armii Radzieckiej. Poseł Ryszard Ulicki (SLD), wniósł w tej sprawie interpelację do prezesa Rady Ministrów.(31) Jaka część tych żołnierzy jest ludźmi Specnazu, GRU, KGB? Ilu zostało, otrzymawszy zadania wywiadowcze? Czy ktoś orientuje się, jaka jest skala tego zjawiska? Być może nie zajmuje się tym nikt, jeśli wśród osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kraju panuje prostolinijność podobna do okazywanej przez wiceministra Komorowskiego.

Zastanowienie budzi też wysoka liczebność (ponad 4000 osób w lutym '93) żołnierzy b. ZSRR, którzy zostali w Polsce - oficjalnie dla zabezpieczania wojsk wycofujących się z Niemiec. Jakich specjalności są ci żołnierze? Jak wskazał jeden z moich konsultantów,(32) nie są to jednostki regulacji ruchu wojsk, bo przemieszczają się one wraz z oddziałami; nie jest to jedynie łączność, gdyż dla celów wycofania wojsk wystarczyłby pułk łączności (600-700 osób), mogący obsłużyć armię (o stanie w przybliżeniu: 4 dywizje, 2 brygady różne, kilka pułków tj. w sumie 60-80 tysięcy żołnierzy). Ustalenie, gdzie wojska b. ZSRR obecnie w Polsce kwaterują, mogłoby wyjaśnić ich zadania. Prawdopodobne wydaje się, iż mamy do czynienia z jednostkami wywiadu elektronicznego Rosji. W obecnej sytuacji na pewno interesującymi się nie tylko obszarem NATO, lecz też polskimi systemami łączności wojskowej i rządowej. „W Rembertowie pod Warszawą stacjonuje olbrzymia rosyjska jednostka łączności. Piętnaście kilometrów od centralnych instytucji władzy RP! A doprawdy Rembertów nie leży na żadnym szlaku tranzytowym.”(33)

Tropy wschodnie istnieją też w sprawie FOZZ - tu jednak nie będę ich podejmował.

Obecnie w Polsce żyje przynajmniej kilkuset - lekko licząc - b. oficerów SB przeszkolonych w szkołach KGB. Znaczna część z nich, jeśli nie większość, funkcjonuje w różnych układach gospodarki. Niektórzy prowadzą interesy z Rosją i Ukrainą. Czy prowadzone jest jakiekolwiek kontrwywiadowcze sprawdzanie tych ludzi? Czy UOP jest w ogóle w stanie robić to skutecznie? Przecież wśród obecnych funkcjonariuszy UOP jest mnóstwo kolegów i krewnych tych, którzy mieliby zostać sprawdzani i kontrolowani. Jak można sobie wyobrazić infiltrację przez UOP, np. spółki międzynarodowej z kapitałem wschodnim, w której rej wodzą byli funkcjonariusze SB, KGB-iści oraz ludzie mafii (w tym odczłowieczeni podczas wojny afgańskiej b. żołnierze Specnaz-u), razem prowadzący nielegalne interesy na dużą skalę?

Skuteczna infiltracja nie jest możliwa w sytuacji, gdy nasze „tajne” służby są przejrzyste dla „zainteresowanych” dzięki kontaktom ze sprawdzonymi, a obecnie - zdaniem p. Milczanowskiego – „lojalnymi”(34) fachowcami. Bardzo to sympatyczne, że ministrowie Kozłowski, Majewski i Milczanowski wierzą w lojalność funkcjonariuszy ze „starego portfela”. To wszystko jednak jest tylko piękna teorią, padającą w konfrontacji z realiami życia, gdy trzeba wybierać między lojalnością wobec, wyszydzanego przez tygodnik „Nie”, państwa solidaruchów, a pokusami finansowymi i powiązaniami z byłymi kolegami. Przecież nie tak mała część starych ludzi UOP-u pragnie obecnie wcale nie tej stabilizacji zawodowej, którą chce im zapewnić pan Milczanowski,(35) ale jedynie doczekania chwili nabycia uprawnień emerytalnych, by jak najszybciej pójść śladem swych kolegów odnoszących sukcesy w biznesie. Gdzie w takim razie zlokalizowana może być ich lojalność?


SPRAWA LEGNICKA

Waldemar Pawlak, premier szybkiego reagowania, wykonując zadanie czystki kadrowej w niektórych aparatach państwa (MSW, MON, URM) nie ograniczył się do poziomu centralnego. Aleksander Łuczak, bliski współpracownik Pawlaka, mianowany przezeń podsekretarzem stanu w URM, pisze, iż już 8 lipca wiadomo było, że prezydent „zaakceptował kandydaturę Hanny Suchockiej na premiera oraz proponowany przez nią skład gabinetu.”(36) Jednak w dniu 10 lipca '92, w ostatnich godzinach swego urzędowania, premier Pawlak uznaje za niezbędne odwołanie wojewody legnickiego. Jakie były przyczyny tego niezwykłego kroku? Czy, podobnie jak decyzje kadrowe z poziomu centralnego, i to posunięcie zostało dokonane na polecenie Belwederu? Łuczak w swej książce poświęconej 33 dniom premiera Pawlaka nie pisze o tej sprawie ani słowa.

Pod koniec sierpnia '92 „Nowy Świat” publikuje obszerny materiał, w którym czytamy m.in.: „Utworzenie w Legnickiem 'ziemi niczyjej' oraz łamanie zakazów szefa polskiego Sztabu Generalnego zabraniającego lotów samolotów transportowych z baz sowieckich, to działania strony rosyjskiej, które do tej pory nie spotkały się z żadną wyraźną reakcją rządu polskiego. Jedynym realnym, choć pośrednim przejawem polityki Warszawy wobec Rosjan stała się cicha akceptacja ministra - szefa Urzędu Rady Ministrów Jana Marii Rokity dla dymisji wojewody legnickiego. Odwołanie Andrzeja Glapińskiego, w ocenie polityków i w świetle faktów, w sposób oczywisty wiąże się ze zdecydowanymi działaniami, jakie Andrzej Glapiński podjął w obronie suwerenności swego Małego Kraju – Legnickiego.”(37) Autor tekstu dokumentuje tezę o tych działaniach Glapińskiego. Przytacza m.in. pisma wojewody do dowódców radzieckich jak i podległych wojewodzie prezydentów miast, w których wojewoda przeciwstawia się dewastacji obiektów przejmowanych od wojsk Federacji Rosyjskiej, jak i notatki służbowe straży miejskiej w Legnicy obrazujące nielegalny handel i przemyt.

Czy znajdowanie się na terenie wojskowego lotniska w Legnicy w lipcu '92 ok. 100 samochodów osobowych, w tym nowych z zachodnimi rejestracjami,(38) najwyraźniej kradzionych, nie wskazuje na bezpośrednią współpracę wojskowych władz rosyjskich z mafiami kryminalnymi? Wysoce prawdopodobna wydaje się też sytuacja odwrotna: wykorzystywanie przez KGB i GRU organizacji kryminalnych dla realizowania swych celów.

W artykule czytamy też: "W pierwszej połowie roku - jakoś tak dziwnie choć nieprzypadkowo się złożyło - zaczęły powstawać w Legnicy spółki z udziałem kapitału zagranicznego. Były to dość szczególne przedsięwzięcia. Najczęściej polsko-rosyjskie lub polsko-rosyjsko-zachodnie. Ze strony rosyjskiej do spółek wchodzili zwykle byli sportowcy, masażyści, artyści, którzy w ten czy inny sposób pozostali na terenie Polski. W 90 proc. byli etatowymi pracownikami KGB.(39) Nie kryli zresztą swojej przeszłości wpisując do ankiet 'wykształcenie specjalne'. Polscy udziałowcy mieli nie mniej ciekawą przeszłość. W czasach komunistycznych byli sędziami, prokuratorami, pracownikami milicji, służb specjalnych, funkcjonariuszami PZPR. O takie choćby Konsorcjum Rozwoju Ekonomicznego BUDOWA, którego udziałowcem jest Tadeusz Podwiński, były wicewojewoda i szef Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. (...)

Przedmiotem działalności wszystkich tych spółek, których powstało od początku roku do lipca 1991 r. kilkadziesiąt, jest handel. Czym m.in. handlują? Na to pytanie odpowiedział jeden z szefów spółki TGG-Polska. Miał on powiedzieć w rozmowie z wysokim urzędnikiem państwowym, że Legnica to obecnie bardzo dobry punkt przerzutowy broni do Konstancy, która stamtąd wędruje do Chorwacji. Zasugerował także, że jego firma jest zainteresowana handlem bronią. Wśród udziałowców TGG znajduje się Marzenna Faryś, która była, obok Andrzeja Gąsiorowskiego i Bogusława Bagsika, współzałożycielką Art-B a obecnie również ma swoje udziały w spadkobiercy Art-B - LEG-ART.”
(40)

W „Przerwanej premierze” dziennikarze „Tygodnika Solidarność” nawiązując do słynnego szyfrogramu rządu, protestującego przeciw podpisaniu p. 7 traktatu polsko-rosyjskiego, pytają Jana Olszewskiego „czy pozostawienie możliwości tworzenia spółek dla pozostałości armii radzieckiej byłoby elementem zgody na drugi - wprawdzie marginalny - układ władzy gospodarczej?

- Nie wiem, co by z tego mogło dalej wynikać. Wiem jedno, że jeżeli się określa status spółek w dokumencie międzynarodowym, to one mają status organizacji wyłączonych jakby spod suwerenności polskiej. Funkcjonują one z tytułu porozumienia z innym państwem.”
(41) Nie wiemy czy, i jaką, rolę w przygotowaniu traktatu z Rosją odegrał b. członek Biura Politycznego, a obecnie polski ambasador w Moskwie, Stanisław. Ciosek? A jaką te 10% pracowników MSZ, mających za sobą Moskiewski Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych (MGIMO)?(42)

„Agenci KGB mieli pracować w polsko-rosyjskich spółkach tworzonych przy wykorzystaniu obiektów armii czerwonej wycofującej się z Polski - powiedział (...) b. wiceminister obrony narodowej Romuald Szeremietiew (...). Zdaniem Szeremietiewa 'agenci KGB byli do tego zadania specjalnie szkoleni. Spółki te, których powstanie przewiduje polsko-rosyjski traktat, umożliwiłyby KGB utworzenie w Polsce sieci wywiadowczej z systemem podsłuchów i zbierania informacji.”(43)

Być może słowa Szeremietiewa to tylko domysły. Dotyczą jednak spraw na tyle ważnych, by ich sprawdzeniem zajął się UOP. Czy tak się stało? Kończąc ten fragment spytajmy: czy obecnie oficjalnym rezydentem GRU w Polsce jest nadal generał Aleksander Fomin? To o Fominie Gotówko mówi, że bardzo cenił go Jaruzelski - niegdyś „szefa sztabu pułku, w którym jako podporucznik służył w czasie wojny?”(44) Rozumiem, iż niekiedy lepiej mieć rezydenta oficjalnego niż nielegalnego. Jednak, czy szef placówki obcego wywiadu blisko powiązany z Jaruzelskim nie powinien być natychmiast usunięty z Polski jako persona non grata?


