" /> Wspomnienia, Relacje :: Problematyka Organizacji Wojskowej Solidarności Walczącej -
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Problematyka Organizacji Wojskowej Solidarności Walczącej -

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Wspomnienia, Relacje
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Pią Paź 05, 2007 9:12 am    Temat postu: Problematyka Organizacji Wojskowej Solidarności Walczącej - Odpowiedz z cytatem

http://www.abcnet.com.pl/?q=node/2768

Problematyka Organizacji Wojskowej Solidarności Walczącej - Część I

Boleslaw Siedlecki

Przesyłam list, który wysłałem do organizatorów obchodów
rocznicowych, do panów Gabryela i Lazarowicza. Starałem się w nim
przybliżyć wszystkim problematykę Organizacji Wojskowej
Solidarności Walczącej.

Chciałbym powiadomić wszystkich byłych działaczy SW -
jako twórca i były dowódca OW SW - ze w całej historii istnienia i
działania organizacji (1984-1989) nie ma ani jednej niechlubnej
karty, którą obecnie miałaby być powodem do zakłopotania lub wstydu
dla kogokolwiek.

Proszę nie obawiać się, ze oto po latach wynurzył się z czeluści
historii jakiś potwór i zaskoczy wszystkich jakimiś mrocznymi
faktami. Nic takiego nie będzie miało miejsca. W tamtych trudnych
latach byłem młodym i wrażliwym człowiekiem (może z nadmiernie
rozwiniętą empatia!), który podjął trud walki o niepodległość
Ojczyzny i poświęcił się tej walce bez reszty. W podejmowanych
działaniach w sposób odpowiedzialny odnosiłem się do wszystkich
istotnych potrzeb i niebezpieczeństw, z którymi wówczas mieliśmy
doczynienia. Starałem się ogarnąć intelektualnie cały wachlarz
spraw związanych z walka i znaleźć słabe punkty systemu, w które
możnaby skutecznie uderzyć, jeśli zaszłaby taka konieczność. Dużo
uwagi poświęcałem etyce w działaniu i przeszedłem przez ten trudny
okres z czystością moralna wszelkiej mojej aktywności.

Pragnę przestrzec przed pojmowaniem i klasyfikowaniem OW SW w
kategoriach "oddziału" w rozumieniu tradycyjnym, wziętym np. z
historii drugiej wojny światowej. Byłoby to nieporozumienie!

Właściwym określeniem stworzonej przeze mnie organizacji są "siły
specjalne", czyli takie, które były w stanie realizować cele
niepodległościowe Polaków w każdych warunkach dziejowych, jak np.:
eskalacja terroryzmu państwowego, wybuch wojny miedzy blokami
wojskowymi, zdobycie władzy siła gdyby nadarzyła się ku temu
sposobność (osłabienie systemu komunistycznego, ferment w ZSRR).

Każda z w/w sytuacji wymagałaby podjęcia określonych i skutecznych
działań, niemożliwych do przeprowadzenia bez wcześniejszych
przygotowań w sferach intelektualnej, sprawnościowej i
organizacyjnej (stworzenie kadr oraz zaplecza informacyjnego i
technicznego). Ja podjąłem te zadania poprzez wieloletnie
samokształcenie, rozpracowywanie struktur przeciwnika, planowanie
samoobrony narodowej oraz tworzenie i szkolenie kadr. Mogłem liczyć
przede wszystkim na siebie, ponieważ moi żołnierze w większości
byli robotnikami pracującymi zarobkowo sześć dni w tygodniu i nie
posiadali niezbędnych predyspozycji intelektualnych do podjęcia
specyficznych zagadnień. Sam realizowałem zadania, które w istocie
powinny być prowadzone przez zespól ludzi. Ale czyż było inne
wyjście? Czy mogłem pozyskiwać wykwalifikowanych współpracowników
poprzez zamieszczenie ogłoszeń w "Trybunie Ludu" lub "Żołnierzu
Wolności", ze... "organizacja kryptomilitarna poszukuje do
współpracy doświadczonego sztabowca, specjalistę inżynierii
lądowej, bakteriologa, agenta wywiadu, pirotechnika, toksykologa,
radioelektronika, fałszerza dokumentów"?
Z konieczności, latami musiałem poznawać wiedze z rożnych dziedzin
i adaptować ja do specyficznych potrzeb organizacji podziemnej.

Moim największym osiągnięciem było opracowanie planu obrony Polski
i pomocy Zachodowi na wypadek wybuchu wojny miedzy Układem
Warszawskim a NATO. Jednym z elementów tego planu było
przygotowanie elit politycznych i związkowych podziemia oraz całego
społeczeństwa do działania w razie wojny, co uczyniłem m.in. pisząc
prace pt. "Siły kryptomilitarne w służbie niepodległości Polski".
Integralna częścią tego planu były dyrektywy postępowania dla
społeczeństwa a pierwszy ich punkt mówił, ze ogłoszenie mobilizacji
jest hasłem do natychmiastowego rozpoczęcia strajku generalnego i
powszechnego powstania narodowego. W ten sposób komuniści sami
daliby hasło do działania przeciwko nim.
Innym zrealizowanym zadaniem było rozpracowanie przeze mnie systemu
elektroenergetycznego PRL i zaplanowanie jego sparaliżowania w
czasie od kilku do kilkunastu godzin od ogłoszenia mobilizacji,
poprzez serie uderzeń dywersyjnych w linie przesyłowe wysokiego
napięcia. Do tego zadania potrzebowałem 11 - 14 ludzi a miałem ich
znacznie więcej. Opracowałem pięć sposobów niszczenia
transregionalnych napowietrznych linii przesyłowych prądu
elektrycznego. Kolejnym sukcesem było rozpoznanie najważniejszych
dróg potencjalnego sowieckiego tranzytu przez Polskę oraz poznanie
stałej dyslokacji najważniejszych jednostek Ludowego Wojska
Polskiego i Armii Czerwonej. Realizacja w/w zadań wymagała lat
pracy; musiałem zrobić rekonesans wokół większości polskich
elektrowni (od "Dolnej Odry" pod Szczecinem po "Soline" w
Bieszczadach) i rozpoznać drogi kołowe i szlaki kolejowe, przeprawy
rzeczne, mosty i wiadukty, węzły komunikacyjne, obiekty PR i TV.
Musiałem także zagłębić się w problematykę mobilizacyjna, żeby
przewidzieć jakie mechanizmy zafunkcjonuja i jak będzie wyglądała
rzeczywistość w chwili ogłoszenia mobilizacji do wojny.
Innych metod i sposobów wymagały przygotowania do działania w
sytuacji nasilonego terroryzmu państwowego, czyli wtedy, gdyby
komuniści zaczęli nas masowo aresztować, torturować, mordować,
wysyłać do obozów pracy przymusowej lub deportować do ZSRR.
Opracowałem wiele scenariuszy działań prewencyjnych i odwetowych o
charakterze i skali dostosowanym (adekwatnym) do potrzeb. Wymagało
to rozpracowywania struktur przeciwnika, należało poznać gdzie on
pracuje, gdzie mieszka, gdzie spotyka się i gdzie wypoczywa.
Należało rozpoznać zabezpieczenia rozmaitych obiektów oraz
procedury ochrony imprez, jak np. zjazd PZPR lub odbywane
cyklicznie spotkania cywilnej i mundurowej "wierchuszki" partyjnej
w sali kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie z okazji
ichnich świat i spotkań okolicznościowych. Wyznaczenie takich celów
wymagało znalezienia sposobów, metod i środków gwarantujących
realizacje zadań. Dysponowałem wiedza, gdzie i jak zdobyć niezbędne
środki biologiczne i chemiczne oraz jak przeniknąć do wybranych
obiektów przeciwnika.

