" /> Dyskusje ogólne :: Rafał A. Ziemkiewicz;Sitwo, ojczyzno moja
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Rafał A. Ziemkiewicz;Sitwo, ojczyzno moja

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sob Lut 16, 2008 10:33 am    Temat postu: Rafał A. Ziemkiewicz;Sitwo, ojczyzno moja Odpowiedz z cytatem

http://www.rp.pl/artykul/93348.html

"Sitwo, ojczyzno moja
Rafał A. Ziemkiewicz 15-02-2008, ostatnia aktualizacja 16-02-2008 08:28

Jeśli oderwiemy się od bieżących połajanek, a spróbujemy znaleźć główny spór polskiej polityki, to okaże się, że tak naprawdę zmieniły się jego zewnętrzne przejawy, a istota pozostaje ta sama. Nie wygląda też na to, by ktokolwiek się kwapił z nowymi pomysłami - pisze Rafał Ziemkiewicz

Polska polityka nie wkroczyła trzy miesiące temu w jakąś nową erę. Zasadnicze wyzwanie, jakie stoi przed Polską, jest bowiem cały czas to samo. To modernizacja kraju – dogonienie Zachodu, od którego wskutek historycznych nieszczęść zostaliśmy na wiele dziesiątków lat odcięci. W tym pojęciu mieści się przebudowa ekonomiczna, w kierunku wolnorynkowego kapitalizmu oraz przebudowa społeczna w kierunku systemu liberalno-demokratycznego. Spór dotyczy tego, który z elementów modernizacji jest ważniejszy dla powodzenia całości procesu.

Kto co woli modernizować

Czy uruchomienie mechanizmów ekonomicznych skutkuje zmianami społecznymi, przede wszystkim wykształceniem "klasy średniej" i upowszechnieniem własności, które w naturalny sposób przekształcają poddanych partyjnej nomenklatury w społeczeństwo obywatelskie, czy przeciwnie, nie da się stworzyć gospodarki wolnorynkowej bez odtworzenia zdrowej tkanki społecznej poprzez reprywatyzację, powszechną prywatyzację (czy, jak wolą niektórzy, powszechne uwłaszczenie) i likwidację przywilejów, jakimi "realny socjalizm" odróżnił "równych od równiejszych"?

Środowiska, które zawierały pakt Okrągłego Stołu i które poprzez różne partie polityczne dominowały w pierwszym piętnastoleciu wolnej Polski, zdecydowanie wybrały pierwszą odpowiedź. Ubierając to w różne słowa, czasem jawnie, czasem pod osłoną cynicznie używanej retoryki socjalnej, kolejne rządy, przy nieodmiennym wsparciu establishmentu, realizowały zasadę "po pierwsze gospodarka", w przekonaniu, że dobre wyniki makroekonomiczne przełożą się stopniowo na szeroką społeczną akceptację dla nowego porządku, a dobrobyt zaowocuje ucywilizowaniem na wzór zachodni sceny politycznej.

Zwolennicy drugiego poglądu nie mieli zbyt szerokich możliwości sformułowania alternatywnego planu pozytywnego. Ze stosunkowo największym społecznym rezonansem udało się to twórcom programu uwłaszczeniowego firmowanego przez NSZZ "Solidarność", ale do jego realizacji zabrakło politycznych narzędzi. Jeszcze bardziej niszowy charakter miały starania środowisk – przyznajmy, słabych i lekceważonych przez partyjnych przywódców – pracujących nad prawicowymi programami. Jedynie Unia Polityki Realnej, choć nie odniosła żadnych sukcesów politycznych, zdołała zauważalnie wpłynąć na sposób myślenia, zwłaszcza kształcącej się młodzieży.

(...)

Śmiertelna zemsta faktów

Zjawisko to, które od nazwiska głównego kodyfikatora ideologii III RP nazwałem michnikowszczyzną, przyniosło różnorakie szkody. Przede wszystkim całkowicie fałszywa była ocena sytuacji, jaka legła u jego podstaw: Polsce nie zagrażała ani nacjonalistyczna dyktatura, ani jakobinizm. W przekonaniu establishmentu operacja stworzenia normalnego państwa demokratycznego i rynkowego, w imię której "uśpiono" społeczeństwo, miała dać błogosławione efekty w ciągu jednej, najdalej dwóch kadencji. Tymczasem za zasłoną narzuconego przez "autorytety" milczenia zamiast oczekiwanej normalności mieliśmy coraz większe patologie, aż po piętnastu latach i spektakularnym zawaleniu się kolorowej fasady "reform" wyjrzała zza niej zgnilizna państwa rządzonego przez gangi skorumpowanych i zblatowanych kolesiów. Jednak gdy wskutek tego 80 procent wyborców oddało swój głos na partie obiecujące radykalne zerwanie z III RP, wbrew jeremiadom Michnika, nie spowodowało to końca demokracji, faszystowskiej dyktatury ani powrotu do państwowej gospodarki nakazoworozdzielczej.