GWARANCI WPŁYWÓW MOSKWY?

Rację ma Józef Darski mówiąc o manipulacjach politycznych: „żaden scenariusz nie sprawdza się w 100 procentach. Można mówić jedynie o potwierdzaniu istnienia pewnych tendencji. Im planowanie obejmuje dłuższy okres czasu, tym musi być ogólniejsze, dlatego mogą zaistnieć nieprzewidziane, żywiołowe wydarzenia.” Trudno się jednak z nim zgodzić, gdy zaraz potem dodaje: „Ale ogólnie rzecz biorąc kontrola naszego rejonu przez Moskwę nie została naruszona.”

Nie mam nic przeciw wypowiadaniu tez w rodzaju: „Istnieją dwa ośrodki, które wywierają wpływ na sytuację w Polsce; jest to Moskwa oraz Kościół.” Gwaranci wpływów Moskwy, zdaniem Darskiego, to „prezydent ze swoim otoczeniem” oraz „Unia Demokratyczna i jej partnerzy.”(45) Problem z tezami tego typu nawet nie w tym, że trudne jest ich udowodnienie - w końcu bzdurna byłaby postawa, polegająca na tym, by za rzeczywiste uznawać tylko to, co jest widzialne gołym okiem i do natychmiastowego udowodnienia.

Trzeba jednak choćby ogólnie wskazać, jakimi sposobami obecne centrum w Moskwie (i jakie centrum - rządowe, prezydenckie, militarne, KGB-owskie, jakiś połączony komitet państwowy, lub państwowo-mafijny?) jest w stanie wywierać taki wpływ. Z jakich powodów Wałęsa, jego otoczenie, Unia i jej partnerzy mieliby Moskwie służyć? Jakie rodzaje motywacji miałyby wchodzić w grę? Jak bowiem zapewnić lojalność już nie poszczególnych polskich polityków, ale złożonych instytucji, wobec zagranicznych mocodawców w zmieniającym się układzie ustrojowym, w warunkach kryzysu społecznego, w warunkach przewartościowań, demistyfikacji starych złudzeń i narodzin nowych mitów? W sytuacji, gdy stare bodźce tracą znaczenie w obliczu nowych możliwości i zagrożeń.

Proszę zwrócić uwagę, iż nie pytam się w tym miejscu o dowody. Potrzebne są jednak chociaż sensowne przesłanki, aby w publiczny sposób wypowiadać takie tezy czy przypuszczenia.

Spójrzmy na przypadek sowieckiego puczu sierpniowego. Jak zapewnić zdyscyplinowanie wykonawców, gdy traci się władzę nad duszą i kieszenią podległych pracowników, gdy załamuje się wiara w autorytet kierownictwa? Gdy staje się ono ograniczone w stosowaniu kija, a marchewki brak?

Czy naprawdę wiemy, jak daleko poszła dekompozycja Imperium? Które jego struktury uległy procesom rozkładu w stopniu najmniejszym? Czy były takie, których rozkład prawie wcale nie dotknął? Nie przesądzam w tym miejscu odpowiedzi na te pytania - wiem po prostu zbyt mało. Czy nasze służby wywiadowcze wiedzą lepiej?


* * *
Jakie służby specjalne pracują obecnie na naszym terenie? Chciałbym, aby dla naszego państwa pracowali fachowcy, potrafiący wymienić ich kompletną listę. Nie ulega wątpliwości, iż czynne na pewno są CIA, GRU, następcy KGB, niemieckie BND i MAD, brytyjska SIS (popularnie – MI 6), izraelski Mossad, francuska DGSE. Nic nie słyszy się o aktywności Szwedów czy naszych południowych sąsiadów. Którym z tych firm funkcjonariusze PRL sprzedali tajne akta? W jakim stopniu funkcjonowanie układu postnomenklaturowego ułatwia działania tych służb?


CZYM JEST I JAK FUNKCJONUJE UKŁAD POSTKOMUNISTYCZNY W POLSCE?

Historyczne tło tego układu zostało zarysowane wcześniej we fragmentach poświęconych zabezpieczeniom ekonomicznym i agenturalnym.

Dzisiaj - piszę te słowa pod koniec '92 - możemy powiedzieć, iż nie mieli racji ci, którzy, tak jak Jan Rokita, uznali, że „Brak przełomu w znacznej mierze ustabilizował instytucje państwa, ułatwił przejście od państwa podległego do niepodległego.”(46) Choć nie wykluczam, iż mogło się tak zdawać jeszcze półtora roku temu. Dziś, gdy już posiadamy pewną orientację, co do stopnia agenturalnej kontroli elit opozycyjnych przez tajne służby, trzeba powiedzieć coś wprost przeciwnego: brak przełomu znacząco utrudnia budowę Polski demokratycznej i niepodległej.

Przedstawmy przykłady działania układu postnomenklaturowego we współczesnej Polsce.
Zacznijmy od bankowości. Piotr R. Bączek twierdzi, iż ponad 90% banków znajduje się pod bezpośrednią kontrolą ludzi PRL-u. „Do chwili obecnej najważniejsza organizacja finansjery, Związek Banków Polskich, znajduje się w rękach komunistów, prezesem jest Marian Krzak [minister finansów i ambasador w Wiedniu w czasach rządów PZPR - dop. AZ]. Właśnie w oparciu o ZBP powstaje centrum szkolnictwa bankowego. W proces ten zaangażowany jest także Władysław Baka, który był poprzednikiem na stanowisku prezesa NBP aresztowanego Grzegorza Wójtowicza. Jest on przewodniczącym Rady Programowej Katowickiej Szkoły Bankowej. ZBP jest również mecenasem właśnie powstającej Warszawskiej Szkoły Bankowej.

Dobrym duchem tego przedsięwzięcia jest m.in. Stanisław Kociołek, osławiony I sekretarz gdańskiego KW PZPR. (...) Wielu funkcjonariuszy KC tuż przed rozwiązaniem PZPR nagle zostało skierowanych do pracy w NBP, teraz po odbyciu 'odpowiedniego' stażu mogą rozpocząć indywidualną karierę w bankowości. Komuniści opanowując szkolnictwo bankowe umożliwiają swoim ludziom 'wypranie' swoich życiorysów. Absolwenci szybkich kursów zorganizowanych przez te szkoły, w której wykładowcami będą pracownicy renomowanych uniwersytetów i firm zachodnich, dostaną podkładkę na dalszą pracę w resorcie finansów państwa.”[/i
](47)

J. Kaczyński przytacza sytuację z Częstochowy. [i]„Pewne przedsiębiorstwo zwróciło się o kredyt do Banku Handlowego. (...) Przedsiębiorstwo spełniało warunki banku. Nagle zgłosił się do niego 'Universal', znana firma, jedna z ostoi dawnej nomenklatury, że pomoże im uzyskać ten kredyt, ale za pośrednictwo żądają 10 proc. Ci odmówili, bo przecież spełniali warunki. Wtedy bank zawiadomił, że warunki zmienia. 'Universal' znowu się zgłasza, ale tamci przyjmują te ostrzejsze warunki. To się powtarza trzykrotnie, za każdym razem bank zaostrza warunki i za każdym razem 'Universal' służy pomocą. To co to jest? To jest dokładnie stary układ, działający w zmowie. Pośrednikiem po prostu musi być 'Universal' i już. Bank Handlowy to także siedziba starej nomenklatury.

Nie jest to układ jednostkowy, coś wyjątkowego. Przecież taka sytuacja tworzy mechanizm regulujący życie gospodarcze w kraju i to mechanizm jałowy, niszczący.”
(48)

Skoro jesteśmy przy „Universalu”. Być może niektórzy telewidzowie pamiętają 40-minutowy film wyemitowany przez polską telewizję 22 lipca '91, przedstawiający sukcesy „Universalu” i Dariusza Przywieczerskiego na różnych kontynentach. Prasa wskazywała potem, że była to ewidentna kryptoreklama „Universalu”. To właśnie jeden z przykładów działania starych dojść i układów - w tym przypadku w środkach masowego przekazu.

„Wszystko od was zależy” - lubi powtarzać Prezydent Wałęsa, zwłaszcza, gdy zwraca się do młodzieży. Spójrzmy w tej perspektywie na przyznawanie kredytów bankowych. Według raportu NIK dotyczącego nieprawidłowości w gospodarce w latach '90-91, w systemie bankowym występuje „udzielanie kredytów na podstawie arbitralnych decyzji szefów banków (mimo negatywnej oceny służb kredytowych). Czy to w małych bankach kredyty udzielane są 'krewnym' i 'znajomym' prezesa.”(49) Ktoś może powiedzieć: to nic nadzwyczajnego, dzieje się tak nie tylko w krajach obciążonych komunistycznym dziedzictwem. Korupcja zdarza się wszędzie. Jest tylko jedno ale... Ustalmy najpierw profil społeczno-polityczny owych prezesów - ilu z nich to ludzie z nomenklaturowych układów. Czymś innym jest bowiem korupcja statystycznie rozproszona, a czymś innym wyraźnie ukierunkowana przez pewne grupy i siły społeczne. Znane są przypadki, że ludzie dawnej nomenklatury najpierw załatwiają sobie korzystnie oprocentowane kredyty rzędu setek milionów złotych, a dopiero potem obmyślają, jak ustawić gwarancje. Z drugiej strony natomiast osoby spoza dawnych układów odsyłane są z kwitkiem. O zbyt wielu tego typu sytuacjach się słyszy, by nie uznać, iż mamy tu do czynienia z poważnym zjawiskiem społecznym.

Przypomnijmy, że każdy bank miał swego opiekuna z SB, którego podstawowym zadaniem było posiadanie siatki informatorów i pełna orientacja w sytuacji na terenie podległej mu placówki. A to, iż wiedza oficerów opiekujących się podległymi im zakładami pracy obejmowała niektóre przynajmniej ciemne: sprawki pracowników tych zakładów nie może ulegać wątpliwości.

Omawiając sprawy bankowe warto też spytać, czym zajmuje się UOP, skoro, nie ma końca wielkim aferom w tzw. bydgoskim zagłębiu bankowym?

