" /> Dyskusje ogólne :: Wałęsa w układzie WSI
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Wałęsa w układzie WSI

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Pią Lis 23, 2007 8:08 am    Temat postu: Wałęsa w układzie WSI Odpowiedz z cytatem

DZIENNIK ujawnia szczegóły tajnego aneksu http://www.dziennik.pl/polityka/article85810/Walesa_w_ukladzie_WSI.html

piątek 23. listopad 2007 01:45

Wałęsa w układzie WSI


zobacz galerię DZIENNIK ujawnia szczegóły tajnego aneksu: Wałęsa w układzie WSI fot. kfp
Kiedy DZIENNIK napisał, że aneks do raportu o WSI jest do dostania na czarnym rynku, prezydenccy urzędnicy zaprzeczyli. DZIENNIK nie zdecydował się go kupić. Bez większego trudu dotarł jednak do szczegółów tajnego dokumentu. Autorzy chcą w nim udowodnić istnienie "układu", o którym stale mówi PiS.

Słowo "układ" powtarza się w tym tekście wielokrotnie. "Część podrozdziałów jest zatytułowana <Układ... > i tu podają kolejne nazwiska, np. <Układ Poznańskiego>" - dowiedział się DZIENNIK się ze źródła zbliżonego do komisji weryfikacyjnej. Oczywiście nie chodzi w tym przypadku o region Polski. Zenon Poznański to emerytowany generał Ludowego Wojska Polskiego , który na początku lat 90. wszedł do polityki. Był szefem sekretariatu Komiteteu Obrony Kraju przy prezydencie Lechu Wałęsie i wiceszefem Obrony Cywilnej. Później doradzał prominentnym politykom SLD, a ostatnio Andrzejowi Lepperowi, szefowi Samoobrony. Poznański - według twórców raportu - miał stworzyć wokół siebie grupę wojskowych, którzy mieli nieformalny wpływ na decyzje polityków. Aneks próbuje udowodnić tezę, że wokół byłych wojskowych powstawały patologiczne układy.

To nie jedyny zarzut, jaki w dokumencie wysuwany jest wobec byłego prezydenta Lecha Wałęsy. Autorzy sugerują także, że za jego czasów planowano przekształcenie Biura Bezpieczeństwa Narodowego w pozakonstytucyjnego supernadzorcę tajnych służb III RP. Do BBN mieli trafić najbardziej zaufani ludzie ze służb specjalnych. Biuro miało także posiadać niezwykłe wyposażenie techniczne: specjalny system łączności z końcówkami prowadzącymi wprost do Wojskowych Służb Informacyjnych oraz Urzędu Ochrony Państwa. Taka teza nie jest nowym odkryciem. Od lat upowszechniają ją... politycy PiS, oskarżając o koordynowanie tych działań Mieczysława Wachowskiego.

Aneks do raportu zajmuje się także znienawidzonymi przez Prawo i Sprawiedliwość oligarchami. Pokazuje na przykład działalność Ryszarda Krauzego i jego grupy Prokom. Wymieniane są państwowe urzędy i firmy komputeryzowane przez spółki biznesmena z Gdyni, w tym szeroko opisywany przez media ZUS. Wyliczane są nazwiska polityków, urzędników i ludzi ze służb specjalnych pracujących w firmach Krauzego. Ma to być dowód na tezę, że za sukcesami biznesowymi Krauzego stały służby ułatwiające mu zawieranie rządowych kontraktów.

Aneks rozwija też zarzuty stawiane już w głównym raporcie, że wojskowe służby miały nielegalny wpływ na zbrojeniówkę i handel bronią. Ta tematyka zajmuje wiele stron. Służby wojskowe same kontrolowały część sektora zbrojeniowego. Miały jednak prowadzić akcje sabotażowe przeciw konkurencyjnym dla nich firmom, nawet jeśli były to spółki z udziałem Skarbu Państwa. Jako przykład podana ma być sprawa tzw. kontraktu egipskiego, który w drugiej połowie lat 90-tych chciała zawrzeć spółka Cenrex. Firma, w której udziały miało państwo, dostała szansę zmodernizowania rakiet dla armii egipskiej.

Zamówienie było warte kilkaset milionów dolarów. Cenrex miał kontrakt w kieszeni, ale kłuło to w oczy konkurencyjne firmy, a wraz z nimi WSI. Wówczas doszło do serii tajemniczych zdarzeń, za którymi miały stać służby wojskowe. Podczas prezentacji dla wojska egipskiego, system, który oferowali Polacy, nieoczekiwanie nie zadziałał. Potem, na krótko przed sfinalizowaniem zamówienia, szefowie Cenreksu - najprawdopodobniej na podstawie sfabrykowanych dowodów - zostali aresztowani. Kontrakt przepadł.

Według informacji DZIENNIKA w aneksie znajdują się także dane, które mogą zdekonspirować "załatwiaczy" czyli zagranicznych pośredników, którzy legalnie i nielegalnie pracują na rzecz polskich firm handlujących bronią i sprzętem specjalnym.

Obecnie ośmiusetstronicowy aneks oczekuje na odtajnienie w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Pierwsza część raportu została upubliczniona w lutym tego roku. Jego treść uznano za niewypał. Dokument roił się od błędów, a kilkanaście wymienionych w nim osób procesuje się z Antonim Macierewiczem o zniesławienie. "Czekam na odtajnienie, na razie nie ma co komentować" - mówi Marek Biernacki, ekspert od służb w PO.

pisze w dzienniku Tomasz Butkiewicz

Komentarz zbyteczny.Wszystko jasne, jak na dloni. Jakby nie czytac wnioski jednoznaczne.
Rolling Eyes
Robert Majka , polityk , Przemyśl , 23 listopada 2007r
www.sw.org.pl ,
adres mailowy : robm13@interia.pl ,
tel.+ 48 506084013
tel. + 48 016.6784910
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Sylwia



Dołączył: 07 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sro Gru 07, 2016 11:30 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Sob Lis 24, 2007 10:58 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

1. "Opozycja demokratyczna" i komuniści: http://haribu.blog.onet.pl/2,album.html

2. Warto rozmawiać - Morderczy uścisk agentów tajnych slużb http://www.youtube.com/watch?v=0esvAIAToCU

3. W obliczu „wielkiej idei” - Stanislaw Michalkiewicz , http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=177

W obliczu „wielkiej idei”
Felieton, tygodnik „Nasza Polska” 2007-11-20 | www.michalkiewicz.pl


„By mogła zapanować równość, trzeba wpierw wszystkich wdeptać w gówno. By człowiek, był człowieka bratem, trzeba go wpierw przećwiczyć batem” napisał Janusz Szpotański w poemacie „ Towarzysz Szmaciak”.

Ciekawe, że podobna myśl, tylko w innej formie, wyraził kiedyś również Aldous Huxley, mówiąc, że „z wielkich idei rodzą się wielkie nieszczęścia”. Czy idea „praw człowieka” jest wielka ideą? Wszystko na to wskazuje; po uchwaleniu 26 sierpnia 1789 roku przez Zgromadzenie Narodowe we Francji Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, w ciągu pięciu lat tylko na Placu de Greve w Paryżu ścięto co najmniej 60 tys. ludzi na gilotynie, a trzeba do tego dodać niezliczone ofiary terroru na prowincji, no i ludobójstwa w Wandei, gdzie szermierze praw człowieka wypróbowali wszystkie zastosowane później przez wybitnych przywódców socjalistycznych: Adolfa Hitlera i Józefa Stalina metody masowej eksterminacji.

Starsi ludzie pamiętają zapewne konstytucję Związku Radzieckiego z 1977 roku, z czasów Leonida Breżniewa. Charakteryzował się on między innymi również największą liczbą zapisanych tam praw człowieka, oczywiście człowieka sowieckiego, jakże by inaczej. Czegóż tam nie było! Art. 49 na przykład stanowił, że każdy obywatel ZSRR ma prawo wnoszenia do organów państwowych i organizacji społecznych propozycji mających na celu udoskonalenie ich działalności i wskazywanie niedociągnięć w ich pracy. Art. 50 – że zgodnie z interesami narodu i w celu umocnienia i rozwoju ustroju socjalistycznego, obywatelom ZSRR gwarantuje się następujące wolności: słowa, druku, zgromadzeń, wieców, ulicznych pochodów i manifestacji. Brzmi to bardzo pięknie, dopóki nie uświadomimy sobie, że słowa, druki, zgromadzenia, wiece, uliczne pochody i manifestacje uznane przez władze, a w każdym razie przez KGB za niezgodne z interesami narodu, albo mające na celu osłabienie lub zahamowanie rozwoju ustroju socjalistycznego z gwarancji tych już nie korzystały. Była w tym pewna logika, bo w tym mniej więcej czasie przodujący sowieccy wracze odkryli, że każdy, komu nie podoba się ustrój socjalistyczny, cierpi na sławną „schizofrenię bezobjawową”. W tej sytuacji nikogo nie mógł zaskoczyć nawet art. 56, mówiący, że życie osobiste obywateli, tajemnica korespondencji, rozmów telefonicznych i depesz, pozostają pod ochroną ustawy. No naturalnie, jakże by inaczej?

Przypominam o tamtych próbach forsowania praw człowieka, bo oto stoimy wobec jeszcze doskonalszej próby w postaci Karty Praw Podstawowych, stanowiącej katalog praw człowieka wieku XXI i następnych.. Składa się ona z patetycznej preambuły i 54 artykułów. Art. 2 stwierdza, że „każdy ma prawo do życia”, ale chyba z wyjątkiem tych, którzy go nie mają, tzn. – ludzi bardzo małych, albo bardzo chorych, bo aborcja i eutanazja są dozwolone jak najbardziej, a nawet – forsowane, jako rozszerzenie „prawa wyboru”. Naturalnie Karta o tym nie wspomina, zgodnie z zasadą „nie płoszmy ptaszka; niech mu się zdaje, ze naszej partii siły nie staje”. Podobnie rzecz się ma z art. 11, że „każdy” ma prawo do wolności wypowiedzi. Naprawdę? Nawet tak zwany „kłamca oświęcimski”?

Osobliwy jest art. 16, w którym Unia „uznaje” wolność prowadzenia działalności gospodarczej „zgodnie z prawem wspólnotowym oraz ustawodawstwami i praktykami krajowymi”. A jeśli „prawo wspólnotowe” wprowadzi ograniczenia tej wolności? Krótko mówiąc, można wybrać samochód w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że będzie czarny. Art. 21 Karty jest z kolei bardzo podobny do wspomnianego art. 56 breżniewowskiej konstytucji. Stanowi on, ze zakazana jest wszelka dyskryminacja”, również ze względu na poglądy polityczne, a nawet „wszelkie inne”. Czyżby więc taki np. rasizm lub ksenofobia nie mogły pociągać za sobą żadnych praktyk dyskryminacyjnych, ani żadnych represji? Przepisy o europejskim nakazie aresztowania mówią coś zupełnie innego! Zresztą i w samej Karcie napotykamy momenty szczerości; oto art. 15 ust. 1 głosi, że „każdy” ma prawo do podejmowania pracy, ale już ust. 3 tego artykułu powiada, że obywatele państw trzecich, którzy posiadają zezwolenie na pracę na terytorium Unii...” i tak dalej. A więc nie „każdy”, tylko ten, co ma zezwolenie, a skoro się zezwala, to znaczy, ze można i nie zezwolić, nieprawdaż? Karta zredagowana jest w taki sposób, by każde z tych „praw podstawowych” można było w każdej chwili bez trudu zakwestionować. W tym sensie jest bardzo podobna do breżniewowskiej konstytucji, tylko jeszcze bardziej podstępna.

Na swoim blogu przewodniczący Komisji Europejskiej Józef Barroso napisał, ze prezydent Kaczyński powiedział mu, iż w przypadku przyjęcia przez nowy polski rząd Karty Praw Podstawowych, w Sejmie może zabraknąć większości niezbędnej do ratyfikacji Traktatu Reformującego. Zgodnie z art. 90 ust. 2 konstytucji, ratyfikacja Traktatu Reformującego wymaga w Sejmie większości 2/3 głosów przy obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów, a w Senacie – 2/3 głosów przy obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów. Jeśli pan Barroso napisał prawdę, to znaczy, że prezydent Lech Kaczyński w ogóle nie bierze pod uwagę przeprowadzenia referendum w sprawie ratyfikacji Traktatu Reformującego. Tego się obawiałem, ale co innego obawiać się, a co innego – dowiedzieć.

pisze Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl


2. Komentarz również zbyteczny. Post pierwszy u góry i post poniżej , to naczynia polączone.

Robert Majka , polityk , Przemyśl , 24 listopada 2007r
www.sw.org.pl ,
adres mailowy : robm13@interia.pl ,
tel.+ 48 506084013
tel. + 48 016.6784910


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Nie Lis 25, 2007 7:47 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Nie Lis 25, 2007 6:56 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.wprost.pl/ar/118385/Minister-obrony-w-rzadach-Oleksego-i-Cimoszewicza-byl-agentem-SB/

Minister obrony w rządach Oleksego i Cimoszewicza był agentem SB
2007-11-25 17:06


Stanisław Dobrzański, były minister obrony, a obecnie kandydat PSL na stanowisko szefa Urzędu Regulacji Energetyki, był w stanie wojennym współpracownikiem, który z własnej inicjatywy podżegał bezpiekę do walki z demokratyczną opozycją. Tak wynika z dokumentów Instytutu Pamięci Narodowej, do których dotarł „Wprost”.

Ze Służbą Bezpieczeństwa kontaktował się z własnej inicjatywy. Donosił na swoich przełożonych, podwładnych i kolegów z ówczesnego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. W zamian przyjmował od SB drogie alkohole.

W IPN zachowały się dokumenty z początku lat 80. Dobrzański był wtedy zastępcą dyrektora Biblioteki Narodowej. Instytucja ta była rozpracowywana przez bezpiekę m.in. z inicjatywy samego Dobrzańskiego. Został on zarejestrowany pod numerem 38165 jako kontakt operacyjny Równy.

Pierwszy raport Równego dotyczył zachowań pracowników Biblioteki Narodowej przed wizytą Jana Pawła II w 1983 r. Dwa dni przed przylotem papieża do Polski w jednej z warszawskich kawiarni Dobrzański meldował oficerowi, że w okresie pielgrzymki do pracy ma zamiar nie przyjść 51 osób. „Wśród nich znajdują się byli aktywiści byłej " Solidarności " czytamy w raporcie Równego.

Równy w kontaktach z SB wykazywał niespotykaną nadgorliwość. W listopadzie 1983 r. sam zadzwonił do swojego oficera prowadzącego i doniósł, że w bibliotece „ujawniono i zlikwidowano plakat wielkości 100 cm x 60 cm wykonany ręcznie pismem technicznym, barwny, o treści: Biblioteka Narodowa. Solidarność żyje…, nawołujący do uczczenia rejestracji byłej &raquo;Solidarności&laquo; oraz uzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 r. – w 65. rocznicę". Dobrzański wykluczył, by plakat zawiesiła osoba postronna. Był przekonany, że zrobił to ktoś z jego pracowników. Podczas rozmowy z funkcjonariuszem SB Równy skrytykował swojego szefa, dyrektora Czajkę, który miał zwlekać z powiadomieniem MSW o sprawie. Domagał się też działań represyjnych wobec byłych działaczy "Solidarności " z Biblioteki Narodowej.

Dwa dni po donosie Równego w asyście Dobrzańskiego SB skontrolowała pomieszczenia, w których znajdowały się należące do biblioteki maszyny drukarskie. Kiedy bezpieka zasugerowała zwolnienie z pracy jednego z pracowników Zakładu Graficznego BN, Dobrzański nie tylko na to ochoczo przystał, ale jeszcze dorzucił na jego temat informacje, które mogła wykorzystać SB.

Innym razem Dobrzański poinformował bezpiekę o wykorzystywaniu fotoskładu Biblioteki Narodowej do wykonywania druków o treści religijnej. Reakcja bezpieki była błyskawiczna: przeprowadzono rewizję, podczas której znaleziono m.in. wydrukowane nielegalnie ankiety „Więzi".