Wśród wspomnianych wyżej szkód nie ostatnią jest kompletne obezwładnienie części polskich elit intelektualnych i pogrążenie ich w intelektualnej impotencji. Dominacja michnikowszczyzny sprawiła, że praktycznie od pierwszych miesięcy III RP jej religią, kostniejącą z każdym rokiem, stała się walka z fantomem "zagrożenia demokracji". W praktyce walka z owym zagrożeniem sprowadziła się do zajadłej krytyki wszelkich prób naruszenia pomagdalenkowego status quo. "Nie ma gorszych reakcjonistów niż byli rewolucjoniści, gdy wreszcie dorwą się do władzy" – powiadał klasyk. Prawidłowość ta potwierdziła się w pełni, podobnie jak i ta, że postawa skrajnie reakcyjna, zachowawcza, stopniowo degraduje intelektualnie jej wyznawców.

Cała mądrość tych, którzy chcieli być "nie na prawicy, nie na lewicy, tylko na przedzie" sprowadziła się koniec końców do labidzenia, że "demokracja jest zagrożona, bo podważa się autorytety", "znieważa się nawet Kuronia i Herberta", Kaczyński przypomina Gomułkę i Putina, a zaplute karły z prawicy podnoszą rękę na samego Michnika, kierując się zawiścią, bo jakież można sobie wyobrazić inne powody, dla których mógłby ktoś Michnika krytykować.

"Fakty teoriom przeczą, a to jest karygodną rzeczą" – ironizował mistrz Szpotański, i ta ironia jak ulał pasuje do sytuacji michnikowszczyzny. Skoro z jej teorii wynika, że utrata władzy przez sojusz z Magdalenki musiała spowodować kryzys demokracji w Polsce, to wbrew faktom trzeba się upierać, że ostatnie dwa lata były czasem totalitarnej dyktatury. Zgoda co do faktów kompromitowałaby postawę michnikowszczyzny w całym piętnastoleciu. Z tego kanału "warszawka i krakówek" już nie wyjdą – michnikowszczyzna, mimo pozorów opiniotwórczości, jest już intelektualnym trupem, coraz gorzej pachnącym. Żadne transfuzje z Żiżka i Osta, przeprowadzane przez środowisko "Krytyki Politycznej", nie są w stanie wyrwać jej z bezkrytycznego czy zgoła sklerotycznego uporu, że wszystko, co można najlepszego, wymyślono już i wcielono w życie, zanim Rywin przyszedł do Michnika, a teraz pozostaje bronić tego przed populistami.

Kaczyński o dziesięć lat za późno

Podczas gdy michnikowszczyzna skupiała uwagę zarażonych nią elit na zagrożeniach bądź to całkowicie urojonych, bądź drugorzędnych, stopniowo nasilała się nieleczona choroba, która w istocie od samego początku stanowiła główne zagrożenie dla modernizacji Polski. Zalążkiem tej choroby było zaniechanie rozbicia struktur społecznych Peerelu, a zwłaszcza jej nomenklatury i aparatu przemocy.

W teorii miały je unieszkodliwić prywatyzacja i wolny rynek (choć że była to teoria chybiona, można było stwierdzić już w roku 1991 r., obserwując Rosję). W istocie siła powstałych na ich bazie grup interesu zdeprawowała III RP, w znacznym stopniu czyniąc i z wolnego rynku, i z demokracji fasadę dla mechanizmów oligarchicznych w typie latynoamerykańskim.