Poświęćmy teraz nieco uwagi sygnalizowanej wcześniej sprawie Art-B. Zdaniem Jana Olszewskiego w spadku po UB i SB pozostała nam „pewnego rodzaju siatka, obejmująca tysiące ludzi, w różnych sferach życia, szczególnie gęsta tam, gdzie są newralgiczne ogniwa aparatu państwowego. (...) Bankowość, ministerstwo finansów, resorty związane z kontaktami zagranicznymi, pewne działy gospodarki, nie mówiąc już o wojsku, policji czy innych tego rodzaju służbach i także pewne elity intelektualne. (...) Jest zupełnie nie do pomyślenia, żeby tego rodzaju afera, jak sprawa Art-B, opierająca się przecież głównie na kombinacjach bankowych, mogła być dokonana bez specjalnego, dodatkowego uruchomienia takiej właśnie siatki. Jest to po prostu niemożliwe, by dwóch młodych ludzi, którzy nie reprezentując niczego, poza mniejszym czy większym talentem muzycznym, założyło firmę z niczego, bo suma wyjściowa była śmieszna i w ciągu bardzo krótkiego czasu, żerując tylko i wyłącznie na kredytach udzielanych im przez bardzo różne banki bez żadnego zabezpieczenia, kredytach podpisywanych przez bardzo różnych pracowników tych banków, zgromadziło tak duże pieniądze i mogło nimi obracać, a potem lwią ich część wywieźć za granicę. I żeby to wszystko odbywało się tylko na zasadzie jakiegoś gapiostwa czy dobrych układów osobistych. Przecież panowie z Art-B w większości dostawali te kredyty od ludzi, których nie widzieli na oczy, z którymi nie mieli żadnych osobistych kontaktów i z którymi nawet nie bardzo technicznie mogliby się podzielić zyskiem. Musiało być gdzieś wydawane polecenie, że taką, a taką sprawę trzeba załatwić w taki, a taki sposób. Czyli działała jakaś siatka, a nie odbywało się to jedynie na zasadzie prostego przekupstwa urzędników bankowych.”(50)

Przyjmijmy za dobrą monetę interpretację głównych, znanych bohaterów tej sprawy i uznajmy, iż - w zasadzie - przedsięwzięcie Art-B było na gruncie obowiązujących praw legalne. Weźmy teraz pod uwagę liczbę informacji, kontaktów i dojść do ważnych osób, niezbędnych dla sprawnego zaprojektowania i przeprowadzenia operacji typu oscylator. Gdy to uczynimy staje się jasne, że prawdopodobieństwo zrobienia tego wszystkiego przez dwóch geniuszy gospodarki rynkowej, pozbawionych wsparcia tego typu o jakim mówi Olszewski, jest skrajnie nieprawdopodobne. Wiele lat trzeba funkcjonować w różnych układach po to, by wyrobić sobie gęstą siatkę dobrych dojść osobistych. Czy sprawa Art-B nie jest wystarczającym wskaźnikiem silnej i szkodliwej społecznie pozycji układu postnomenklaturowego w naszym systemie bankowym?

Jerzy Dziewulski, swego czasu szef jednostki antyterrorystycznej na Okęciu, mówi: „Nie pracowałem dla Art-B, nie brałem od nich pieniędzy, natomiast nie zaprzeczam, że znałem Bagsika i Gąsiorowskiego.”(51) Nie zaprzecza natomiast, że dla Art-B pracowali jego podwładni z jednostki.(52) Każdy wie, iż nie ma sensu wypierać, się tego, co łatwo można udowodnić. A poza tym nie trzeba być formalnie zatrudnionym, nie trzeba brać pieniędzy; można być niezwykle przydatnym i odnosić korzyści w nieco innym trybie. Gdy spotykają się ambitni ludzie, z których każdy ma unikalne kontakty lub wiedzę, to czy trzeba wiele wyobraźni, by domyśleć się, że ich spotkania nie ograniczą się ani do dyskusji nad sensem życia, ani do pogaduszek o pośladkach Maryni.

W czym zatem mógł być pomocny szefom Art-B były anty-terrorysta a obecny poseł? Trudno uznać go za eksperta w sprawach gospodarczych. Znał się na zabezpieczaniu przejść granicznych, a lotnisk w szczególności - i nie tylko w Polsce.(53) A przeto i wiedział, jak owe zabezpieczenia można by obchodzić, np. w celu przerzutu większej sumy dewiz; wiedział też, jak sprawnie się na lotniskach poruszać, tak by nie budzić podejrzeń ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.(54) Może w grę wchodziła zabawa w „oscylator” na skalę międzynarodową? A może całkiem inne przedsięwzięcia. Pasuje to także do informacji podanej - w związku z pogłoskami o próbie aresztowania Andrzeja Gąsiorowskiego w USA - iż załatwia on interesy w różnych krajach, do których przylatuje „zaraz po wyjściu z samolotu, nie pokazując ani wizy, ani paszportu.” Nie wychodząc z lotniska odlatuje do Izraela bez przechodzenia kontroli paszportowej.(55)

Być może Dziewulski mówi prawdę: nie pracował dla Art-B i nie brał pieniędzy. Czasami przecież biznes robi się przez wymianę „uprzejmości”: skontaktowanie kogoś z kimś, zarekomendowanie, przyśpieszenie biegu pewnych spraw, itd.

Doświadczenie pokazuje, że afery, w które zamieszanych jest, wiele znaczących osób, nigdy nie są do końca wyjaśniane. Organa próbujące tego typu sprawy badać napotykają zbyt wiele przeszkód, by praca ich mogła skończyć się pełnym sukcesem. Dlatego też jedna z taktyk doświadczonych aferzystów polega na tym, by choćby lekko „umoczyć” w sprawę dostatecznie dużo wpływowych osób, które potem - już nawet tylko dla świętego spokoju - będą sprawę wyciszały.

Układ postnomenklaturowy działa właśnie w taki sposób: rozgałęzia się tak, by objąć nowe, postsolidarnościowe elity polityczne. Być może sprawa Art-B i „Telegrafu” jest najlepszym znanym przykładem takiej taktyki. W kręgach ludowych wyraża się ona słowami: „jak chcesz bezpiecznie kraść, to bierz tyle, byś mógł się podzielić z kim trzeba.”

Warto w tym kontekście przytoczyć wypowiedź posła UPR, Lecha Pruchno-Wróblewskiego, członka komisji Ciemieniewskiego, badającej sposób wykonania uchwały lustracyjnej. ,,(...) Istnieją pewne powiązania finansowo-polityczne pomiędzy KLD a komunistami. Mógłbym na ten problem spojrzeć przez pryzmat moich doświadczeń z komisji lustracyjnej, gdzie te wątki także się pojawiały. Tam te związki widać. Obowiązuje mnie jednak tajemnica, ale gdyby nie to, mógłbym niektóre przykłady podać. Podałbym także informacje, które dotyczą tego ścisłego związku, nawet personalnego, pomiędzy niektórymi członkami KLD i to wcale nie z peryferii tego ugrupowania, z niektórymi osobami, których przeszłość do świetlanych nie należała. (...) Uzyskiwanie kredytów 'na telefon', o czym wiem i są na to dowody, to wzajemne przenikanie się biznesu, nomenklaturowego i powiązanego z KLD - to przecież zasługa m.in. rządów pana Bieleckiego.”(56)

Poseł Lech Mażewski, obecnie w Konwencji Polskiej, ówcześnie lider frakcji konserwatywno-liberalnej KLD, w wywiadzie dla „Trybuny” (przytoczmy tytuł: Dekomunizacja to dziecięca choroba rewolucji) mówi: „wśród umiarkowanej prawicy, którą wyróżnia m. in. liberalizm gospodarczy, dążenie do wzmocnienia władzy wykonawczej i reprezentowanie interesu właścicieli, widzę również miejsce dla ludzi, którzy wywodzą się z PZPR czy SdRP, a dzisiaj doskonale funkcjonują w układach gospodarczych, zresztą tego typu ludzie są również w KLD...” (podkr. AZ).(57) Nieco inaczej widzi tę sprawę poseł Unii Pracy, Ryszard Bugaj: „Jeśli spojrzeć na dzisiejszy Sojusz Lewicy Demokratycznej, to widać, że oni nie są złączeni na płaszczyźnie ściśle programowej. W istocie rzeczy są złączeni w dużym stopniu na płaszczyźnie swoich biografii. Jest to kombatanctwo starego obozu władzy. Są tam ludzie, którzy nigdy nie byli członkami partii, ale w inny sposób włączeni byli w stary układ władzy, a jeśli spojrzeć na poglądy, to są tam także zagorzali liberałowie. Utrzymywanie tego układu nie służy polskiej demokracji.”(58 )

Szef Centralnego Urzędu Planowania w rządach Jana Krzysztofa Bieleckiego i Olszewskiego, Jerzy Eysymontt, mówi o pracach nad ustawą o skarbie państwa, które „zostały podjęte już w roku 1990. Przygotowano projekt takiej ustawy, ale nie wszedł on nawet pod obrady rządu Mazowieckiego. Złożyły się na to różne i skomplikowane przyczyny. W takich sprawach bywają zaangażowane potężne interesy i to sięga nieraz bardzo głęboko w strukturę obecnej, ale i poprzedniej władzy.” Przypomnijmy, że wycofanie przygotowanego przez rząd Olszewskiego projektu ustawy o skarbie państwa, było jedną z pierwszych decyzji rządu Hanny Suchockiej.(59)

Przytoczywszy nieco faktów i tropów spróbujmy powiedzieć coś uogólniającego i zarazem konkretnego o układzie postkomunistycznym. Czym jest i jak funkcjonuje?

Spróbujmy rozpatrzyć sposób działania tego układu w postaci modelowej. Wyobraźmy sobie zatem, iż mamy do czynienia z b. członkiem partyjnej nomenklatury, który jest obecnie przedsiębiorcą „X”. Jego kapitał pochodzi ze spółki nomenklaturowej, tj. powstał na bazie prywatyzacji majątku państwowego. Zgodnie z przepisami obowiązującymi w schyłkowej fazie komunizmu, udziały w spółce mogły być niższej wartości niż ówczesne przeciętne wynagrodzenie.(60) Wkład przedsiębiorstwa państwowego do spółki wielokrotnie przewyższał zaangażowane w takim przedsięwzięciu fundusze prywatne. Jednak opłacone pod stołem kierownictwo przedsiębiorstwa (nierzadko także uczestniczące w spółce przez podstawione osoby) zgadzało się, by większość zysku uzyskanego z takiego przedsięwzięcia była przechwytywana przez osoby fizyczne.

Później, przez różnego rodzaju przewłaszczenia, zmiany charakteru spółek i podmiotów w nie zaangażowanych, dawne państwowe środki zostały - z pomocą fachowców-prawników - wielokrotnie wyprane. Na tyle dokładnie, iż obecnie w większości przypadków szanse procesowego wykazania, iż mamy do czynienia z jakąś formą kradzieży własności państwowej są bliskie zera. Nasz czerwony przedsiębiorca ma jeszcze z czasów swej służby partii, komunizmowi i światowemu ruchowi robotniczemu wiele kontaktów w różnych instytucjach, stanowiących dziś infrastrukturę gospodarki rynkowej. Kontaktom tym zawdzięcza uprzywilejowaną pozycję w grze rynkowej.

