" /> Dyskusje ogólne :: Strzępy wspomnień - II - Uzbekistan...
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Strzępy wspomnień - II - Uzbekistan...

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mirosław Dakowski
Weteran Forum


Dołączył: 12 Maj 2007
Posty: 216

PostWysłany: Czw Kwi 24, 2008 5:28 pm    Temat postu: Strzępy wspomnień - II - Uzbekistan... Odpowiedz z cytatem

Strzępy wspomnień - II - Uzbekistan...
Kołchoz
Ze zsyłki na Sybirze zwolniono nas latem 1942 r., na skutek starań, targów i umów gen. Sikorskiego. Polskim wagonem (tj. zrabowanym w Polsce) w sowieckim pociągu dojechaliśmy do Doliny Fergańskiej. Tam żaden rejon nie chciał nas przyjąć. Dopiero po trzech dniach pozwolili nam się wygruzić w Czust, skąd arbami (to dwukołowe wozy ciągnione przez osiołki, grzbiet osła na wysokości osi dużego koła) powieźli do kołchozu w góry.
Zamieszkaliśmy w lepiance z gliny. Ściany robi się w lecie z wysuszonych bochnów gliny spojonych mokrą gliną. To wysycha. I dopóki suche, to twarde jak skała. Wytrzymuje też deszcz trzydniówkę. Dopiero po dwóch tygodniach deszczów – rozłazi się. Ale takie deszcze bywają tylko raz na parę lat, w grudniu.
Dach płaski, można na nim spać w lecie, w czasie upałów. Dziura w suficie przy ścianie umożliwia wyjście dymu z ogniska. Drzwi z drewna, kołki grubości ok. 5 cm w górze i dole wbite w glinę (to takie zawiasy), więc szpary są ok. 3-5 cm. Nary z desek. Niski (40 cm) stoliczek pokryty jakimś „dywanem”. Ten dywan to czasem szmata, a czasem pięknie tkane dzieło sztuki. Pod spodem dziura, w niej rozżarzone węgle drzewne. Wkładało się nogi w dół, przykrywało brzuch dywanem i - od pasa w dół było ciepło.
Misia pracowała przy uprawie bawełny, Mama była przy mnie. Mama wysprzedała już wszystkie wieszczi z Białowieży. Dniówki w kołchozie (zarpłata) takie, że od razu stało się jasne, że można przeżyć tylko kradnąc. Nie wiem, co Misia kradła? Wiosną – doskonała lebioda, zbierałem, jedliśmy gotowaną jak szpinak. Dla mnie czasem jajko. Jakieś zielska jedliśmy na surowo. W czasie tych przedwiośni w Uzbekistanie pamiętam liczenie, kiedy wreszcie będzie lebioda i morwa. Bo wcześnie, „zaraz” dojrzewała morwa, ogromna, biała i czerwona. Potem szybko uruk (morele), brzoskwinie, kawony, winogrona; wszystko doskonałe, słodkie. Skądś (?) była pszenica na podpłomyki i kaszę. Żyć nie umierać. Skąd brały rzepę - nie wiem. Zdobywały też kabaczki. Po 65-ciu latach na kabaczki nie mogę spojrzeć.
Trzęsienie ziemi
W zimie Mama była w Czust w szpitalu. Obudziła mnie Misia, lepianka się waliła, osły i inne zwierzęta strasznie ryczały. Misia wyskoczyła ze mną w ramionach na dwór. Tam śnieg. Huk straszny, wszystko się rusza. Trzęsienie ziemi, spore jak na tamte standardy. Z guzopaja’ (gałęzie krzewów, na których rośnie bawełna). Misia z Czeszykową zrobiły grube (na pół metra?) posłanie, na to koce i kołdry wyciągnięte z izby, nim lepianka się zawaliła. W jakieś dwadzieścia osób koczowaliśmy na tym ze dwa-trzy dni. Drugi wstrząs był słabszy, ale nadwerężone lepianki się też waliły. Ognisko, gotowanie na nim... Piękne gwiazdy, nisko, blisko. Takie gwiazdy to stałe nasze wspomnienie z Uzbekistanu.