W/w wymagały ode mnie bardzo zuchwałego i wyrafinowanego
postępowania. Musiałem być lisem i lwem. Żeby nie być gołosłownym,
powiem, ze w tamtych latach zajmowałem się myciem okien,
sprzątaniem wnętrz oraz pracami wysokościowymi. Dzięki temu miałem
dostęp do wielu obiektów, które z rożnych względów mnie
interesowały. Wykorzystywałem to maksymalnie do realizacji celów
walki, do zdobywania informacji oraz rożnych materiałów i sprzętu.
Np. podczas mycia okien w teatrze mogłem zaopatrzyć się w rożne
potrzebne materiały a w biurku dyrektora teatru znaleźć listę
notabli, "z klucza" zapraszanych na każdą premierę. Na liście tej,
oprócz adresów i telefonów służbowych były także ręcznie poczynione
adnotacje zawierające adresy i telefony prywatne niektórych
partyjniaków cywilnych i mundurowych. Pracując w "Sanepidzie"
mogłem zdobywać literaturę, wzory dokumentów, pieczęci a także
poznać miejsca gdzie przechowywane są określone szczepy bakterii.
Myjąc okna na wydziale biologii Uniwersytetu Gdańskiego również
miałem dużo korzyści poznawczych i zaopatrzeniowych a ponadto z
okien miałem wgląd na dziedziniec Komendy Wojewódzkiej MO, gdzie
była także siedziba SB. Obserwując przez wiele dni, dowiedziałem
się bardzo dużo o przeciwniku, rozpoznałem np. jak wygląda
zaopatrzenie kantyny i wiele innych szczegółów. Mycie okien w
urzędach miejskich, biurach planowania przestrzennego i firmach
geodezyjno-kartograficznych dostrczało mi wielu cennych informacji
i materiałów, jak np. szczegółowe mapy topograficzne i plany
rożnych obiektów oraz instalacji. Jako ciekawostkę podam fakt, ze
pozna wiosna`84 myłem okna w podwójnym mieszkaniu Lecha Wałęsy w
bloku na gdańskiej Zaspie. Poszedłem zrealizować zlecenie z
radością, ze będzie mi dane przebywać w przestrzeni
przywódcy "Solidarności". Podczas sześciu godzin mojej
pracy "przywódca" większość swojego czasu spędził oglądając filmy
ze sobą w roli głównej, nakręcone przez zachodnie stacje
telewizyjne w czasach nieodległej świetności. To co widziałem i co
usłyszałem zasmuciło mnie. Zobaczyłem małego i próżnego człowieka,
który nie potrafił się nawet wysłowić, którym nikt się nie
intersował. Zobaczyłem człowieczka bez koncepcji, bez planu
działania, bez programu i bez wizji. Opuściłem to miejsce
przygnębiony i rozumiejący, ze Polacy nie maja przywódcy na miarę
potrzeb. W późniejszych latach... poznaliśmy drzewo po owocach jego.

