" /> Dyskusje ogólne :: IDEE Biurokratyczny kartel elit PERRY ANDERSON historyk
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

IDEE Biurokratyczny kartel elit PERRY ANDERSON historyk

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Nie Paź 28, 2007 10:25 am    Temat postu: IDEE Biurokratyczny kartel elit PERRY ANDERSON historyk Odpowiedz z cytatem

http://www.dziennik.pl/Default.aspxTabId=254&year=2007&nrw=186&ar793
IDEE

"EUROPA" Numer 186/2007-10-27, strona 12
Biurokratyczny kartel elit
Coraz mniej demokracji w Unii Europejskiej


Bilans porażek

Ocena rozszerzenia Unii Europejskiej w 2004 roku jest w Polsce jednoznaczna: to największy sukces naszego kraju od czasu obalenia komunizmu. Na Zachodzie kontynentu jest już jednak nieco inaczej. Zdania były tu, i nadal są, mocno podzielone. Jeszcze przed rozszerzeniem pojawiały się liczne głosy, że przyjęcie znacznie biedniejszych krajów z Europy Środkowo-Wschodniej rozreguluje unijną gospodarkę. Polska zbierała wtedy cięgi od zachodnich mediów za swoją opieszałość i "buńczuczną" postawę w akcesyjnych negocjacjach. Trzy lata po rozszerzeniu rozdźwięki między "starą" i "nową" Europą nadal są wyraźne. A Polskę nadal oskarża się o sabotowanie wspólnych działań i niechęć do kompromisu. Sytuację pogorszył dodatkowo kryzys związany z unijną konstytucją, którą w 2005 roku odrzucili w referendach Francuzi i Holendrzy.

Dziś na naszych łamach znakomity brytyjski historyk Perry Anderson sporządza bilans ponad trzech lat funkcjonowania rozszerzonej Unii Europejskiej. Nie wygląda on optymistycznie. Unię, zdaniem Andersona, zabija biurokracja i obojętność obywateli. Klęska projektu konstytucji była jedynie symptomem tego, że UE od dawna już zmieniła się w polityczne poletko doświadczalne dla elit. Nie jest ona dziś, wedle Andersona, ani związkiem państw, ani federacją. Funkcjonuje jako hybryda, której jedyną funkcję stanowi de facto zabezpieczanie obszaru wymiany handlowej. To parodia pierwotnych koncepcji jej ojców założycieli. Rozszerzenie Unii na wschód spowodowało, że reforma instytucji unijnych stała się jeszcze trudniejsza. Umacnia się koncepcja Europy ograniczonej do wspólnego rynku, a sprzyja temu fakt, że nowo przyjęte kraje z niskimi podatkami i tanią siłą roboczą są znakomitym miejscem dla zachodnich inwestycji. Politycznie ich głos się nie liczy - wciąż są tylko ubogimi krewnymi w elitarnym europejskim salonie.



Europa konformistyczna, Polska buntownicza, ale niekonsekwentna

Największą zmorą Europy - twierdzi Anderson - pozostaje konformizm krajów członkowskich maskowany sloganami o "demokracji konsensualnej". Faktycznie jej działanie sprowadza się do unicestwiania w zarodku wszelkich sporów. Polska miała, wedle Andersona, szansę przełamania tego zabójczego konformizmu na czerwcowym szczycie w Brukseli, ale przywołana do porządku szybko się z tego wycofała. "Zastrzeżenia Polaków do formuły, która podwaja rolę Niemiec i drastycznie redukuje rolę Polski, były jak najbardziej uzasadnione. Ale sprawiedliwość miała nie większy wpływ na wyniki szczytu niż demokracja. Buńczuczne pohukiwania poszły w zapomnienie i wszystko załatwiła jedna rozmowa telefoniczna. Dla regionu, którego Polska stanowi prawie połowę pod względem liczby ludności i PKB, epizod ten jest lekcją zasad milcząco przyjętej hierarchii, jaka obowiązuje w UE. Europa Wschodnia jest mile widziana, ale powinna znać swoje miejsce w szeregu".