Gdy pod Mamą zaczęło jeździć łóżko w szpitalu, wyskoczyła i – chora – poszła do nas. Po wielu godzinach marszu w nocy wychodzi z głębokiego lessowego wąwozu, z daleka krzyczy: Miruś, Miruś. Nic nie widać. Chałupy nie ma. Dopiero po pokonaniu stoku - zobaczyła nas na tym guzopaja’, żywych. Mało ludzi zginęło, bo jakoś zdążyli wyskoczyć. Tu dwie osoby, tam pięć... O wstrząsie uprzedziły najpierw Uzbeków, potem i nas, niedoświadczonych, głównie panika i wycie zwierząt. Za parę dni gdzieś nas zakwaterowali.
Namangan
Po roku lub mniej Mama wyciągnęła nas do miasta Namangan. Została tam kierowniczką Domu dla Ozdrowieńców. Pod władzą Delegata Rządu Sikorskiego. Chodziło o to, by tak karmić kościotrupy z łagrów, by nie zmarły z przejedzenia. Misia bardzo pilnowała, zamykała spiżarnię na dwie kłódki, bo z rozpaczy i paniki włamywali się - i mogli ginąć z nagłego przejedzenia. U nas się nie zdarzyło, ale opowiadano. Na Boże Narodzenie był święty Mikołaj, kolędy. Pamiętam. Polska prasa. Nadzieja. Potem Mama została dyrektorką sierocińca na jakąś setkę dzieci. Bo sierot, po tych latach w łagrach, było dużo. Ale ludzie ratowali i wiele uratowali. Pani Katarzyna Czeszykowa skądś wzięła chłopców Trojnarów. Chyba trzech. Starsi ode mnie. Po powrocie Ona osiadła w Cieplicach, a Trojnary skończyły chyba politechnikę we Wrocławiu, zostały profesorami od niskich temperatur (może jeden?). Nie miałem w Polsce z chłopakami kontaktu.
W Namanganie mieszkaliśmy kolejno w siedmiu - ośmiu kibitkach (lepiankach), wreszcie - i najdłużej - na Czapajewa 2, za rzeką. [Byliśmy tam z żoną w 1973 r, znalazłem kolegę - traktorzystę, o imieniu Hulomdżon.] Po tamtej stronie rzeki był win-zawod, produkcja win. Pod jego rampą leżeli dochodjagi - strasznie opuchnięci ludzie mający nadzieję na jakie pół-zgniłe gronko. Dziwiłem się, że są coraz grubsi. Po paru dniach już się nie ruszali. Raz słyszę dyskusję, jak takiego kadawra niepostrzeżenie przenieść na drugą stronę rzeki, by tamtym zrobił złą statystykę. To się zdarzało ze trzy razy na tydzień. Błoto koło win-zawoda było z 40 cm głębokie, niosącym trudno się wyciągało nogi, do tego należało nieść niepostrzeżenie. Dość.
Tulipany. Żółwie
Wokół Namanganu - kilometry pustyni. Piasek, glina. Na wiosnę pustynia ożywała: po deszczach miliony żółtych tulipanów szybko wyrastały z mokrego piasku, były też inne rośliny.. Miliony w zasięgu wzroku, bo wszystko razem - ocean. Pięknie. Ciągle mam przed oczami ten ocean tulipanów, na Wielkanoc wydrapuję je na cebulowych jajkach. Miały ząbkowaną górę korony kwiatu.
W którejś kibitce wybili dziurę w tylnej ścianie, obrabowali nas. Uzbecy się wstydzili, przepraszali, ale złodziei nie znaleźli. Na południowej ścianie tej kibitki grzał się duży, 3.5 metrowy wąż. Misia chciała go zabić (bo pewnie niebezpieczny, a i mięso by się przydało). Ale gospodarze nie pozwolili, bo to opiekun obejścia. I nie-jadowity.
Kiedyś w czasie upałów spałem na dworze, na arbie (wóz). Gwiazdy olbrzymie, bliziutko, tak czyste powietrze. Nad ranem dziabnął mnie skorpion w policzek. Misia na mój wrzask przybiegła, skorpiona rozdeptała. Tylko dwa dni chorowałem, był młody, i pewnie mało jadu wpuścił.
Już miałem z siedem lat, chodziłem wtedy na żółwie. One szybko biegają, gdy czują zagrożenie. Chowają się do swych nor w piasku. Misia pognała za jakimś dużym, sięgnęła do którejś z nor - i za ogon (chyba samice żółwi mają ogony) w triumfie wyciągnęła – jaszczura o długości ok. metra. W panice puściła, a doświadczeni mówili, że jaszczury dają doskonałe mięso. Są jednak rzadsze od żółwi.