"Legenda" związana z usługowym myciem okien nie mogła być mi
przydatna podczas rozpoznawania celów wojskowych, zakładów
zbrojeniowych oraz innych obiektów ukrytych w lasach lub położonych
w trudno dostępnym terenie. W realizacji takich zadań posługiwałem
się... legitymacją autostopowicza. Autostopowicz mógł pojawiać się
prawie wszędzie, mógł chodzić na przełaj i mógł "zabłądzić" w
nieznanym terenie. W okresie 1983-88 odbyłem wiele samotnych,
wakacyjnych wojaży turystyczno-wywiadowczych. W wyjątkowo
niebezpiecznych akcjach musiałem posługiwać się dodatkowym "alibi",
często bardzo wyrafinowanym. Na niektóre wielodniowe wędrówki po
Polsce zabierałem ze sobą lekko niedorozwiniętego umysłowo
młodszego brata mojego kolegi, ucznia szkoły specjalnej. Był mi
dobrym kompanem: nie narzekał na trudy włóczęgi po wertepach, nie
zadawał kłopotliwych pytań i funkcjonował w swoim specyficznym
świecie. Zyskiwał za to okazje do poznawania kraju. W
razie "wpadki" on nie musiałby nikogo udawać a ja, z noszonym przy
sobie wypisie lekarskim z pobytu w szpitalu psychiatrycznym (gdzie
przebywałem na własne życzenie) - musiałbym udawać... Greka lub
Napoleona. Z takim mocnym alibi zrobiłem m.in. rozpoznanie
dywersyjne stacji przekaźnikowej Telewizji Polskiej, położonej
wysoko w Górach Świętokrzyskich (22 lipca 1983., sic!).
Niektóre akcje wymagały świadomej współpracy drugiej osoby. W tym
Była mi pomocna moja narzeczona. Np. czwartego sierpnia`86, prosto
ze zlotu autostopowiczów w Tarnowskich Górach udaliśmy się "okazja"
w pobliże zakładów chemicznych produkujących różne rodzaje
materiałów wybuchowych. Celem było potwierdzenie danych z
wcześniejszego wywiadu agenturalnego oraz uzyskanie wielu
dodatkowych informacji. Rozbiliśmy namiot i uzgodniliśmy, ze w
razie czego wyjaśnimy, ze noc zastała nas na trasie i sytuacja
zmusiła nas do szukania noclegu w lesie. Mieliśmy tłumaczyć, ze
pokłóciliśmy się i ja po wypiciu kilku piw w zdenerwowaniu
oddaliłem się. Wokół namiotu rozrzuciłem kilka butelek po piwie,
które wcześniej żebrałem z pola namiotowego na zlocie. Miałem tylko
jedna butelkę piwa, której polowe zawartości rozlałem przy
namiocie, żeby dodać do tej scenerii pożądany zapach. Resztę
wypiłem, aby z moich ust czuć było alkoholem. Po zapadnięciu zmroku
dziewczyna poszła spać, a ja na akcje. Przez cala noc czołgałem się
wzdłóż podwójnego ogrodzenia z drutów kolczastych a na pewnym
odcinku także w nadrzecznym błocie. Po wykonaniu zadania, już po
świcie dotarłem do namiotu. Przebrałem się w czyste ciuchy i
zasnąłem, lecz nie na długo. Tuz po szóstej obudziły nas bliskie i
bardzo głośne detonacje (to była rutynowa kontrola jakości tego, co
wyprodukowano na trzeciej zmianie). Spędzając w lesie samotna noc i
nie mogąc zasnąć z niepokoju o mnie oraz ze strachu przed dzikim
zwierzem, moja narzeczona poznała znaczenie słów pieśni, która
śpiewałem jej dzień wcześniej przy ognisku:
"Pamiętaj żeś Polka, ze to za kraj walka,
Niepodległość Polski, to twoja rywalka".

Rożne elementy wojny psychologicznej z komunistami oraz osłabianie
morale ich sil dyspozycyjnych były przedmiotem mojego nieustannego
zainteresowania i działań. Jesienia`84 wpadłem na pomysł wielkiej
akcji - w moim zamyśle - wykorzystania duszpasterstwa wojskowego
Ludowego Wojska Polskiego do znaczącego osłabienia morale tego
wojska i zarazem uniemożliwienia Jaruzelskiemu rozegrania po jego
myśli sprawy zawarcia umowy konkordatu z Watykanem (co chciał on
wykorzystać do poprawy wizerunku władzy komunistycznej w Polsce na
arenie międzynarodowej). Opracowałem koncepcje a potem także
szczegółowy plan działania, który miałby być realizowany przez cały
Kościół katolicki a także inne kościoły chrześcijańskie. W owym
czasie mało kto w Polsce wiedział, ze w LWP istnieje duszpasterstwo
wojskowe. Za to wszyscy wiedzieli, ze komunistyczne wojsko zwalcza
w swoich szeregach wszelkie przejawy odbywania praktyk religijnych
przez żołnierzy zawodowych, którzy np., żeby ochrzcić dziecko
potajemnie udawali się do odległych parafii i tam w konspiracji
dokonywali tego aktu. Tymczasem na wojskowym żołdzie żyła spora
grupa kapelanów, którzy w praktyce nie wypełniali żadnych posług
wobec żołnierzy LWP. Była to wielka mistyfikacja władzy
Komunistycznej stworzona, po co? Po to, żeby gdy przyjdzie pora -
polskie "mięso armatnie" było błogosławione przez kapelanów i tym
chętniej szło na sowiecka wojnę. Przejrzałem ten zamysł komunistów
i postanowiłem przeciwdziałać. Zaplanowałem, ze księżą parafialni
oraz inteligencja katolicka będą informowali poborowych i ich
rodziny o prawach żołnierza do praktyk religijnych w wojsku. Oczyma
wyobraźni widziałem, jak na uroczyste przysięgi wojskowe, na które
jeździło często pół wsi (rodzina i koledzy żołnierza, dziewczyna,
rodzina dziewczyny i koleżeństwo) pojada także działacze
chrześcijańscy a może nawet księża. Przed rozpoczęciem ceremoniału
przysięgi wszyscy zgromadzeni goście jednostki wojskowej domagaliby
się modlitwy lub nawet mszy świętej. Śpiewaliby pieśni religijne i
patriotyczne, rozwijaliby transparenty i chorągwie uniemożliwiając
przeprowadzenie przysięgi. Takie zachowanie kompletnie
zaskoczyłoby "politruków" i kadrę dowódczą. Zapanowałby chaos -
rzecz w wojsku nie do pomyślenia! Co mógłby zrobić w takiej
sytuacji dowódca? Rozkazałby żołnierzom, żeby kolbami karabinów
wyparli matki i ojców, i cala resztę poza bramę jednostki? Wezwaliby
ZOMO do wypędzenia gości? NIE! Dowódca mógłby jedynie rozkazać,
żeby żołnierze odmaszerowali w zwartym szyku do koszar gdzie maja
swoje szafki i prycze. Zebrani obrzuciliby "politruka", dowódcę i
orkiestrę owocami, jajkami, pomidorami i ogórkami kwaszonymi. Od
tej pory skończyłyby się w LWP uroczyste przysięgi (na wierność
ZSRR!) z udziałem rodzin żołnierzy. Odbywałyby się one skrycie i w
konspiracji, z zachowaniem największej... tajemnicy wojskowej.
Nastąpiłby kres komunistycznej mistyfikacji!
Z takimi planami w głowie, jesienia`85 zapukałem do drzwi plebani
kościoła garnizonowego w Katowicach i udając przedpoborowego
chciałem dowiedzieć się jakie jest umocowanie prawne
duszpasterstwa, jaka organizacja i podział terytorialny, jakie
prawa jako żołnierz będę miał podczas służby w LWP. Młody klecha
odmówił mi udzielenia jakichkolwiek informacji i odesłał do Kurii
Biskupa Polowego w Warszawie, gdzie się niebawem udałem. Tam
oznajmiono mi, ze nie ma nikogo kto mógłby ze mną rozmawiać.
Wyszedłem zdenerwowany i zrozumiałem, ze z tym towarzystwem niczego
nie osiągnę. Taka akcja wymagałaby wytężonej pracy wielu ludzi z
pasja działania, do czego pasibrzuchy na wojskowym żołdzie się nie
nadawali. Obawiałem się ponadto nafaszerowania ich środowiska
agentura wywiadu wojskowego i uznałem, ze to dla mnie zbyt
niebezpieczne. I bez tego miałem na głowie mnóstwo spraw.
Zaniechałem dalszych działań w tej sprawie.