Niezależnie od tego, jak bardzo technokratyczny czy odgórnie sterowany był proces powiększenia UE, formalne zjednoczenie dwóch połówek Europy jest osiągnięciem historycznym pierwszego rzędu. Nie dlatego, że dzięki niemu kraje wschodniej części kontynentu powróciły do odwiecznego wspólnego domu, z którego po II wojnie światowej wyrwał je zły los, czyli totalitarny uścisk Rosji - jak dowodził Kundera i inni środkowoeuropejscy ideolodzy. Podział kontynentu ma głębsze korzenie i sięga dalej wstecz niż do układu z Jałty. W dobrze przyjętej przez krytyków książce amerykański historyk Larry Wolff zarzucił XVIII-wiecznym podróżnikom i myślicielom oświeceniowym "stworzenie zarozumiałego mitu Europy Wschodniej". Rzeczywistość jest taka, że od czasów Cesarstwa Rzymskiego ziemie dzisiaj zajmowane przez nowe kraje unijne zawsze były biedniejsze, mniej zurbanizowane niż ziemie w zachodniej części Europy, padały ofiarą najazdów koczowników z Azji, późno zniosły poddaństwo chłopów, były anektowane przez Habsburgów, Romanowów, Hohenzollernów i Osmanów. Ich los podczas II wojny światowej i po niej nie był dla nich dziejowym wyjątkiem, lecz regułą.

Wejście do Unii Europejskiej jest szansą na położenie kresu temu tysiącleciu upokorzeń i opresji. Ta likwidacja dziejowych nierówności musi poruszać. Pierwotnym założeniem ekspansji UE na wschód, strategii stworzonej przez Kohla i niemieckie elity, a wspieranej przez różnych angielskich i amerykańskich apologetów, było ekspresowe włączenie do UE Polski, Węgier i Czech jako najbardziej dostosowanych cywilizacyjnie, najbardziej antykomunistycznych i najdojrzalszych politycznie krajów regionu. Gorzej oceniane społeczeństwa miały zaczekać na swoją kolej. Na szczęście udało się uniknąć tego perfidnego ponownego podziału Europy Wschodniej. Było to przede wszystkim zasługą Francji (która od początku opowiadała się za wariantem obejmującym Rumunię, co utrudniało wykluczenie Bułgarii), Szwecji (która forsowała członkostwo Estonii, co utrudniało wykluczenie Łotwy i Litwy) oraz Komisji Prodiego, która ostatecznie przekonała się do rozszerzenia całościowego, a nie selektywnego.

Jakie są ekonomiczne skutki ekspansji dla samej Unii? Z racji szczupłości środków regionalnych przyznanych krajom Europy Wschodniej finansowe koszty rozszerzenia są znacznie mniejsze, niż kiedyś szacowano, a bilans handlowy zmienił się na korzyść silniejszych gospodarek zachodnich. Są to jednak mało znaczące zmiany. Prawdziwe zyski - albo koszty, zależy z czyjej strony spojrzeć - tkwią gdzie indziej. Europejski kapitał ma obecnie do swojej dyspozycji wielkie zasoby taniej i dogodnie zlokalizowanej siły roboczej, co pozwala nie tylko tanio produkować we wschodnioeuropejskich fabrykach, ale również wywrzeć presję na zachodnie zarobki i warunki pracy. Najlepiej obrazuje to przykład Słowacji, gdzie pensje w przemyśle motoryzacyjnym są osiem razy mniejsze niż w Niemczech, ale niedługo kraj ten wysforuje się na pierwsze miejsce w świecie pod względem liczby produkowanych samochodów (przede wszystkim volkswagenów i peugeotów) na głowę mieszkańca. Obawy przed taką relokacją i zamykaniem krajowych zakładów skłoniły wielu niemieckich robotników do zaakceptowania niższych płac i dłuższego tygodnia pracy. Rywalizacja w dziedzinie obniżek nie ogranicza się do zarobków. Kraje postkomunistyczne kuszą inwestorów podatkiem liniowym i konkurują ze sobą, gdy chodzi o jego stawki: Estonia daje 26 proc., Słowacja oferuje 19 proc., Rumunia reklamuje 16 proc., a Polska rozważa najlepsze na rynku 15 proc.