Dzięki układom w urzędzie skarbowym jest w stanie uzyskać (nie, nie za darmo) umorzenia zaległych podatków lub korzystną dla siebie, np. ratalną, formę ich spłaty. Poprzez dawnych towarzyszy z egzekutywy ma dojścia bankowe, dzięki którym załatwia wysokie kredyty na dogodnych warunkach. Banki wprawdzie starają się zmniejszyć stopień arbitralności w przyznawaniu kredytów, rozbudowują specjalne procedury zmniejszające ryzyko; zawsze jednak w decyzjach kredytowych pozostaje spory obszar uznaniowości. Zarząd banku decyduje czy przyjąć, czy odrzucić takie lub inne poręczenie jako zabezpieczenie kredytu. Decyduje o wycenie np. budynku przedstawionego w roli gwarancji, a przez tę wycenę o wysokości kredytu jaki można uzyskać. Wreszcie od szybkości uzyskania kredytu może zależeć b. wiele. Przez kontakty w bankach można uzyskać wgląd w business plan przedstawiony przez aktualną lub potencjalną konkurencję. Można nie tylko opóźnić lub zablokować przyznanie kredytu dla konkurencji - znając jej business plan można przechwycić np. jej zagraniczne kontakty zaopatrzeniowe i utrudnić rozwój.

Pan „X” ma i kolegów w sądzie rejestrowym. Dzięki temu wie z wyprzedzeniem o próbach uruchomienia biznesów przez ludzi, których działania mogą być dla niego konkurencyjne. Za nie tak duże pieniądze, może też w - pewnym zakresie - przyśpieszyć rejestrację swoich firm, bądź opóźniać rejestrację przedsięwzięć niekorzystnych dla swych interesów.

Nasz kapitalista zatrudnia w jednej ze swoich spółek b. funkcjonariusza SB - traf chciał, że pracującego swego czasu w nieistniejącym już IOF-ie (Inspektoracie Ochrony Funkcjonariuszy). IOF-y miały swoją sieć informatorów nie tylko w obrębie SB, lecz też w gronie milicjantów. Niektórzy z nich lub członkowie ich rodzin, pracują teraz w policji. Dzięki temu nasz bohater z wyprzedzeniem dowiaduje się o groźbie wszczęcia postępowania przeciw niemu w sprawie np. o nielegalny obrót środkami dewizowymi. Na czas czyści i preparuje potrzebne dokumenty. Dzięki innym kontaktom z ludźmi byłej branży policyjnej, teraz ulokowanych w agencjach ochrony mienia, następuje szybka spłata wierzytelności pana „X”: opornych goryle wywożą do lasu, wręczają łopatę i każą kopać dół - dla siebie. Nieliczni potrafią oprzeć się takiej presji.

Dzięki układom w Sądzie Gospodarczym pan „X” może w elastyczny sposób zachowywać się wobec swoich własnych wierzycieli. Tak długo jest w stanie przedłużać postępowanie o roszczenia finansowe ze strony innych firm przeciw niemu, by poprzez bankructwo kontrolowane jednej ze swych spółek uniemożliwić faktyczną egzekucję zasądzonych kwot. Od dawna wiadomo, że kto kontroluje czynnik czasu, ten ma większe pole manewru.

Pan „X” co miesiąc płacił niewielkie pensyjki (w sytuacjach szczególnych większe premie) pewnej pani z Agencji ds. Inwestycji Zagranicznych oraz panu pracującemu w jednym z departamentów ministerstwa finansów. Dojścia do tych osób uzyskał od b. towarzyszy, z którymi wspólnie wykonywał obroty na nomenklaturowej karuzeli kadrowej. Teraz jego sprawy w tych instytucjach załatwiane są bez zbędnej zwłoki. Do wejścia w życie ustawy o spółkach z udziałem zagranicznym (61) Agencja wydawała zezwolenia na tworzenie spółek z udziałem podmiotów zagranicznych. Duża uznaniowość co do przedmiotu działalności tych spółek (z czym łączył się zakres zwolnień z podatku dochodowego) powodowała, że wnioski ludzi „z ulicy” ślimaczyły się niezmiernie.

Dzięki „konsultantowi” z ministerstwa finansów w przypadku wątpliwości, jak rozumieć niejasności związane z niektórymi aktami prawnymi, pan „X” otrzymywał u samego źródła porady, jaką taktykę zastosować, by skutecznie fiskusa obejść i uzyskać potrzebne zezwolenia. Z wyprzedzeniem dowiaduje się o projektach nowych aktów prawnych i może na czas zmienić status prawny swoich przedsięwzięć gospodarczych dla zminimalizowania podatków. Bardzo przydatne okazują się też kontakty w departamencie dewizowym NBP - gdy chodzi o uzyskanie indywidualnych zezwoleń dewizowych.

Wraz z kolegami nomenklaturowcami nasz kapitalista organizuje specjalne, dość drogie dla uczestników i dochodowe dla organizatorów (ale nie to jest tu najważniejsze) kurso-konferencje na tematy ekonomiczno-prawno-podatkowe. Sednem tych imprez jest to, iż wśród wykładowców są ludzie z różnych poziomów aktualnej - choć niekoniecznie całkiem nowej - władzy. Aż do poziomu - powiedzmy - wiceministrów. Wykładowcy zarabiają jeden, dwa lub nieco więcej milionów za poszczególne wystąpienia, lecz tak naprawdę ważne jest to, iż owe kursy stanowią okazję do bliższego oswajania polityków z ludźmi prywatnego biznesu.

Nie zapominajmy o środkach masowego przekazu. Tak np. jedne są sponsorowane po to, aby wokół byłego cinkciarza, obecnie robiącego wspólne interesy z b. funkcjonariuszami SB i MO, którzy dawniej żerowali na nielegalnym obrocie dewizowym, budować aurę biznesmena o światowych kontaktach i skali. W innych przypadkach dba się natomiast o to, by odpowiednie nazwisko nie zostało zamieszczone na liście 100 najbogatszych ludzi w Polsce. Nie teraz, jeszcze nie teraz.

Oczywiście, korupcja, dojścia, układy występują wszędzie na świecie. W grę wchodzi jednak jakościowa różnica między sytuacją, gdy ktoś musi sobie dojścia korupcyjne wśród urzędników państwowych wypracowywać latami, a sytuacją, gdy we wszystkich niemal newralgicznych instytucjach są ludzie ze starego, układu od dawna przywykli do obchodzenia i łamania prawa. W tym pierwszym przypadku ryzykuje się, iż przy kolejnej próbie przekupstwa łapówkarz trafi na niebiorącego lub nieufnego i powinie mu się noga. W drugim przypadku, gra się toczy z ludźmi, korumpowanie których, nie niesie ze sobą żadnego niemal ryzyka.

Jakie możliwości miał człowiek o takiej, dość typowej - dla niektórych środowisk - drodze zawodowej? Oto przypadek pana AS: „do 1980 r. pracował w Departamencie II MSW. Potem przenosi się kolejno do Centrali Handlu Zagranicznego 'Polimex-Cekop', KW PZPR i Ministerstwa Finansów. Od września 1989 r. do października 1990 r. był zatrudniony w Towarzystwie Handlu Zagranicznego 'DAL'.

Od października 1990 r. już nigdzie nie pracował na etacie. Działał tylko na własny rachunek. Zajmował się doradztwem finansowo-handlowym i pośrednictwem w zawieraniu transakcji w handlu międzynarodowym. Wykorzystywał zdobyte wcześniej kontakty z firmami i osobami na kierowniczych stanowiskach we wszelkich instytucjach prowadzących działalność gospodarczą i nie tylko. Specjalizował się w handlu złotem, czerwoną rtęcią, silnikami samolotowymi i różnego typu uzbrojeniem. Zamordowany w lutym '91. Do stycznia '93 sprawcy nie wykryci.(62)

Jacek Merkel, poseł KLD, prezes zarządu banku Solidarność Chase D. T. Bank S. A., na pytanie: „Czy bezzasadne jest podejrzenie, że politycy (świadomie lub nie) otwierają furtki przestępcom?” odpowiada następująco: „Można sobie wyobrazić taki scenariusz: Jest polityk, którego kampania wyborcza finansowana była przez 'kogoś' - może to być biznes, może to być związek zawodowy. Po wygranych wyborach ów polityk może się czuć zobligowany do świadczenia wdzięczności. Trudno wszakże potraktować serio przypuszczenie, aby 'wdzięczność' skutkowała korzystną korektą prawa. Na to trzeba byłoby 'sfinansowania' 51 procent głosów w parlamencie. Pomijając już fakt, że żadna partia nie dysponuje taką liczba głosów (największa partia ma 12 proc. głosów), to i tak na forum Sejmu interesy określonych grup reprezentowane przez polityków muszą się wzajemnie 'znosić', a ostateczny wynik jest jakimś kompromisem. Jeśli parlament potraktować jako teatr, to widowisko tam grane nie ma jednego reżysera. Jest ich co najmniej kilkunastu.

Mechanizm nieuczciwości jest z reguły inny. Szybkie zmiany, reformy w gospodarce powodują pojawianie się nieoczekiwanych możliwości dla 'zrobienia interesu'. Są ludzie, którym udaje się zauważyć te możliwości i bezwzględnie je wykorzystać. A więc mamy tu raczej casus 'wypadku przy pracy' aniżeli misternie plecioną sieć intrygi...”(63)

A jeśli rzecz wygląda nieco inaczej? Jest, nie polityk, ale grupa polityków, albo nawet partia. A rzecz wcale nie musi polegać na tym, by uruchamiać cały proces legislacyjny od A do Z


Ostatnio zmieniony przez Kazimierz Michalczyk dnia Sob Sie 25, 2007 10:56 am, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 08 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Czw Gru 08, 2016 7:12 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Kazimierz Michalczyk
Moderator


Dołączył: 03 Wrz 2006
Posty: 1563

PostWysłany: Czw Sie 23, 2007 10:43 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

* * *


Ogólna diagnoza dotycząca układu postnomenklaturowego jest taka: tam, gdzie mamy do czynienia z rewelacyjnie szybkim pomnożeniem kapitału lub/i wielkim sukcesem organizacyjnym w tle zazwyczaj kryją się ludzie dawnej nomenklatury, w tym ze służb specjalnych. Ich powiązania, dostęp do trudnoosiągalnych informacji (np. w przypadku niektórych wielkich przetargów), umiejętności działania na granicy prawa i poza nim, zdolność do infiltracji instytucji stanowiących infrastrukturę dla działalności gospodarczej, to wielkie atuty.