Chodziliśmy więc na żółwie (mięso!!!). Moje kobiety z paniami Konopnickimi chodziły dalej, bo blisko żółwie były już wybite. Najpierw przynosiły po 30-40 żółwi w workach, ale to bardzo ciężko. Później już tam, w odległości 20-25 km, rozbijały kamieniami żółwie trzymając je na boku - i zostawiały ciężkie skorupy. Widziałem duże stosy skorup (stosy po 200-300 skorup). Ciała do worków – i cieknące krwią na plecy niosącej - worki do domu. Rozbierałem mięso. Jaja osobno, serca osobno, też na miskę. Te 30 serc biło jeszcze na drugi dzień, takie żywotne. Doskonałe, delikatne wątróbki. Jaja duże, ale nie nadawały się na jajecznicę, za jędrne. Do ciasta - tak... Po tej kuracji żółwiowej i morwie przestałem mieć ogromne, jak śliwy, gule za uszami, podobno były z głodu i awitaminozy. Przeżyłem, choć krucho było.
Gałęziami bawełny (guzopaja’) rozgrzewało się gliniany piec, kulisty wewnątrz. , stojący na podwórku. Wygarniałem popiół. Do gorącego wnętrza mocnym chlapnięciem przyklejało się ciasto (na zakwasie?). Po upieczeniu się – odpadały wspaniałe lepioszki – chleb.
Kto co kradł
Kiedyś Nina Konopnicka z siostrą (duże kobiety) została złapana nad ranem z workiem kradzionego uruku (morele). Strażnicy żądali oddania łupu. Kobiety siadły na ziemi i zaczęły jeść: nie oddamy!! Uzbecy popatrzyli z podziwem na wyniki – i puścili z resztą łupu. Dobry był, bardzo słodki.
Po wyjściu Armii Andersa z Yangi-Jul do Persji zrobiło się strasznie i jeszcze biedniej. Mamę od razu nowe władze (Związek Patriotów Polskich, czyli Żydzi-komuniści) wyrzuciły z sierocińca. Sierociniec rozgonili. Potem nowy delegat (ZPP) Katz umawiał się w jidisz z kolesiem, jak opylić towary z magazynu przeznaczone dla Polaków- zesłańców. Na znak tegoż kolesia, że Mama słyszy, Katz powiedział: Sie versteht nicht. Mama (z Pomorza, do śmierci liczyła po niemiecku, tylko tłumaczyła na polski) powiedziała: Aber sie versteht alles... Obrazili się, nakazali władzom ZPP bojkot tej antysemitki...
W Sowiecji nie poznaliśmy zesłanych Żydów. Ani z Polski, ani z Rosji. Na Sybirze było tylko kilku NKWD-zistów Żydów, też mało. W Uzbekistanie Żydzi to tylko vice-dyrektorzy (bo dyrektor musiał być miejscowy, figurant), NKWD-ziści, wysocy partyjni. Ci uciekinierzy z Polski uciekali przed Hitlerem do swoich, jak mówili.
Wiem, co Misia wtedy kradła: pracowała w garbarni skór. Przynosiła te skrawki żył i mięsa, które zostawały przy skórach i długo z Mamą gotowały. Chyba któraś próbowała, jak nie było objawów, to razem jadły. Mnie nie dawały. Na Czapajewa 2 była w izbie kura na sznurku. Przyjaciółka. Codziennie znosiła mi jajko, jadłem z lebiodą. Świetne, polecam. Lebiodę jadałem też w Polsce, niedawno. Musiały tę kurę zabić – bo zachorowała. Nie mogły jej zjeść, tak była bliska. Kubki były z puszek po konserwach, wieczko tak zwinięte i wywinięte, że tworzyło wygodny uchwyt. Sowieckie puszki są z grubej blachy, więc kubki trwałe. Przypominały mi je nowiutkie samochody Wołgi w latach 70-tych, też trzykrotnie grubsza blacha niż w zachodnich. W tej izbie w zimie był od środka na niektórych ścianach gruby zamróz (szron, za 2 cm). Palenie (pod tym stolikiem ze szmatą na wierzchu) nie pomagało. Chodziłem z wiaderkiem po ulicach, zbierałem placki krowie i nawóz osłów i koni. Kleiłem z tego kule wielkości pomarańczy, kiziak, suszyliśmy na słońcu. Koleżanka, żona rajkoma, dodawała kazionnogo miału węglowego. Ale to były luksusy. U nas ciężkie zapalenia płuc, brak leków. Obie panie, ale po kolei. Przeżyły. W lecie było łatwiej. W ogródku rosły granaty, figi. Gospodarze pozwalali zrywać, jeść.