Innymi słowy, Europa Wschodnia może odgrywać w UE taką rolę, jak nowe Południe w gospodarce amerykańskiej od lat 70. - może być strefą, w której prowadzi się przyjazną dla biznesu politykę fiskalną, w której ruch związkowy jest słaby lub w ogóle nie istnieje, płace pozostają na niskim poziomie, a tym samym możliwe są wysokie inwestycje z wyższą stopą zwrotu od kapitału niż w starej Europie. Podobnie jak amerykańskie Południe region nieco odstaje od standardów politycznych oczekiwanych w pozostałych krajach unijnych. Odkąd zapewniły sobie miejsce w UE i nie mają już potrzeby się wykazywać, wschodnioeuropejskie elity wyraźnie zaczynają wracać do dawnych obyczajów. W Polsce rządzący bliźniacy naruszają wszelkie normy ideologicznej poprawności lansowane przez Strasburg i Brukselę. Na Węgrzech wyposażeni w pałki i tarcze policjanci pełnią straż przy premierze, który nie wstydzi się, że okłamał wyborców. W Czechach parlament przez wiele miesięcy nie potrafi wyłonić rządu. W Rumunii prezydent obraża premiera, dzwoniąc do telewizyjnego talk-show. Ale podobnie jak w Kentucky czy Alabamie takie prowincjonalne dziwactwa raczej dodają folklorystycznego kolorytu nudnej metropolitalnej scenie, niż ją zaburzają.

Wszystkie analogie mają swoje granice. Specyfika roli nowego Południa w ekonomii politycznej USA po części bierze się z dużej liczby imigrantów, których przyciąga panujący w tym regionie klimat, skutkiem czego przyrost demograficzny jest tam znacznie wyższy od średniej krajowej. Bolączką Europy Wschodniej jest natomiast emigracja - na razie przede wszystkim Polaków do Wielkiej Brytanii oraz mieszkańców krajów bałtyckich do Irlandii i Szwecji. Jednak mobilność siły roboczej w dowolnym kierunku jest znacznie niższa w UE niż w USA - i z oczywistych przyczyn językowych i kulturowych taka pozostanie. Możliwość pójścia drogą Południa USA ograniczają również odziedziczone po komunizmie i tylko w niewielkim stopniu zdemontowane systemy opieki społecznej. Poza tym Europa Wschodnia zarówno demograficznie, jak i pod względem wpływów politycznych odgrywa w UE znacznie mniejszą rolę niż Południe w USA. Na razie skutki rozszerzenia w znacznej mierze ograniczają się do tego, na co od początku liczyło brytyjskie ministerstwo spraw zagranicznych i rozmaite lobby przedsiębiorców w Brukseli: do przekształcenia UE w ogromną strefę wolnego handlu z nowo nabytym terytorium oferującym tanią siłę roboczą. Integracja Europy Wschodniej z Unią jest istotnym osiągnięciem, na które miłośnicy nowej Europy mają pełne prawo się powoływać. Oczywiście, podobnie jak w wypadku standardowych panegiryków podnoszących wiekopomne sukcesy Unii jako całości istnieje rozdźwięk między propagandą i rzeczywistością. EWG, która później przemianowała się na UE, nie może zapisywać na swoje konto "50 lat pokoju", ponieważ zasługa ta w istocie należy się Waszyngtonowi, a nie Brukseli. Kiedy w Jugosławii groził wybuch wojny, Unia nie tylko jej nie zapobiegła, ale wręcz zaogniła sytuację. W podobnym duchu rzecznicy UE sugerują, że bez rozszerzenia Europa Wschodnia nigdy by nie dotarła do bezpiecznej przystani demokracji, ale jedynie wykuwała nowe formy totalitaryzmu lub barbarzyństwa. Ten argument jest nieco bardziej uprawniony, ponieważ UE nadzorowała stabilizowanie systemów politycznych w regionie. Jednak i tutaj próżność każe Unii rozdmuchiwać własne zasługi. UE nie odegrała żadnej roli w obaleniu reżimów zainstalowanych przez Stalina i nie ma żadnych podstaw do sugerowania, że gdyby nie zbawcza dłoń Komisji Europejskiej, po upadku tych reżimów powstałyby w ich miejsce jakieś nowe dyktatury. Rozszerzenie jest dostatecznym historycznym przełomem i (jak na razie) sukcesem gospodarczym, by na przekór faktom dostrzegać w nim również polityczne wyzwolenie Europy Wschodniej. W zgiełku fałszywej propagandy gubią się jednak prawdziwe osiągnięcia. Pozostaje najważniejsze pytanie: w jaki sposób rozszerzenie wpływa na kształt instytucjonalny Unii? Tutaj obraz jest znacznie mniej czytelny. Jeśli bowiem rozszerzenie można uznać za największe osiągnięcie ostatniego okresu, to konstytucja, która miała odnowić Unię, jest najbardziej spektakularną porażką, a wzajemne powiązania między tymi dwoma procesami nie dają się łatwo interpretować. Konwent mający decydować o przyszłości Europy zebrał się na początku 2002 roku, a w połowie 2003 roku przedstawił projekt Konstytucji Europejskiej, latem 2004 roku zatwierdzony przez Radę Europejską. Delegaci krajów kandydackich formalnie brali udział w pracach Konwentu, ale ponieważ pełnił on rolę atrapy, a projekt był w rzeczywistości dziełem przewodniczącego Giscarda d'Estaing i jego brytyjskiego totumfackiego Johna Kerra, ich udział nie miał znaczenia. Przyszła europejska ustawa zasadnicza została napisana dla zachodnich establishmentów, dla rządów Piętnastki, które musiały ją zaaprobować. Kraje Europy Wschodniej miały jedynie status widzów. Logika konstytuanty została odwrócona: rozszerzenie powinno posłużyć za podstawę do budowy nowych ram ustrojowych, a tymczasem ramy wzniesiono przed rozszerzeniem.