Nie tyko biblioteka była przedmiotem donosicielskich zainteresowań Dobrzańskiego. W marcu 1983 r. zgodził się na przekazywanie bezpiece szczegółowych informacji z IX Kongresu Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Dobrzański był wówczas delegatem na zjazd i członkiem Głównego Sądu Partyjnego ZSL. „K.O., mimo iż zasadniczo sprawy ZSL nie były nigdy tematem jego rozmów z SB, wykazał zrozumienie potrzeby udzielania informacji oraz odbywania spotkań w trakcie kongresu" – zanotował kpt. Kuliński. Równy spełnił obietnice wobec bezpieki: codziennie od 26 do 31 marca składał jej dokładne raporty. Donosił na kandydatów do władz ZSL, mówił o niechętnym nastawieniu części delegatów do PZPR, a także o krytykowaniu przez niektórych działaczy poparcia ZSL dla PRON.

Dobrzański nie brał od SB pieniędzy, przyjmował za to różne alkohole. W aktach IPN znajdują się raporty o wypłaceniu z funduszu operacyjnego pieniędzy na zakup dla Równego koniaku i rumu kubańskiego. Za każdym razem było to okazjonalne wynagrodzenie za współpracę.

W 1985 r. Dobrzański miał objąć stanowisko w aparacie partyjnym ZSL. Bezpieka doradziła mu, by poczekał, bo może otrzymać jedno z wyższych stanowisk w resorcie kultury. I rzeczywiście – został dyrektorem departamentu w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Według dokumentów, współpraca Stanisława Dobrzańskiego z SB zakończyła się w połowie 1988 r. - wtedy złożono wniosek o przekazanie materiałów do archiwum.

Jak zawartość akt IPN na swój temat komentuje sam Dobrzański? - Jestem zaskoczony, że zachowały się jakieś papiery w IPN na mój temat. Nie podpisałem żadnego zobowiązania do współpracy z SB. Miałem kontakty z funkcjonariuszami, ale wyznaczył mnie do nich dyrektor Czajka – mówi były minister.

Więcej w najbliższym wydaniu tygodnika „Wprost", w sprzedaży od poniedziałku, 26 listopada

Robert Majka , polityk , Przemyśl , 25 listopada 2007r
www.sw.org.pl ,
adres mailowy : robm13@interia.pl ,
tel.+ 48 506084013
tel. + 48 016.6784910
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Nie Lis 25, 2007 7:35 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

STASI Dodaj do notesu

Historia powszechna, Europa, Niemcy, Historia współczesna

STASI, skrót Staatssicherheitsdienst, potoczna nazwa policji politycznej w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Utworzona w 1949, w ramach Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego. Politycznie podporządkowana Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności. Zajmowała się inwigilowaniem, szykanowaniem i represjonowaniem obywateli NRD, prowadziła także działalność zagraniczną o podobnym charakterze. Organizacyjnie podporządkowana radzieckim służbom specjalnym. Kierowali nią: W. Zaisser, E. Wollweber, E. Mielke. Rozwiązana w 1989.
Inne na ten temat: Dekomunizacja, Niemiecka Socjalistyczna Partia Jedności, Heym Stefan, Garton Ash Timothy, więcej &raquo;

Strona do Druku

Encyklopedia WIEM została opracowana na podstawie Popularnej Encyklopedii Powszechnej Wydawnictwa Fogra http://www.fogra.com.pl/



1. http://www.cnn.com/SPECIALS/cold.war/experience/spies/spy.files/intelligence/stasi.html
2. http://www.geocities.com/isanders_2000/stasi.htm

The Stasi
East Germany's Ministry for State Security, known as the Stasi, featured probably the most comprehensive internal security operation of the Cold War. The Stasi built an astonishingly widespread network of informants -- researchers estimate that out of a population of 16 million, 400,000 people actively cooperated. The Stasi kept files on up to 6 million East German citizens -- one-third of the entire population.


The Stasi operated with broad power and remarkable attention to detail. All phone calls from the West were monitored, as was all mail. Similar surveillance was routine domestically. Every factory, social club and youth association was infiltrated; many East Germans were persuaded or blackmailed into informing on their own families.

The Stasi kept close tabs on all potential subversives. Stasi agents collected scent samples from people by wiping bits of cloth on objects they had touched. These samples were stored in airtight glass containers and special dogs were trained to track down the person's scent. The agency was authorized to conduct secret smear campaigns against anyone it judged to be a threat; this might include sending anonymous letters and making anonymous phone calls to blackmail the targeted person. Torture was an accepted method of getting information.

Stasi abuses led to protests in Leipzig that helped pave the way for the fall of the Berlin Wall. After reunification, many former Stasi agents were prosecuted. Today, any former Stasi domestic espionage officer is barred from police work in Berlin.

Robert Majka , polityk , Przemyśl , 25 listopada 2007r
www.sw.org.pl ,
adres mailowy : robm13@interia.pl ,
tel.+ 48 506084013
tel. + 48 016.6784910


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Nie Lis 25, 2007 8:12 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Marek-R
Weteran Forum


Dołączył: 15 Wrz 2007
Posty: 1476

PostWysłany: Nie Lis 25, 2007 8:02 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Robert Majka napisał:
Stanisław Dobrzański, były minister obrony, a obecnie kandydat PSL na stanowisko szefa Urzędu Regulacji Energetyki, był w stanie wojennym współpracownikiem, który z własnej inicjatywy podżegał bezpiekę do walki z demokratyczną opozycją. Tak wynika z dokumentów Instytutu Pamięci Narodowej, do których dotarł „Wprost”.




Ilu jeszcze takich Staszków co to sprawdzali się w biznesie, znajdzie się w PSL, a może i w Platformie. No i co na to Don Aldo, jako że Staszek ponownie jak się wydaje usilnie dąży do tego, aby się po raz kolejny w biznesie sprawdzić. Bo to że miłośnik nowinek technicznych Waldemar wiedział i nie powiedział jest dla mnie oczywistością, czy nie powiedział o tym Tuskowi to też jest pytanie. Myślę że ta "koalicja rozsądku" w tej materii nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Jest też możliwość taka że rzeczony Staszek nikomu nie szkodził jak wszyscy jego poprzednicy w tym fachu. Już mówi że został oddelegowany przez swojego przełożonego, a jak został oddelegowany to co on nieborak miał robić. A i smakosz z niego że ho ho, nie brał za swoje nieszkodzenie byle czego, żeby jakaś tam byle wóda, o co to to nie. A teraz poważnie, jest też taka możliwość że Dobrzański "zaprzyjaźnił się" z funkcjonariuszami WSI kiedy był ministrem obrony narodowej, w tym momencie nie podpisywałby przecież żadnego zobowiązania, przecież oni dobrze wiedzieli o kwitach jakie są na niego. W kontekście tego do jakiego stanowiska i w jakiej gałęzi gospodarki aspiruje sprawa nabiera najwyższego znaczenia.










Marek Radomski - Rada Oddziałowa SW - Jelenia Góra.

_________________
"Platforma jest przede wszystkim wielk?
mistyfikacj?. Mamy do czynienia z elegancko
opakowan? recydyw? tymi?szczyzny lub nowym
wydaniem Polskiej Partii Przyjació? Piwa....." - Stefan Niesio?owski - "Gazeta Wyborcza" nr 168 - 20 lipca 2001.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Pon Lis 26, 2007 12:39 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

22:35 Teraz my! 5 magazyn

22:35 Teraz my! 5 magazyn

23:20 Superwizjer magazyn

Czy polski ksiądz musiał umrzeć ? , bo poznał tajemnice wywiadu PRL !

Dziś tj. 26.11.2007 w TVN , godzina 23:20 Superwizjer magazyn


Robert Majka , polityk , Przemyśl , 26 listopada 2007r
www.sw.org.pl ,
adres mailowy : robm13@interia.pl ,
tel.+ 48 506084013
tel. + 48 016.6784910
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Pon Lis 26, 2007 3:27 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Naga prawda o służbach specjanych http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=kraj&name=2978

Naga prawda o służbach specjanych
9 służb kontroluje i śledzi Polaków

Robert Walenciak

Kwiecień 2007 r. Siemianowice Śląskie. Godzina szósta rano. ABW wchodzi do domu Barbary Blidy. Pada strzał. Blida ginie we własnym domu. Dlaczego akurat byłą posłankę przed oblicze prokuratora miała doprowadzić ABW, a nie policja? Czy nie po to, by powiało w mediach grozą? Co robiła przed domem Blidy ekipa z kamerą? Czy nie było tak (w zasadzie na sto procent tak było), że funkcjonariusze ABW kręcili film z aresztowania posłanki po to, by władza mogła go pokazać w wieczornych "Wiadomościach", by służył propagandzie? Godzinę po śmierci Blidy na miejscu tragicznego zdarzenia pojawił się Grzegorz Ocieczek, wiceszef ABW. Co robił na Śląsku? Czy nie było tak, że przyjechał specjalnie nadzorować akcję? I że miał brać udział w konferencji prasowej, na którą wybierał się również Zbigniew Ziobro? I czy nie było tak, że prokuratorzy prowadzący śledztwo ostrzegali zwierzchników, iż całe oskarżenie opiera się na zeznaniach jednej, niewiarygodnej osoby, ale zostali do wszystkiego przymuszeni?
Więc po co w Polsce prokuratura i ABW? Do kręcenia propagandowych filmików?
Lipiec 2007 r. Warszawa. Do CBA trafia opinia z biura legislacyjno-prawnego Prokuratury Krajowej dotycząca akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa. Opinia jest dla CBA miażdżąca. Mówi, że jeżeli CBA nie dysponuje "skonkretyzowaną wiedzą dotyczącą skonkretyzowanych przestępstw", nie ma prawa wdrażać procedur operacyjnych. Innymi słowy najpierw musi być przestępca i przestępstwo, a dopiero wtedy można zastawiać na niego pułapki. Tymczasem co się okazuje? Że CBA wszczynało operację przeciwko politykom i urzędnikom na podstawie własnych domysłów, a być może i donosów, które samo fabrykowało. Że de facto podżegało do popełnienia przestępstwa.
Więc po co Polsce taka służba, która zamiast zwalczać łapówkarstwo, sama łapówki wciska?
Październik 2007 r. Bagdad. W powietrze wylatuje opancerzony samochód, którym jedzie gen. Edward Pietrzyk, polski ambasador w Iraku. Ginie kierowca samochodu. Ambasador, ciężko poparzony, z oparzeniami dróg oddechowych, cudem uratował życie.
- Zamach trwał tylko trzy minuty, natomiast był bardzo precyzyjnie przygotowany. W pierwszej kolejności zginął mój kierowca, mój przyjaciel - mówił na konferencji prasowej gen. Pietrzyk. Zamachowcy wiedzieli wszystko. Z bramy ambasady wyjechały trzy identyczne samochody, z zaciemnionymi szybami. Zamachowcy wiedzieli, w którym jedzie ambasador, zdetonowali minę dokładnie pod jego autem. Znali przybliżony czas wyjazdu. Czy tak musiało być? Jeszcze dwa lata temu w Bagdadzie działała grupa specjalna, złożona z oficerów wywiadu wojskowego, WSI. Grupa, według naszych informacji licząca kilkunastu żołnierzy, zabezpieczała ambasadę. Oficerowie zbudowali wokół ambasady znakomitą sieć informatorów, byli wtopieni w miejscową społeczność. Wiedzieli, czy w dzielnicy pojawiają się obcy i co planują, znakomicie orientowali się w nastrojach ulicy, mieli rozpracowane zbrojne grupy działające w Bagdadzie. Gdy w czasach Marka Belki terroryści porwali mieszkającą w Iraku Polkę, to oni odzyskali ją z rąk porywaczy. Skutecznie i bez rozgłosu.
Gdy Antoni Macierewicz rozwiązał WSI, zakończyła się działalność grupy specjalnej. Oficerowie otrzymali rozkaz powrotu do kraju. Dziś większość z nich jest poza służbą. Albo czeka, w rezerwie kadrowej, na przydział.
Nikt nie pojechał do Bagdadu na ich miejsce. Ambasada RP, która nawet w okresie absolutnego bezkrólewia w Bagdadzie pozostawała miejscem bezpiecznym, stała się z dnia na dzień bezbronna, niczym tarcza strzelnicza. Kwestią czasu było, kiedy stanie się obiektem zamachu.
Cóż więc zyskaliśmy, rozwiązując WSI, rozpędzając służby wojskowe? Z raportu o WSI, który opublikował Macierewicz, nic kompletnie nie wynika, poza tym, że obce służby dostały za darmo coś, za co były gotowe zapłacić miliony. Co mamy w zamian? Polskich żołnierzy wystawionych na strzał?
W normalnym kraju każdy z przypomnianych powyżej przykładów byłby powodem do niesamowitego skandalu, do dymisji ministrów, a może i rządu. U nas wszystko uchodziło na sucho. Aż w końcu Jarosław Kaczyński tak się zagrał, że oddał władzę.
Tylko że ta władza pozostawiła po sobie w spadku zdewastowane służby specjalne, zatopione po uszy w polityce. I albo niezdolne do wielu działań, albo koncentrujące się na działalności usługowej. Usługowej wobec politycznego zapotrzebowania.
Żaden rząd nie mógłby pozostawić tego takim, jakim jest. Nowa ekipa będzie więc musiała odbudować służby specjalne, wypchnąć je ze świata służby PiS. Tylko jak?
I jeszcze jeden przykład, niemalże z ostatniej chwili - listopad 2007 r., premierem jest już Donald Tusk, za kilka godzin prezydent powoła nowych ministrów. Tymczasem nieoznakowane furgonetki, pod osłoną funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego, nowej służby utworzonej przez Antoniego Macierewicza, przewożą tajne dokumenty Komisji Weryfikacyjnej WSI z siedziby WSI do siedziby Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Faktycznie to wygląda tak, jakby w obawie, że zajrzy do nich nowy minister obrony, przenoszono je do Kancelarii Prezydenta. Żeby nie dać ich nowej władzy, żeby władza odchodząca to "cudo" miała. Dla siebie. Czy trzeba bardziej czytelnego przykładu na potwierdzenie tezy, że PiS traktowało państwo i służby specjalne jako partyjny łup?

