" /> Dyskusje ogólne :: Antypolski film "OPÓR" na ekranach amerykańskich k
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Antypolski film "OPÓR" na ekranach amerykańskich k

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Piotr Hlebowicz
Site Admin


Dołączył: 15 Wrz 2006
Posty: 1166

PostWysłany: Czw Sty 22, 2009 10:35 am    Temat postu: Antypolski film "OPÓR" na ekranach amerykańskich k Odpowiedz z cytatem

Nawet Wirtualna Polska daje takie materiały o tym filmie.....

http://wiadomosci.wp.pl/kat,48996,title,Opor-od-piatku-w-kinach---czy-falszuje-historie,wid,10773660,wiadomosc.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Sylwia



Dołączył: 06 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Wto Gru 06, 2016 1:11 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Michał Bąkowski
Stały Bywalec Forum


Dołączył: 03 Mar 2008
Posty: 59

PostWysłany: Czw Sty 22, 2009 7:41 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Profesor Jasiewicz twierdzi w tym wywiadzie, że film jest "piramidalną bzdurą", że nie opisuje historii Bielskich w sposób nawet zbliżony do rzeczywistości. Od siebie dodałbym, że film jest typowo hollywoodzką szmirą - ale z tego wszystkiego nie wynika, że jest antypolski.

Autorzy filmu nie mają najwyraźniej zielonego pojęcia o skomplikowanych stosunkach na Kresach podczas wojny, ale Polacy także rzadko kiedy je rozumieją. Akcja filmu toczy się wśród Żydów i Niemców, Rosjan i Białorusinów, ale Polaków tam nie ma w ogóle. Powinniśmy raczej się z tego śmiać, niż nazywać takie brednie dziełem antypolskim.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Stanislaw Siekanowicz
Weteran Forum


Dołączył: 19 Paź 2008
Posty: 1145

PostWysłany: Sob Sty 24, 2009 3:52 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Dla widzow nie znających historii "partyzantow" Bielskiego antypolska wymowa filmu "Opor" jest zapewne niezauważalna. Film jest antypolski w tym sensie, ze w roli bohaterskich partyzantow przedstawiona jest żydowska grupa komunistyczna, ktora nie walczyla z Niemcami, lecz masowo grabila okoliczną ludnosc polską, gromadząc ogromne zapasy, z ktorych część wysylala do Moskwy. Sporadycznie dochodzilo też do mordow na Polakach. Na podstawie relacji swiadkow udokumentowana jest zbrodnia w miasteczku Naliboki, gdzie w pijackim amoku "partyzanci" Bielskiego wymordowali ponad sto polskich kobiet i dzieci.
Ten temat juz byl na tym Forum, gdy film przygotowywano do dystrybucji:

http://swkatowice.mojeforum.net/kim-wiec-byl-bielski-bohaterem-czy-zbrodniarzem-temat-vt6380.html

Wtedy zabrał głos weteran Forum, pan Dąbrowski, ktorego fragment postu warto tu powtorzyć:

(...) Czytałem mianowicie książkę Zygmunta Boradynia "Niemen rzeka niezgody. Polsko-sowiecka wojna partyzancka na Nowogródczyźnie 1943-1944" wydana przez oficynę RYTM w 1999 roku. Autor jest Polakiem z Nowogródka, książka oparta jest na źródłach z archiwów posowieckich.
Jest tam trochę także o oddziale Bielskiego. Był to oddział tzw. siemiejny czyli rodzinny; celem takich grup zwłaszcza na początku było przetrwanie. Składały się one z członków rodzin żydowskich którym udało się uniknąć getta oraz tak zwanych "okrużeńców" - żołnierzy sowieckich odciętych od swych wojsk liniowych w licznych okrążeniach. Po 1942 roku do takich grup zaczęli napływać także "wostocznicy" - ludzie pochodzący zza granicy ryskiej, w myśl nowych zarządzeń niemieckich groził im wyjazd na roboty do Rzeszy.
Oddziały Bielskiego nosiły nazwę imienia Ordzonkidze oraz imienia Kalinina, działały w rejonach nowogródzkim i lidzkim. Podobny w składzie oddział Zorina miał numer 106 działał w rejonie iwienieckim. Cechą Charakterystyczną dla tych tzw. "siemiejnych otriadow" były bezwzględnie przeprowadzane rekwizycje gospodarcze. Dlatego cieszyły się one bardzo złą sławą wśród ludności miejscowej. Np. na początku grudnia 1943 partyzanci Bielskiego zgromadzili: 200 ton ziemniaków, 3 tony kapusty, 5 ton buraków, 5 ton zboża, 3 tony mięsa i tonę kiełbasy.
Szef sztabu oddziału Zorina wspominał:
"Jedzenia było pod dostatkiem, a nawet gromadziły się zapasy. (...) Nadwyżki jedzenia posyłaliśmy nawet do Moskwy. Raz w tygodniu lądował na polowym lotnisku w puszczy samolot: przywoził gazety i materiały propagandowe, a zabierał z powrotem samogon, słoninę i kiełbasy własnego wyrobu".
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Sob Sty 24, 2009 4:51 pm    Temat postu: Retoryczne pytanie Odpowiedz z cytatem