http://www.abcnet.com.pl/?q=node/2771

Problematyka Organizacji Wojskowej Solidarności Walczącej - Część II

Boleslaw Siedlecki

W latach osiemdziesiątych stacjonowały w Gdańsku duże siły ZOMO,
dające się we znaki całej trójmiejskiej społeczności. Okazjonalnie
były one zasilane oddziałami z innych regionów kraju. W żadnym
innym polskim mieście konspiratorzy nie napotykali tak dużych
trudności w przemieszczaniu się, jak miało to miejsce w Gdańsku. W
niektórych rejonach miasta trudno było przejść ulicą dwieście
metrów i nie być trzykrotnie legitymowanym i rewidowanym. Na
celowniku była młodzież. Nasze dowody osobiste były niszczone
częstym kartkowaniem niewprawnymi łapami zomoli i wyglądały jak...
psu z gardła wyjęte. Takie upokażające traktowanie rodziło w nas
gniew i bunt. W roku 1985 gdańskie ZOMO dopuściło się kilku
bestialskich napaści na ludzi wychodzących z kościołów. Atakowali
wyskakując z jadących samochodów i bili długimi palami jak
popadnie, nie zważając czy jest to starzec lub kobieta w ciąży.
Gdańszczanie powszechnie domniemywali, ze zomowcy są na
jakichś "prochach". Chciałem to sprawdzić i zapytałem znajomego
zomowca, czy otrzymują oni środki dopingujące. Odpowiedz była
stanowcza: nie! Oznaczało to, ze takie postępowanie ZOMO wynikało z
przyzwolenia dowództwa, określonego szkolenia i wychowania oraz
inicjatywy własnej. W tej sytuacji postanowiłem dokonać akcji
odwetowo-prewencyjnej, która uderzy we wszystkich winnych w sposób
sprawiedliwy: od szeregowca do oficera. Wprawdzie po wyjściu z
wiezienia w stanie wojennym obiecałem sobie, ze nie będę wdawał się
w bieżące utarczki z zomowcami, jednakże w tym przypadku byłaby to
poważna akcja dywersyjna. Rozważałem rożne warianty działania, lecz
ostatecznie wybrałem taki, który przyniesie największe i
dalekosiężne skutki. Zaplanowałem, ze na dzień przed spodziewaną
akcja ZOMO w dniu 11 Listopada, do napojów i potraw które
spożywają, zaaplikuje im silny środek powodujący biegunkę. Dla
pewności zarazę ich bakteriami chorobotwórczymi wywołującymi
długotrwały rozstrój żołądka. Żeby ich jeszcze bardziej pognębić,
odetnę im dopływ wody i prądu. Niech kiszą się w koszarach w
smrodzie własnych odchodów, w ciemnościach. Spróbujmy wyobrazić
sobie takie - za przeproszeniem - zasrane ZOMO w akcji przeciwko
społeczeństwu! Musieliby zmienić rozkazy i dostosować je do
nowych... potrzeb: rozwijaliby szyki w poprzek ulic i blokowali je
nową taktyką bojową stosując pozycje "w kucki". Jak zwykle
chowaliby się za tarczami, lecz tym razem z powodu wstydu i żeby
było... intymniej. Mielibyśmy niezły ubaw! Kilka dni po tym
rozpowszechniłbym informacje, ze było to działanie odwetowe
podziemia i jeśli oni nie zmienia swojego postępowania, to
następnym razem będzie to... cyjanek! Ze uderzymy także w
partyjnych mocodawców. Blady strach padłby na tych zbirów oraz na
cały aparat przemocy w Polsce. Biorąc każdy kęs do ust w kantynach,
kasynach i na stołówkach, oprawcy czuliby gorzki smak ich haniebnej
służby. Powstałby w Warszawie sztab kryzysowy o jakimś niewymyślnym
kryptonimie związanym z tematem. Każda pojedyncza i przypadkowa
sraczka funkcjonariusza, żołnierza i towarzysza musiałaby być
raportowana do centrali a tam analitycy tworzyliby wykresy, tabele
i mapki występowania "zjawiska" w jednostkach, garnizonach i
województwach.
Wiele przygotowań do tej akcji zostało poczynionych. Miałem to
wykonać w pojedynkę, wiedziałem jak dostać się do ich koszar. Dwóch
moich współpracowników miałoby odciąć zomowcom wodę i prąd. Do
realizacji jednak nie doszło. W trzeciej dekadzie pazdziernika`85
został aresztowany mój najlepszy żołnierz a za jego sprawa - parę
dni później - także ja sam. Nie wiedziałem, co SB z niego
wyciągnęło. Choć odzyskałem wolność po 24-ch godzinach, to jednak
rozsądniej było "przycichnąć".

W latach 1988-89 wziąłem udział w akcji zorganizowanej przez
trójmiejski oddział SW, której celem była wysyłka pocztowa
pierwszego numeru pisma "Żołnierz Solidarny" do adresatów
wojskowych. Na potrzeby tej akcji przekazałem dane adresowe
pozwalające na rozesłanie ponad ośmiu tysięcy przesyłek, do
wszystkich okręgów wojskowych, garnizonów, wojsk i służb, także
komórek wojskowych w administracji, przemyśle, szkolnictwie.
Osobiście wysłałem kilkaset listów z terenu kilku miast Górnego
Śląska, na niektórych naklejając wycięte z czasopism kolorowe logo
PZPR, ZSMP, LOK, żeby uwiarygodnić przesyłki do wybranych
adresatów. Wyobrażam sobie wściekłość kontrwywiadu wojskowego i SB
po wykryciu ogólnopolskiej skali tego działania.