Kraków na lodzie?
Tradycyjnie każda zmiana premiera wiąże się ze zmianą na stanowisku szefa cywilnych służb specjalnych. Dziś, po rozdzieleniu UOP na część krajową i zagraniczną, mamy dwie służby - Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencję Wywiadu.
Z punktu widzenia bieżącej polityki dla polityków ważniejsza jest ABW. I wokół niej manewry trwały już od wielu miesięcy.
Tu ważną postacią był Paweł Graś, który w poprzedniej kadencji zasiadał w sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych. Zluzował na tej pozycji Konstantego Miodowicza, którego po kompromitującej PO aferze z Anną Jarucką Tusk postanowił głęboko ukryć.
Po październikowych wyborach Graś mógł wybierać - typowano go na ministra obrony narodowej bądź na ministra-koordynatora ds. służb specjalnych. Ostatecznie wybrał służby specjalne. Ale nie stanowisko ministra-koordynatora, które zlikwidowano. W nowej strukturze władzy Graś został sekretarzem stanu w Kancelarii Premiera, odpowiedzialnym za służby specjalne. Intencja tej zmiany wydaje się jasna - Platforma zdecydowała się zrezygnować z dekoracyjnego stanowiska ministra-koordynatora, bo faktycznie minister Wassermann był przez szefów służb lekceważony i pomijany. Szef ABW, Bogdan Święczkowski, współpracował ze Zbigniewem Ziobrą (jemu przecież zawdzięczał stanowisko) i z premierem; szef AW, Zbigniew Nowek, budował swoje wpływy, opierając je na kontaktach z prezydentem. Zdecydowanie wyżej od Wasserma-
nna w hierarchii PiS-owskiej władzy stali też szefowie służb wojskowych, Antoni Macierewicz i Witold Marczuk.
Żeby nie powtarzać tej sytuacji, zdecydowano, że stanowiska ministra-koordynatora nie będzie, natomiast premier, nominalny nadzorca wszystkich służb, swoje uprawnienia w tej materii sceduje na sekretarza stanu w Kancelarii Premiera, którym będzie Paweł Graś.
Jak ten układ będzie funkcjonował? Można przypuszczać, że gorzej, niż zakładano. Bo Graś jeszcze nie zaczął funkcjonować, a już zaczęły zawalać się jego koncepcje personalne. A o tym, czy rzeczywiście się zawaliły - przekonamy się lada moment.
Otóż głównym jego protegowanym na stanowisko szefa ABW był gen. Maciej Hunia, były szef kontrwywiadu UOP, mający opinię - co potwierdzają nawet jego przeciwnicy - fachowca od łapania szpiegów, a nie polityka. Hunię postrzegano jako lidera tzw. grupy krakowskiej, czyli wywodzących się z Krakowa oficerów UOP, którzy na początku lat 90. przeszli przeszkolenie w szkole wywiadu OKKW w Kiejkutach i prawdziwą karierę zaczęli robić po 1997 r., za czasów rządów Jerzego Buzka.
Co ciekawe, dobrze przeszli czasy rządów SLD, zaufaniem darzył ich SLD-owski szef ABW, Andrzej Barcikowski. Zwłaszcza w okresie rządu Marka Belki. Barcikowski (zresztą tak jak cała ówczesna ekipa) ustawiał się wówczas już pod nową władzę, a powszechnie sądzono, że będzie nią Platforma i "premier z Krakowa". W tym czasie Hunia należał do jego faworytów, w tym też czasie szefem biura kadr ABW został inny człowiek grupy krakowskiej, Andrzej Szczur-Sadowski. Który zresztą dokonał natychmiastowej dezesbekizacji ABW, wyrzucając wywodzących się z tamtej służby funkcjonariuszy. Barcikowski przeciwko temu nie protestował. Nawet gdy Szczur-Sadowski zwolnił żonę Andrzeja Anklewicza, jego przyjaciela jeszcze z czasów studenckich.
Po przejęciu władzy przez PiS grupa krakowska znalazła się na celowniku - i została rozgromiona. Pozwalniano ich ze służby, a Maciej Hunia został wysłany do Pragi, na stanowisko łącznika ze służbami czeskimi.
Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że powróci do gry. Ale walkę o ABW i Agencję Wywiadu rozpoczęły też inne koterie.

Toruń walczy o życie
Pierwsza, nazywana grupą toruńską, skupiona jest wokół Zbigniewa Nowka, szefa UOP w czasach Jerzego Buzka, szefa Agencji Wywiadu w czasach PiS. Jego prawą ręką jest płk Marek Wachnik, obecnie zastępca szefa ABW. Nowek i Wachnik to koledzy jeszcze ze studiów, obaj studiowali prawo na Uniwersytecie Toruńskim, działali w NZS i zaczynali pracę w delegaturze UOP w Bydgoszczy.
Gdy w 2005 r. PiS doszło do władzy, wiadomo było, że będzie chciało obsadzić kierownictwo służb specjalnych swoimi ludźmi, więc szefem ABW został totumfacki Kaczyńskich, Witold Marczuk. Ale wiadomo było również, że nowa władza na kimś będzie musiała się oprzeć. Dlatego zawarto układ z grupą Nowka - on sam skierowany został do mniej ważnej w oczach Kaczyńskich Agencji Wywiadu, a w ABW do pomocy Marczukowi dano Wachnika.
Teraz, po zwycięstwie Platformy, wydawało się, że torunian nic już nie wybroni, zwłaszcza że odstają intelektualnie od swoich konkurentów. I to wręcz groteskowo. Jednak podjęli oni desperacką akcję.
Prowadzona jest dwutorowo. Po pierwsze, torunianie próbują docierać do znanych im polityków, licząc na protekcję, a także próbują uruchamiać "zaprzyjaźnione" media.
Z informacji krążących na dziennikarskiej giełdzie wynika, iż grupa toruńska pokłada nadzieję w Marku Biernackim (Nowek z Wachnikiem znają się z nim jeszcze z czasów działalności w NZS) oraz w Bogdanie Borusewiczu (on też zna ich z Gdańska, plotka głosi, że to on załatwił Nowkowi u Kaczyńskich stanowisko szefa Agencji Wywiadu). Obaj swą pozycję próbują wzmocnić opowieściami o tym, jak byli przez ludzi Kaczyńskiego spychani na drugi plan. Wachnik fatalnie zresztą przeżył fakt, że po dymisji i odejściu do Prokuratury Krajowej szefa ABW, Bogdana Święczkowskiego, i jego zastępcy Grzegorza Ocieczka pełniącym obowiązki szefa agencji został nie on, lecz młodszy od niego i niższy stopniem ppłk Jerzy Kiciński.
Niektórzy z naszych rozmówców tym właśnie tłumaczą serię niedawnych przecieków z ABW, bardzo niewygodną i dla Kicińskiego, i dla Jarosława Kaczyńskiego.
A o tym, że Nowek z Wachnikiem potrafią grać mediami, wiadomo przynajmniej od czasów sejmowej komisji śledczej ds. Orlenu. Wtedy pisaliśmy w "Przeglądzie", że Nowek, wówczas ekspert komisji, jest źródłem przecieków do dziennikarzy. Nowek założył nam sprawę w sądzie i przegrał w dwóch instancjach. Podczas rozprawy świadkowie potwierdzili, że w Sejmie panowała opinia, iż jest on efektywnym informatorem. Padła też informacja, że własne "biuro prasowe" miał pracujący wówczas w NBP Marek Wachnik.
Tylko czy te resztki wpływów im wystarczą?
Według naszych informacji, politycy PO bardzo ostrożnie reagują na umizgi torunian. Wiedzą, że Nowek swą pozycję w ostatnich dwóch latach budował na kontaktach z prezydentem Lechem Kaczyńskim, omijając w ten sposób Zbigniewa Wassermanna. Prezydent odwiedzał siedzibę wywiadu na ul. Miłobędzkiej. Był tam w ubiegłym roku, podczas święta 11 listopada, był na 3 maja, wręczał odznaczenia. Co charakterystyczne, nie było przy tym Wassermanna. Nowek miał wówczas zapewniać prezydenta, że przygotował wierną służbę. Coś w tym musiało być - gdyż w Agencji Wywiadu w ostatnich dwóch latach nastąpiły ogromne zmiany kadrowe. Usunięci zostali wszyscy ci, którzy zaczynali przed rokiem 1989, łącznie z oddanym prawicy byłym esbekiem gen. Liberą (uczestniczył w sprawie Oleksego, był ekspertem komisji orlenowskiej). Dziś w Agencji Wywiadu dyrektorami są 30-latkowie. Którzy zarabiają więcej niż dwa lata temu nie tylko za sprawą awansu, ale również tego, że nowa władza dała służbom specjalnym dodatkowe pieniądze.
Politycy Platformy stoją więc przed dylematem - wiedzą, że grupa toruńska toczy swoją grę i że postawiła na kontakty z prezydentem Lechem Kaczyńskim, więc choćby z tych dwóch powodów ufać jej nie można. I w zasadzie interes państwa nakazuje takich funkcjonariuszy wydalić ze służby. Z drugiej strony wyrzucenie Nowka z Wachnikiem może zaowocować serią przecieków, włoskim strajkiem, nie będzie to zatem taka zupełnie bezbolesna operacja.
- W czasie wielu lat pracy w służbach zebrali oni olbrzymią wiedzę - tłumaczył nam jeden z ekspertów PO - więc owszem, możemy ich wyrzucić. A oni pójdą do PiS, zostaną ekspertami komisji, zaczną się organizować. Mogą jeszcze więcej szkodzić.
To nie są obawy bezzasadne. W czasach rządów SLD powyrzucani z UOP oficerowie założyli stowarzyszenie Magnum, które stało się forum organizującym byłych funkcjonariuszy, oficjalnie współpracowali z politykami opozycji, namawiali kolegów, którzy zostali w UOP, do przekazywania informacji, współpracowali z mediami. Tego PO chce uniknąć.
Który wariant zatem wybierze? Według naszych informacji wciąż w PO popularny jest projekt włączenia Agencji Wywiadu, wzorem brytyjskim, do MSZ. Wówczas Nowek (jeżeli zostałby na stanowisku) miałby status dyrektora departamentu i podlegałby wiceministrowi. Np. Andrzejowi Ananiczowi. Zostałby w strukturach, nie szkodziłby więc państwu, a jednocześnie zostałby bardzo szczelnie "obudowany".

Kto stoi za Białymstokiem?
Wygląda na to, że największą pulę w grze o przejęcie służb specjalnych zgarnie koteria zwana grupą białostocką albo grupą Wolność i Pokój. Jej namacalnym sukcesem jest to, że szefem ABW został Krzysztof Bondaryk. Wśród naszych rozmówców nie ma wątpliwości, że za jego kandydaturą stali Wojciech Brochwicz, Konstanty Miodowicz i Bartłomiej Sienkiewicz. To oni, jeszcze jako młodzi działacze WiP, byli pierwszym rzutem solidarnościowej młodzieży, która rozpoczęła pracę w służbach specjalnych, jeszcze pod okiem Krzysztofa Kozłowskiego.
Bondaryk to były szef delegatury UOP w Białymstoku, z tego miasta zresztą pochodzi, i były wiceminister spraw wewnętrznych w rządzie Jerzego Buzka. W tamtych czasach zasłużył sobie na opinię osoby "idącej po bandzie", ale jego zwolennicy twierdzą, że bardzo się zmienił.
W takim razie ta zmiana musiała być rzeczywiście ogromna. Bondaryk, gdy kierował delegaturą UOP w Białymstoku, zaczął zbierać informacje o Polakach mających kontakty za wschodnią granicą. Nie tylko biznesowe, ale i rodzinne. Wybuchła wielka awantura, ówczesny szef UOP, Zbigniew Siemiątkowski, zwolnił go ze służby. Wtedy jednak Konstanty Miodowicz demonstracyjnie zrobił go ekspertem Komisji ds. Służb Specjalnych. Po wygranych przez AWS wyborach Bondaryk został wiceministrem spraw wewnętrznych, z rekomendacji innego wiceministra - Wojciecha Brochwicza, człowieka z Białegostoku. Z tego stanowiska odszedł w atmosferze skandalu. Jak ujawniła "Gazeta Wyborcza" piórem Jarosława Kurskiego, Bondaryk kierował w MSW zespołem ds. lustracji, który wspomagać miał prace rzecznika interesu publicznego. Zespół zaczął sięgać do archiwum policji, do materiałów niezwiązanych z lustracją. Były to informacje o charakterze obyczajowym, dotyczące takich spraw jak kłótnie rodzinne, pobicie żony, pobyty w izbie wytrzeźwień, ale również materiały zebrane podczas zarządzonej przez gen. Kiszczaka operacji Hiacynt. Ta operacja dotyczyła środowisk homoseksualnych i trwała do 1988 r., a prowadziły ją piony kryminalne MO.
Pod pretekstem lustracji zespół Bondaryka szukał więc obyczajowych haków na polityków i wyższych urzędników. W jakim celu? Dodajmy, że po jego dymisji kierujący wówczas MSWiA Bogdan Borusewicz zespół lustracyjny rozwiązał.
Dziś tę sprawę, zdaje się, Bondarykowi zapomniano. W medialnych spekulacjach to on, razem z Wojciechem Dylewskim (to także były oficer UOP, także z Białegostoku), ma przeprowadzać "audyt" w PiS-owskich służbach specjalnych.
Nikt nie ma wątpliwości - za ich plecami stoją Miodowicz, Brochwicz i Sienkiewicz. Ten ostatni wymieniany jest też jako ewentualny kandydat na stanowisko szefa Agencji Wywiadu. Co byłoby bardzo ciekawe, bo dwa lata temu, gdy do władzy szykował się "premier z Krakowa", czyli Jan Władysław Rokita, Sienkiewicz należał do grupy najbliższych współpracowników Rokity i był niemal pewnym kandydatem na stanowisko szefa jego gabinetu politycznego. Jak więc interpretować wzrost wpływów wspomnianej trójki? Czy dzieje się to za przyzwoleniem Rokity, czy też wbrew niemu?
Warto też nadmienić, że sukces Bondaryka nie oznacza, iż grupa krakowska poniosła klęskę. Jedni jej ważni przedstawiciele, Maciej Hunia i Grzegorz Reszka, są w gronie potencjalnych szefów innych służb (o tym za chwilę), drudzy zajmują kluczowe stanowiska w ABW.
W dawnym UOP obok wywiadu i kontrwywiadu funkcjonował departament 2A, odpowiedzialny za walkę z przestępczością gospodarczą. Jednym z jego szefów był Janusz Nosek. Za czasów rządów SLD przeniesiono go na stanowisko szefa delegatury w Krakowie. Gdy nastało PiS, Nowek wypchnął go do Wałbrzycha. Teraz Nosek powraca z tarczą - będzie w ABW szefem Inspektoratu Wewnętrznego, czyli policji wewnętrznej. Będzie mógł sprawdzić każdego funkcjonariusza i każdą operację.
Gdy Nosek był dyrektorem 2A, jego zastępcą był Paweł Białek. On także w ostatnich dwóch latach był w niełasce. Teraz sytuacja się odwróciła - będzie zastępcą szefa ABW.

CBA: uchylmy tę kurtynę!
O ile, jeśli chodzi o ABW i AW, Platforma może mówić o pewnym bogactwie kandydatur (choć tak naprawdę jest to wciąż mieszanie tymi samymi nazwiskami, znanymi od kilkunastu lat), to zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja w innych służbach - w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym czy też w służbach wojskowych.
Kłopot z CBA polega na tym, że jest to służba zajmująca się najdelikatniejszymi sprawami - nie ściga obcych szpiegów czy terrorystów, ale zajmuje się polskimi politykami i wyższymi urzędnikami. Władzą. Bo łapówki wręcza się tym, którzy coś mogą, inaczej nie ma to sensu.
Kłopot z CBA polega też na tym, że jest to służba zupełnie nieprzezroczysta, zbudowana od nowa, w której bardzo trudno będzie dokonać zmian kadrowych. A jednocześnie służba podejrzewana o prowokacje, inwigilowanie opozycji, łamanie prawa, działania wynikające z pobudek politycznych. Co zresztą widzieliśmy podczas konferencji prasowej poświęconej posłance PO Beacie Sawickiej.
Czy można te podejrzenia zweryfikować w obecnym stanie rzeczy? Nie. Jak mówił w czerwcu, w wywiadzie dla "Polityki" ówczesny przewodniczący sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, Janusz Zemke, szef CBA, Mariusz Kamiński, nie chciał przedstawić posłom komisji (wszyscy mają dopuszczenie do tajemnicy państwowej) nawet tak banalnego dokumentu jak instrukcje operacyjne nowej służby.
Kamiński dokumentu nie przedstawił i nie sposób go do tego zmusić. Może więc trzeba go odwołać? Nie będzie to łatwe. Ustawa o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym (Platforma głosowała za nią w Sejmie!) zakłada kadencyjność jego szefa. Jest powoływany na czteroletnią kadencję i w tym czasie nieusuwalny. A kadencja Mariusza Kamińskiego rozpoczęła się w połowie 2006 r.
Żeby zatem pozbyć się polityka PiS, Platforma będzie musiała zmienić ustawę o CBA. Co samo w sobie będzie zadaniem trudnym, także politycznie, no i bez współdziałania z LiD niemożliwym, bo prezydent Lech Kaczyński już zapowiedział, że zawetuje taką ustawę.
Politycy PO nie mają w tej chwili, takie można odnieść wrażenie, czytelnego pomysłu na rozwiązanie problemu CBA, choć zdają sobie sprawę, że pozostawienie na czele takiej służby Mariusza Kamińskiego to mina, i tylko kwestią czasu będzie, kiedy ona eksploduje. Lub raczej kwestią politycznej potrzeby PiS.
Na razie jednak zdecydowanie przeważa wśród nich pogląd, że CBA nie warto rozwiązywać. Zwłaszcza że Kamińskiemu udało się do tej służby ściągnąć rzeczywiście najlepszych specjalistów, zarówno z policji, z CBŚ, jak i z ABW. Wiele np. mówi się o świetnych informatykach tam pracujących. I tych, i innych Kamiński skusił wielokrotnie większymi pieniędzmi, elitarnością i ważnością CBA.
Teraz więc politycy PO przebąkują, że szkoda byłoby czegoś takiego się pozbywać. I że patologie w działaniach CBA to nie reguła, nie wynikają z zasad działania tej instytucji, ale są efektem złego kierownictwa.
Zobaczymy, jak długo Tusk i jego otoczenie żyć będą w takim przeświadczeniu. Czy do pierwszych przesłuchań w komisji śledczej, czy dłużej?