Późniejsza klęska spadła na zachodnie elity jak grom z jasnego nieba. Konstytucja - długa na ponad 500 stron, zawierająca 446 artykułów oraz 36 protokołów dodatkowych i stanowiąca bezprecedensowy przykład biurokratycznego wodolejstwa - zwiększyła władzę czterech największych państw UE (Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch), zwieńczyła strukturę międzyrządową, w której te państwa miałyby więcej do powiedzenia, pięcioletnią prezydenturą niewybieraną przez Parlament Europejski (nie mówiąc już o obywatelach Unii) oraz ustanowiła zasadę "wysokokonkurencyjnego, wolnego od zakłóceń rynku" jako fundamentalne prawo, od którego wyborcy nie mogą się odwołać. Założyciele Republiki Amerykańskiej przecieraliby oczy ze zdumienia na widok takiej ciężkiej i chwiejnej konstrukcji. Tymczasem w europejskich mediach i wśród klasy politycznej panowała taka jednomyślność, że bardzo niewielu wątpiło w sukces konstytucji. Ale ku zaskoczeniu rządzących wyborcy ją odrzucili. We Francji, gdzie rząd okazał się na tyle nierozsądny, by wysłać egzemplarz tego dokumentu każdemu wyborcy (nawet sam Giscard uznał to za szaleństwo), poniosła ona sromotną klęskę po kampanii referendalnej, podczas której energiczna oddolna opozycja - bez wsparcia choćby jednej partii, gazety i czasopisma głównego nurtu, nie mówiąc już o telewizji i radiu - zmiażdżyła establishment zjednoczony w poparciu dla proponowanej ustawy zasadniczej. Nawet w najnowszej historii Francji rzadko się zdarzało, by wieprze tak spektakularnie odrzucały taką perłę światłej myśli. Nie wynikało to z faktu, że projekt konstytucji był za bardzo federalistyczny, lecz że jawił się jako zawiła recepta na redystrybucję oligarchicznej władzy ucieleśniająca wszystko, co najgorsze w aroganckim i nieprzejrzystym systemie, jakim stała się UE. Trudno więc mówić tu o zaskoczeniu. Prawie za każdym razem - nie było tych razów wiele - kiedy wyborcy mieli możliwość wyrażenia swojego zdania w kwestii kierunku obranego przez Unię, mówili "nie". Norwegowie w ogóle nie chcieli przystąpić do EWG, Duńczycy odrzucili Maastricht, Irlandczycy traktat nicejski, a Szwedzi - euro. Klasa polityczna zawsze wysyłała ich z powrotem do urn, by naprawili swój błąd, lub czekała na okazję do uchylenia ich werdyktu. UE działa zgodnie z zasadą Brechta: jeśli coś pójdzie nie po myśli rządu, rząd powinien zmienić społeczeństwo.

Jak można było przewidzieć, w trakcie obchodów 50. rocznicy podpisania założycielskiego traktatu rzymskiego szefowie państw europejskich dyskutowali o tym, jak ominąć wolę powszechną i narzucić konstytucję z kosmetycznymi poprawkami, tym razem nie biorąc na siebie ryzyka związanego z demokratycznym sposobem podejmowania decyzji. Na tegorocznym czerwcowym szczycie w Brukseli wprowadzono trochę poprawek i przemianowano konstytucję na traktat. Nie chcąc, by Wielka Brytania urządzała referendum, jako jedynej pozwolono jej nie podpisywać się pod Kartą Praw Podstawowych. Aby udobruchać francuską opinię publiczną, paragrafy dotyczące niczym nieskrępowanej konkurencji przeniesiono z dokumentu głównego do jednego z protokołów. Aby ukoić sumienie Holendrów, "promowanie europejskich wartości" uczyniono testem dla przyszłych członków. Aby pomóc uratować twarz władzom Polski, degradację ich kraju do drugiej ligi w Radzie odroczono na dziesięć lat, spychając ten problem na głowy ich następców.