OW SW była formacją specyficzna i niepowtarzalna, nie mającą
odpowiednika w historii wojskowości. Jej struktura i zadania były
dostosowane do możliwości, potrzeb i wyzwań czasów, w których
przyszło nam działać i realizować cele niepodległościowe. Wszyscy
pamiętamy, jakie to były czasy i jakie niebezpieczeństwa nam
zagrażały. Pamiętamy także, jak trudno było znaleźć człowieka lub
lokal do działalności konspiracyjnej. Werbunek odpowiednich ludzi
nie był rzeczą łatwą ani bezpieczna, wymagał wielomiesięcznego lub
nawet wieloletniego "obwąchiwania" kandydata i umiejętnego
stosowania zasad psychologii. Rezygnowałem z rekrutacji ludzi
zaślepionych nienawiścią, prymitywnych i nieobliczalnych. Stawiałem
na ludzi rozważnych i odważnych, odpowiedzialnych i godnych
zaufania.

Żołnierze SW byli przygotowywani do działania w małych grupach lub
w pojedynkę. Większość z nich wywodziła się z roczników 1961-64.
Nie było wojskowego drylu i ceremoniału, trzaskania obcasami przed
dowódcą, żołdu, odznaczeń. Na terenie kraju istniało sześć grup
oraz pewna liczba pojedynczych żołnierzy w miejscach ich
zamieszkiwania. Nie istniały poziome formy łączności miedzy grupami
regionalnymi, co było podyktowane zasadami bezpieczeństwa.
Wszystkie "nici" trzymałem tylko ja. Dowodziłem organizacją z
Gdańska. Struktura ta była wsparta zapleczem punktów kontaktowych,
magazynów i rekwizytorni. Oprócz tego istniała siec rezerwy
mobilizacyjnej - zabezpieczenia organizacyjnego (np. w pasie
wojewódzw graniczących z ZSRR). Dodatkowo funkcjonował system
wczesnego ostrzegania o ruchach przeciwnika, polegający na
wywiadzie agenturalnym i rozpoznaniu wojskowym obiektów o znaczeniu
strategicznym dla Układu Warszawskiego. Np. od jesieni roku 1983
prowadziłem stalą obserwacje największych w PRL podziemnych
zbiornikowy z zapasami mobilizacyjnymi paliw silnikowych = 5 mln
litrów (w tym 2 mln litrów benzyny lotniczej). Zbiorniki te były
napełnione nie więcej niż w 2/3 aż do roku 1988. Gdyby system
szykował wojenkę, zapasy zostałyby uzupełnione i byłby to sygnał
dla mnie, ze mamy odczynienia z sytuacja alarmowa. Ta z kolei
implikowałaby podjęcie szeregu przedsięwzięć wcześniej
zaplanowanych. Polegałem także na innych źródłach wywiadowczych o
ruchach przeciwnika.

Jednoosobowe kierownictwo - sprawowane przeze mnie - sprawdziło
się, ponieważ w ciągu pięciu lat działalności nie było ani
jednej "wpadki". Jednakże z drugiej strony taki sposób dowodzenia
był dla mnie wielkim obciążeniem czasowym i psychicznym.
Utrzymywanie kontaktu z ponad setka ludzi na terenie całego kraju
wymagało nieustannego podróżowania. Bywały miesiące, ze autobusami
i pociągami przemierzałem trzy tysiące kilometrów. Żaden z
żołnierzy lub członków rezerwy mobilizacyjnej nie mógł znać i nie
Znal mojej prawdziwej roli i funkcji w organizacji. Każdy z nich
wiedział tylko tyle, ile musiał wiedzieć. Znalem osobiście
większość moich żołnierzy (w grupach: katowickiej, krakowskiej i
tarnowskiej znałem tylko dowódców). Dla jednych byłem ich
bezpośrednim przełożonym, dla innych tym, kto ich zwerbował i jako
łącznik utrzymywał kontakt z "górą". W każdym przypadku starałem
się pomniejszać moje znaczenie i robiłem to stosując skutecznie
wysoce wyrafinowana grę psychologiczna. Było to bardzo trudne
zadanie i z drugiej strony przeszkadzało mi w kreowaniu odpowiedniej
kultury organizacyjnej, gdzie własny autorytet, siła przekonywania
i osobisty przykład dowódcy znaczą bardzo dużo. Pomimo tego
zdołałem tak balansować, żeby skutecznie nakreślić misje, wizje,
wartości, normy, postawy i symbole. Dawałem ludziom niepowtarzalna
szanse współuczestniczenia w czymś ważnym, poświęcenia się dla
idei, bezinteresownej służby dla Sprawy. W tym zarządzaniu
organizacja ważna była wiedza psychologiczna, szczególnie
psychologia zachowań, emocji, motywacji i osobowości człowieka: od
rekrutacji przez wspólną prace i służbę aż do rozstania się.

Nigdy nie byłem maniakiem broni palnej, strzelania i używania
przemocy fizycznej (organicznie jej nie cierpię!). W moim życiu
oddałem tylko trzy strzały z kbks-u do tarczy, miałem wtedy
dwanaście lat, byłem harcerzem i dostałem za to brązową Odznakę
Sprawności Obronnej. Na pytanie, czy Organizacja Wojskowa SW
posiadała broń, amunicje, materiały wybuchowe, środki biologiczne i
chemiczne oraz rozmaity sprzęt? Odpowiadam - TAK. Latami
rozpoznawałem różne obiekty MON, MSW, administracyjne, gospodarcze
i przemysłowe. Wiedziałem co i gdzie możemy zdobyć. Skrzętnie te
dane gromadziłem i w każdym przypadku opracowywałem szczegółowe
plany, jak po te środki sięgnąć. Wielu moich kolegów odbyło
zasadnicza służbę wojskowa. Ponad trzydzieści razy odwiedzałem ich
w jednostkach wojskowych i zbierałem informacje o rożnym
charakterze. Za priorytet uznawałem wartość posiadania informacji a
nie gromadzenia jak leci wszystkiego, co ewentualnie mogłoby
Przydać się. Nie było wiadomo ile potrwa i jak potoczy się walka z
komunizmem, nie było wiadomo jakie środki ostatecznie okażą się
niezbędne. Zdobywanie materiałów wojskowych wiązałoby się z
licznymi niebezpieczeństwami i uciążliwością przechowywania ich.
Wolałem, żeby rzeczy te pozostawały tam gdzie są. Gromadziliśmy
głównie to, co mogło być użyteczne w potencjalnych akcjach
zaopatrzeniowych, jak np. narzędzia, klucze, sprzęt, dokumenty,
mundury, uniformy. Trwaliśmy w gotowości na sytuacje alarmowa.
Gdyby ona nadeszła, wszyscy żołnierze musieliby porzucić swoje
codzienne zajęcia i życie rodzinne, żeby całkowicie poświęcić się
zadaniom konspiracyjnym.