Ile wojska w wojsku?
Natomiast jeśli chodzi o służby wojskowe, szefowie PO już dawno nie mają złudzeń - rozwiązanie WSI, raport na temat WSI, a także nowe służby, Służba Kontrwywiadu Wojskowego i Służba Wywiadu Wojskowego - to zupełna katastrofa.
Tak na dobrą sprawę zmian personalnych w wojsku już chyba nikt na szczytach nowej władzy nie śledzi, bo, po pierwsze, odbywa się to w wielkiej tajemnicy, a po drugie, w jakimś dziwnym galopie. W ciągu dwóch lat rządów PiS w Ministerstwie Obrony dyrektorzy departamentów zmieniali się już trzykrotnie i w zasadzie nikt nie wie, jakie były powody tych roszad.
Wiadomo za to, że zmiany te wojsku nie służą. W ostatnich dwóch latach nie rozstrzygnięto w polskiej armii żadnego strategicznego przetargu. Nie wybrano samolotu szkolno-bojowego. Nie wybrano śmigłowców transportowych ani bojowych. Nie rozstrzygnięto rodzajów nadwozia dla wozów Rosomak. Padł też przetarg na samolot dla VIP-ów. Co gorsza, w ostatnich dwóch latach nasz przemysł zbrojeniowy nie podpisał żadnego istotnego kontraktu na dostawę uzbrojenia. Kontrakty malezyjski, indyjski i iracki to dzieło ekipy Jerzego Szmajdzińskiego i Janusza Zemkego. Ich następcy zamilkli.
Brak działań w tych sferach pociąga za sobą konkretne skutki. Stoi polska zbrojeniówka. Koncern Bumar zanotował po dziewięciu miesiącach 2007 r. aż 70 mln zł strat. Za parę miesięcy przed Kancelarią Premiera zameldują się demonstranci z NSZZ "Solidarność" przemysłu zbrojeniowego.
Podobnie - jak po przejściu cyklonu - wygląda sytuacja w służbach wojskowych. Po rozwiązaniu WSI do nowych służb mało kto się garnie. A jeżeli - to spoza wojska. Efekt jest taki, że w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, tej prowadzonej przez Antoniego Macierewicza, na 900 pracujących osób tylko około 70 to wojskowi. Reszta przyszła z takich kuźni kadr jak IPN, redakcja pisma "Głos", studium służb specjalnych prowadzone w Toruniu przez prof. Zybertowicza. Żeby nabór był bardziej płynny, wojsko odstąpiło od
dotychczasowych wymogów. W związku z tym minister Szczygło zaproponował obniżenie kryteriów przyjmowania do służby. Opracowano więc projekt nowego rozporządzenia. Jak pisała "Polityka", w kontrwywiadzie i wywiadzie wojskowym służyć będą mogli fachowcy m.in. "o wzroście poniżej 155 cm, z otyłością upośledzającą sprawność ustroju, z polipami w nosie i przepuklinami, bez jednej gałki ocznej (przy sprawnym drugim oku), nerki, palucha u nogi, małżowiny usznej i nawet obu jąder. Będzie można mieć czynny wrzód żołądka lub dwunastnicy, być daltonistą, chorować na jaskrę, sporadyczną astmę oskrzelową, cukrzycę, padaczkę z rzadkimi napadami, kamicę dróg żółciowych i układu moczowego. Do służby przyjmie się funkcjonariusza ze znacznie zniekształconym prąciem. Nie dyskwalifikuje już zniekształcona czaszka z guzami i wgnieceniami, jednostronna głuchota i nieznaczny oczopląs przy patrzeniu na bok".
Ludzie związani z wojskiem rwą włosy z głów. - Oto mamy służbę wojskową, a jest ona podporządkowana premierowi, a nie ministrowi obrony - punktuje jeden z naszych rozmówców. - Jaki w tym sens? W służbach wojskowych nie ma wojskowych. Gdzie tu logika? Pamiętajmy, że współczesne wojsko to przede wszystkim technika. To jest dziś najważniejsze. No więc ci nowi w wywiadzie i kontrwywiadzie wojskowym o technice wojskowej w ogóle nie mają pojęcia. Bo większość z nich nie była w ogóle w wojsku. Nie odróżniają Leoparda od T-34. Cóż to za wywiadowcy?
Inni przypominają, że rozwalenie WSI i wypchnięcie wielu świetnych oficerów ze służby przyniosło druzgocące efekty. Ambasada RP w Bagdadzie pozostała bezbronna. W polskiej bazie Amerykanie (sic!) wykryli szpiegów, mimo że jeszcze kilkanaście miesięcy temu to nasze służby imponowały swoją wiedzą. Kłopot mamy w Afganistanie, gdzie korzystać musimy z informacji kontrwywiadu armii USA, bo polscy oficerowie zostali wycofani do kraju. Znów więc jesteśmy bezbronni i skazani na innych.
Politycy Platformy będą zatem chcieli przynajmniej częściowo (oni też głosowali za rozwiązaniem WSI) naprawić swoje błędy i błędy PiS. Mówi się o połączeniu wywiadu i kontrwywiadu wojskowego w jeden organ. Mówi się też o uwojskowieniu służb wojskowych.
A kto miałby to robić? Bronisław Komorowski lansował na stanowisko nowego szefa nowych służb wojskowych gen. Tadeusza Rusaka, który kierował WSI za czasów Jerzego Buzka. Ale ten pomysł zarzucono, Rusak ma swoje lata, poza tym od sześciu lat nie ma nic wspólnego z wojskiem, a w armii, gdzie sprzęt zmienia się co parę miesięcy, to epoka.
Ostatecznie, jak wynika z ostatnich doniesień, zdecydowano, że wojskowe służby odbudują ludzie z ABW, ze wspominanej już wcześniej grupy krakowskiej. Po skandalu związanym z nocnym przewożeniem akt WSI do pomieszczeń BBN nowy minister obrony Bogdan Klich zdecydował się na przyspieszenie. I szefem SKW został Grzegorz Reszka.
Reszka to socjolog po UJ, ma otwarty przewód doktorski. Pracę w UOP zaczynał w delegaturze w Krakowie, w pionie kontrwywiadu. Gdy szefem UOP był Zbigniew Nowek, Reszka, już z pozycji szefa krakowskiej delegatury, awansował na stanowisko zastępcy szefa UOP. Stracił tę funkcję, gdy szefem służb cywilnych został Andrzej Barcikowski, ale pozostał w Warszawie, przeszedł do Kancelarii Premiera, do pracy we Wspólnocie Informacyjnej Rządu, agendzie opracowującej dane ze wszystkich służb i przekazującej je premierowi.
Gdy władzę przejęło PiS, Reszka jako osoba "niepewna" skierowany został do Emowa, gdzie szkolił adeptów kontrwywiadu.
Teraz odbudowywać ma służby wojskowe. Być może zresztą z Maciejem Hunią, który przymierzany jest na stanowisko szefa Służby Wywiadu Wojskowego. Tam zastąpiłby Witolda Marczuka, od zawsze związanego z Kaczyńskimi.
Dwa lata wystarczyły PiS, by zdewastować polskie służby specjalne. Odbyło się to według prostego planu: rozwalamy wszystko, co nie nasze, nie naszej partii, w to miejsce tworzymy służby wierne nam, naszej partii. Między PiS a Rzecząpospolitą postawiono więc znak równości. Teraz za to szaleństwo przyjdzie nam ciężko płacić.


Robert Majka , polityk , Przemyśl , 26 listopada 2007r
www.sw.org.pl ,
adres mailowy : robm13@interia.pl ,
tel.+ 48 506084013
tel. + 48 016.6784910
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Pon Lis 26, 2007 5:49 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

1. http://www.tvn24.pl/12690,1529239,wiadomosc.html

2. http://www.tvn24.pl/2087698,12690,0,0,1,wideo.html

22:20, 20.11.2007 /TVN 24
Sąd: Aresztować Wolińską
PROSTO Z POLSKI
TVN24

Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie wydał we wtorek Europejski Nakaz Aresztowana stalinowskiej prokurator Heleny Wolińskiej. Dla wielu osób, które czują się przez nią pokrzywdzone, to nadzieja na sprawiedliwość.
Rodzice Marka Matusa trafili do więzienia w 1953 r. tuż przed śmiercią Stalina. - Bezpieka weszła do mieszkania gdzieś koło 11:00 wieczorem. Miałem wtedy 13 lat - wspomina aresztowanie swoich rodziców. Zarzucano im działalność przeciwko socjalistycznej Polsce.
- Zostali oskarżeni o szpiegostwo, udział w tajnych organizacjach, próbę obalenia ustroju. To były podstawowe zarzuty. Oboje dostali po 15 lat więzienia - dodaje pan Marek. Decyzję o aresztowaniu wydała prowadząca sprawę ówczesna prokurator wojskowa Helena Wolińska.
Decyzja o wydaniu Heleny Wolińskiej należy do władz Wielkiej Brytanii (TVN24)

Matus wspomina, że ówczesne władze działały w myśl zasady "dajcie nam człowieka, a paragraf się znajdzie". - Na pewno nie było podstaw do aresztowania - dodaje. Rodzice pana Marka wyszli z więzienia po amnestii w 1956 r.

Żal do systemu
Mimo, że Matus przez kilka lat wychowywał się bez rodziców, to nie ma żalu do osób, które odpowiadają za aresztowanie jego ojca i matki. - Mam żal do całego systemu, do wszystkich funkcjonariuszy - mówi.

Matus ma nadzieję, że Wolińska odpowie za swoje czyny przed polskim wymiarem sprawiedliwości. - Jeżeli zostanie osądzona w Polsce, to sprawiedliwości stanie się zadość. Musi wiedzieć, że jej zła działalność została sprawiedliwie osądzona - powiedział.

Nakaz aresztowania Wolińskiej
We wtorek Europejski Nakaz Aresztowania wydał w jej sprawie warszawski sąd wojskowy. 88-letnia Wolińska może stanąć przed polskim sądem. Jest podejrzana o bezprawne aresztowanie 24 osób w latach 50-tych.Teraz ruch należy do Brytyjczyków, którzy zadecydują, czy mieszkająca na ich terytorium Wolińska będzie Polsce wydana na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania. Brytyjczycy raz już jednak odmówili, lecz wtedy decyzję podejmowało Home Office, czyli odpowiednik MSWiA. Teraz jednak, według zasad ENA, o wydaniu Polki zdecyduje niezawisły sąd.

mwr

3. http://www.tvn24.pl/12691,1529694,wiadomosc.html

03:01, 24.11.2007 /PAP

Bartoszewski: Wolińska to nie kozioł ofiarny
"JEJ PODPIS WIDNIEJE NA MOIM AKCIE OSKARŻENIA"


Czy Helena Wolińska odpowie przed polskim sądem?
archiwumByła stalinowska prokurator wojskowa Helena Wolińska nie może dyskredytować wniosku o jej ekstradycję do Polski twierdząc, iż jest to przejaw antysemityzmu, a ona sama jest politycznym kozłem ofiarnym - uważa prof. Władysław Bartoszewski.
- Podpis ppłk Wolińskiej figuruje na moim akcie oskarżenia czerwonym ołówkiem. Zatwierdzając akt oskarżenia wobec mnie wiedziała, że jestem współzałożycielem Żegoty (podziemnej Rady Pomocy Żydom - red.) - podkreśla Władysław Bartoszewski. Jak dodał, on sam jest przykładem, że tłumaczenia pewnych ludzi wokół Wolińskiej i jej samej, że trwa wokół niej jakaś antysemicka akcja, są bzdurą.

Według niego, obwinianie obecnego rządu o jakąś politycznie inspirowaną akcję przeciwko Wolińskiej nie ma sensu, ponieważ o jej ekstradycję w przeszłości zabiegały także inne rządy.

Trudna ekstradycja
Jestem przykładem, że tłumaczenia pewnych ludzi wokół Wolińskiej i jej samej, że trwa wokół niej jakaś antysemicka akcja, są bzdurą.
Władysław BartoszewskiW tym tygodniu sąd okręgowy w Warszawie na wniosek IPN wystawił Europejski Nakaz Aresztowania (ENA) wobec 88-letniej Wolińskiej pod zarzutem bezprawnego aresztowania na początku lat 50. 24 osób, w tym gen. AK Augusta Emila Fieldorfa "Nila", ofiary późniejszego stalinowskiego "mordu sądowego", Władysława Bartoszewskiego oraz działacza komunistycznego Zenona Kliszki.

Wolińska, cytowana w "Guardianie", wystąpiła z twierdzeniem, iż jest "kozłem ofiarnym" nowego rządu i zaprzeczyła, by miała udział w działaniach prokuratorskich, które doprowadziły do skazania gen. Fieldorfa na karę śmierci w sfingowanym, politycznym procesie.

Wcześniejsze wnioski o ekstradycję Wolińskiej złożone w normalnym trybie zostały załatwione odmownie przez brytyjski MSW (Home Office) i nie trafiły w ogóle na drogę sądową.

Zdaniem Bartoszewskiego, Brytyjczycy, w odróżnieniu od Amerykanów, nie wydali swoich obywateli oskarżonych o zbrodnie komunistyczne, nie mniej rząd polski musi o to zabiegać "dla zasady". Wolińska ma podwójne obywatelstwo: polskie i brytyjskie.

Były minister obrony, a obecnie szef MSZ Radosław Sikorski odebrał jej w 2006 r. prawo do polskiej emerytury.

Zaangażowani komuniści
W najnowszym wydaniu ukazującego się w Londynie pisma "The Jewish Chronicle", wiceprzewodniczący Instytutu Studiów Polsko-Żydowskich ocenił, że wielu zaangażowanych politycznie polskich Żydów po II wojnie światowej stanęło po stronie komunistów, wobec czego w kręgach AK pojawiały się antysemickie poglądy, jakoby Żydzi zdradzili Polskę. - Oficjalnie rząd [polski - red.] nie jest zaangażowany w żadne antysemickie działania, ale (w Polsce) są kręgi, mające różne urazy i uprzedzenia, które chciałyby to skonfrontować - ocenił.

Zdaniem Webbera, to daje Wolińskiej asumpt, aby oskarżyć polski rząd o prowadzenie przeciwko niej antysemickiej akcji, ponieważ wielu innych ludzi zaangażowanych w komunistyczny aparat władzy nie zostało za swe działania rozliczonych.

tea

4. http://www.tvn24.pl/12691,1529835,wiadomosc.html

17:00, 25.11.2007 /PAP
"Stalinowska śledcza nie czuje wstydu"
CÓRKA GEN. FIELDORFA "NILA" WALCZY O EKSTRADYCJĘ WOLIŃSKIEJ


Wolińskiej grozi 10 lat więzienia
Archiwum TVN24Do końca życia będę zabiegać o proces stalinowskiej prokurator Heleny Wolińskiej-Brus, która nakazała aresztowanie mojego ojca - gen. Augusta Fieldorfa "Nila" - zapowiada w wywiadzie dla "Sunday Telegraph" Maria Fieldorf-Czarska, córka straconego w 1953 r. generała.
- Dla dobra mojego taty, mojego bohatera, do końca życia będę walczyć o jej ekstradycję, by stanęła w obliczu sprawiedliwości. Sprawiedliwości, której mojemu tacie odmówiono - powiedziała 82-letnia córka generała. Jak dodała, jej ojciec jest uznanym w świecie polskim patriotą, który walczył szlachetnie w obronie kraju przed nazistami. - Jednak ta kobieta, sama prześladowana przez Niemców, której rodzina zginęła z ich rąk, nakazując aresztowanie go faktycznie podpisała na niego wyrok śmierci - zaznaczyła.