Układ ten obejmuje jakąś - znaczącą zapewne - część prywatnego biznesu, ludzi z bankowości, administracji publicznej, środków masowego przekazu, organów sądowych, prokuratorskich i policyjnych (w tym UOP), celnych, skarbowych, niektóre spółki detektywistyczne oraz pewne grupy związane z SLD. Posiada swoje wypustki wśród elit postsolidarnościowych. Układ ten posiada rozmaite powiązania międzynarodowe - nie tylko na Wschodzie (sprawa FOZZ - wskazuje na istnienie niezłych kontaktów w zachodnich instytucjach bankowych). Tego, w jakim stopniu układ ten jest skonsolidowany i czy jest jakoś centralnie koordynowany, możemy się tylko domyślać. Prawdopodobnie stopień koordynacji nie jest zbyt wysoki. Działanie w warunkach gospodarki rynkowej bardziej sprzyja nastawieniom indywidualistycznym i egoistycznym niż kolektywistycznym. Wolny rynek rodzi raczej dążenie do autonomii niż podporządkowania. Ale w warunkach zagrożenia z pewnością występuje działanie daleko posuniętej współpracy.





Jak układ ten funkcjonuje?
Działa podobnie jak inne, nakierowane na osiąganie celów nielegalnych lub, półlegalnych, układy nieformalne - z tym, iż na wiele większą skalę. Sprzyja szybkiej akumulacji zysków, omijaniu przepisów podatkowych na niewyobrażalną dla szarego obywatela skalę, korumpuje urzędników ministerialnych, sprzyja zamianie własności społecznej na prywatną po ułamkowych kosztach, blokuje dostęp do kredytów jednym i ułatwia drugim, sztucznie spowalnia lub przyśpiesza tworzenie nowych ustaw tam, gdzie jest to korzystne dla czyichś interesów. Stosując sztuczki biurokratyczne blokuje działania takich państwowych instytucji kontrolnych jak NIK, policja czy prokuratura. Wywiera wpływ na orzecznictwo sądów (przypomnijmy, iż sędziowie są grupą, która nie została poddana weryfikacji, a sama - ostatnio potwierdził to pierwszy prezes Sądu Najwyższego Adam Strzembosz (66) - okazała się niezdolna do oczyszczenia). Poprzez środki masowego przekazu szerzy dezinformacje, spycha pewne sprawy w cień i sztucznie nagłośnia inne.

Jakie są skutki istnienia tego układu? Wchodzą w grę dwa zasadnicze zagrożenia:

- destrukcyjny wpływ na przebieg podstawowych procesów gospodarczych i politycznych w kraju;

- podatność tego układu na wpływy obcych państw - wraz z groźbą wykorzystywania go jako zaplecza dla realizacji obcych interesów.

To właśnie ten układ w znaczący (być może w obecnej sytuacji decydujący) sposób przyczynia się do tego, że w pełni realna staje się wypowiedziana kiedyś przez Adama Michnika obawa, iż linia Odry-Nysy może stać się dla nas tym czym dla Meksykanów jest rzeka Rio Grande. Granicą państwową i granicą podziału cywilizacyjnego między Meksykiem i USA. To ten układ generuje u nas coś w rodzaju latynoskiego kapitalizmu oligarchicznego, zależnego i peryferyjnego. Wprowadzając pozamerytoryczne kryteria w kredytowaniu obniża efektywność alokacji zasobów, wyobcowuje z gry ekonomicznej grupy ludzi młodych, pozbawianych równego dostępu do zasobów; przyczynia się przez to do utrwalania stagnacji gospodarczej. Rację ma J .Kaczyński mówiąc, iż „gospodarka rynkowa wymaga jednego: aby dystrybucja pieniądza następowała według zasady efektywności. W Polsce zasada ta po prostu nie działa i na przykład łatwiej uzyskać kredyt bankowy dla złego przedsiębiorstwa, jeśli jest się z dawnego układu, niż dla dobrego - jeśli się z niego nie jest.”(67)

To ten układ opóźnia przemiany instytucji w stronę praworządności, blokuje wyłonienie się wolnej i niezależnej prasy, aktywnie pełniącej rolę „czwartej władzy” (a historia pokazuje, że bez czwartej władzy podział na klasyczne trzy władze państwowe - ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą - okazuje się „nieszczelny”). Przyczynia się do jeszcze bardziej nieprzejrzystego charakteru naszej sceny politycznej, co rodzi reakcje wycofania z działalności politycznej, postrzeganej jako brudna i bez sensu ze strony części ludzi wykształconych, kompetentnych i - nie do końca jeszcze zdemoralizowanych.

„Sztandar Młodych” cytuje Andrzeja Gąsiorowskiego: „Finansowaliśmy kampanię wyborczą Lecha Wałęsy i daliśmy 1 mln dolarów na kampanię Mazowieckiego (...) 120 mln zł dał na kampanię Wałęsy Dariusz Przywieczerski, szef 'Universalu'. Gdy przed wyborami 'Universal' został oskarżony o zagrabienie pieniędzy FOZZ, Przywieczerski uznał to za próbę zmuszenia go do płacenia niektórym partiom. Skuteczną, jak się okazało później. UD przekazał 200 mln zł, KLD zaś - 100 mln.”(68)

To oczywiście mogą być tylko pomówienia. Kłopot wszak nie tylko w tym, iż pomówieni jakoś nie zabiegają o swój honor, nie protestują dostatecznie głośno byśmy wierzyć mogli w urażoną niewinność. Problem poważniejszy stanowi logika. Otóż fakty przytoczone przez Gąsiorowskiego bardzo ładnie wyjaśniają brak woli politycznej rozprawiania się z wielkimi aferzystami. Kapitał postnomenklaturowy poprzez wsparcia wyborcze dla sił postsolidarnościowych (czy dla wszystkich?) uwikłał nasze państwo w zależności i układy uniemożliwiające prowadzenie racjonalnej polityki. Coś w rodzaju wzmocnienia lub/i aktualizacji wcześniejszych zabezpieczeń ekonomicznych i agenturalnych. Jeśli ogólny obraz sytuacji naszego państwa szkicowany w tej książce, jest w ogólnych zarysach prawdziwy, to nie ma w Polsce w tej chwili wśród instytucji państwowych żadnej, która chciałaby i potrafiła ujawnić i przeciąć ten kłębek uwikłań, zobowiązań, przekupstw, cynicznych zagrań i błędów.

Wszystkie instytucje państwowe, na całym świecie, których decyzje wywierają wpływ na warunki uprawiania biznesu, poddane są presji korupcyjnej. Skala tej presji i podatność urzędników państwa na nią jest w różnych krajach różna. Uważa się np. (chyba słusznie), iż we Włoszech i Francji jest większa niż w Anglii. A w krajach, gdzie silne są pozostałości starych feudalnych lub podobnych więzi społecznych - jak np. Turcja czy Egipt - korupcja stanowi stały, niemal normalny element funkcjonowania instytucji publicznych. W naszych warunkach układ postkomunistyczny stanowi pozostałość starego systemu, gęstą siecią powiązań, skokowo zwiększającą podatność aparatów państwa na korupcję. Układ postnomenklaturowy rodzi systemową aferogenność. A systemowo uwarunkowana korupcja uważana jest przez badaczy za jeden z głównych powodów uniemożliwiających licznym krajom Azji, Afryki i Ameryki Południowej budowę nowoczesnego kapitalizmu.

Dopóki układ postnomenklaturowy funkcjonuje w nienaruszonej postaci, niecelowe jest wprowadzenie instytucji świadka koronnego i tzw. zakupu kontrolowanego (czyli łapówkowej prowokacji policyjnej). W warunkach gęstych więzi nie formalnych i wspólnych interesów między organami przestrzegania prawa, administracji i kapitałem postnomenklaturowym liczyć się trzeba z próbami wykorzystywania nowych rozwiązań do rozprawiania się przez ten układ ze swymi przeciwnikami politycznymi i konkurencją rynkową. Jedni będą uprzedzani o możliwej prowokacji policyjnej i przez nieudane próby przekupienia ich niejako oczyszczani z zarzutów. Inni natomiast będą „wrabiani” w pułapki bez wyjścia. Dopiero po przeprowadzeniu LiD te nowe, proponowane rozwiązania mogą ewentualnie przynieść rezultaty korzystne dla stanu naszej praworządności.

Czy układ postkomunistyczny jest odpowiedzialny za całe zło naszej sytuacji? Nie, oczywiście, że nie! Pełna likwidacja tego układu za pomocą standardowych środków prawnych nie wydaje się możliwa. Sądzę jednak, iż posługując się środkami praworządnymi można go wydatnie osłabić. Takie osłabienie jest warunkiem niezbędnym tego, by trudny proces budowy nowego ładu mógł wyjść na równe tory. Sparaliżowanie tego układu samo z siebie nie rozwiąże najważniejszych problemów kraju, bez tego jednak wizja uporania się z nimi odsuwa się w nieskończoność.

Jestem przeciw wszelkim próbom zwalczania układu postnomenklaturowego za pomocą jakiś specjalnych środków ekonomicznych. Byłoby to zabójcze dla tworzącej się gospodarki rynkowej. Nie należy podejmować żadnych ekonomicznych uderzeń w postkomunistyczny kapitał. Chodzi jedynie o utrudnienie mu funkcjonowania w warunkach „miękkiego” państwa i prawa. To jeden z prawdziwych problemów naszej ustrojowej transformacji. Skończył się w zasadzie miękki pieniądz, (tj. finansowanie nieudolnego gospodarowania za pomocą dotacji budżetowych), mamy za to do czynienia z miękkim państwem i prawem, nadmiernie elastycznym wobec interesów grup dobrze uplasowanych.

Historia udanych modernizacji, dzieje wielkich sukcesów ekonomicznych na drodze urynkowiania gospodarek wskazują, iż niezbędne jest, aby państwo budowało infrastrukturę służącą tworzącemu się kapitałowi. Kapitałowi jako takiemu - a nie poszczególnym kapitalistom, tak jak się to dzieje u nas. Nasi liberałowie i pragmatycy (czy raczej nadmiernie pragmatyczni liberałowie), wskazujący, iż narodziny wszystkich chyba wielkich fortun obfitują w rozmaitego rodzaju oszustwa, afery i wyzysk, zdają się zapominać o potrzebie odróżnienia tych dwóch sytuacji. Uprzywilejowania kapitału od przywilejów dla poszczególnych rekinów biznesu i niektórych sposobów szybkiej akumulacji bogactwa.

Za LiD opowiadam się tutaj nie z powodów moralnych i nie dla jakiegoś wyrównania dziejowych krzywd, lecz dlatego, iż nie widzę innych, alternatywnych, mogących być chociaż względnie skutecznymi, sposobów rozbicia układu postnomenklaturowego, sposobów rozpoczęcia wyprowadzania Polski na prostą.