Uzbecy
Uzbecy byli grupą zwartą, delegowali swoich do partii i władz. Ruskich i Żydów (czyli okupantów) się bali. Mieliśmy lepiankę na podwórku pierwszego sekretarza partii tego rejonu. Był szefem partii, organizował pogadanki ateistyczne. Uzbecy delegowali ludzi, by miał frekwencję dla sprawozdań. Był gorącym muzułmaninem, uprzedzał o nalotach gebeszników i pomagał ukrywać Koran przed NKWDzistami. Kiedyś tajny kapłan (mułła?) nakazał wrzucenie Ksiąg do rzeki, by niewierni ani ogień ich nie dosięgły i nie zbezcześciły (?). Mam jeszcze parę kart, które wyciągnąłem potajemnie z rzeki.
Uzbecy nas się na początku bali. Ruskie? jewrieji? Nie, my Polacy. ??? No, nas ruskie z żydami wywieźli na Sybir, nasi przyjaciele to Anglia. Aa, tu się wszyscy rozpromieniali: Anglia, to niedaleko, w Afganistanie, oni nas (Uzbeków) wyzwolą od komunistów, to już niedługo... Odtąd byli naszymi przyjaciółmi, pomagali tak w głodzie, jak i przy chorobach.
Żony gospodarza żyły zgodnie w swoich lepiankach. Tam te budowle nazywane były kibitkami. Jedna z moich koleżanek (chyba 11- letnia) została jego czwartą żoną, dostała lepiankę obok nas.
Uprawialiśmy razem grządki, co jakiś czas między nimi płynęła woda z systemu kanałów, zbudowanych jeszcze za dawnej władzy (??). Z rzeki wodę podnosiło koło z czerpakami (u nas były z puszek po konserwach), wylewało do wyżej położonych kanałów. Gdzie to nie wystarczało, dalej (wyżej) czerpali jak żurawiem. Podobne urządzenia widziałem później na rycinach, u starożytnych fellachów w Egipcie.
Uzbeczki co jakiś czas (podobno co rok) rozczesywały warkoczyki. Przy tym iskały się wzajemnie z wszy. Wszy skrupulatnie zjadały (widzę), podobno doskonałe na cerę. Włosy rozczesywały gęstymi, pięknymi grzebieniami, którymi zbierały gnidy. Te starannie do ognia. Potem myły włosy wodą, dalej katykiem (kwaśne mleko, tłuste, gęste, doskonałe). Zaplatały warkoczyki, tyle warkoczyków, ile lat.. A czy naliczyłeś u którejś więcej, niż szesnaście warkoczyków? zapytała mnie Misia. No właśnie. Ale włosy piękne, czarne, gęste, czasem po półtora metra, do ziemi.
Jeszcze wszy: Kiedyś w kolejce w sklepie zauważyłem przed sobą odzież poprzednika: Cała ruszała się od wszy. Wyrzucili go z kolejki – to bardzo niebezpiecznie: Rozsadnik tifa (tyfusu) itp. A lekarzy i lekarstw nie ma.
Swetry
Mama zarabiała, wreszcie dobrze, robiąc swetry na drutach dla żon oficerów i GB-szników. One przynosiły stare swetry (chyba..), ja prułem, nawijałem na kłębki, potem rozdwajałem przy pomocy agrafki: uwalniałem do 50-60 cm nitki, agrafkę w kłębek, wszystko się kręci, dwa pasemka wełny nawijam na małe kłębki, przesuwam agrafkę, i tak do końca kłębka. Bardzo szybko i sprawnie. Mama miała kłopot, bo te damy chciały toczno takoj że, jak poprzedniczka. A Mama chciała im zrobić inny, pasujący do urody tego krówska.. Niet. Ale za sweter dostawała dwie kartki!! Pozwoliła więc sobie na luksus trzech kopciłek: w miseczce olej, knoty z bawełny, płomyki całkiem, całkiem.. Plecy swetra w jedną noc, przód w drugą, rękawy, zebranie do kupy.. i w tydzień mieliśmy dwie kartki! Za kartki rzadko można było coś dostać, bo przejściowe trudności. Dlatego przejściowe trudności w Polsce Ludowej mnie nie dziwiły. ale popyt na kartki był duży.