Według jej relacji, generał był zdruzgotany oskarżeniem o kolaborację z Niemcami. - Wszyscy wiedzieli, że są to zarzuty sfingowane, ale człowieka tak dumnego jak mój ojciec, który dla własnego kraju ustawicznie narażał życie, oskarżenie takie dotknęło do głębi - dodała. Fieldorf-Czarska zaznaczyła, iż jej zdaniem Wolińska "ani nie poczuwa się do winy, ani nie czuje wstydu".

Uznanie dla córki
"Procedura ekstradycyjna wobec Heleny Wolińskiej-Brus jest wynikiem niezmordowanych zabiegów Marii Fieldorf-Czarskiej, która mimo że jest kobietą w podeszłym wieku, nie szczędzi trudu, by ojcu oddać sprawiedliwość po śmierci. Wielka Brytania i Zachód sprzedały kraje Europy Środkowej i Wschodniej w Jałcie i należy mieć nadzieję, że tym razem Wielka Brytania nie będzie przeszkadzać temu, by sprawiedliwości stało się zadość" - ocenia z kolei "Scotland on Sunday". Zdaniem komentatora tej gazety, Wolińska powinna zrozumieć, że nie wszystkie sądy prowadzą swe postępowania równie efektywnie, jak jej sąd w stalinowskiej Polsce. "Zabiegi o jej wydanie do Polski ciągnęły się tak długo dlatego, że brytyjski rząd odmówił wydania tego zasłużonego stalinowca demokratycznym władzom Polski" - stwierdza komentator.

Od ekstradycji po ENA
Polska stara się o ekstradycję Wolińskiej od 1999 roku. Wysłano wówczas pierwszy wniosek, a ponowiono go w 2001 r.

W 2006 r. brytyjskie Home Office odmówiło wydania Polsce, w drodze ekstradycji, mieszkającej dziś w Oxfordzie 88-letniej Wolińskiej. Ministerstwo uznało, że wszczęcie postępowania ekstradycyjnego "nie byłoby właściwe", powołując się na "przesłanki natury humanitarnej - wiek Wolińskiej, stan jej zdrowia i okoliczności osobiste". Informacja o odmowie strony brytyjskiej była - jak ujawnił IPN - "oględnie mówiąc nieuprzejma", bo przyszła faksem i nie zawierała informacji o sposobach odwołania się od niej.

20 listopada Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie na wniosek pionu śledczego IPN wydał wobec Wolińskiej Europejski Nakaz Aresztowania (ENA). Ciąży na niej zarzut bezprawnego aresztowania w latach 50-tych 24 związanych z Armią Krajową osób, w tym gen. Fieldorfa.

Sama Wolińska twierdzi, że wniosek o jej areszt i ekstradycję są polityczną nagonką na jej osobę. Szydzi również ze starań IPN nazywając je idiotyzmem.

tea

Robert Majka , polityk , Przemyśl , 26 listopada 2007r
www.sw.org.pl ,
adres mailowy : robm13@interia.pl ,
tel.+ 48 506084013
tel. + 48 016.6784910
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Pon Lis 26, 2007 9:50 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Platforma chce za wszelką cenę panować nad służbami http://www.rp.pl/artykul/71881.html

Rozmowa z Antonim Macierewiczem poseł PiS, byłym szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego

Rozmowa z Antonim Macierewiczem poseł PiS, byłym szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego

Antoni Macierewicz: To nie jest pytanie do mnie, tylko do PO. Ale warto uświadomić sobie, że jestem jedynym dzisiaj czynnym politykiem, który kierował i nadzorował zarówno służby cywilne, jak i wojskowe po roku 1989. W związku z tym niewątpliwie trudno jest mnie w tych sprawach wprowadzić w błąd. A Platforma – jak się wydaje – ma wiele do ukrycia. PO chce też za wszelką cenę nad tymi służbami panować. Dlatego je rozdrobniono, dlatego zlikwidowano funkcję koordynatora ds. służb i dlatego nie chce się dopuścić PiS do kontroli nad służbami.

Czego obawia się PO?

Jak jest naprawdę, mógłby powiedzieć ktoś z PO. Ale kiedy widzę, z jak histerycznym sprzeciwem spotyka się moja osoba, to utwierdzam się w przekonaniu, że chce się użyć służb przeciwko PiS i dlatego ktoś kompetentny, z dużą wiedzą jest dla PO niewygodny.

Nie przekonują pana argumenty PO, że będzie przez komisję przesłuchiwany w sprawie raportu o likwidacji WSI, więc nie może w niej być?

W tej sprawie wielokrotnie byłem wzywany na posiedzenia komisji, kiedy pełniłem funkcję przewodniczącego komisji weryfikacyjnej WSI i odpowiadałem na pytania. Uważam, że przesłuchani powinni być przede wszystkim politycy PO, pan marszałek Komorowski i minister obrony Klich, gdyż są to osoby winne nieprawidłowościom, o których pisała prasa. Trzeba to wyjaśnić, podobnie jak trzeba wyjaśnić rozpowszechnianie fałszywych i zagrażających bezpieczeństwu państwa informacji, a zwłaszcza dlaczego bezprawnie odwołano szefa kontrwywiadu wojskowego. Zapewne warto też przesłuchać pana posła Miodowicza w związku z okolicznościami wskazanymi w raporcie o likwidacji WSI. Pragnę przypomnieć, że raport wymienia wielu spośród polityków dzisiejszej PO jako odpowiedzialnych za nieprawidłowości mające miejsce w przeszłości.

To jak pan ocenia fakt, że są oni w komisji?

Jak wiadomo jako przewodniczący komisji weryfikacyjnej WSI skierowałem szereg doniesień o możliwości popełnienia przestępstwa, w których część osób zasiadające obecnie w komisji występuje. Na pewno będą musiały odpowiedzieć przed tą komisją. Ale to nie jest powód, żeby wykluczać je z prac. Najwyżej będą proszone o wyłączenie się z zabierania głosu podczas wysłuchań.

Nieobecni głosu nie mają. Czy PiS nie obawia się, że teraz nie będziecie mieć wpływu na pracę komisji?

Sytuacja, w której jeden klub chce narzucić innemu, jaka ma być jego kandydatura, stanowi próbę wasalizacji. To rzecz w demokracji niebywała. PiS broni swojej suwerenności i prawa milionów Polaków głosujących na tę partię do równoprawnej obecności w parlamencie i kontroli służb specjalnych. Polacy mają prawo wiedzieć, do czego PO pragnie wykorzystywać służby specjalne.

pisze Jarosław Stróżyk 26-11-2007, ostatnia aktualizacja 26-11-2007 00:42

Źródło : Rzeczpospolita

2. Wojna PO i PiS o Macierewicza http://www.rp.pl/artykul/71880.html

PiS nie zaproponuje nikogo do pracy w Komisji do spraw Służb Specjalnych. – Nie będzie nam Platforma dyktowała, kogo możemy delegować – mówi Przemysław Gosiewski


autor zdjęcia: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa

autor zdjęcia: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa
+zobacz więcej

Platforma chce za wszelką cenę panować nad służbami
Lepiej uszanować parlamentarny zwyczaj

Spór o sejmową komisję kontrolującą służby specjalne ciągnie się niemal od początku kadencji. PO nie chce, by zasiadał w niej Antoni Macierewicz.

PiS zaś postanowiło się uprzeć właśnie przy tym kandydacie. W efekcie komisja ukonstytuowała się w sobotę, ale miejsce przewidziane dla przedstawiciela tej partii jest puste. Dlaczego PiS postanowiło bojkotować prace komisji? Bo Platforma nie chciała się zgodzić, aby zasiadało w niej siedem osób, czego żądało PiS.

– Jest to złamanie zasady reprezentatywności klubów w komisjach kosztem największego ugrupowania opozycyjnego – uważa Gosiewski, szef Klubu PiS. Ale dużo ważniejszym powodem jest osoba Macierewicza. PO z góry zapowiedziała, że były szef wojskowego kontrwywiadu będzie musiał składać wyjaśnienia przed Komisją ds. Służb.

– Jestem przekonany, że pan Macierewicz w najbliższym czasie mniej miałby do powiedzenia w naszej komisji jako jej członek, a znacznie więcej jako osoba intensywnie przesłuchiwana – mówi Konstanty Miodowicz z PO, od soboty członek speckomisji.

Zdaniem Miodowicza istnieją przesłanki wskazujące, że Macierewicz był „animatorem działań służb specjalnych sprzecznych z bezpieczeństwem państwa”. – Nie mamy na to dowodów, ale poszlaki, które na to wskazują, muszą być wyjaśnione – podkreśla poseł PO.

Dla szefa Klubu PiS taka postawa Platformy jest rodzajem szantażu. – Komisja jeszcze nie opracowała planu swojego działania, a PO już wie, kto będzie przesłuchiwany – wyjaśniał „Rz” Gosiewski. – Naszym zdaniem jest to zapowiedź, że PO zamierza użyć Komisji ds. Służb do walki z PiS.

Gosiewski dodaje, że skoro prace komisji są tajne, siłą rzeczy stanie się ona czymś w rodzaju sądu kapturowego. Miodowicz natomiast jest zdania, że PiS bojkotuje prace komisji, bo chce ją zdyskredytować. – Politycy z partii Jarosława Kaczyńskiego po prostu nie zamierzają stanąć przed naszą komisją i wyjaśniać działań służb podejmowanych z powodów politycznych – mówi Miodowicz. – Dlatego nikogo nie wydelegowali do jej składu.

Według posła PO komisja będzie miała sporo pracy, bo powinna wyjaśnić sprawy, które były przedmiotem publicznej debaty, np. akcję CBA w Ministerstwie Rolnictwa. – W poprzedniej kadencji kontrola nad służbami została praktycznie zawieszona, bo komisja nie gwarantowała minimum standardów bezpieczeństwa jej pracy – tłumaczy Miodowicz. – Wszelkie informacje z niej wyciekały i dlatego szefowie służb odmawiali przekazywania jej nawet podstawowych danych. A korzystając z tego podejmowali działania, które nie miały nic wspólnego z bezpieczeństwem państwa.

Janusz Zemke z LiD, pierwszy szef komisji, nie chce w ogóle wypowiadać się na temat sporu między PO i PiS.

– W tym tygodniu zajmiemy się opiniowaniem budżetu, a co będzie dalej, dopiero ustalimy – mówi Zemke. I dodaje, że on osobiście jest gotów współpracować z każdym posłem, którego wybierze Sejm.

Wydaje się, że konflikt wokół komisji nie zakończy się szybko. Polubownie natomiast została rozstrzygnięta kwestia stanowiska wicemarszałka Senatu dla Zbigniewa Romaszewskiego. Po interwencji Donalda Tuska kandydat PiS zapewne zostanie w tym tygodniu wybrany do Prezydium Senatu.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki

pisze Eliza Olczyk 26-11-2007, ostatnia aktualizacja 26-11-2007 00:36

e.olczyk@rp.pl

Źródło : Rzeczpospolita
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Pon Lis 26, 2007 10:29 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

1. Wałęsa: powołać komisję śledczą ds. "nocy teczek" http://wiadomosci.onet.pl/1647994,11,item.html

- To majaki Macierewicza. Ten człowiek majaczy - tak były prezydent Lech Wałęsa mówi dziennikowi.pl. Odpiera tym samy zarzuty, jakoby należał do układu związanego z WSI.
Były prezydent domaga się powołania komisji śledczej, która zbada kulisy tzw. "nocy teczek" i rewelacji, według których Macierewicz, były premier Olszewski i bracia Kaczyńscy szykowali w 1992 roku zamach stanu i aresztowanie ówczesnego prezdenta.

Według aneksu do raportu o WSI, do którego dotarł "Dziennik", były prezydent Lech Wałęsa miał się znajdować w tzw. układzie. "Część podrozdziałów jest zatytułowana &raquo;Układ...&laquo; i tu podają kolejne nazwiska, np. &raquo;Układ Poznańskiego&laquo;" - dowiedział się"Dziennik" ze źródła zbliżonego do komisji weryfikacyjnej. Nie chodzi w tym przypadku o region Polski. Zenon Poznański to emerytowany generał Ludowego Wojska Polskiego, który na początku lat 90. wszedł do polityki.

Był szefem sekretariatu Komitetu Obrony Kraju przy prezydencie Lechu Wałęsie i wiceszefem Obrony Cywilnej. Później doradzał prominentnym politykom SLD, a ostatnio Andrzejowi Lepperowi.

Aneks próbuje udowodnić tezę, że wokół byłych wojskowych powstawały patologiczne układy.

To zresztą nie jedyne zarzuty wobec byłego prezydenta. Za jego czasów planowano przekształcenie Biura Bezpieczeństwa Narodowego w pozakonstytucyjnego supernadzorcę tajnych służb III RP. Do BBN mieli trafić najbardziej zaufani ludzie ze służb specjalnych. Biuro miało także posiadać niezwykłe wyposażenie techniczne: specjalny system łączności z końcówkami prowadzącymi wprost do Wojskowych Służb Informacyjnych oraz Urzędu Ochrony Państwa.

- Ten człowiek majaczy. W najbliższym czasie zwrócę się do parlamentu o powołanie komisji śledczej, która miałaby zbadać informacje zawarte w książce generała Wejnera. Niech zbada, jaką rolę w czasie "nocy teczek" odgrywali naprawdę Macierewicz, Olszewski i bracia Kaczyńscy - mówi dziennikowi pl Lech Wałęsa.

Generał Edward Wejner to były dowódca Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych, zdymisjonowany w 1992 roku przez Antoniego Macierewicza. Według generała szykowano wtedy zamach stanu.

2. Wałęsa: obsadę MSZ ustawiłbym inaczej http://wiadomosci.onet.pl/1639822,12,walesa_obsade_msz_ustawilbym_inaczej,item.html

Lech Wałęsa uważa, że prezydent Lech Kaczyński, stosując się do demokratycznych procedur, będzie musiał zaakceptować kandydaturę Radosława Sikorskiego na szefa dyplomacji, gdy będzie oficjalnie zgłoszona. B. prezydent zastrzega, że on dokonałby innej obsady resortu.
- Pewne dziedziny działalności rządu wymagają większego doświadczenia, większej ogłady i klasy. Nie twierdzę, że Radosław Sikorski ma tu braki, ale większe doświadczenie by mu nie zaszkodziło - powiedział Wałęsa w poniedziałek wieczorem w Londynie.

Jego zdaniem, z punktu widzenia skutecznej polityki zagranicznej "lepiej, jeśli prezydent i minister spraw zagranicznych potrafią się dogadywać". Na pytanie, czy zainstalowanie elementów tarczy antyrakietowej w Polsce uważa za wskazane, Wałęsa odpowiedział, że tarcza nie wnosi wiele nowego do istniejącego już potencjału zniszczenia, ale z ekonomicznego punktu widzenia jest korzystna dla Polski.

- Dobrze, że w Polsce będą stacjonować Amerykanie, wydawać u nas pieniądze, bo to służy wzrostowi zatrudnienia. Z wojskowego punktu widzenia spieramy się o to, czy dojdzie do zniszczenia świata po raz jedenasty, gdy i tak mamy już 10 innych sposobów niszczenia go - podkreślił.

Lech Wałęsa rozmawiał z dziennikarzami w ambasadzie RP w Londynie z okazji uroczystej inauguracji radia PRL24.

- Pomysł utworzenia radia nadającego w systemie DAB na obszarze aglomeracji londyńskiej, a docelowo na terenie całej Wielkiej Brytanii, został dobrze przyjęty zwłaszcza przez młodego, energicznego słuchacza, na którego jesteśmy nastawieni - powiedział dyrektor radia Artur Kieruzal.

Radio PRL24 ma formułę polskiego radia komercyjnego. Współpracuje m.in. z radiem Zet, portalem Onet, TVP i TVN. Liczbę słuchaczy dyrektor radia ocenia na 700 tysięcy - milion.