Żołnierz kojarzy się każdemu z mundurem, bronią, musztra,
ceremoniałem wojskowym i regulaminami, żołdem - bo bez
wynagrodzenia żołnierz nie będzie walczył, bo po co?, taktyka i
strategia niszczenia przeciwnika oraz osiagania celów walki.
Żołnierz SW, żeby realizować swoje żołnierskie cele, nie musiał
nosić munduru. Jego "mundurem" mógł być strój św.Mikołaja lub - jak
kto woli - "Dziadka Mroza", kolejarza, kominiarza, listonosza,
strażaka lub mundur formacji przeciwnika. Jednym słowem, żołnierz
SW mógł być... przebierańcem.
Żeby działać zuchwale i skrycie mógłby tarabanić się nocą po
miejskim bruku z wózkiem mleczarza, pchając go lub ciągnąć. Mógłby
udawać pracownika gazowni, domokrążcę lub kogokolwiek innego.
Żołnierz SW mógł - tak jak ja to robiłem - wchodzić do klatek
schodowych bloków podległych Wojskowej Administracji Mieszkań i
spisywać dane z list lokatorów pod pozorem składania ofert mycia
okien i sprzątania wnętrz.
Żołnierze SW mogliby wcielić się w role pracowników "Sanepidu" i
przeprowadzić kontrole w zakładzie żywienia zbiorowego
zaopatrującego w strawę funkcjonariuszy, sztabowców i towarzyszy
partyjnych. Mogliby żebrać cały personel zakładu w jednym
pomieszczeniu administracyjnym dla zapoznania go z nowymi
unormowaniami prawnymi ( np. wymyślonymi przeze mnie) a w tym samym
czasie zawartość garów i kotłów doprawić środkami niekoniecznie...
odżywczymi. Po spisaniu protokołu pokontrolnego zakończyliby
inspekcje i nikt by niczego nie zauważył aż do czasu... .
Żołnierze SW, wyposażeni w dokumenty Państwowej Inspekcji Handlowej
lub Państwowej Inspekcji Pracy, mogliby wejść do każdego sklepu lub
hurtowni (np. do sklepu myśliwskiego, Wojskowej Centrali
Handlowej), zamknąć pod pretekstem kontroli, zneutralizować
personel i zaopatrzyć się... do woli.
Żeby niszczyć konstrukcje stalowe, żołnierze SW mogliby obyć się
bez materiałów wybuchowych bo w większości potrafili posługiwać się
palnikami acetylenowo-tlenowymi. Bronią żołnierza SW nie musiał być
karabin. Mogłyby to być perfumy lub "Trybuna Ludu" i zapałki. Z
takim "wyposażeniem" mógłby on zablokować kolejowy węzeł
komunikacyjny, wiadukt lub most. Po podłożeniu ognia w pustym
przedziale lub toalecie wagonu osobowego uruchomiłby hamulec
bezpieczeństwa i po wywołaniu paniki wśród pasażerów czyniłby to
samo w pozostałych wagonach. Takiego pociągu z zapieczonymi od
pożaru hamulcami nie byłoby łatwo usunąć z torowiska.
Żołnierz SW wiedziałby jak i kiedy użyć jako broni: wody, ognia,
prądu elektrycznego, gazu, chemikaliów a nawet kawałka drutu i
suchego sznurka, własnego ubrania, sprzętu wędkarskiego, kamienia i
wielu "niewinnych" przedmiotów i narzędzi.
Jeden żołnierz SW mógłby zatrzymać cala dywizje pancerna w
kolejowym transporcie tranzytowym, wyłączyć prąd kilku
województwom, zalać wodą duży obszar terenu i szkodzić silniejszemu
przeciwnikowi w wielu innych sytuacjach. Żołnierz SW nie był słaby.

Państwo w tamtych czasach nie realizowało najżywotniejszych
interesów Polaków, lecz internacjonalistyczne cele ideologiczne
sowieckiego komunizmu. Ci, którzy powinni troszczyć się o
bezpieczeństwo narodowe - czyli wysokiej rangi żołdactwo z
Jaruzelskim na czele - byli ślepo podporządkowani swoim kremlowskim
mocodawcom i ani myśleli przeciwstawiać się. Jedynym człowiekiem z
tego środowiska, który stanął na wysokości zadania był pułkownik
Ryszard Kukliński, i chwała mu za to po wieczne czasy!
Nie sprawdziło się do końca nasze społeczeństwo zdemoralizowane
przez zaborców i komunizm: bierne, leniwe, przestraszone. Według
mojej oceny nie więcej niż cztery tysiące różnej maści
opozycjonistów walczyło wytrwale po stanie wojennym. Cztery tysiące
na 38 milionów! Komuna miała mało zwolenników, lecz
zdeterminowanych do walki z nią było niewielu. Spora cześć
społeczeństwa przyglądała się z boku temu, co się działo. Niektórzy
włączali się do pracy ale po odniesieniu pierwszych prześladowań -
rezygnowali. Inni pomagali okazjonalnie. Wielu kontemplowało
rzeczywiostość biadoląc, co z nami zrobią, jak to wszystko się
skończy? My, ludzie SW nie byliśmy "kawiarnianą opozycja", która
choć świadoma realiów, poprzestawała na jałowych dywagacjach,
wzajemnemu środowiskowemu adorowaniu się i próżniaczej kokieterii.
My byliśmy ODPOWIEDZIALNI za Ojczyznę i czuliśmy się odpowiedzialni
za to ubezwłasnowolnione społeczeństwo. Służyliśmy mu - temu
społeczeństwu - w wielu zakresach działalności patriotycznej: od
akcji uświadamiającej gdzie i jak żyjemy po kreowanie kultury
narodowej, myśli politycznej, nakreślanie zadań obywatelskich,
przedstawianie wizji i drogi do celu. Służyliśmy Polakom myślą
krytyczna w publicystyce i troszczyliśmy się o nasze bezpieczeństwo
narodowe oraz wspieraliśmy inne narody zniewolone. Walczyliśmy o
Wolną i Niepodległą Polskę. Każdy z nas pracował ofiarnie w swoim
zakresie obowiązków. Ja starałem się "obrabiać" jak najlepiej tą
działkę, którą miałem.