Czy tego typu wielkoekranowa produkcja, nakierowana na totalnie nieświadomego realiów masowego widza nie tworzy armii pożytecznych idiotów, gotowych oddać swe życie w walce o godność pospolitych bandytów i upowszechniać model Polaka-antysemity?
Czy swoboda wypowiedzi to to samo, co bezkarne propagowanie quasihistorycznych bzdur zniesławiających niewinnych ludzi w celu realizacji doraźnych celów politycznych, czy choćby upowszechniania chorych wymysłów realizatorów lub producentów?
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Marek-R
Weteran Forum


Dołączył: 15 Wrz 2007
Posty: 1476

PostWysłany: Sob Sty 24, 2009 5:02 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Sprawa jest dosyć prosta. Żydowskie lobby, bo pod to towarzystwo pewnie robiony jest ten film, zaczyna wyciągać rękę po naszą historię, kwestia w motywacjach jakie temu procederowi towarzyszą. I dla reżysera, zdaje się nie mieć znaczenia opinia, o niewiedzy czy wręcz ignorancji, jaka towarzyszy w tym wypadku Jego pożal się Boże "twórczości".






Marek Radomski - Rada Oddziałowa SW - Jelenia Góra.

_________________
"Platforma jest przede wszystkim wielk?
mistyfikacj?. Mamy do czynienia z elegancko
opakowan? recydyw? tymi?szczyzny lub nowym
wydaniem Polskiej Partii Przyjació? Piwa....." - Stefan Niesio?owski - "Gazeta Wyborcza" nr 168 - 20 lipca 2001.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Michał Bąkowski
Stały Bywalec Forum


Dołączył: 03 Mar 2008
Posty: 59

PostWysłany: Sob Sty 24, 2009 5:28 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Jeżeli ktoś upowszechnia i wzmacnia (fałszywy moim zdaniem) obraz Polaka-antysemity, to właśnie ci, którzy prostestują przeciw temu idiotycznemu filmowi, nawet zanim go obejrzeli (vide: blogmedia24). Film nie może być antypolski, bo o Polsce nie ma tam w ogóle mowy. Na tym m.in. polega jego fałszywość, bo Tuwia Bielski był polskim Żydem, podoficerem w polskim wojsku, rabował polskich (ściślej: "tutejszych") chłopów i od Polaków także otrzymywał pomoc. W filmie natomiast występują tylko Żydzi, Niemcy, Rosjanie i Białorusini. Nie widziałbym tego jako antypolskość, ale jako historyczną ignorancję. Ale zanim rzucać będziemy gromy na Hollywood, warto pamiętać o strasznej ignorancji Polaków z dawnej Korony na temat Kresów, nawet przed wojną, o czym pisał szczegółowo choćby Józef Mackiewicz.

Film "Defiance" (bo "Opór" jest bardzo złym tłumaczeniem) jest propagandową szmirą. Każda propaganda wymierzona jest w nieświadomych półgłówków, którzy pozostaną takimi tak długo, aż nie zechcą własnym wysiłkiem wydobyć się ze swej ignorancji. Nie należy propagandzie przeciwstawiać innej propagandy - tylko prawdę. Jeśli ktoś z lenistwa ulega propagandzie to sam sobie jest winien i nie warto go żałować. W dzisiejszych czasach stosunkowo łatwo dowiedzieć się więcej o braciach Bielskich i - nawet jeśli wiele w ich historii pozostaje niewyjaśnione - wyrobić sobie zdanie na temat idiotyczności tego filmiszcza.