Robert Majka , polityk , Przemyśl , 26 listopada 2007r
www.sw.org.pl ,
adres mailowy : robm13@interia.pl ,
tel.+ 48 506084013
tel. + 48 016.6784910
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Jerzy Dąbrowski
Weteran Forum


Dołączył: 01 Gru 2006
Posty: 314

PostWysłany: Pon Lis 26, 2007 11:00 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Artykuł Roberta Walenciaka - to tekst z tezą.
Robiąc przegląd służb specjalnych podaje stopniowo coraz bardziej katastroficzne wieści. Na końcu jest najtragiczniej czyli w SKW i SWW bo tam działał "niszczyciel" Antoni.
Argumenty o obniżeniu wymogów zdrowotnych przez Szczygłę są świetne do podawania w tabloidach.
Dla mnie człowiek na wózku inwalidzkim może być świetnym analitykiem.
Podobno w SKW jest trochę byłych harcerek - to na pewno wartościowy element.
I na koniec dodam że na pewno wydarzenia z afgańskiej wioski zostaną tak przedstawione społeczeństwu przez np. MO że cała Polska będzie żądać głowy Antka.
Ciekawi mnie stanowisko USA - tam padło kilka słów uznania dla Marierewicza za likwidację WSI.

JD

_________________
Nie jedna miarka wskazuje na Jarka,
Wi?c tak jak czuj? tak zag?osuj?!
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Sob Gru 01, 2007 9:13 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Co się dzieje na Wiejskiej ?

1. http://pl.youtube.com/watch?v=Sms1TaPZOi4&feature=dir

2. http://pl.youtube.com/watch?v=tryL1zzM-uA&feature=dir

Robert Majka , polityk , Przemyśl , 1 grudnia 2007r
www.sw.org.pl ,
adres mailowy : robm13@interia.pl ,
tel.+ 48 506084013
tel. + 48 016.6784910
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Sob Gru 01, 2007 9:59 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Przeczytaj spowiedź byłego esbeka : Praca w SB wydawała mi się ciekawa http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article89966/Praca_w_SB_wydawala_mi_sie_ciekawa.html


Na spotkania pod koniec każdego roku zjawiałem się z drobnymi prezentami. W 1987 r. księgową zostawiłem sobie na koniec. Dzięki hojności szefa miałem dla niej całkiem przyzwoite perfumy. Daję je, a ona nagle buch na kolana, na gołą podłogę, i oznajmia, że mnie kocha. Zaczyna całować po rękach i mówi, że zrobi dla mnie wszystko. Następnego dnia opisałem to w raporcie i zrezygnowałem z agentki - mówi DZIENNIKOWI były agent SB. Przeczytaj jego spowiedź.

W rogu zadymionej knajpy na Mokotowie rozmawia cicho dwóch facetów. Esbek i jego ofiara. Jest pierwszy rok stanu wojennego. Oficer ma prosty plan. Albo się powiedzie i będzie miał nowego agenta, albo usłyszy odmowę. Wie jedno. To ryzyko musi podjąć. Kiedy zaczyna mówić, widzi, że twarz inżyniera robi się biała jak obrus.

"Wiedziałem, że robię mu świństwo, wykorzystując przy werbunku sytuację jego syna. Ale uznałem, że sentymenty trzeba odłożyć na bok, kiedy w grę wchodzi interes służby" - mówi po wielu latach były funkcjonariusz SB.

O innej sytuacji opowiada: "Ona nagle buch przede mną na kolana i oznajmia, że mnie kocha. Zaczyna całować po rękach. Zdębiałem. Nie byłem w stanie wykrztusić słowa. Następnego dnia opisałem to w raporcie i zrezygnowałem z tej agentki".

Z tysiąca spotkań z przyszłymi współpracownikami SB, jakie w życiu odbył, właśnie te dwie historie szczególnie zapadły mu w pamięć.


Właściwe korzenie

To, że zostałem esbekiem, było dla mnie naturalne, choć wcześniej nie planowałem tego. Studiowałem ogrodnictwo w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Po studiach chciałem wyjechać z Warszawy, ale sytuacja rodzinna sprawiła, że zmieniłem zdanie. Kiedy miałem 15 lat, mój o trzy lata starszy brat popełnił samobójstwo. Więc gdy skończyłem studia, nie miałem sumienia zostawiać rodziców samych. A skoro zostałem w Warszawie, pozostała mi jedna możliwość. Obydwoje rodzice pracowali w resorcie. Ojciec przeszedł już na emeryturę, ale matka nadal była czynną funkcjonariuszką.

Mogę powiedzieć, że od kołyski żyłem w zamkniętym kręgu. Że wychowałem się w getcie. Na osiedlu, gdzie mieszkaliśmy, nie było ani jednej rodziny, która nie byłaby związana z resortem. Od palacza przez sprzątaczki, sekretarki, księgowe po generałów, wszyscy spotykali się w firmie - jak nazywaliśmy MSW, a później na osiedlu. Wszędzie natykałem się na tych samych ludzi. W przedszkolu, w podstawówce, na podwórku, na koloniach, na wczasach. Byłem przekonany, że reszta świata wygląda tak samo. Dlatego nie widziałem w tej pracy nic złego. Wydawała mi się ciekawa, a nawet atrakcyjna. Wszystko owiane było tajemnicą, trochę jak w powieści sensacyjnej. Śmiertelnie poważnie traktowałem też podział świata na kapitalistyczny i socjalistyczny. Dziś to wszystko wydaje mi się śmieszne, ale wtedy naprawdę wierzyłem, że imperializm czyha tylko na to, żeby pognębić ludzi żyjących w państwach socjalistycznych i zabrać im wszystkie zdobycze tego wspaniałego ustroju.


Tajemnice zawodowe

Zacząłem pracę w grudniu 1976 r. kilka miesięcy po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie. Byłem głęboko przekonany, że te protesty organizowali sympatycy Zachodu po to, by szlachetnym ludziom, którzy kierują naszym państwem, odebrać władzę.

Pierwszy rok to były właściwie nieustanne szkolenia. Najwięcej czasu poświęcaliśmy na poznawanie tajników pracy operacyjnej. Przede wszystkim uczyliśmy się sposobów werbowania tajnych współpracowników. Sporo zajęć z psychologii poświęcono metodom oczarowania kandydata i wykorzystania jego słabych punktów. Wprawdzie szantaż jako metodę werbunku stawiano na ostatnim miejscu, ale podkreślano, że w niektórych przypadkach może to być jedyny sposób pozyskania cennego informatora. Od początku też uświadamiano nam ograniczenia, jakim podlegamy. Nikomu spoza firmy nie wolno było mówić, gdzie pracujemy. Czasami spotykałem znajomych ze studiów. Kłopot robił się, gdy spotkany chciał się umówić ponownie. Tymczasem ja poza firmą nie miałem innego życia. Wszystko, co tam się działo, fascynowało mnie, i oddawałem się temu bez reszty. Jedyny przyjaciel, jakiego miałem, też był dzieckiem pracowników MSW.

Dopiero w czasie służby zaczęło do mnie docierać, że istnieją dwa światy: resortowy i cywilny. I że obydwa dzieli przepaść. Jednak przez wiele lat wystarczała mi tylko służba, świat cywilny nie miał dla mnie żadnego znaczenia. Interesowałem się nim i poznawałem go coraz głębiej tylko przez pryzmat potrzeb służby. A jeśli przypadkowo zdarzało się, że stykałem się z nim prywatnie, to kontakty te były sporadyczne i z konieczności powierzchowne.

Od razu trafiłem na "front walki z opozycją polityczną”. Przez pierwsze dwa lata zajmowałem się kadrą kierowniczą autobusów warszawskich. Obiecywano mi, że po zdobyciu doświadczenia na trudnym ludzkim materiale inżynieryjno-administracyjnym dostanę pracę lekką i przyjemną wśród artystów. Jednak przyszedł pamiętny sierpień 1980 r. i skierowano mnie na kolejny trudny odcinek - Hutę Warszawa.


Psycholog w magazynie

W 1981 roku miałem tam już dwójkę agentów. Jednego zwerbowałem sam, drugiego przejąłem po swoim poprzedniku, który został przerzucony do fabryki traktorów w Ursusie. Pierwszym agentem była kobieta, księgowa, która miała dobre informacje o komórce podziemnej "Solidarności” na jednym z wydziałów produkcyjnych. W "Solidarności” działał jej daleki krewny. Drugim był magazynier. Z niego nie było większego pożytku. Rzadko coś wiedział. Miał za to ważną zaletę: trafnie podsuwał osoby do zwerbowania. Musiał być dobrym obserwatorem i niezłym psychologiem, bo w pierwszych dwóch latach "podrzucił mi” trzech kandydatów i wszyscy okazali się dobrymi typami. Oczywiście, nigdy w rozmowie nie sugerowałem, żeby wskazywał mi kandydatów na tajnych współpracowników. Prosiłem jedynie, aby opowiadał mi o ludziach, których zna w hucie. Kiedy dziś przypominam sobie jego opisy i charakterystyki, raczej jestem pewien, że dobrze znał prawdziwy cel moich pytań. To on wskazał mi księgową jako osobę, którą warto bliżej poznać.


Podwójnie porzucona

Księgowa była w tamtym czasie kobietą w średnim wieku, którą mąż opuścił dla młodszej. Została z kilkuletnią córeczką. Mąż działał w branżowych związkach zawodowych i to tam poznał swoją kochankę. Księgowa miała więc powody, by nienawidzić branżowców. Korzystając z jej chęci odwetu, wciągnąłem ją do tajnej współpracy. Przez pierwszych kilka spotkań pytałem ją tylko o brudne sprawy związków branżowych. Dopiero po jakimś czasie, kiedy podprowadziłem ją pod wyznanie, że ma w hucie krewnego, zacząłem drążyć sprawy, które mnie naprawdę interesowały. Księgowa przekazywała sporo ciekawych informacji.

Po dwóch latach, na jej prośbę, przestaliśmy się spotykać w kawiarniach. Kontakty przeniosłem do lokalu konspiracyjnego na Żoliborzu tak, żeby z Bielan, gdzie mieszkała, miała niedaleko. W barku zwykle stała butelka gruzińskiego koniaku, zdarzało się więc, że wypijaliśmy po lampce. Wypytywałem ją niekiedy, jak idzie córeczce w szkole, czy dziewczynka ma dobry kontakt z ojcem. Nie z troski, lecz zawodowej rutyny. O sobie mówiłem niewiele poza tym, że jestem żonaty.

Ostatnie w danym roku spotkania z tajnymi współpracownikami starałem się zawsze "ustawiać” do połowy grudnia. Zjawiałem się na nich z drobnymi prezentami. W 1987 r. księgową zostawiłem sobie na koniec. Dzięki hojności szefa miałem dla niej całkiem przyzwoite perfumy. Daję je, a ona nagle buch na kolana, na gołą podłogę i oznajmia, że mnie kocha. Zaczyna całować po rękach i mówi, że zrobi dla mnie wszystko. Zdębiałem. Nie byłem w stanie wykrztusić słowa. Następnego dnia opisałem to w raporcie i zrezygnowałem z agentki.


Kibic z wyboru

W 1982 r. dzięki dobrym "wskazaniom” magazyniera udało mi się zwerbować kolejnych trzech agentów. Przełożeni byli więc zadowoleni, zbierałem wyróżnienia, a nawet nagrody. Mimo niezłej siatki ciągle nie miałem jednak dojścia do centrum dowodzenia "Solidarnością” w hucie. Ważną rolę w podziemnych strukturach pełnił pewien inżynier mechanik ze średniego szczebla kierownictwa warszawskiej huty. Był on jednym z łączników między szefostwem robotniczej organizacji a kadrą dyrektorsko-administracyjną. Właśnie jego jako ciekawą postać podrzucił mi mój pierwszy agent magazynier. W opracowaniu figuranta jako kandydata na TW nie znaleziono słabych punktów, które mogłyby ułatwić werbunek. Inżynier nie pił, nie palił. Był wiernym małżonkiem, dobrym ojcem. Nie miał też samochodu - choć zrobił prawo jazdy - który mógłby być wykorzystany jako rodzaj pułapki, np. przez sprowokowanie "przypadkowej” stłuczki. Moi szefowie zaakceptowali jego kandydaturę wyłącznie ze względu na wagę informacji, jakich mógłby nam dostarczać. Był zbyt grubą rybą, abym miał go spłoszyć i na wstępie spalić szansę. Zamiast rutynowo zadzwonić i umówić się na spotkanie w kawiarni, postanowiłem sprawdzić, czy nie da się zbliżyć do niego w sposób "naturalny”. Podczas spotkań z ludźmi ze swojej siatki, niby od niechcenia, rzucałem nazwisko swojego figuranta i czekałem, co o nim powiedzą. Już nie pamiętam, który z moich agentów powiedział, że inżynier jest zatwardziałym kibicem warszawskiej Polonii i chodzi nie tylko na mecze piłkarskie, ale też na koszykówkę. Zacząłem wertować sportowe gazety, interesować się historią Polonii i śledzić zapowiedzi meczów jej drużyn rozgrywanych w Warszawie. Po kilku tygodniach siedziałem obok swego figuranta w hali Polonii na meczu kobiet w koszykówce. Jako kibic zachowywałem się bardzo powściągliwie, ale od czasu do czasu rzucałem uwagi na temat gry. Kiedy po kilku tygodniach znowu spotkaliśmy się w hali, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać niemal jak starzy znajomi. Po meczu poszliśmy na kawę. Cały czas rozmawialiśmy o meczu, który Warszawianki wygrały. Czekałem, aż on pierwszy zapyta, gdzie pracuję. Zdecydowałem niemal spontanicznie, że nie będę ukrywał przed nim prawdy. Dostrzegłem lekkie zmieszanie, więc szybko dodałem, że zamierzam rozstać się z firmą, bo zbyt wiele rzeczy mi się nie podoba. Nie wiem, czy go przekonałem swoją szczerością, ale niepytany sam powiedział, że pracuje w hucie i dwa zdania o tym, co tam robi. Zdawałem sobie sprawę z rozdwojenia, jakie w tamtym momencie musiał przeżywać i w takim stanie szybko się rozstaliśmy. Na koniec rzuciłem niby żartem, że nie ma potrzeby chwalić się taką znajomością. Był to wprawdzie maleńki haczyk, ale zależało mi, aby go połknął. Bo byłby to znak, że gotowy jest wejść ze mną w jakąś konfidencję. Kiedy w kilka tygodni później po jakimś meczu poszliśmy znowu na kawę, omijałem i jego, i swoje sprawy zawodowe. Podczas czwartego spotkania w kawiarni zagrałem w otwarte karty. Ledwie rzuciłem słowo o tym, że interesują mnie nastroje ludzi pracujących w hucie, wstał natychmiast, mówiąc: "Nie chcę pana więcej widzieć”.


Bariera psychiczna

Pierwszą nieudaną próbę werbunku miałem, gdy usiłowałem nawiązać kontakt operacyjny z kobietą pracującą w administracji stołówki huty. Była to stosunkowo młoda dziewczyna. Spotkałem się z nią nieco na zasadzie podrywu. Potem były dwa spacery w Łazienkach, choć nie ukrywałem, że jestem żonaty i mam syna. Mimo to ona traktowała mnie prawie jak swoją sympatię. Stwierdziłem, że nie mogę dalej w to brnąć. Powiedziałem, kim jestem i zaproponowałem współpracę. Już przy pierwszych słowach filiżanka z kawą zaczęła jej drżeć w ręku. Patrząc mi prosto w oczy, zapytała, czy ma odpowiedzieć od razu. Odparłem, że nie musi się spieszyć z decyzją. Siedziała w milczeniu kilka minut. Nagle wybuchnęła płaczem. To nawet nie był płacz, lecz szloch. Gdyby to się zdarzyło dzisiaj, pewnie bym się przesiadł i przytulił ją. Wtedy myślałem tylko o tym, że z werbunku nici. Bałem się też, żeby nie wywołała jakiegoś skandalu, który mógłby położyć kres mojej karierze. Ale ona na szczęście uspokoiła się i cichutko zaczęła tłumaczyć, że nie jest w stanie współpracować z tajnymi służbami. Pamiętam jak dziś jej słowa: "Mam jakąś barierę psychiczną. Lubię cię, ale nie mogę się przełamać”. Zapytała też, co się z nią teraz stanie, skoro odmówiła. Zapewniłem ją, że nic jej nie będzie. Poprosiłem tylko, aby nikomu nie mówiła o naszych spotkaniach. Kiedy w raporcie opisałem nieudany werbunek, moi szefowie uznali, że "bariera psychiczna” to po prostu "jakieś dziwactwo”.