Bawiłem się na polu przed sklepem. Gdy coś przywozili, wszystkie dzieciaki biegły do swoich z krzykiem Non kilade!!! (chleb przyjechał). Z tych czasów pamiętam też Am sikade, ale nie przetłumaczę, nieprzyzwoite. Dorośli ustawiali się w kolejkę, bez kłótni, i brali swój przydział gliniastego, czarnego „chleba” z dodatkiem makuchów (to wytłoki z ziaren bawełny, czyli odpady po wytłoczeniu oleju). Po podsuszeniu jakoś dało się to przełknąć.
Inteligencja rosyjska
Poznaliśmy trochę wygnańców z Petersburga, praktycznie same kobiety z dziećmi, mężczyźni już zamordowani lub jeszcze w konc-łagrach. Nauczycielki, plastyczki, lekarki. Na początku stycznia zaprosiły nas do domu na „Jołkę”. Dzieci bawiły się wokół jołki, śpiewały piosnki o Died-Morozie. Czerwone gwiazdy na drzewku. Ja byłem wśród dorosłych. Tylko Mama powiedziała mi, bym dzieciom nic nie mówił. I wtedy złożyliśmy sobie dyskretnie życzenia Bożego Narodzenia – bo była to prawosławna wigilia... Mamie opowiadały makabryczne historie terroru bolszewickiego – głównie skierowanego przeciw wierzącym... Poszedłem się bawić.
Bazar, płow
Za to, co Misia zarabiała w garbarni przez miesiąc, na bazarze można było kupić kilo chleba. Więc sprzedaż Mamy kartek dawała nam trochę pieniędzy. Na bazarze było dużo baraniny, owoców, jarzyn... Pamiętam wielką piramidę kawonów (arbuzy), handluje Uzbek ze wsi. Zachwala swe kawony, pokazuje je. W ferworze wyciąga, pokazuje.. to była głowa ludzka, zakrwawiona. Oh, przepraszam, sumituje się sprzedawca, podaje inny kawon.. Widziałem, pamiętam.. Sprzedają też wspaniały płow (gdzie indziej na Wschodzie zwą to pilaw, ale to zupełnie nie to samo), na czarnym oleju, dużo cebuli i marchwi. [W latach 70-tych jedliśmy płow na tym samym bazarze, był równie dobry]. Uzbecki płow to w ogromnej ilości oleju ryż, wiele baraniny (żadnych wołowin!!), cebuli, marchwi, ostrych przypraw. Teraz, na starość, diety, ograniczam posiłki. Ale dobrego płowu wg. recepty uzbeckiej mogę zjeść garnek, dwa.. Zdrowe. I nie trzeba poprawiać wódką.
Na któreś święta muzułmańskie sąsiedzi obdarowują się nawzajem wielkimi garnkami z płowem. Po jakieś 5-8 litrów. Nam też przynosili, nie pamiętam, co dawaliśmy w zamian. Na święcie obrzezania synka sąsiadów tańczyłem z Uzbekami. Szczęśliwa mama uroczyście zjadła podsmażony napletek, by rodziła więcej chłopców. Płow znów wspaniały. Winogrona na tym obrzezaniu były długości 4-5 cm, bardzo słodkie. Opowieści, jak dawniej byli oni bogaci, ile mieli setek baranów i jak ich bolszewicy obrabowali. Chęć zemsty nieskrywana. Przed nami, oczywiście, bo przed okupantami - uniżone uśmiechy.
Aryki to te kanałki, którymi płynie rozdzielana po płanu woda użyźniająca grządki i pola. Nad arykami często-gęsto czaj-chana, gdzie ustawione są ławy nad wodą. To znaczy ponad powierzchnią wody, nie obok. Mężczyźni, starzy, ale też partyjni i urzędnicy, piją zieloną herbatę. Wrzątek. Bo najlepiej się chłodzi w upał przy pomocy potu - z herbaty. Dyskutują. Kobiety na polach, coś robią. Po mieście wszystkie kobiety chodzą w grubych, ciemnych okryciach całości postaci, z przodu parandża, t.j. zasłona z czarnego włosia końskiego, rozmiar (chyba) 50 na 120 cm. Przez to się dobrze widzi, próbowałem. Ale duszno.