Swoboda wypowiedzi chyba nie może tu wchodzić w rachubę. Film "Nixon-Frost" opiera się na autentycznych wydarzeniach, ale nie odbyło się to naprawdę tak, jak w filmie. Cesarz Commodus naprawdę prześladował oficera imieniem Maximus, ale oprócz tego niewiele w Gladiatorze jest prawdą. Czy te fimy powinny być zakazane jako "upowszechnianie chorych wymysłów realizatorów"?
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Stanislaw Siekanowicz
Weteran Forum


Dołączył: 19 Paź 2008
Posty: 1145

PostWysłany: Sro Sty 28, 2009 3:52 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Fragment artykulu RED. ANDRZEJA KUMORA w polonijnym tygodniku "GONIEC", Toronto, 17 stycznia br.:
Pozostaje partyzantka
Przywykłem już, że historia to plastyczne tworzywo dla Hollywoodu, zdominowanego dzisiaj przez jedną opcję "polityczno-ideologiczną". Nowy film "oscarowy" przedstawiający rzekomą historię partyzantów żydowsko-sowieckich braci Bielskich w lasach polskich nie dziwi mnie i nie podnieca.
Ot, po prostu jeszcze jeden historyczny gniot w konwencji sensacyjnej podniesiony do rangi "dzieła" przez medialne komentarze wiadomej szkoły.
Dzisiaj poszczególne wersje historii nazywa się modnie polityką historyczną. Mamy więc politykę historyczną niemiecką, rosyjską, mamy również żydowską. Polskiej na razie nie mamy, bo za polską przeszłość obecne warszawskie elity każą nam się bić w piersi i w akcie narodowej ekspiacji "odkłamywać" narodowe mity.
Owo "odkłamywanie" ma przebiegać po linii i na bazie cudzoziemskich wersji, jakkolwiek karkołomne by one były.
Tak więc film o braciach Bielskich, który wkrótce wejdzie na ekrany również nad Wisłą, ma wedle "Gazety Wyborczej" wywołać "kontrowersje i dyskusję". "GW" przygotowuje już pod nią umysły tubylcze, donosząc o "kolaboracji kresowej AK" z Niemcami w celu walki z Sowietami. Według autorów tekstu "Wojna polsko-ruska pod bokiem niemieckim", AK była dozbrajana przez Niemców, a nawet prowadziła z Niemcami wspólne akcje ochrony transportów żywności, które chcieli przejmować Sowieci i Żydzi.
Tymczasem wiarygodni historycy oskarżają Bielskich o zwykły bandytyzm i zbrodnie wojenne na okolicznej ludności, której banda zabierała nie tylko prowiant, ale wszystko co się nawinęło, w myśl sowieckiego zawołania "dawaj czasy!". Grupa Bielskiego miała też brać udział w masakrze ludności polskiej wsi Naliboki.
W filmie o braciach Bielskich zatytułowanym "Defiance" główną rolę odtwarza James Bond - Daniel Craig, zatem zainteresowanie krytyków gwarantowane. Ponoć jest to rola "oscarowa".
Żydowska polityka historyczna jest skuteczna, bo dobrze dofinansowana i uprawiana m.in. przy pomocy wielkiej hollywoodzkiej tuby. Co prawda w dzisiejszych czasach tuba nieco zmiękła z powodu "kontrowersji" wokół poczynań Izraela w Strefie Gazy, niemniej nadal można przez nią wiele wytrąbić.
Nieważne więc, kto był bohaterem, a kto bandytą, liczy się to, kto dzisiaj głośniej o tym krzyczy.
Ciekawym, czy na wierutne bzdury i kłamstwa propagowane przez hollywoodzki obraz zareaguje jakkolwiek tutejszy polski korpus dyplomatyczny. Na razie bowiem - jak dowiaduję się z żydowskiej gazety dla Żydów - wydawanej przez kanadyjską lożę B`nai Brith "The Jewish Tribune" (nakład 62 tys. egz.), polska ambasada w Ottawie działa na rzecz podnoszenia świadomości i tworzenia podniecenia (proszę wybaczyć rudymentarne tłumaczenie "raising awarness and creating excitement") budową Muzeum Żydów Polskich w Warszawie.
(...)
www.goniec.net
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Sro Sty 28, 2009 11:43 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Pan Stanisław Siekanowicz wytłuścił:
Cytat:
Nieważne więc, kto był bohaterem, a kto bandytą, liczy się to, kto dzisiaj głośniej o tym krzyczy.
i to jest niestety smutna prawda. Ci ludzie, którzy pójdą do kina w ogromnym procencie potraktują otrzymany obraz nawet nie jak film, ale jak źródło prawdy historycznej i to wyryje w ich świadomości obraz, który uznają za swój i będą dalej posiłkować się zdobytą 'wiedzą' w swoim postępowaniu, osądzaniu etc. Sad Wydaje mi się, że są nacje, które nie tylko nie pozwalają na pokazywanie o sobie, gdziekolwiek w świecie nieprawdziwych filmów, ale nawet takich, które mówią o nich samą prawdę.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Czw Sty 29, 2009 7:11 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://glos.com.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1075&Itemid=76