Bez skrupułów

Sprawa z inżynierem była całkiem innego rodzaju. Spotykaliśmy się już jakiś czas, ale ciągle nie miałem sukcesów. Próbowałem już chyba wszystkiego. Uzgodniłem z szefem, że da mi jeszcze kilka tygodni. Już wtedy byłem przekonany, że mogę zapomnieć o werbunku "z powodów ideowych”, "patriotycznych” lub materialnych. Jedyną możliwością, jaka mi została, był szantaż. Ale co tu może być punktem zaczepienia? Siedziałem nad kartką papieru, wypisywałem sprawy, jakimi się zajmował, osoby, które go otaczały. Patrząc na tę kartkę, uświadomiłem sobie, że musi ogromnie kochać syna, bo podczas naszych spotkań z jakąś niezwykłą czułością wypowiadał się o swoim 16-letnim wówczas Rafale. A jednocześnie jakbym słyszał w jego tonie jakiś lęk. Przypomniałem sobie zdanie, jakie wypowiedział na koniec naszego pierwszego spotkania: "Miło się gawędzi, ale muszę szybko wracać i dopilnować, żeby mój Rafał nie dał się wciągnąć do podwórkowej bandy, która ciągle rozrabia. Rozumie pan, to jeszcze smarkacz. I to ja muszę oszczędzać mu kłopotów”.

Jeszcze tego samego dnia pojechałem na posterunek milicji, na Wolę, gdzie mieszkał. Tam poprosiłem zastępcę komendanta, czyli szefa pionu SB, o sprawdzenie, czy mają zanotowanego Rafała lub czy nie wiedzą o nim czegoś interesującego. W tamtych czasach nie było jeszcze komputerów i bazy danych. Po kilku dniach w protokołach odgrzebano, że pół roku wcześniej Rafał wdał się w bójkę z chłopakami podejrzewanymi o włamania do piwnic i razem z nimi został zatrzymany. Z aresztu wyciągnął go ojciec po telefonie pierwszego sekretarza partii z Huty Warszawa. "A więc tu cię mam, mój inżynierku” – pomyślałem.

Zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że chcę się z nim zobaczyć i że chodzi o jego syna. Na początku spotkania oznajmiłem wprost, że jeśli będę niezadowolony ze współpracy, to w każdej chwili jestem gotów zorganizować taką operację na jego Rafała, która zaprowadzi go na kilka lat do więzienia. " I pan, i ja dobrze wiemy, jak jest podatny na wpływ kolegów, nawet przypadkowych, i jak łatwo podsunąć mu zgubną pokusę. Liczę na rzetelne informacje, a wtedy może pan spać spokojnie”.

Zagrałem va banque. Przesunąłem w jego stronę deklarację współpracy. Podałem pióro, mówiąc, że najlepiej będzie, jeśli sam wybierze sobie pseudonim. Był blady, ale podpisał się nazwiskiem. Wpisał też pseudonim. Podałem datę i miejsce następnego spotkania oraz sposób łączności między nami.

Byłem z siebie dumny. Oczami wyobraźni widziałem grad pochwał, jakie sypią się na mnie od moich szefów. Inżynierem i tym, co on czuł i myślał, nie zawracałem sobie głowy.

"Czy zrealizowałby pan swoją groźbę, gdyby inżynier odrzucił propozycję współpracy?" - zapytałem.

"Ależ skąd! Może służby wywiadu albo kontrwywiadu sięgnęłyby do tego rodzaju środka nacisku. Musiałby jednak wchodzić w grę interes państwa. Ja nie miałem takich możliwości. Pozyskanie inżyniera było dla mnie gardłową sprawą. Moją osobistą ambicją, a nawet obsesją" - odparł. I opowiadał dalej.

W czasie następnego spotkania był to już jednak inny człowiek. Przygaszony i jakby przygarbiony. Zażądałem, żeby mi podał listę kierownictwa "Solidarności” huty i opisał wpływ działaczy podziemnej "Solidarności” regionu Mazowsze na organizację w hucie. Mówił chłodno i rzeczowo. Podczas tego pierwszego "merytorycznego” spotkania ani razu nie spojrzał mi w oczy. Mijały miesiące. Inżynier coraz bardziej oswajał się ze swoją nową rolą. Po roku zaczęliśmy rozmawiać o swoich rodzinnych sprawach. Nigdy nie dałem mu za informacje żadnych pieniędzy. Pamiętałem za to o prezentach na każde jego urodziny i imieniny. Najczęściej były to jakieś drobne, ale cenne rzeczy z Peweksu. Chyba po pięciu latach współpracy ośmieliłem się po raz pierwszy od pamiętnej rozmowy werbunkowej wymienić imię jego syna. Dałem mu mały zgrabny radiomagnetofon Sony, mówiąc: "Ten drobiazg jest dla Rafała, ale musisz powiedzieć, że to od ciebie”.


Oko w oko

Jesienią 1989 r. wyrejestrowałem go razem z szóstką innych agentów. Wiedziałem, że nie mam szans przejść przez sito planowanej na wiosnę weryfikacji, więc w grudniu złożyłem wypowiedzenie. W tym czasie dwóch moich dobrych znajomych, jak ja byłych oficerów SB, sąsiadów z osiedla, zaczęło rozkręcać własne interesy. Jeden miał firmę transportową Przywieź Odwieź. Zaproponował mi pracę. Odmówiłem, bo musiałbym zrobić prawo jazdy na ciężarówki, a kursy były kilkudniowe, ja tymczasem chciałem wreszcie pożyć z rodziną. Tym bardziej że właśnie zostałem dziadkiem, a syn z żoną i dzieckiem mieszkali u nas.

Zaczepiłem się u drugiego kumpla w firmie ochroniarskiej. Na początku jako zwykły cieć pilnowałem wejścia do dużej spółki zagranicznej. Kiedy w firmie uruchomiono usługi detektywistyczne, zacząłem tworzyć ten dział od początku. Dziś jestem jego szefem i kieruję pracą kilkuosobowej grupy.

Przez pierwsze kilka lat po rozwiązaniu SB regularnie raz do roku w przeddzień wigilii Bożego Narodzenia spotykaliśmy się w kilkunastu chłopa z naszego wydziału. Wynajmowaliśmy kąt w restauracji na Mokotowie. Po gorzałce rozwiązywały się języki. Dlatego obok wspominek, pełnych tęsknoty do dawnych czasów, krytykowaliśmy "solidarnościowe” porządki. Jednak co roku nas ubywało i wreszcie, bodajże w 1994, kiedy myśleliśmy, że nasi nie oddadzą władzy na długo (SdRP wygrał wybory w 1993 r. i stworzył koalicję z PSL), spotkaliśmy się po raz ostatni.

Brak kontaktu z byłymi kolegami zaczął zacierać w pamięci ślady dawnych zdarzeń i osób. Zbladły też portrety moich dawnych agentów. Ale nie inżyniera z huty. To naprawdę niezwykłe, lecz dokładnie dwa lata temu - jesienią - zobaczyłem go na piłkarskim meczu Polonii. Poznał mnie, kiedy staliśmy w kolejce w klubowym bufecie. Udaliśmy, że się nie znamy.

I. W 1977 roku - kiedy nasz bohater zaczynał karierę - SB miała pod bronią ponad 23 tysiące agentów. Liczba tajnych współpracowników zaczęła się zwiększać pod koniec lat 70., a gwałtownie wzrosła po wprowadzeniu stanu wojennego. W 1986 r. wynosiła blisko 85 tys., a w 1988 r. zbliżyła się do setki

II. Weryfikacji, którą przeprowadzono wiosną 1990 r., poddało się nieco ponad 14 tys. funkcjonariuszy SB. Pozytywnie zaopiniowano blisko 10,5 tys., resztę - ok. 3,5 tys. - zweryfikowano negatywnie. Spowodowane było to tym, że esbecy pionu "B” (tajna obserwacja), "T” (technika operacyjna, np. zakładanie podsłuchów) i "W” (tajnej kontroli korespondencji) byli zatrudniani w UOP bez sprawdzania, chociaż wielu z nich czynnie zwalczało opozycję

III. Największa jednorazowa operacja z udziałem tajnych współpracowników miała miejsce podczas pielgrzymki Jana Pawła II w Krakowie w czerwcu 1979 r. Na czas tej wizyty SB powierzyła tajne zadania 480 agentom

IV. SB w 1989 r. liczyła prawie 25 tys. ludzi. Po kilku miesiącach liczba ta stopniała do 7 tysięcy. Dlaczego? Kilku tysiącom agentów generał Czesław Kiszczak "zaproponował” wymianę legitymacji na milicyjne, zaś olbrzymią część pozostałych rozparcelował w wywiadzie, kontrwywiadzie, zdejmując z nich odium funkcjonariuszy SB


pisze w dzienniku Jerzy Jachowicz

Robert Majka , polityk , Przemyśl , 1 grudnia 2007r
www.sw.org.pl ,
adres mailowy : robm13@interia.pl ,
tel.+ 48 506084013
tel. + 48 016.6784910


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Sob Gru 01, 2007 10:45 am, w całości zmieniany 7 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Sylwia



Dołączył: 07 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sro Gru 07, 2016 11:30 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Sob Gru 01, 2007 10:02 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Usunięty z zakonu za debatę o lustracji http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article89970/Kosciol_wybaczy_nalogi_ale_nie_krytyke.html

Kościół wybaczy nałogi, ale nie krytykę

Kościół wybaczy nałogi, ale nie krytykę Zamknij

zobacz galerię Księdza Andrzeja Miszkę usunięto z zakonu za debatę o lustracji fot. Wojciech Grzędziński


Jest pierwszym katolickim duchownym w Polsce usuniętym z zakonu i kapłaństwa z powodu wyrażonego sprzeciwu w debacie o lustracji w Kościele. Ksiądz Andrzej Miszk opowiada DZIENNIKOWI historię ostatniego roku swych perypetii w zakonie jezuitów. "Gdybym miał nałogi albo wpadki z celibatem, ale nie byłoby to nagłośnione, to mógłbym pozostać jezuitą. Ale konflikt zaczął się od lustracji" - mówi Miszk.

ROBERT MAZUREK: Ma ksiądz trójkę dzieci i jest nałogowym hazardzistą?

KS. ANDRZEJ MISZK*: Nie (śmiech).

To jak się księdzu udało zostać usuniętym z zakonu jezuitów?

Obawiam się, że gdybym miał nałogi albo i wpadki z celibatem, ale nie byłoby to nagłośnione, to mógłbym pozostać jezuitą. Tymczasem ja dziesięć dni temu dostałem dekret dymisyjny. Jezuitą byłem przez jedenaście lat, wcześniej przez trzy lata przygotowywałem się do wstąpienia do zakonu.

Za co księdza usunięto?

Oficjalny powód brzmi: "Wyjątkowa nieprzydatność do życia w Towarzystwie Jezusowym z przyczyn niezawinionych”.

Co to znaczy?

Zdaniem przełożonych nie jestem w stanie spełniać warunków, jakie musi spełniać jezuita.

Jest ksiądz patologicznie nieposłuszny?

Przez dziesięć lat nie było z mojej strony żadnych kłopotów z posłuszeństwem. Do święceń kapłańskich dostałem dobrą opinię czterech wybitnych jezuitów polskich i irlandzkich.

Jednak doszło do złamania zakazu przełożonego.


We wrześniu zeszłego roku opublikowałem na jezuickim portalu www.tezeusz.pl mój wywiad z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim. Było to bez ostatecznej akceptacji prowincjała, o. Krzysztofa Dyrka, który dopiero po kilku dniach z irytacją zgodził się na jego publikację. Potem wpisałem się na temat lustracji w blogu. Razem przeczytało to może kilkaset osób, jednak prowincjał nałożył na mnie nakaz milczenia. Pytany przez dziennikarzy przyznałem wtedy, że to prawda.

To było nieposłuszeństwo.

Przyznaję, jeden przypadek na jedenaście lat, po którym przyjąłem wszystkie nałożone na mnie kary i przez rok nikt nie miał do mnie zastrzeżeń.

Może ksiądz jest, przepraszam za pytanie, niedojrzały emocjonalnie, rozchwiany?

Mam 43 lata, bardzo wiele w życiu przeszedłem i nikt mi nie zarzucał niedojrzałości. Jeszcze rok temu, przed święceniami diakonatu, czternastu jezuitów konsultowało opinię na mój temat i wszyscy orzekli, że jestem dobrym jezuitą i kandydatem na księdza. Stwierdzili, że jestem dojrzały emocjonalnie, rozwinięty intelektualnie, bardzo kocham Kościół i Towarzystwo, mam głębokiego ducha modlitwy i duży potencjał apostolski…

Uff, chodzący święty. Ale może ksiądz stracił wiarę?

Przez ten rok były sytuacje, w których zastanawiałem się, czy prowincjał i ja wierzymy w tego samego Boga, ale nie straciłem ani wiary w Boga, ani wiary w to, że prowincjał w niego wierzy.

[size=24] Naprawdę poszło o lustrację?


Od tego zaczął się konflikt. Uważałem, że powinienem opublikować wywiad z ks. Zaleskim, bo dotyczył trudnych spraw Kościoła, a ks. Tadeusz był sekowany i skazywany na ostracyzm. I wtedy, i dziś uważam, że ten gest solidarności z nim był czymś dobrym. A mój prowincjał uważał, że zrobiłem coś bardzo złego, uznał mnie i ks. Mądla, który stanął w mojej obronie, za wrogów Towarzystwa Jezusowego i Kościoła. Prowincjał uznał, że nie poddaję się jego osądowi moralnemu.

A wyraża się to w tym, że nie chce ksiądz przeprosić?

Mogłem przeprosić i przeprosiłem, że nie do końca przestrzegałem regulaminu, że nie wszystko skonsultowałem. Być może też byłem w apelach o lustrację zbyt ostry i jednostronny. Ale nie mogę przeprosić za to, że pomogłem ks. Zaleskiemu powiedzieć prawdę o Kościele, jezuitach, o problemach, jakie przeżywaliśmy.

Efekt jest taki, że jedyną ofiarą lustracji u jezuitów jest nie agent, ale ten, który agentów ujawniał.

Co gorsza, ja nawet tych agentów nie ujawniłem! Nie podałem żadnych nazwisk jezuitów, o których mówił ks. Tadeusz, choć znali je wszyscy jezuici i pół Krakowa. Ujawniłem problem, postawiłem tezę ks. Zaleskiego, że hierarchia kościelna blokuje proces oczyszczania. Gwoździem do mojej trumny był wpis na blogu „Jak TW Anteusz niszczył jezuickie powołania”.


Opowiedział ksiądz swoją historię.

To była drobna sprawa. Starając się o przyjęcie do zakonu, byłem wychowawcą w bursie jezuickiej prowadzonej przez legendarnego księdza prof. Ludwika Piechnika chodzącego w aurze świętości. Spróbowałem tam założyć z chłopakami samorząd, za co zostałem z dnia na dzień wyrzucony na ulicę, a ks. Piechnik powiedział mi tak, jakby to było oficjalne stanowisko zakonu, że nie mam powołania jezuickiego. Oczywiście wtedy nie wiedziałem, że był to agent SB. Dowiedziałem się tego dopiero podczas wywiadu z ks. Zaleskim.

I postanowił się ksiądz zemścić.

(śmiech) Pan żartuje. Co to byłby za motyw? On mi tak naprawdę nie zaszkodził, jezuitą zostałem, spotykaliśmy się, dawno mu przebaczyłem incydent sprzed lat.

Ale TW "Anteusz" to bulwersująca postać.