GES (gidro-elektro-stancija)
Rzeka płynie w głębokim wąwozie (less?). Ponieważ system starych kanałów nawadniających jakoś kolidował z rzeką, puścili kanał pod rzeką, w dwóch rurach. Kąpaliśmy się w tym kanale, starsi chłopcy (Uzbecy) kombinowali, czyby nie przepłynąć przez te rury na drugą stronę rzeki. Bo krata dawała się odgiąć. Na szczęście ja byłem za mały, a oni też poszli po rozum do głowy.
W 1944-tym Ktoś zadecydował, że na rzece powstanie elektrownia wodna, wspomniany GES. Tuż poniżej opisanego skrzyżowania wód. Właśnie Słoneczko Ludzkości zdecydował, by ludy Kaukazu przenieść na wschód troszkę. I w dolinie Fergańskiej gdzieś w marcu 1944 r. pojawiły się liczne konc-łagry z góralami (Czeczeni? Ingusze? ). Oni tam ginęli, bez gór (no i bez żarcia..). Codziennie przywozili ich NKWDziści do nas, niewolnicy wynosili w workach glinę z dna wąwozu. Szli gęsto jeden za drugim z tymi workami po zboczu krętymi ścieżkami, bo zbocze było strome. Wydłubali tam ogromną dziurę. Po pewnym czasie nastąpiła niespodzianka: zaczął padać długotrwały deszcz. Powódź. Prikaz: ratować (nie wiem co?) i wnosić glinę tą samą drogą na dół. Widzę więc ten kręty wąż ludzki schodzący z workami na plecach.
W tym czasie pojawiły się też w Namanganie kobiety - góralki z Kaukazu, z tych łagrów. Jakoś wydostawały się z obozów, żebrały. Uzbecy byli życzliwi, czasem ukrywali przed milicją. Zaprzyjaźniona lekarka, Rosjanka, szepnęła Mamie: nowa zbrodnia..
Potem wszystko w sprawie GES ucichło. Maszyny przygotowane dla GES stały na placu koło sklepiku i rdzewiały. Chłopcy byli zachwyceni: odkręcaliśmy śruby i nakrętki z wszystkich dostępnych maszyn. A dostępne było wszystko. Nakrętki nizaliśmy sobie w sznury, na szyję. Ja miałem mało, tylko trzy sznury. Ale jak przyszło do strzelania do przeciwników z proc ze sznurka, i tak miałem przewagę: celniej rzucałem tymi, groźnie wyjącymi w locie, nakrętkami. Na szczęście nie na tyle celnie, by zabić lub oślepić wroga... Tak skończył się wielki plan Partii nt. GES.
Powrót
O możliwości amnestii mówiło się u nas dużo. Mama w swoim czasie stanowczo odmówiła przyjęcia obywatelstwa sowieckiego, co bardzo nam utrudniło życie , ale teraz okazało się zbawienne: po wielu perypetiach urzędniczych wsiedliśmy w maju 1946 r do eszelonu, też bydlęcych wagonów, ale już w mniejszym tłoku, niż na Sybir. Jadąc przez pustynie zauważyłem, że właściwie się nazywają: Kizył-Kum (czerwony piasek) była rzeczywiście czerwona, a Kara-Kum - czarna. Koło Jeziora Aralskiego (jeszcze wtedy było duże, nie zniszczone) życzliwy Żyd poradził Mamie, by kupiła parę worków soli. Po co?? Żydzi zrobili na tej soli majątek (względny), bo wiedzieli, że na Ukrainie nie ma soli, i tam sprzedawali z przebiciem ze 20 razy.
W Polsce byliśmy 16 czerwca, w Boże Ciało. Za Przemyślem z podziwem patrzyłem na liczne procesje ku czci Boga - i że to wolno.. Państwowy Urząd Repatriacyjny wysadził nas w Bochni, a Czeszykowie, Konopnickie i inni pojechali dalej. W sowiecji spędziliśmy sześć i pół roku. Jaki procent przeżył? Nie wiemy również (2008 r.), ile set tysięcy wywieźli, a ile - wymordowali w więzieniach , szczególnie po 22 czerwca 1941.
Ojciec czekał nas w Proszówkach z furką, był nadleśniczym w Damienicach. Niedługo potem poznałem księdza proboszcza z Cikowic, wszedł u nas w rodzinie w przysłowie. Bez zdziwienia widziałem po paru miesiącach, jak paru smutnych wyprowadzało Ojca z biura nadleśnictwa. Z Mamą się modliliśmy. Wrócił.

_________________
Miros?aw
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 08 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Czw Gru 08, 2016 9:03 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group