""Opór": robienie wody z mózgu
Redaktor: konik
27.01.2009.

Na ekrany polskich kin wszedł długo zapowiadany film "Opór" ("Defiance") - który ma być prawdziwą historią braci Bielskich i uratowanych przez nich Żydów (1941-1944) na dalekich krańcach II RP, w Puszczy Nalibockiej. Równolegle "Gazeta Wyborcza", aby wyjaśnić nam to, co niejasne, uzupełnić to, czego brakuje i nadać całości odpowiedni klimat i interpretację, uraczyła nas książką swych dwóch reporterów: Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego: "Odwet. Prawdziwa historia braci Bielskich". Wyjaśnień i uzupełnień nigdy za dużo. W tym przypadku mamy jednak do czynienia z bardzo jednostronną i nieprofesjonalną próbą przedstawienia prawdziwych wydarzeń tak, aby z prawdy zostało niewiele.

Film jak film, to typowa, ckliwa superprodukcja hollywoodzka. Choć zapowiadany, że jest oparty na prawdziwych faktach, to faktów w nich jak na lekarstwo. Oderwany od rzeczywistości, pomijający najbardziej istotne realia, dziejący się w politycznej i społecznej próżni, jest jednowymiarowy, przedstawione sceny są płaskie i rzecz może się dziać wszędzie, czyli nigdzie. Krytycy filmowi (nie tylko u nas) już wydali mu niskie noty artystyczne, bo na więcej nie zasłużył. Jednak fakt, że tak bardzo oderwany jest od prawdziwych wydarzeń, w Hollywood nie ma żadnego praktycznego znaczenia. Zawsze można powiedzieć, że to tylko "wizja artysty", wobec której widz ma prawo głosu nogami - ść albo nie iść.

Gorzej z książką. Ta powstała tu i teraz, aby dla filmu poczynić odpowiedni klimat. Stosunkowo młodzi dziennikarze dostali pół roku i odpowiednie środki, aby pokazać wszystkim, że oni wiedzą lepiej - i książka jest efektem ich wielkiego intelektualnego i historycznego wysiłku. A co za tym idzie - że "Gazeta Wyborcza" żadnej prawdy się nie boi, choćby najbardziej drastycznej. Zapowiedź owej "prawdy" zawarta jest w tytule książki, można więc powiedzieć, że to prawie ostatnie słowo gazetowej "nauki" i niewiele więcej da się zrobić.



"Wyborcza" nic nie odkryła

Publikację książki poprzedziły artykuły prasowe zamieszczone w macierzystej gazecie. Już 6 stycznia krzykliwy podtytuł zapowiadał: "Reporterzy Gazety" odkrywają, kto zabił podczas wojny 128 Polaków ze wsi Naliboki. Cóż to za odkrycie, skoro sprawa znana jest od ponad 65 lat, czyli od samego początku i do dziś żyją jeszcze, coraz mniej liczni, świadkowie zbrodni dokonanej rankiem 8 maja 1943 r. Tak naprawdę reporterom wcale nie chodzi o odkrycie "kto zabił", co raczej o ukrycie sprawców w gąszczu wątpliwości, niedomówień i przemilczeń. Nie ma żadnego sporu co do sprawców zbrodni, że była to sowiecka partyzantka i ich faktycznej odpowiedzialności. Nie ma sporu co do istoty zbrodni - była to masakra polskiej ludności cywilnej małego, kresowego miasteczka Naliboki, położonego na skraju olbrzymiej, pierwotnej puszczy, od której wzięło ono swą nazwę. Spór dotyczy wyłącznie tego, czy w składzie sowieckich "otriadów" byli też partyzanci narodowości żydowskiej, a ściśle: czy byli to ludzie z "obozu rodzinnego" Tewje Bielskiego (zwano ich potocznie "Bielskije", "Bielszczacy" i wiadomo było, o co chodzi). Według przekazów bezpośrednich świadków, jeszcze żyjących, ludzie Bielskiego brali w tym udział i wykazali się szczególnym okrucieństwem. Kilkunastu świadków przesłuchanych w wieloletnim śledztwie (prowadzonym przez IPN) przyznało, że w okrutnej pacyfikacji brali udział partyzanci narodowości żydowskiej. Kilku z nich wskazało konkretnie na ludzi Bielskiego. Dziś nikt nie jest w stanie podać nazwisk, rozpoznać twarzy. Śledztwo będzie więc z pewnością umorzone, tym bardziej że nie wykonano niezbędnych czynności na terenie dzisiejszej Białorusi, nic nie słychać też o udzielonej pomocy prawnej ze strony tych państw, w których żyją jeszcze (lub do niedawna żyli) żydowscy partyzanci z tego ugrupowania.