Na tym spotkaniu, które miało na celu wskrzeszanie tego, co pogrzebali wyborcy francuscy i holenderscy, nowością było stanowcze dążenie Niemiec do zapewnienia sobie prymatu w strukturze Rady. Zastrzeżenia Polaków do formuły, która podwaja rolę Niemiec i drastycznie redukuje rolę Polski, były jak najbardziej uzasadnione i podbudowane znanymi od dawna ustaleniami teoretyków głosowania. Ale sprawiedliwość miała nie większy wpływ na wyniki szczytu niż demokracja. Bliźniacy najpierw wypalili, że straty demograficzne poniesione podczas II wojny światowej uprawniają Polskę do proporcjonalnej rekompensaty w strukturach unijnych, a potem skapitulowali równie szybko jak przedwojenni pułkownicy w obliczu niemieckiego Blitzkriegu. Buńczuczne pohukiwania poszły w zapomnienie i wszystko załatwiła jedna rozmowa telefoniczna. Dla regionu, którego Polska stanowi prawie połowę pod względem liczby ludności i PKB, epizod ten jest lekcją zasad milcząco przyjętej hierarchii, jaka obowiązuje w UE. Europa Wschodnia jest mile widziana, ale powinna znać swoje miejsce w szeregu. Oczywiście zawsze można sypnąć okruchami z pańskiego stołu. Odsunięcie w czasie degradacji jest dla władz polskich listkiem figowym, który pozwoli im uniknąć poddania odratowanej konstytucji osądowi wyborców. W sumie premier Irlandii Bertie Ahern mógł zakrzyknąć w przypływie niedyskretnego uniesienia: "90 procent zostało!". Nawet lojalnym komentatorom trudno było ukryć obrzydzenie, jakie wzbudził w nich cynizm tego najnowszego przykładu zastosowania "modelu wspólnotowego". Trudno o ostrzejszy kontrast między tą przykrą rzeczywistością a hasłami propagandystów nowej Europy. Prawda jest taka, że światło przewodnie świata, wzorzec do naśladowania dla całej ludzkości nie może nawet liczyć na poparcie własnych obywateli.

Jaki porządek polityczny kształtuje się zatem w Europie 15 lat po Maastricht? Pionierzy integracji europejskiej - Monnet i jego ideowi pobratymcy - mieli wizję unii federalnej zastępującej państwa narodowe, opartej na zasadzie suwerenności ludu całej zjednoczonej Europy, z władzą wykonawczą kontrolowaną przez pochodzącą z powszechnego wyboru legislaturę i gospodarką podlegającą wymogom odpowiedzialności społecznej. Jednym słowem miała to być demokracja w skali kontynentalnej (myślano wtedy tylko o Europie Zachodniej). Ale od początku istniała też inna wizja zjednoczenia: współpraca międzyrządowa w pewnych - głównie gospodarczych - dziedzinach, nieoznaczająca ograniczenia tradycyjnie rozumianej suwerenności narodowej, ale jedynie stworzenie nowatorskich struktur instytucjonalnych dla ściśle zdefiniowanego zakresu działań. Zwolennikiem jednego z wariantów tej koncepcji był de Gaulle, a innego Thatcher. Te dwie wizje Europy - federalistyczna i międzyrządowa, czyli Europa Ojczyzn - do dzisiaj ze sobą rywalizują.

To, co mamy obecnie, nie odpowiada jednak żadnej z nich. Pod względem ustrojowym UE jest karykaturą demokratycznej federacji, ponieważ Parlament nie posiada inicjatywy ustawodawczej, nie grupuje partii rozpoznawalnych na poziomie europejskim i cieszy się nikłym zaufaniem opinii publicznej. Umiarkowanemu zwiększeniu jego kompetencji towarzyszy dalszy spadek, a nie wzrost zainteresowania obywateli Europy tą instytucją. Frekwencja w wyborach europejskich konsekwentnie maleje (ostatnio była niższa niż 50 proc.), a największa obojętność panuje w nowych krajach członkowskich. Tutaj średnia w 2004 roku ledwo przekroczyła 30 proc., a na Słowacji wyniosła 17 proc. Ogromna większość decyzji Rady, Komisji i Komitetu Stałych Przedstawicieli dotyczy spraw wewnątrzkrajowych, nad którymi tradycyjnie debatowano w legislaturach narodowych. Na brukselskich konklawe stały się one jednak przedmiotem dyplomatycznych negocjacji, dawniej zarezerwowanych dla spraw zagranicznych i wojskowych, w których kontrola parlamentarna z reguły jest słaba lub żadna i władza wykonawcza ma w gruncie rzeczy pełną swobodę działania. Od czasów renesansu znakiem firmowym dyplomacji jest tajność. Najważniejsze instytucje unijne przekształciły jawną pracę parlamentów w zamknięty świat kancelarii. Ale nie koniec na tym.