Z taką diagnozą zagrożenia dla modernizacji występował już na początku lat dziewięćdziesiątych Jarosław Kaczyński. Występował jako niejedyny, ale jako jedyny z tych, którzy tak odczytali sytuację, zdołał się utrzymać na scenie politycznej do czasu, aż społeczeństwo zaczęło się wybudzać z zadanej mu narkozy. Niestety, jak słusznie zauważył w "Dzienniku" Robert Krasowski, Kaczyński po roku 1992 nie był zdolny do aktualizowania swej diagnozy, i kiedy mógł uczynić ją podstawą praktyki rządzenia, była już w znacznym stopniu anachroniczna.

Wszystko wskazuje na to, że Kaczyński naprawdę wierzył w jednolity układ – mafię, której rozbicie jest sprawą jednej zdecydowanej operacji policyjnej. Tak jak reformatorzy początku poprzedniej dekady wierzyli, że wystarczy przez pewien czas powstrzymać społeczną aktywność, a reformy wszystko zmienią, tak Kaczyński sądził chyba, że byle zyskać na czasie – poprzez dopuszczenie do konfitur Leppera i Giertycha – prokuratorzy wydobędą na światło dzienne nici łączące Kwaśniewskiego, Millera i "Wyborczą" ze wszystkimi szemranymi sprawami i mafiami ostatnich piętnastu lat.

A piętnaście lat to dość, aby nawet struktura budowana w sposób planowy i otwarty zdołała się zasadniczo zmienić. Żaden zaś układ, pozostańmy przy tym wieloznacznym określeniu, nie był w III RP tworzony według z góry przyjętych planów. Komuniści istotnie mieli plan zachowania przywilejów nomenklatury, ale rozsypał się on 4 czerwca 1989 r. – od tego momentu zmuszeni byli do improwizacji, która powiodła się tylko dzięki niewiarygodnej, z dzisiejszego punktu widzenia, naiwności i nieudolności ówczesnego kierownictwa OKP.

Feudalna pamięć materiału

Zło, jakie się tu dokonało, nie polegało jednak na stworzeniu jednolitej, tajnej struktury, podporządkowującej sobie z ukrycia całe państwo. Owszem, na drobną skalę takie struktury, chroniące interesy pewnych grup dawnej władzy, powstawały, i było to tolerowane w błogim przekonaniu, że z czasem reformy odbiorą im rację bytu.

Zło polegało na uruchomieniu fatalnej dynamiki społecznej zmiany. Zamiast nowoczesnego społeczeństwa, w którym zdolny pucybut może zostać milionerem, a leniwy milioner stracić fortunę, przez kilkanaście lat III RP odbudowywała, w znacznym stopniu spontanicznie, wedle zasady "przykład idzie z góry", parafeudalną strukturę Peerelu, w której o awansie człowieka i jego zamożności nie decydowały osobiste przymioty, ale znajomości i powiązania.

Nierozbite postkomunistyczne układy, na których skupił się Kaczyński, nie były tu przyczyną najistotniejszą. Skoro zabrakło znaczącego impulsu modernizacyjnego – a zabrakło, bo w lęku przed społecznymi niepokojami tłumiono jak się dało wszelkie spontaniczne działania – działać zaczęła "pamięć materiału". Poszczególne środowiska, począwszy od tych odgrywających w państwie szczególną rolę, zaczynały odtwarzać swe wewnętrzne feudalne mechanizmy, uzyskiwać u władzy przywileje wyłączające je spod działania praw rynku i wolnej konkurencji. Prawnicy, naukowcy, lekarze, geodeci, architekci, nadzory budowlane… nie ma tu sensu wyliczać, gdyż lista ta dziś obejmuje niemal wszystkie zawody, które w krajach cywilizowanych gwarantują awans i karierę – rok po roku zamykali się i umacniali rządzące nimi mechanizmy przypominające wojskową "falę".

Po piętnastoletnim uśpieniu Polacy, zamiast we Francji czy Niemczech, obudzili się w Boliwii, w państwie z pozoru wolnorynkowym, gdzie bodaj nigdzie nic nie można osiągnąć bez protekcji, znajomości, w ostateczności łapówki. Państwie, które młodemu, zdolnemu naukowcowi, lekarzowi czy prawnikowi ma do zaoferowania tylko wieloletnie terminowanie i pracę na rzecz rządzących środowiskiem starych partyjnych "szych" i ich dzieci, w nadziei, że w końcu łaskawie pozwolą mu oni awansować.

(...)"
Źródło : Rzeczpospolita

Więcej:
http://www.rp.pl/artykul/93348.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 08 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Czw Gru 08, 2016 9:00 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group