"Wasi" świadkowie niedobrzy, "nasi" świadkowie dobrzy

Ale nie tylko formalne śledztwo się liczy. Dziś dużo ważniejsze jest ustalenie prawdy i wyjaśnienie tego, co się jeszcze da. A można dużo, z pewnością więcej niż zdołali reporterzy "Wyborczej". Z ich artykułów i książki wyraźnie widać, że przyjęli następującą tezę: Bielscy nie byli aniołami, to prawda, ale w Nalibokach ich nie było, nie mają więc z tym nic wspólnego. Należy przy tym dokonać bardzo wyraźnego rozgraniczenia, co rozumiemy przez udział "Bielskich". Tak bowiem skrótowo nazywano "siemiejnyj", czyli rodzinny obóz Tewje Bielskiego i jego braci. Mówienie o "Bielskich" w takim sensie wcale nie oznacza, że sam Tewje (czy któryś z jego braci) musiał w czymkolwiek brać udział. Co więcej, mamy wystarczające przekazy, że oni nie bardzo angażowali się osobiście w jakiekolwiek akcje zewnętrzne.

Bezpośredni świadek, Wacław Nowicki, tak opisał to w swej książce: "Godzina 5 rano, 8 maja 1943 roku. Długa seria z kaemu rozpruła poniżej okien frontową ścianę naszego domu, stojącą pod nią kanapę, przeleciała przez pokój i ugrzęzła w przeciwległej ścianie zaledwie kilka centymetrów nad naszymi głowami. [...] Mama dopadła okna.

- Wieś płonie! - krzyczy. [...]

O godzinie 7.00 strzały i jęki ucichły. Zewsząd wiało grozą śmierci i zniszczenia. Ocaleni od pogromu mogli teraz zobaczyć tragedię swego miasteczka i dokonanego w nim ludobójstwa. W niespełna 2 godziny zginęło 128 niewinnych ludzi. Większość z nich, jak stwierdzili potem naoczni świadkowie, z rąk siepaczy Bielskiego i "Pobiedy". Mordercy obojga płci wpadali do mieszkań i seriami z automatów unicestwiali we śnie całe rodziny, a obrabowane w pośpiechu (nawet z zegarków) domostwa palili i pijani od krwi, z okrzykiem "hura!" szli dalej mordować. Wielu zbudzonych nagłą strzelaniną i jękiem sąsiadów wylatywało na podwórko. Tych rozstrzeliwano z dziećmi pod ścianami chat. Jedni i drudzy wraz z domostwem obracali się w popiół. Daleko słychać było ryk bydła i rżenie zagrabianych koni. Podczas dantejskiego pogrzebu trudno było zidentyfikować pozostałe czasem tylko kończyny dzieci, rodziców, dziadków z rodów Karniewiczów, Łojków, Chmarów i wielu innych (W. Nowicki, "Żywe echa", Warszawa, 1993, s. 99-100). Nie mówi on więc o którymkolwiek z braci, nazywa ich tylko "siepaczami Bielskiego'. To bardzo ważne.