W tradycyjnej dyplomacji sukces z reguły wymagał dyskrecji i zaskoczenia, ale niezgoda i konflikt nie były z góry wykluczone. Generalnie dyplomacja była wojną pozycyjną prowadzoną przez strony, które nie tylko zawierały sojusze, ale również je zrywały, a nagłym zmianom ulegały środki, cele i pola walki. Jednym słowem była to w dalszym ciągu polityka, tyle że nie wewnątrzkrajowa, ale międzypaństwowa.

W wysterylizowanym świecie UE wszystko to niemal całkowicie znika, ponieważ we wszystkich ważnych kwestiach jednomyślność jest właściwie obowiązkowa, a publiczne wyrażenie zdania odrębnego, nie mówiąc już o odmowie zatwierdzenia ustalonego z góry stanowiska, w coraz większym stopniu uchodzi za skandaliczne naruszenie etykiety. Zabójczy konformizm unijnych szczytów, w którym jego zwolennicy dostrzegają światły przykład "demokracji konsensualnej" w działaniu - chociaż powinni widzieć raczej kartel dbających o swoje interesy elit - składa do grobu nawet dyplomację w jej autentycznym wydaniu, zarzucając ją wieńcami biurokratycznych zbożnych formułek. Wola powszechna przestaje odgrywać jakąkolwiek rolę, ponieważ uśmierca się demokratyczną partycypację i wyobraźnię polityczną.

Funkcjonujące na tych zasadach struktury unijne były budowane od lat. Bez reformy mogły się tylko umocnić po rozszerzeniu. Dystans między rządzącymi i rządzonymi, zdecydowanie za duży we Wspólnocie liczącej dziewięć czy 12 krajów, musiał się jeszcze powiększyć przy 27 państwach członkowskich, zwłaszcza że różnice w poziomie życia między starą i nową Europą są tak olbrzymie, że wskaźnik Giniego jest dzisiaj w UE wyższy niż w Stanach Zjednoczonych, tym osławionym królestwie nierówności społecznych.

Przeciwnicy europejskiego federalizmu z kolejnymi rządami brytyjskimi na czele od początku kalkulowali sobie, że im szersza Wspólnota, tym mniejsze szanse na rozbudowę jej instytucji w kierunku demokratycznym, ponieważ koncepcja suwerenności ludu w ponadnarodowej strukturze przy większej liczbie krajów członkowskich stałaby się jeszcze trudniejsza do zrealizowania w praktyce. Ich zamierzenia się spełniły. Powiększona do ponad 500 milionów obywateli dzisiejsza Unia Europejska nie jest w stanie wcielać w życie marzeń Monneta.

Powyższy tekst jest fragmentem eseju, który ukazał się pierwotnie na łamach "London Review of Books". Tekst w pełnej wersji jest dostępny na stronie http://www.lrb.co.uk/v29/n18/ande01_.html

przeł. Tomasz Bieroń


Perry Anderson, ur. 1938, brytyjski historyk i socjolog, wykładowca University of California w Los Angeles, jeden z bardziej znanych intelektualistów nowej lewicy. W latach 1962 - 1982 i 2000 - 2003 był redaktorem wpływowego periodyku "New Left Review". Współpracuje także m.in. z "London Review of Books". Interesuje się nowożytną historią Europy, a także kwestiami metodologii badań historycznych. Znany jest ze swej krytyki postmodernizmu, którą zawarł m.in. w książkach "In the Tracks of Historical Materializm" (1983) oraz "The Origins of Postmodernisty" (1998). Oprócz tego opublikował m.in.: "Lineages of the Absolutist State" (1974), "Considerations on Western Marxism" (1976), "Zone of Engagement" (1992) oraz "Spectrum" (2005).



PERRY ANDERSON historyk
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 09 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pią Gru 09, 2016 10:11 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group