PROBLEM BEZPIECZEŃSTWA PAŃSTWA

Problem bezpieczeństwa państwa nie sprowadza się do tajemnic wojskowych, do walk wywiadów i kontrwywiadów, ochrony granicy państwa, jego sieci telekomunikacyjnych, gotowości bojowej wojska i innych kwestii tego rodzaju. Powiedziałbym nawet, iż w aktualnej sytuacji sprawy te - choć oczywiście ważne - nie są pierwszoplanowe. Taki charakter mają natomiast liczne kwestie związane ze sprawnością całości mechanizmu państwowego: płynność podejmowania decyzji, stopień podatności służb państwowych na korupcję i rozmaitego rodzaju inspiracje (np. w zakresie tworzenia prawa) ze strony sił obcych, sprawność aparatu ścigania, stopień podatności instytucji finansowych państwa na zakłócenia mogące zdestabilizować np. płynność obiegu pieniądza, warunki wiarygodności instytucji państwa na forum międzynarodowym i sporo innych zagadnień.

Sądzę, iż w ostatecznym rozrachunku jest to przede wszystkim kwestia praworządności, zdolności państwa do realizacji jego zadań ogólnopublicznych. Problem bezpieczeństwa państwa to problem niedopuszczenia do tego, by jego instytucje stały się łupem jakichkolwiek sił i ugrupowań konstytucyjnie nieuprawnionych.

W zakresie bezpieczeństwa państwa występuje sytuacja paradoksalna. Z jednej strony, ze względu na otwarcie naszego kraju, umiędzynarodowienie gospodarki i głęboką transformację ustrojową, nastąpił skokowy wzrost zagrożeń. Z drugiej strony, mamy do czynienia z daleko posuniętym paraliżem państwa, w znacznej mierze niezdolnego do skutecznego przeciwstawienia się tym zagrożeniom.

Zadań dla służb specjalnych jest w tej sytuacji bardzo wiele. Walka z obcymi wywiadami, terroryzmem, przemytem na wielką skalę (np. odpadów toksycznych), praniem brudnych pieniędzy, korupcją, wielkimi oszustwami podatkowymi, mafiami, zabezpieczenie interesów krajowych przedsiębiorców przed zagranicznym szpiegostwem przemysłowym, przygotowywanie materiałów niezbędnych dla prowadzenia rokowań w sprawach wielkich transakcji realizowanych lub gwarantowanych przez państwo,(69) osłona systemu finansowego państwa - to tylko ogólne przykłady zadań dla tajnych służb.

Na dłuższą metę we współczesnym świecie nie sposób takich zadań realizować bez posiadania przez te służby możliwości działań operacyjnych, w tym infiltrowania rozmaitych organizacji, grup czy instytucji - nie tylko nielegalnych lub działających niezgodnie z prawem.

W trakcie tak głębokiej transformacji gospodarczej jak ta rozgrywająca się obecnie w naszej części Europy, wielkich afer uniknąć nie sposób.(70) Poważne skandale korupcyjne, giełdowe i bankowe zdarzają się pewnie we wszystkich krajach - ale z różnym nasileniem. Otwartość gospodarek rynkowych wytwarza specjalną podatność na takie sytuacje. Jednak tylko w państwie agenturalnie sparaliżowanym może się zdarzyć, iż aferzyści - mimo ich ujawnienia - przez dłuższy czas pozostają bezkarni, że dziennikarze miast zabiegać o materiały afer dotyczące i drążyć wszelkie powiązania ich sprawców, uciekają od pewnych wątków jak od ognia (najbardziej znamiennym przykładem wydaje mi się postawa mass mediów wobec sprawy FOZZ), a skala niektórych afer jest w stanie wstrząsnąć podstawami funkcjonowania państwa. Występuje u nas obecnie sytuacja typowa dla wielu krajów Trzeciego Świata. Oszustwa podatkowe, rozzuchwalenie aferzystów gospodarczych i skala ich działań osiąga taką miarę, że państwo traci zdolność do pełnienia swych podstawowych zadań - np. takich jak zabezpieczanie funkcjonowania sfery budżetowej (np. brak środków na pokrycie przez prokuratury i komendy policji rachunków za telefon). Pomijam już takie długofalowe skutki jak rozkład moralności publicznej.

Gdy korupcja i zdalne, infiltracyjne oddziaływanie na aparaty państwa (policja, prokuratura, sądownictwo, organa kontroli celnej i podatkowej, administracja, państwowe środki masowego przekazu) przekracza pewne rozmiary, państwo traci zdolność koordynowania zadań bardziej złożonych, takich właśnie w jakie obfituje nasz okres przejściowy. Aparat każdego państwa stale musi walczyć z próbami jego erozji, podrywania urzędniczej lojalności. Pół biedy, gdy nacisk korupcyjny ma charakter rozproszony - np. poszczególni przedsiębiorcy dokonują oszustw podatkowych, każdy na własną rękę. Mamy jednak do czynienia z całkiem inną jakością, kiedy nacisk taki ma charakter masowy i jest koordynowany z jakichś centrów dyspozycyjnych (na miejscu będzie tu przykład penetracji struktur państwa włoskiego przez mafię). W tym kontekście trzeba widzieć zagrożenia stwarzane przez nieskrępowane działanie układu postnomenklaturowego. Jego istnienie stanowi w dodatku wyrwę czy śluzę, poprzez którą państwo nasze jest penetrowane przez agentury i wpływy także niekomunistycznego pochodzenia.

Dla ilustracji wskażmy przykład niekorzystnej dla Polski zagranicznej ingerencji w tworzenie prawa. W lipcu '91 w naszej prasie omówiono doniesienia amerykańskich środków masowego przekazu rozważających kwestię, na ile darmowa pomoc oferowana nam przez firmy prawnicze z USA może prowadzić do zmian w polskim ustawodawstwie niekorzystnych dla naszego kraju. „Amerykańskie firmy prawnicze oferujące usługi wschodnioeuropejskim rządom w większości finansowane są przez amerykańskie korporacje zainteresowane takim a nie innym sformułowaniem praw. Okazuje się, że nawet prawnicy doradzający Polsce i Czecho-Słowacji za pieniądze amerykańskiego rządu robią to przede wszystkim z myślą o swoich klientach w Stanach Zjednoczonych.

Reprezentują oni interesy amerykańskich firm, których zysk będzie w przyszłości zależał od tego, jak zostanie dziś sformułowane w Europie Wschodniej prawo pracy, zasady ochrony środowiska czy prawo telekomunikacyjne” - stwierdza dziennik „Washington Post”. (...) Michael Klein, prezydent jednej z największych waszyngtońskich firm prawniczych w wywiadzie dla dziennika „New York Limes” powiedział ostatnio: „źle się dzieje, jeżeli rzeczywiście większość wschodnioeuropejskich zasad prawnych i finansowych jest dziś spisywana z myślą o konkretnych amerykańskich klientach.”(71) W tym kontekście wymieniane były firmy pracujące „dla” naszych ministerstw łączności (chodziło o transakcje na budowę sieci telefonii komórkowej), finansów (doradzano nam „taktykę negocjacji z Klubem Londyńskim w sprawie redukcji zadłużenia wobec banków prywatnych”) i prywatyzacji.(72)

Inny ważny trop znajdujemy w wywiadzie ministra prywatyzacji Janusza Lewandowskiego. Dziennikarze pytają go: „Liczącymi się właścicielami na polskim rynku będą duże, międzynarodowe koncerny. Nie spotyka się Pan już obecnie z jakimiś naciskami z ich strony?

Istnienie różnego typu grup interesu jest rzeczą naturalną. Działania zagranicznego lobby można zaobserwować w momentach, kiedy pojawia się szansa na zawarcie korzystnych transakcji. Naszą jedyną bronią przed takimi naciskami jest przetarg. Niektóre koncerny zagraniczne próbowały uzyskać kontrakt wykorzystując przychylne im nastawienie wśród posłów w parlamencie, Kancelarii Prezydenckiej, niektórych resortach i wsparcie ze strony ambasad”.(73)

We wrześniu '91, wiceprezes GUS, Krzysztof Lutostański wskazał na potrzebę zawężenia grona instytucji mających dostęp do poufnych danych gromadzonych przez urzędy statystyczne. Oprotestował on w Sejmie propozycje udostępniania takich danych NBP. „Zapis taki nieoczekiwanie (nie było go w projekcie rządowym) znalazł się w projekcie nowelizacji ustawy o NBP i żaden z posłów nie chciał się do niego przyznać” (podkr. AZ).(74)

Jasne jest, iż rysują się tu pewne zadania, co najmniej sprawdzające, dla UOP-u. Moim zdaniem wskazana tu skryta manipulacja ustawą o NBP ociera i się o zdradę stanu. Opinia publiczna nie była informowana o podjęciu tego typu spraw, co samo w sobie, rzecz jasna, o niczym jeszcze nie przesądza. Służby specjalne nie muszą ogłaszać wszystkich swoich przedsięwzięć. Dobrze byłoby ufać, iż trzymają rękę na pulsie. Osobiście wątpię jednak, czy mają tam fachowców dostatecznie subtelnych do prowadzenia spraw o tym profilu.

Zadania zwalczania sił korodujących państwo nie mogą być skutecznie realizowane w sytuacji, gdy tajne służby państwa są przejrzyste dla „zainteresowanych”. Na przykład, gdy postsowieckie mafie mają w swych szeregach byłych specjalistów ze Specnazu i KGB posiadających dobre rozeznanie w obecnych możliwościach UOP m. in. poprzez kontakty osobiste wśród sprawdzonych, a obecnie - zdaniem Andrzeja Milczanowskiego – „lojalnych” fachowców z b. SB. Ilu z owych wspomnianych przez min. Lewandowskiego „przychylnych” obcym interesom posłów i urzędników państwowych było poddanych mniej lub bardziej subtelnym presjom możliwym dzięki posiadaniu ich teczek?

Może gdyby UOP posiadał bliższą wiedzę o tego typu sytuacjach, min. Milczanowski nie twierdziłby, iż mimo upływu trzech lat jakoś nie słyszeliśmy o próbach szantażu wysokich urzędników państwowych. Bowiem gdyby tak było, to „Znalazłby się zapewne ktoś, kto nie uległby próbie szantażu i powiadomił kogo trzeba.”(75) A jeśli szantaż połączony jest z bodźcami pozytywnymi? A jeśli szantażowany (np. parlamentarzysta), mając niejaką orientację co do stopnia skorodowania aparatów państwa, nie ufa nikomu, obawiając się, iż powiadomienie „kogo trzeba” może być jeszcze bardziej ryzykowne od ulegania szantażowi?!