Wróćmy do tego, co według reporterów "Wyborczej" wyklucza udział w pacyfikacji Naliboków. Przede wszystkim - relacje żyjących jeszcze ludzi Bielskiego, które przytoczyli w książce. Pierwszym z nich jest Jakow Abramowicz z USA, który w pisemnym oświadczeniu stwierdził: "Nasz obóz położony był daleko od Nalibok. Antysemici, którzy twierdzą, że zabijaliśmy Polaków, po prostu kłamią". Ten stereotypowy slogan sprowadzający do antysemityzmu każdego, kto twierdzi inaczej niż Abramowicz, niczego jednak nie wyjaśnia. Wprost przeciwnie, to popularne narzędzie ucinania jakiejkolwiek dyskusji. Zresztą z samej książki jednoznacznie wynika, że "Bielscy" (w znaczeniu szerszym niż tylko sami bracia o tym nazwisku), robili to wielokrotnie.

Drugim bezpośrednim świadkiem jest Jack-Idel Kagan. On też używa argumentu "geograficznego", że grupa przebywała wówczas w innej okolicy: "Żadnego z braci Bielskich w Nalibokach w dniu partyzanckiego ataku nie było. Obozowali przez maj głęboko w puszczy, w miejscu zwanym Stara Huta. [...]

Powtarzam, że cały maj spędziliśmy w okolicy wsi Stara Huta. To gdzie indziej?. To oświadczenie jest dość niejednoznaczne. Początkowo chodzi ściśle tylko o braci Bielskich, ale dalej jest też mowa o całej grupie. To drugi bezpośredni świadek, który zaprzecza. I - co jest niezwykle znamienne - rzeź ludności cywilnej nazywa "partyzanckim atakiem". Ale Kagan w obozie Bielskich pojawił się dopiero jesienią 1943 r., kilka miesięcy po pacyfikacji! Nie mógł wiec spędzić z nimi cały maj w innej okolicy, bo faktycznie siedział wówczas w obozie pracy w Nowogródku... W dalszej części książki (kilkadziesiąt stron dalej) autorzy piszą o tym, powinni więc to uwzględnić. Ale tego nie zrobili, aby nie zdeprecjonować swego świadka.

Czyszcząc sobie pole do rozważań, całkowicie deprecjonują natomiast relację Wacława Nowickiego, przedstawiając go jako człowieka, który nie bardzo wie, o czym mówi. Co więcej, "wynaleźli" Leonardę Juncewicz, mieszkankę Naliboków (żyjącą tam do dziś), która bardzo im w tym pomaga: "Co ten Nowicki mógł wiedzieć? On wtedy naście lat miał". Wacław Nowicki miał wtedy lat 18, był zaprzysiężonym żołnierzem AK. Odwróćmy ten tok rozumowania: Leonarda Juncewicz jest kilka lat młodsza (co w tym przypadku ma podstawowe znaczenie), a zatem: co mogła wiedzieć?

Mamy tu więc utarty schemat - świadkowie wydarzeń racji nie mają, mało co wiedzą, zmyślają. Świadkowie, których my przytaczamy, wszystko wiedzą lepiej, więc prawdę to my pokazujemy.



Tamara Wiarszycka też wszystko wie lepiej

Ale to nie wszystko. Reporterzy mają jeszcze jednego asa w rękawach - to Tamara Wiarszycka, dyrektorka "nowogródzkiego muzeum historyczno-krajoznawczego". Przedstawiają ją jako "elegancką damę", co ma dodawać jej wiarygodności. Nie zapominajmy jednak, że to muzeum to postsowiecki skansen, co w warunkach dzisiejszej Białorusi oznacza, że czas stoi tam w miejscu. Dyrektor Tamara odpowiada na pytania reporterów "Wyborczej" bez żadnego wahania:

- Kto pacyfikował Naliboki? - pytamy.

- Partyzanci z Brygady imienia Stalina.

- Byli wśród nich Żydzi?

- Było wielu. Między innymi samodzielny oddział Szlomo Zorina.

- Czy w tym oddziale byli Żydzi naliboccy, tacy, których mieszkańcy mogli widzieć podczas napadu, poznać i zapamiętać?

- Mogli być.

- A czy w masakrze mógł brać udział Izrael Kesler?

- Nic na to nie wskazuje.

- A bracia Bielscy?

- Bielskich na pewno tam nie było. (...)

- Jeszcze raz pytamy: czyli 8 maja 1943 r. oddziału Bielskich w ogóle nie było w Puszczy Nalibockiej?

- Nie było?.

Dyrektor Tamara jednak nie bardzo wie, co mówi - bowiem -samodzielny oddział Szlomo Zorina - powstał dopiero w czerwcu 1943 r., a więc w miesiąc po tych wydarzeniach.