W prowincji południowej jezuitów było około dziesięciu agentów, z czego dwóch prowincjałów: nieżyjący już o. Nawrocki oraz mieszkający dziś w Australii prowincjał z przełomu lat 70. i 80. o. Ożóg. On przyznaje się do kontaktów z SB, ale twierdzi, że nie donosił, i sprawa nie jest jasna, a ja nie jestem historykiem i nie chcę tego oceniać. Zupełnie oczywista jest za to sprawa o. Piechnika, który przez dwadzieścia lat był cynicznym i dobrowolnym agentem SB. Donosił na współbraci jezuitów, na kard. Macharskiego, na "Tygodnik Powszechny". Prowincjałem nie był, ale był od nich bodaj bardziej wpływowy. Był "kingmakerem", kreował jezuickie kariery.

Jak SB kreowało kariery w Towarzystwie Jezusowym?

Kartą przetargową był paszport, a o. Piechnik miał wpływ na to, kto pojedzie na studia na Zachód, a kto nie. Przez donosy na swoich konkurentów uprzykrzał im życie. Przynosił bezpiece do konsultacji tak zwane terno, czyli listę trzech kandydatów na prowincjałów. I SB zaczynało niszczyć jednych i wychwalać drugich, wpływając na wybór przełożonych w zakonie.

Dlaczego ujawnienie tego przypadku tak wstrząsnęło jezuitami?

O. Piechnik był wielkim autorytetem i protektorem wielu żyjących wpływowych jezuitów. Ujawnienie faktu jego współpracy z SB stawia ich kariery w podejrzanym świetle, nawet jeśli byli niewinni. Wychodzi na to, że przez lata zwierzali się i radzili się w najważniejszych sprawach człowiekowi, który o wszystkim donosił SB. Oznacza to, że zabrakło im intuicji moralnej i rozeznania duchowego, czyli przymiotów niezbędnych dla przełożonego.

Na co ksiądz liczył, publikując tamten wywiad z ks. Zaleskim?

Myślałem, że jezuici zmierzą się z prawdą, zechcą ją zbadać, zastanowić się nad tym, czy miało to wpływ na oblicze naszego zakonu, bo to prowincjał, zwłaszcza w takim zakonie jak jezuici, ma wpływ na kształtowanie duchowości, sumienia, moralności.

A może ksiądz chciał zrobić na tym karierę? Zostać pierwszym lustratorem u jezuitów?

Zadałem kilka pytań ks. Zaleskiemu, napisałem trzy notki do blogu i na tym zakończyła się moja wielka pasja lustratorska, bo tak naprawdę nigdy jej nie było. Nie jestem historykiem, nigdy nie byłem w IPN-ie, nie chciałem otwierać żadnych projektów badawczych, to nie moja broszka. Jako człowiek działający w latach 80. w opozycji mam teczkę, do której nie zaglądałem i nie zajrzę, bo nie interesuje mnie, kto na mnie donosił.

Czuje się ksiądz męczennikiem lustracji?

To byłoby absurdalne - polec w obronie czegoś, co szczególnie nie interesuje. Walczyłem o to, by ks. Zaleski mógł wydać swą książkę, ale jak już wyszła, nawet jej nie przeczytałem (śmiech). Nie zaprzątam sobie głowy marginalnymi tematami, choć ta trzeciorzędna teologalnie czy pastoralnie sprawa jest pierwszorzędnym sprawdzianem wiarygodności jezuitów. Lustracja owszem, okazała się kryzysem, ale mógłby to być kryzys drobny, jednak jezuici zareagowali przerażeniem, represjami i strachem.

Że się wyda.

Oczywiście. Najpierw przez dwa lata chowali wszystko pod dywan, wykonywali pozorowane ruchy, udawali, że prowadzą badania, a ich cała troska polegała na tym, by nie ujawnić prawdy.

Jakie kary spotkały księdza?

Zaczęło się od bezwzględnego nakazu milczenia nie tylko w sprawach lustracji, ale w ogóle. Nie mogłem opublikować żadnego artykułu filozoficznego, wystąpić w filmie dokumentalnym o Ruchu "Wolność i Pokój", w którym działałem w latach 80., nie mogłem nawet napisać postu na forum dyskusyjnym. Dostałem zakaz pracy akademickiej.

To było bolesne?

Bardzo. Przygotowywano mnie do niej w zakonie od lat. Studiowałem filozofię na jezuickim Ignatianum, na którym prowadziłem potem zajęcia. Studiowałem też na PAT i Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie właśnie zaczynałem pisanie doktoratu. Wcześniej skończyłem teologię w Irlandii. Miałem jeździć na stypendia naukowe do Stanów Zjednoczonych. Dwa miesiące przed wywiadem z ks. Zaleskim prowincjał o. Dyrek mówił mi, że bardzo mnie cenią i wiedzą, jak wiele mogę dać Towarzystwu.

Rok pówywiadzie, został ksiądz przeniesiony do Wrocławia. źniej okazał się ksiądz kompletnie niezdatny. Wcześniej, tuż po

Najpierw dowiedziałem się, że już nigdy nie będę mógł wrócić do filozofii. Potem dowiedziałem się, że nigdy nie zostanę kapłanem, bo prowincjał zapowiedział, że mnie nie wyświęci. To była bardzo poważna kara.

Buntował się ksiądz?

Musiałem godzić się na to, że będę milczał do końca życia, że nigdy nie będę pracował naukowo ani dydaktycznie, wreszcie, że nigdy nie zostanę kapłanem, że całe moje jezuickie życie spędzę w zakrystii. Po kolei z bólem, ale godziłem się na wszystko.

Tak bardzo chciał ksiądz być jezuitą?

Trzy lata mego życia poświęciłem na przygotowanie się do wstąpienia do zakonu!

Pochodzi ksiądz z Gdyni.

Ze zwyczajnej robotniczej rodziny. Chodziłem do Technikum Budowlanego.

Dlaczego?

Byłem prymusem w podstawówce, do dzisiaj nie mam pojęcia, jakim cudem tam trafiłem, chyba tylko po to, by czytać tam Camusa. W liceum pewnie musiałbym czytać lektury, a w budowlance czytałem egzystencjalistów. Ze szkoły wyrzucono mnie w trzeciej klasie, bo siedziałem w więzieniu.

Za napady na plebanie?

Nie (śmiech), za malowanie na murach "Solidarność żyje" i organizowanie młodzieżowej konspiry. Siedziałem cztery i pół miesiąca i nie zaliczono mi roku w szkole. Uznałem, że takie ambitne jednostki jak ja w Sowietach muszą - jak Josif Brodski - wykoleić się, żeby coś stworzyć. Postanowiłem też się wykoleić. A ponieważ to był stan wojenny i mój tata jak większość Polaków pędził wtedy w domu bimber, to bardzo się obawiał, że SB w poszukiwaniu moich ulotek nakryje i jego aparaturę do bimbru. Na tym tle popadliśmy w konflikt ideowy.

Buntował się ksiądz.

Tata się buntował (śmiech), więc zaczął chodzić do kościoła wtedy, gdy ja przestałem. W ten sposób stałem się opozycjonistą i agnostykiem, to było dla mnie najważniejsze. Zarabiałem na życie jako robotnik i konspirowałem. Trafiłem do Ruchu „Wolność i Pokój”, którego najbardziej znani dziś działacze to Jan Rokita, Konstanty Miodowicz, Jacek Czaputowicz, a oprócz nich grono anarchistów, przyjaciół Czeczenii.

Jak ksiądz trafił do WiP?

Byłem wtedy antykomunistą i pacyfistą odmawiającym służby wojskowej, a jednym z postulatów WiP-u było umożliwienie tak zwanym objectorom odmawiającym służby wojskowej z przyczyn religijnych, moralnych i politycznych jej odpracowanie. Odesłałem książeczkę wojskową, protestowałem przeciwko represjom wobec kolegów, byłem jednym z liderów WiP na Wybrzeżu.

Z czego ksiądz żył?

Pod koniec lat 80. zacząłem handlować książkami, staliśmy się lokalnymi potentatami. Zatrudniałem w Trójmieście na czarno 15 osób. To się potem rozwinęło w legalną firmę księgarską, która miała siedem księgarń, i jakoś to szło. Potrafiłem zaprosić kumpli i przez trzy dni balowaliśmy w trójmiejskich lokalach, a ja stawiałem wszystko.

Szkoda, że wtedy księdza nie poznałem.

Przykro mi (śmiech). Miałem piękną dziewczynę, dziś znaną reżyser filmową, z którą chciałem się ożenić…

Skądinąd słyszałem, że było tych dziewczyn więcej, ale to chyba nie najlepszy temat na rozmowę z księdzem.

Nie najlepszy (śmiech). W każdym razie jakieś 16 lat temu to wszystko się rozpadło, w dramatycznych okolicznościach przeżyłem swoje nawrócenie. Rozpadły się przyjaźnie, związek z dziewczyną, padła firma, zupełnie wszystko. I poczułem dojmujący, bolesny, absolutny bezsens życia. Rzuciłem się na kolana, ale nie wiedziałem już, jak się odmawia "Ojcze nasz". Powiedziałem "Panie Boże, ratuj mnie, bo ja nie chcę, nie potrafię żyć". Przestraszyłem się tego, że jest coś po śmierci i że dla takich ludzi jak ja to nie jest nic dobrego. Z tego lęku wzięło się otrzeźwienie. Rzuciłem Gdańsk i na rok pojechałem do kamedułów do Krakowa, zostałem pustelnikiem.

Skąd ci kameduli?

Nie chciałem zostać mnichem, ale potrzebowałem jakiejś sfery sacrum, chciałem pokutować i szukać Boga. Tam przeczytałem autobiografię Ignacego Loyoli, książki o jezuitach, zaimponował mi ich rozmach duchowy, intelektualny, globalna perspektywa, wierność papieżowi, którego kochałem. Odkryłem w sobie jezuitę.

I dlatego tak ciężko było księdzu z tego zrezygnować?

Ja nie zrezygnowałem nawet wtedy, gdy w grudniu zeszłego roku prowincjał powiedział mi, że powinienem wystąpić z zakonu.

Dlaczego się ksiądz nie zgodził? Daliby księdzu dobrą opinię.

Oczywiście! Oszczędziłbym sobie bardzo trudnego roku, z tą opinią mógłbym zostać wyświęcony gdzie indziej. Ale ja dziewięć lat temu złożyłem Bogu śluby wierności do końca życia powołaniu jezuickiemu. Nie mogłem ich złamać, nawet jeśli proponował mi to przełożony!

Ale oni już księdza nie chcieli.

Towarzystwo Jezusowe może ze mnie zrezygnować, ale nie mogło nakazać mojemu sumieniu złamać ślub złożony Panu Bogu. Nie potrafiłbym żyć ze świadomością odrzucenia daru powołania.

Ksiądz nie chciał odejść od jezuitów, choć okładali księdza kłonicą jak gospodarz psa, który i tak przy nim zostaje. To niezrozumiałe.

Dla mnie wierność jest wartością fundamentalną. Moi rodzice nie byli idealnym małżeństwem, mieli sporo powodów, by się rozwieść, ale nigdy tego nie zrobili. Być może od nich nauczyłem się wierności danemu słowu, zwłaszcza jeśli to słowo dane Bogu.

Nie chciał ksiądz odejść po dobroci, to spróbowali księdza przekonać.

Wkraczamy na bardzo trudny i wyjątkowo bolesny dla mnie grunt. Nie mam żalu do zakonu, że mnie zdymisjonował. Oczywiście wolałbym, by nie podali tak absurdalnego powodu dymisji, tylko powiedzieli prawdę, że nie chcą żadnej lustracji, nie chcą przyznać się do „Anteusza” i innych, więc ku przestrodze innych wywalają Miszka. Ale boli mnie to, że przez rok moi współbracia poddali mnie regularnemu mobbingowi.

Nie przesadza ksiądz? Po prostu nałożono na księdza karę.

To nie była kara za przewinienia, tylko dodatkowe szykany, o których nie chcę opowiadać. Dzień za dniem w różnych ważnych i mniej ważnych aspektach życia. Jednocześnie wywierano na mnie presję, bym odszedł. Jeśli coś mnie boli, to właśnie to, że próbowano złamać moje sumienie, stosując metody sprzeczne z Ewangelią i niegodne jezuitów. O szczegółach, z wdzięczności za dobro, jakie mnie wcześniej spotkało, nie chcę mówić…

Jak to ksiądz przetrwał?

Błąkałem się po Wrocławiu, jadłem w barach, żyłem z tego, co mi dali moi świeccy przyjaciele…

Ale ksiądz nie zrezygnował?

Nie. Mieszkałem nadal u jezuitów.

Czemu?

Powołanie jezuickie było dla mnie niewiarygodną łaską, darem. Trzy lata poświęciłem temu, by do zakonu wstąpić, służyłem mu jak umiałem jedenaście lat i nie mogłem z powodu takich doświadczeń ustąpić. Potraktowałem to jako coś, co muszę przejść, jako próbę.

Zakończoną dekretem o dymisji. 43 lata, bezdomny filozof, w dodatku ksiądz. Headhunter nie wpadłby w zachwyt.

Nie szukam pracy. Zamieszkałem w samotnej chałupie na Kaszubach, trzy kilometry od wsi. Pracuję nad doktoratem, modlę się, myślę, odpoczywam. Pomogli mi przyjaciele z WiP, koledzy jezuici, często także nieznajomi, których poruszyła ta sprawa. Urządzili zrzutkę, zaoferowano mi skromne prywatne stypendium.

Odczuwa ksiądz po tym wszystkim żal do jezuitów?

Nie, naprawdę. Jestem im wdzięczny za 11 lat wspólnego życia i modlitwy. Choć odchodziłem z ulgą, bo ostatni rok był bardzo trudny, to nie przekreśla on dobrego doświadczenia z bycia jezuitą. Nie ukrywam też, że pomogło mi poczucie, że to nie jest ten zakon, do którego wstępowałem, to nie jest - i najprawdopodobniej już nie będzie - awangarda Kościoła, ludzie, którzy nasłuchują, co Duch Święty mówi Kościołowi i światu.

To na czym ksiądz poległ?

Byłem wierny sumieniu, które kazało mi wystąpić w obronie ks. Zaleskiego. Temu samemu sumieniu, które mnie, chłopakowi siedemnastoletniemu, kazało malować na murach "Precz z komuną!", "Solidarność żyje".

Jaki jest księdza status teraz?

Jestem księdzem, diakonem Kościoła katolickiego, celibatariuszem. Mogę czytać Ewangelię, głosić kazania, odprawiać nabożeństwa, chrzcić dzieci, udzielać sakramentu małżeństwa, odprawiać pogrzeby.

Czyli dajemy ogłoszenie: "ks. Andrzej Miszk - śluby, pogrzeby, tanio”?

Nie (śmiech), bo nie mam biskupa, który by mnie przyjął do swojej diecezji, a dopiero wówczas mógłbym powrócić do posługi diakońskiej. Mówiąc poważnie, jak już przetoczy się ta sprawa, będę szukał biskupa, który zechciałby mnie wyświęcić.

Raczej nie w Polsce.

Obawiam się, że nie. Przypadkiem stałem się najbardziej znanym diakonem w Polsce, a to zła rekomendacja.

KS. ANDRZEJ MISZK*, jezuita od 11 lat, diakon, studiował filozofię w "Ignatianum” i na UJ, teologię w Milltown (Dublin). W latach 80. wspierał podziemną "Solidarność” i działał w Ruchu „Wolność i Pokój”, więzień polityczny. Na przełomie lat 80. - 90. przedsiębiorca. Założyciel portalu www.tezeusz.pl i jego b. redaktor naczelny. We wrześniu 2006 r. za poparcie ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego i wezwanie do lustracji w zakonie jezuickim i Kościele przeniesiony karnie z Krakowa do Wrocławia na parafię, skazany na zupełne milczenie, usunięty z funkcji redaktora naczelnego Tezeusza, otrzymał zakaz pracy akademickiej i odmówiono mu święceń kapłańskich. [/size]

pisze w dzienniku Robert Mazurek

Zamiast komentarza:

"Jezus powiedział do swoich uczniów: Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym."

/Łk 21, 34-36/

Robert Majka , polityk , Przemyśl , 1 grudnia 2007r
www.sw.org.pl ,
adres mailowy : robm13@interia.pl ,
tel.+ 48 506084013
tel. + 48 016.6784910
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group