Do SW przyjmował mnie Andrzej Kolodziej. Zanim do tego doszło,
przez jakiś czas "obwąchiwaliśmy się" wzajemnie. Pamiętam, ze dwa
razy wyskoczyłem do Andrzeja z deklaracja - ufam Ci!
Andrzej odpowiadał - nie chce, żebyś mi ufał. Nie ufaj mi!
Dzisiaj po takiej "zachęcie" do robienia czegoś razem np. w
biznesie, nikt rozsądny nie podjąłby współpracy. Wtedy mieliśmy
inne czasy i takie właśnie podejście pobudzało zaufanie, oczywiście
i tak musiało być ono ograniczone bo takie były wymogi
Konspirowania.

Punktualność w działaniu była rzeczą bardzo ważną a w późnym PRL-u
komunikacja publiczna funkcjonowała jak chciała: autobusy spóźniały
się notorycznie lub wogóle "wypadały" z rozkładu, opóźnienia
pociągów były na porządku dziennym i często dochodziły do 240
minut. W tych warunkach bycie punktualnym graniczyło z heroizmem. W
ciągu dziewięcioletniego konspirowania niepodległościowego - mając
grubo ponad tysiąc spotkań, czysto "na styk" - spóźniłem się tylko
cztery razy a dwukrotnie nie przybyłem, lecz było to niezawinione i
na szczęście nikogo nie pogrążyło w kłopotach. Żeby zdążyć na
umówione spotkanie w odległym mieście, należało przybyć wiele
godzin wcześniej. To zwiększało ryzyko "wpadki", bo zwykle
przewoziłem różne materiały dekonspirujące. Wiele razy musiałem
wyszukiwać w obcych miastach jakichś skrytek robionych ad hoc w
parkach lub innych miejscach, żeby przechować to i owo. Najwięcej
nerwów i stresów dostarczały mi problemy komunikacyjne i
niesolidność niektórych współpracowników.

Siedem lat działalności kryptomilitarnej było dla mnie okresem
WIELKIEJ SAMOTNOSCI patrioty i konspiratora. Nosiłem w sobie wiele
tajemnic, którymi z nikim nie mogłem dzielić się w całej pełni,
dopuszczając zaledwie do uchylenia ich rąbka wobec najbliższych
współpracowników. Każdy normalny człowiek pragnie odnosić jak
najwięcej korzyści duchowych i materialnych z tytułu swojego
zaangażowania życiowego. Ja musiałem z dużej ich części
zrezygnować. Żeby prawidłowo funkcjonować psychicznie, musiałem
stosować rożne formy autopsychoterapii, szukania sposobów
realizowania się także na innych polach. Równocześnie byłem obecny w
kilku rożnych środowiskach: z kim innym walczyłem, z kim innym
wypoczywałem i rozwijałem się intelektualnie, z kim innym mogłem
realizować zainteresowania teatrem i sztukami plastycznymi. W
kontaktach z większością ludzi starałem się realizować zasadę, ze
przy mnie ludzie nie powinni czuć się zagrożeni. Starałem się
pokazywać, ze jestem mniej inteligentny niż byłem, biedniejszy,
słowem - gorszy! Miałem piękną żonę, własną firmie, budowałem
mieszkanie w kamienicy, dowodziłem spora grupa facetów a z drugiej
strony udawałem nieudacznika, słabego człowieczka ciągle
biadolącego i narzekającego, zakompleksionego. Takie działanie
miało na celu unikanie sytuacji, w której z zazdrości lub zawiści
ktoś doniósłby na mnie lub zaszkodził mi w inny sposób. Robiłem
tak, bo znalem nasze społeczeństwo i widziałem, co się wokół
dzieje.
Np. w czasie okupacji, w roku 1943 placówki wywiadowcze AK
ulokowane na pocztach Generalnej Gubernii przechwyciły dwa miliony
donosów! A ilu nie przechwycono? Po czterdziestu latach komunizmu
mogło być tylko gorzej, i nie było nikogo, kto by donosy
przechwytywał (próbowałem stworzyć taka strukturę, lecz bez
powodzenia).
Nie mogłem fotografować się i z tego okresu życia mam niewiele
pamiątek. Jeśli jestem na zdjęciu, to najczęściej w przebraniu lub
z mimika zniekształcającą rysy twarzy (nawet na zdjęciach ze ślubu,
czego żona nie wybaczyła mi przez osiemnaście lat trwania
małżeństwa). Funkcjonowanie w poczuciu ciągłego zagrodzenia
zostawiło swoje ślady na cale życie. Ciągłe udawanie kogoś innego z
czasem wchodzi w stały nawyk i zapuszcza korzenie w psychice.
Niektóre cechy zostają i trudno je wyplenić.

Dotychczas nikomu nie opowiadałem o w/w sprawach tak obszernie i
nie sądziłem, ze będę robił to kiedykolwiek; nie podejrzewałem
wcześniej, ze jeszcze tak dużo pamiętam. Zrobiłem to teraz, zebry
przybliżyć problematykę sil kryptomilitarnych Solidarności
Walczącej. Wielu tematów nie poruszyłem a niektóre tylko
zasygnalizowałem. Starałem się wprowadzić pewna doze humoru, żeby
lektura nie była nudna. Zrobiłem to uczciwie, bo jesteśmy... sami
swoi!