Sama świadomość tego, iż istnieją efektywne i tajne (naprawdę tajne, a nie tak przejrzyste dla „zainteresowanych” jak obecnie) służby państwa stojące na straży jego interesów, powściąga największych awanturników gospodarczych i wywiera dyscyplinujący, antykorupcyjny wpływ na inne służby państwowe (np. skarbowe i celne). Nie jest tak jednak w stosunku do tych, dla których służby te nie mają żadnych tajemnic, gdyż pracują tam ich koledzy, krewni czy agenci. Państwo nasze nieprzejrzyste jest dla własnych obywateli, lecz niemal bez tajemnic dla obcych specjalistów. Moim zdaniem, rację ma Zbigniew Romaszewski, gdy na Zjeździe „Solidarności” mówi o ujawnianiu agentów: „Nie chodzi o odwet lub zemstę, lecz bezpieczeństwo państwa. Listy agentów są de facto jawne, bo znają je KGB, CIA, Mossad - wszystkie wywiady świata. Nie zna ich tylko polskie społeczeństwo” (podkr. AZ).(76)

Teza Romaszewskiego nie jest tylko przypuszczeniem. Pracownicy Wydziału Studiów, powołanego przez Macierewicza, ustalili, iż sprawdzeniami dokonywanymi na zlecenie ówczesnego szefa UOP, Milczanowskiego, przed wyborami '91 zajmowało się około 100 osób. Z kolei wyniki tych sprawdzeń były przechowywane w MSW m.in. na komputerze wykorzystywanym „także do celów szkoleniowych, bez żadnego zabezpieczenia”.(77) Wiadomo, że w procesie werbowania agentów jedną z najtrudniej szych rzeczy jest znalezienie tzw. dojścia operacyjnego, mającej względnie naturalny charakter formy nawiązania kontaktu z obiektem zainteresowania. Nie potrzeba mieć czyjejś teczki ze szczegółowymi materiałami, by móc daną osobę szantażować. Sama wiedza o tym, iż ktoś kiedyś już był agentem niezmiernie ułatwia dojście operacyjne i ponowny werbunek. A przecież każdy efektywnie pracujący agent to potencjalny zarodek całej siatki informatorów.

A jakie pojęcie o bezpieczeństwie państwa ma, będący już po raz drugi wiceministrem SW, Jerzy Zimowski, skoro twierdzi, że „lustracja może być traktowana jedynie jako akt moralny i sposób realizowania sprawiedliwości społeczoej.”(78)




NIEKTÓRE ZASADY OBSADZANIA STANOWISK O SZCZEGÓLNYM ZNACZENIU DLA PAŃSTWA

1. Tak jak już sygnalizowałem we Wstępie, podobnie jak w innych krajach, obowiązywać tu musi zasada dmuchania na zimne. Oznacza to, iż aby pozbawić daną osobę prawa objęcia funkcji znajdującej się na wykazie stanowisk o specjalnym znaczeniu dla państwa, nie jest potrzebne procesowe udowodnienie jej przestępstwa. Wystarczy istnienie uzasadnionych poszlak wskazujących, że osoba ta może stanowić ryzyko dla bezpieczeństwa państwa. Taką uzasadnioną poszlaką mogą być np. wieloletnie kontakty z instytucjami zagranicznymi znanymi z powiązań ze służbami specjalnymi lub kontakty ze światem przestępczym. Inaczej mówiąc, odmiennie aniżeli w praworządnym procesie sądowym, osoba oskarżona musi tu niejako dowodzić swej niewinności.

Muszą być jasno określone procedury sprawdzania. Każdy, kto zajmuje stanowisko publiczne, musi się zgadzać na grzebanie w swoim życiorysie. Dzieje się tak już obecnie w szeregu przypadków, np. w stosunku do osób, które wygrały konkurs o pracę w naszej służbie dyplomatyczno-konsularnej.(79) Kłopot nie tylko z tym, iż brak jest wyraźnie określonej listy stanowisk wymagających weryfikacji kandydatów, jak i kryteriów ich obsadzania. Istnieją też poważne wątpliwości wobec samych instytucji sprawdzających.

Jak ma się tym sposobem chronione bezpieczeństwo państwa do zasady niekrzywdzenia niewinnych? Po pierwsze, nie chodzi o szarych obywateli, o ludzi z ulicy czy o dzieci, a o dorosłych podejmujących się pełnienia ważnych zadań publicznych. Po drugie, rzecz polega na dokonaniu wyboru politycznego - wyboru jednego z dwóch niekorzystnych, posiadającego niekiedy przykre konsekwencje moralne, rozwiązań instytucjonalnych.

2. Z grona osób dopuszczanych do owej puli stanowisk muszą być wykluczeni ludzie posiadający niepolskie obywatelstwa. Niezależnie od ich ewentualnych zasług czy też unikalnych kompetencji - warunkiem objęcia stanowiska musi być rezygnacja z wszystkich niepolskich form obywatelskiego uwikłania. Do przyjęcia wydaje się, w niektórych przypadkach, iż osoba o niezwykle potrzebnych kwalifikacjach będzie zatrudniona na stanowisku doradczym (z ograniczonym dostępem do materiałów tajnych), lecz w żadnym przypadku nie na stanowisku decyzyjnym.

3. Ludzie obejmujący ważne stanowiska państwowe (we wszystkich trzech władzach) powinni być wysoko opłacani (nie powinny nikogo oburzać wysokie zarobki posłów czy sędziów), lecz zarazem powinni być poddani surowym wymaganiom i kontroli społecznej.

4. Lista tych stanowisk powinna być precyzyjnie skonstruowana i niedopuszczalne jest stosowanie związanych z nią zaostrzonych kryteriów przy obsadzaniu stanowisk innych, w celu np. eliminacji ludzi z pewnych układów politycznych. Z drugiej strony, wydaje się, że lista taka nie mogłaby być w całości jawna. Jej jawność umożliwiałaby bowiem wgląd w te struktury państwa, które powinny zostać utajnione.





Źródło:

Andrzej Zybertowicz, WSCHODNIE WIATRY, CZYM JEST I JAK FUNKCJONUJE UKŁAD POSTKOMUNISTYCZNY W POLSCE? w: W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomeklaturowy, Wydawnictwo ANTYK, Warszawa 1993, s. 95-131.



AGENTURY WSCHODNIE DZIŚ - Przypisy



Przypisy:

(1) Claire Hoy, Victor Ostrovsky, Wyznania szpiega. Z tajemnic izraelskiego wywiadu, Warszawa 1991, Wydawnictwo „Puls”, s. 265.

(2) Wg TL, nr l99, wyd. 1, 28.08.89, s. 1.

(3) Generał Kiszczak mówi prawie wszystko..., s. 276.

(4) Odwrotna strona medalu, s. 63.

(5) Część rozmowy przeprowadziła Ewa Kacprzycka, Warszawa 1992, „BGW”.

(6) Odwrotna strona medalu, s. 85-6.

(7) Krzysztof Czabański, Wielkie ucieranie, GW, nr 34 A, 10.02.93, s. 12; autor podał, iż informacja ta została ujawniona przez rzecznika MON.

(8) O pracy rezydentury KGB w Teheranie zob. Władimir Kuziczkin, KGB bez maski, Warszawa 1991, Wydawnictwo „Alfa”. O pracy rezydentury GRU w jednym z państw zachodnich (prawdopodobnie w Genewie, mimo, iż akcja książki dzieje się w Wiedniu) pisze Suworow w słynnym „Akwarium”. Książki Suworowa cytowane są przez zachodnich badaczy służb specjalnych jako wiarygodne źródło informacji. Zob. np. Desmond Ball, Robert Windrem, Soviet Signal Intelligence (Sigint), „Intelligence and National Security”, vol. 4, nr 4, 1989. (9) Czy krok ten nastąpił w wyniku sprawy morderstwa ks. Popiełuszki lub w związku z wykryciem afery „Żelazo” i zepchnięciem Mirosława Milewskiego na boczny tor?

(10) Iwona Jurczenko, Powrót czerwonego smoka, PiŻ, nr 17, 27.04.91, s. 6.

(11) Witold Bereś, Jerzy Skoczylas, Generał Kiszczak mówi... prawie wszystko, Warszawa 1991, Polska Oficyna Wydawnicza „BGW”, s. 170.

(12) J. Kaczyński, w: Odwrotna strona medalu, s. 21.

(13) Wypowiedź cyt. w: Łukasz Perzyna pyta polityków: Czy mogło nie być 13 grudnia?, GW, nr 292 A, 12-13.1292, s. 10.

(14) J. Dziadul, Rozstrzelana kopalnia, s. 108-10. Według wypowiedzi gen. Gruby (Andrzej Golimont, Generałowie bezpieki, s. 54-5) agent nazywał się Antoni Kuszner i był wiceprzewodniczącym "S” w Hucie Katowice. Kiszczak podaje nazwisko Kuśnierz (w: Wojciech Jaruzelski, Stan wojenny, s. 348).

(15) TS, nr 27.03.07.92, s. 5. Por. J. Jachowicz, Dariusz Fedor, Co było w kopercie Macierewicza, GW, nr 133 A R M, 06-07.06.92, s. 4.

(16) Tadeusz Żabicki, Dokumenty leżą w Moskwie, NŚ, nr 141, wyd. P, 16.06.92, s. 2.

(17) Rozmowa Piotra Skwiecińskiego, ŻW, nr 29, wyd. 3, 04.02.91, s. 2.

(18) Jan Dziadul, Rozstrzelana kopalnia, s. 109.

(19) W rozmowie z Jarosławem Kurskim, GW, nr 165, P S, 15.17.92, s. 14.

(20) Źródło osobowe "T".

(21) Źródło osobowe "E".

(22) A. Golimont, Generałowie bezpieki, s. 124.

(23) Zob. np. wywiad b. doradcy Kiszczaka, Krzysztofa Dubińskiego z gen. Mieczysławem Dachowskim, PiŻ, nr 41, 10.10.92, s. 6.

(24) Źródło osobowe "S”.

(25) Zob. Wiktor 8uworow, SPECNAZ. Historia sowieckich służb specjalnych, Gdańsk 1991, Wydawnictwo Wolny Wybór.

(26) A. Golimont, Generałowie bezpieki, s. 55.

(27) Generał Kiszczak mówi... prawie wszystko, s. 23.

(28) Jerzy Morawski, Charkowski łącznik, Spotkania, nr 23, 04-10.06.92, s. 10. Znów zaznaczę, iż w GW o tym wątku nie udało mi się przeczytać.

(29) Marek Barański, Głucha i ślepa Polska, Nie, nr 29, 16.07.92, s. 3.

(30) Barbara Chabior, GD, nr 201, 27.08.92, s. l. W wydaniu ogólnopolskim GW informacji o tym procesie nie znalazłem.

(31) Nowości, nr 155, 10.08.92, s. l.

(32) Źródło osobowe "T".

(33) Wypowiedź dyrektora Departamentu Planowania i Analiz w MSZ na przełomie '91-92, dyrektora biura ministra ON d/s polityki obronnej od kwietnia do lipca '92, Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa (Lewy czerwcowy, s. 148).

((34) Wedle GW przesłuchiwany prze komisję sejmową jako kandydat na ministra Andrzej Milczanowski stwierdził: „Dla mnie liczy się profesjonalizm, skuteczność i lojalność pracowników MSW wobec państwa. Jeśli spełniają te warunki, są przydatni w służbach” (Jach. fed., GW, 13.07.92, nr 163, P s, s.3.). Nie trzeba być ekspertem w sprawach służb specjalnych, by znać dwie banalne prawdy: po pierwsze, tego, iż ktoś pracuje dla innego mocodawcy nie sposób w prosty sposób udowodnić, zazwyczaj niezbędne jest złapanie na gorącym uczynku; po drugie, z tego właśnie powodu przy kwalifikacji do pracy w tych służbach nie panuje zasada domniemania niewinności, lecz reguła odwrotna: zasada dmuchania na zimne: jeśli z dotychczasowych uwikłań danej osoby wynika, iż może ona być lojalna wobec kogoś innego, niż oficjalny pracodawca, jest to wystarczający powód, by się z nią rozstać. Może to zabrzmieć paranoicznie, lecz trzeba postawić to pytanie o czysto praktycznym charakterze: czy nasze państwo dysponuje jakimikolwiek służbami czy środkami, by sprawdzać ową lojalność? Na pewno nie mogą takiej roli pełnić służby wojskowe. Jak poradzić sobie z tym problemem gryzienia własnego ogona?

(35) Zob. np. wypowiedź Andrzeja Milczanowskiego, Wprost, nr 36, 06.W.92, s. 4.

(36) Aleksander Łuczak, 33 dni premiera Pawlaka, Warszawa, „BGW”, s. 115.

(37) Piotr Gerczuk, Rosjanie zostają, NŚ, nr 197, wyd. K, 22-23.08.92, s. 6.

(38) Piotr Gerczuk, Rosjanie zostają, NŚ, nr 197, wyd. K, 22-23.08.92, s. 6-7 (autor przytacza notatkę służbową Straży Miejskiej Legnicy).

(39) O systematycznym wykorzystywaniu tego typu ludzi podróżujących po całym świecie przez służby specjalne ZSRR, Suworow pisze w „Akwarium”.

(40) Piotr Gerczuk, Rosjanie zostają, NŚ, nr 197, wyd. K, 22-23.08.92, s. 7.

(41) Olszewski. Przerwana premiera, s. 62.

(42) Beata Pawlak, Dyplomaci, GW, nr 187, A R, 10.08.92, s. 13.

(43) Komunikat PAP, za GW, nr 151 AR, 29.06.92, s. 2. Na temat owych spółek zob. Stanisław Michałkiewicz, Spółkowanie polsko-radzieckie, NC, nr 28, 11.07.92, s. I-II. Czytamy tam m.in. o nielegalnym sprzedaniu przez Armię Radziecką terenów będących własnością Państwa Polskiego spółce „Arpol”, której dyrektorem jest Zbigniew Szałajda, wicepremier rządu PRL w latach '85-88. Nieco później podobno zrezygnował on z tej funkcji w spółce. Tezę Szeremietiewa o takim właśnie przeznaczeniu spółek potwierdza dyrektor Departamentu Planowania i Analiz w MSZ na przełomie '91-92, Grzegorz Kotrzewa-Zorbas (Lewy czerwcowy, s. 174).

(44) Henryk Piecuch, Byłem gorylem Jaruzelskiego, s. 201.

(45) Darski w rozmowie z Piotrem R. Bączkiem, NC, nr 31, 01.08.92, s. IV.

(46) Rokita w rozmowie z Andrzejem Witoldem Halickim, Konfrontacje, 1991, nr 7-8, s.8.

(47) Piotr R. Bączek, Dolary z Leninem w tle, Najwyższy Czas!, nr 38, 19.09.92, s. V.

(48) Odwrotna strona medalu, s. 87-8.

(49) Krystyna Gąsiorowska, Biliony wyparowały z kasy, EW, 10.07.92, nr 133, wyd. 1, s. 2.

(50) Cyt. za: Olszewski. Przerwana premiera, s. 28.

(51) Rozmowa Łukasza Wyrzykowskiego, TiN, nr 15, 12.12.91, s. 6.

(52) (Pina), Zwolnienie antyterrorysty, GW, nr 262 A R, 09-11.11.91, s. 5. O powiązaniach szefów Art-B z Dziewulskim zob. też w: Via bank i FOZZ, s. 173; Jerzy Andrzejczak, Przemysław Ćwikliński, Jacek Ziarno, Art 'B Bluff, Warszawa 1991, „BG” s. 10-12

(53) Mówi o tym w rozmowie z Łukaszem Wyrzykowskim, TiN, nr 15, 12.12.91, s. 6.

(54) W artykule o prywatnym oddziale komandosów Aleksandra Gawronika czytamy m. in: „Gawronik trenuje większość ochroniarzy, aby potrafili błyskawicznie docierać w określone miejsca, oddać lub odebrać dokumenty, na pamięć poruszać się po najbardziej znanych europejskich lotniskach (...)” (Janusz Michalak, Pluton do wynajęcia, Wprost, nr 30, 26.07.92, s. 30).

(55) Waldemar Kumór, Pogoń za Art-B, GW, nr 170 A R, 21.07.92, s. 4; autor powołuje się w tym punkcie na pragnącego zachować anonimowość wysokiego urzędnika Ministerstwa Sprawiedliwości.

(56) Rozmowa Piotra Gerczuka, NŚ, nr 156, wyd. P, 04-05.07.92, s. 1-2.

(57) Nr 158, 08.07.92, wyd. 4, s. 2.

(58) Rozmowa Stanisława Marka Krółaka, Spotkania, nr 31, 30.07-05.08.92, s. 19.

(59) Rozmowa Jerzego Kłosińskiego i Krzysztofa Wykrętowicza z Jerzym Eysymonttem, TS, nr 38, 18.09.92, s. 7.

(60) W istocie aż do 21 kwietnia '90 najniższy dopuszczalny kapitał zakładowy dla spółki z ograniczoną odpowiedzialnością wynosił 300 zł (Kodeks handlowy, wstęp i opracowanie Andrzej Wiśniewski, Warszawa 1988, Wydawnictwo Prawnicze, s. 26; Dz. Ustaw, nr 17, poz. 9 i 8, 1990).

(61) Dz. Ust. nr 60, poz. 253, 1991.

(62) Dariusz Terlecki, Rtęć, złoto i śmierć, PiŻ, nr 4, 23.01.93, s. 16.

(63) Razmowa Janiny Słomińskiej, GP, nr 238, 09.10.92, s. 3.

(64) "Polityką się nie interesuję (...) Dzięki temu, że jestem w Unii, dostaję starannie przygotowane dokumenty, które próbuję przejrzeć w czasie obrad - mówi senator. Do Warszawy przyjeżdża, jak musi, i głosuje tak, jak mu podpowiada siedzący obok partyjny kolega senator” (Anna Bikont, Adam Gierak, Człowiek interesu w interesie Świebodzic, GW, nr 257, A, 31.10-01.11.92, s. 11). Ten przykład Jana Wysoczańskiego, burmistrza Świebodzic, senatora UD z woj. wałbrzyskiego, jest typowy dla starej części parlamentarzystów. Nie oceniam tej postawy. Wskazuję jedynie, iż wypowiedź Merkla oddala nas od zrozumienia rzeczywistych mechanizmów funkcjonowania parlamentu.

(65) GW, nr 181, AR, 03.08.92, s. 5.

(66) Będąc przeciw lustracji wszystkich sędziów, Strzembosz liczył „na ostracyzm środowiska sędziowskiego, na to, że potępienie środowiskowe spowoduje rezygnację z pracy skorumpowanych sędziów. Tak jednak się nie stało, zdecydowały o tym środowiskowe układy” (W rozmowie z Ewą Milewicz, GW, nr 191 AR, 14-16.08.92, s. 13.

(67) Cytuję za: S. Mizerski, Stary układ, Spotkania, nr 31, 30.07-05.08.92, s. 21.

(68) Andrzej Mikłaszewicz, Dziwne losy Carringtonów, SM, nr 189, w. 1-2, 25-27.09.92, s. 5.

(69) Ponoć nie tak dawno doszło do tego, że „kiedy ogłoszono przetarg na komputeryzację naszych urzędów i wygrała go francuska firma Bull, nie było pod ręką ani jednego szpiega specjalizującego się w wywiadzie gospodarczym, który sprawdziłby, jaka jest jej rzeczywista kondycja finansowa. Dlatego właśnie dowiedzieliśmy się z gazet, że tegoroczny deficyt Bulla jest jednym z najwyższych w historii światowego przemysłu komputerowego...”, Witold Pasek, Dlaczego Zacharski nie chce mówić?, Wprost, nr 18, 05.05.91, s. 21.

(70) Wielkość oznacza dla mnie nie tylko sumy wchodzące w grę, lecz i rangę publiczną zamieszanych w afery osób.

(71) Tomasz Wróblewski, Gdy prawnicy dyktują prawo, ŻW, nr 173, wyd. 1, 25.07.91, s. 6.

(72) Jacek Kalabiński, Dracula w banku krwi, GW, nr 174 W, 27-28.07.91, s. 4.

(73) Rozmowa Grzegorza A. Szulca i Piotra M. Rudnickiego, NŚ, nr 206, 02.00.92, s. 3.

(74) Krzysztof Kowalczyk, Wywiad gospodarczy działa, GW, nr 220 A, 20.00.91, s. 1.

(75) W rozmowie z Witoldem Beresiem, Krzysztofem Burnetko i Jerzym Skoczylasem, TP, nr 32, 00.08.92, s. 4.

(76) Cyt. za: Jarosław Kurski, „Solidarność i dwóch prezydentów, GW, nr 139, A R, 13-14.06.92, s. 2.

(77) Konfidenci są..., s. 72-3.

(78) Wypowiedź w dyskusji redakcyjnej, Wprost, nr 32, 09.08.92, s. 21.

(79) Zob. Beata Pawlak, Dyplomaci, GW, nr 187, AR, 10.08.92, s. 12 Czytamy tam o „prześwietlaniu życiorysów” przez UOP.


Źródło:

Andrzej Zybertowicz, WSCHODNIE WIATRY, w: W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomeklaturowy, Wydawnictwo ANTYK, Warszawa 1993, s. 95-131.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> LEKTURA, PUBLIKACJE Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group