Z poważaniem, Boleslaw Siedlecki, ps. "Konrad Szelf"

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 05 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pon Gru 05, 2016 1:32 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
rz
Weteran Forum


Dołączył: 13 Cze 2007
Posty: 219

PostWysłany: Pią Lis 09, 2007 2:02 am    Temat postu: drogi Bolku vel Kordianie Odpowiedz z cytatem

wierzyłem w prawość człowieka zawsze. Nawet w narąbanego czasami czy przyćpanego.
Słyszałem o Tobie Kordianie, widziałem, miałem kolekcję Twoich zdjęć, nagrań rozmów z A. i przeglądałem część Twoich "studiów(?)", w postaci dostępnych podręczników np. strzelania, czy pz "Higiena psychiczna a wojsko" albo I.Nowak "Broń zapalająca" - dostępne w bibliotece. I wiele innych. Mam je w domu..

Dlaczego piszesz, że robiłeś analizy a nie pozwalasz do nich zajrzeć? Przekaż nam je Smile

jakoś nie wierzę w zasięg Twojej działalności, tylko na podstawie Twojego przekazu... , przykro mi

_________________
roman zwiercan
Ostatni szef SW Odzia? Trójmiasto oraz cz?onek Komitetu Wykonawczego SW.
Poszukiwany listem go?czym do 19 kwietnia 1991 r. http://sw-trojmiasto.pl/16_poszukiwanie.html
http://www.sw-trojmiasto.pl/Index.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Bogusław Gruszczyński
Bywalec Forum


Dołączył: 06 Wrz 2007
Posty: 46

PostWysłany: Pią Lis 09, 2007 2:54 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Niestety, również i ja podzielam opinię Pana Romana wyrażoną w dwóch ostatnich zdaniach postu. Tzw. archiwalia, przekazane przez Pana Bolesława i zaprezentowane w skanach na stronie SW nie dokumentują żadnego istotnego faktu i nie są, jak dotąd, wiarygodnym świadectwem.
_________________
Bogus?aw Gruszczy?ski
dzia?acz pierwszej "Solidarno?ci", delegat Regionu Gorzów Wlkp. na I KZD (1981), rozpracowywany i represjonowany przez SB oraz rozpracowywany przez NRD-owsk? Stasi
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Kazimierz Michalczyk
Moderator


Dołączył: 03 Wrz 2006
Posty: 1563

PostWysłany: Sob Lis 17, 2007 11:21 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Relacje Pana Bolesława Siedleckiego uważam za niezwykle interesującą i ważną. Szkoda rzeczywiście że pozostaje na razie jako jednostronna i niepotwierdzona. To znaczy, żeby uściślić, jednostronna i niepotwierdzona na piśmie, w formie relacji. Ustne relacje na temat działalności Pana Siedleckiego miałem okazje już słyszeć. Dowiedziałem się jednak że w przygotowaniu są już relacje współuczestników, jak również archiwalia, które udostępnione zostały (jak się dowiedziałem) do tej pory tylko szczątkowo.

Co do oceny zasięgu działania i jej ważności zalecałbym na razie wstrzemięźliwość.

Przy tej okazji chciałbym zwrócić Państwu uwagę, że właściwe relacjonowanie działalności, nie jest problemem tylko Pana Siedleckiego. W dalszym ciągu nasza działalność jest bardzo słabo opisana, a na dodatek w materiałach które miałem okazje przeczytać znajduje się wiele nieścisłości i błędów. Dlatego pozwolę sobie zaapelować o wzmożoną aktywność na tym polu. Kolegom, którzy mają problemy ze sformułowaniem relacji oferujemy profesjonalną pomoc.
Pozdrawiam
Kazimierz Michalczyk
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
rz
Weteran Forum


Dołączył: 13 Cze 2007
Posty: 219

PostWysłany: Wto Sty 08, 2008 2:20 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kazimierz Michalczyk napisał:
Relacje Pana Bolesława Siedleckiego uważam za niezwykle interesującą i ważną. Szkoda rzeczywiście że pozostaje na razie jako jednostronna i niepotwierdzona.
Co do oceny zasięgu działania i jej ważności zalecałbym na razie wstrzemięźliwość.

Kazimierz Michalczyk


Coż, potwierdzić to może jedynie Andrzej Kołodziej - jeśli posiada namacalne - nie urojone - "dowody". <br>Ja widziałem jedynie książki dostępne w bibliotece. Owszem, tytuły były cool, typu - "podręcznik obsługi kbkak'

_________________
roman zwiercan
Ostatni szef SW Odzia? Trójmiasto oraz cz?onek Komitetu Wykonawczego SW.
Poszukiwany listem go?czym do 19 kwietnia 1991 r. http://sw-trojmiasto.pl/16_poszukiwanie.html
http://www.sw-trojmiasto.pl/Index.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
rz
Weteran Forum


Dołączył: 13 Cze 2007
Posty: 219

PostWysłany: Wto Sty 08, 2008 2:20 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kazimierz Michalczyk napisał:
Relacje Pana Bolesława Siedleckiego uważam za niezwykle interesującą i ważną. Szkoda rzeczywiście że pozostaje na razie jako jednostronna i niepotwierdzona.
Co do oceny zasięgu działania i jej ważności zalecałbym na razie wstrzemięźliwość.

Kazimierz Michalczyk


Coż, potwierdzić to może jedynie Andrzej Kołodziej - jeśli posiada namacalne - nie urojone - "dowody". <br>Ja widziałem jedynie książki dostępne w bibliotece. Owszem, tytuły były cool, typu - "podręcznik obsługi kbkak'

_________________
roman zwiercan
Ostatni szef SW Odzia? Trójmiasto oraz cz?onek Komitetu Wykonawczego SW.
Poszukiwany listem go?czym do 19 kwietnia 1991 r. http://sw-trojmiasto.pl/16_poszukiwanie.html
http://www.sw-trojmiasto.pl/Index.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Sylwia



Dołączył: 05 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pon Gru 05, 2016 1:32 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Kazimierz Michalczyk
Moderator


Dołączył: 03 Wrz 2006
Posty: 1563

PostWysłany: Wto Sty 08, 2008 11:32 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Panie Romanie,
dlaczego Pan uważa że potwierdzić może tylko Andrzej Kołodziej. Ja już słyszałem częściowe potwierdzenie od Marka Czachora. Bolesław Siedlecki w relacji wymienia osoby których relacja będzie wydaje mi się kluczowa.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Wspomnienia, Relacje Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group