Istotne jest pytanie o udział Izraela Keslera. To przedwojenny rzezimieszek, który w 1942 r. ze swą grupą leśną dołączył do Bielskich. Przed wojną mieszkał w Nalibokach. Sulia Wołożyńska-Rubin i jej mąż Borys Rubiżewski-Rubin byli w grupie Keslera. Sulia napisała i wydała w 1980 r. w Jerozolimie wspomnienia, w których nadmienia o polskiej wsi spacyfikowanej przez partyzantów żydowskich z grupy Keslera: "Trzy dni zajęło, aby zbić trumny (dla poległych chłopów) i ponad 130 osób pochowano". Nazwa Naliboki tam wprawdzie nie pada, ale nie było innej tak wielkiej zbrodni. W 1993 r. powstał film dokumentalny z udziałem Sulii, jej męża Borysa i innych uczestników grupy Keslera. Sulia mówi w nim:- Wioska już nie istnieje. [?] Tego dnia pochowano 130 osób ? a inni jej przytakują.

Głuchowski i Kowalski wiedzą o jej wspomnieniach (natomiast o filmie nie wspominają) i tak je komentują: We wspomnieniach Sulii z grubsza zgadza się ilość zabitych, ale nie zgadza się co innego - opodal Nalibok nie było w czasie wojny żadnego getta. To jednak zbyt mało, aby te świadectwa w całości odrzucić, tym bardziej że "opodal" to wyrażenie potoczne i nie można na jego podstawie przyjąć jakiejś określonej odległości. Zresztą w takim razie, czy była jeszcze jedna tak wielka pacyfikacja w tych samych stronach i w tym samym czasie, w której brała udział grupa Keslera (wchodząca w skład obozu Bielskiego). Dopóki tego nie udowodnimy, trzeba przyjąć, że chodzi właśnie o Naliboki.

Całkowicie do zakwestionowania jest też argument "geograficzny", że w maju 1943 r. obóz Bielskiego położony był w odległości 80-100 km od tej miejscowości, bo faktycznie było to o połowę bliżej. A Sulia Rubin w filmie przyznaje, że "grupy 10 do 12 partyzantów wymaszerowywały na odległość 80 do 90 kilometrów, aby rabować wioski i przynieść żywność dla partyzantów", zatem nawet tak znaczna odległość nie była dla nich żadnym problemem.



Raporty polskiego podziemia

Rabunek okolicznych wsi, połączony z przemocą, gwałtami, a nierzadko i zabójstwami (niezależnie od motywów), był główną dziedziną działalności grupy Tewje Bielskiego (jak również sąsiadującej z nim wspomnianej grupy Szlomo Zorina). Informacje o tym były znane już bieżąco czynnikom kierowniczym Polskiego Państwa Podziemnego, pojawiały się bowiem w raportach Delegatury Rządu:

-Zagadnienie bezpieczeństwa w ogóle nie istnieje, a teren objęty partyzantką robi wrażenie "dzikich pól". Życie ludzkie straciło wszelką cenę a doraźne egzekucje są powszechne na całym terenie. [...]

Teren, gdzie Niemcy nie docierają, a zwłaszcza Puszcza Nalibocka, jest siedliskiem przeważnie sowieckich oddziałów dywersyjnych. Są one dobrze uzbrojone w broń ręczną i maszynową, dowodzone przez oficerów sowieckich specjalnie wyszkolonych do walki partyzanckiej i podobno liczą ok. 10.000 ludzi. [...] Ludność miejscowa jest zmęczona i znękana ciągłymi rekwizycjami a często i rabunkiem odzieży, żywności i inwentarza.

Najbardziej dają się we znaki, zwłaszcza w odniesieniu do ludności polskiej tzw. oddziały rodzinne (siemiejnyje), składające się wyłącznie z Żydów i Żydówek w sile 2-ch batalionów?.

Nie bez znaczenia był fakt, że grupy żydowskie były całkowicie podporządkowane sowieckiemu dowództwu, wchodziły w skład sowieckich zgrupowań i ściśle wykonywały ich polecenia. A sowiecka partyzantka, choć miała ogromne możliwości (ze względu na liczebność i doskonałe uzbrojenie), Niemcom specjalnych szkód nie czyniła. Dla ludności polskiej była natomiast "drugą okupacją', nie mniej dotkliwą niż niemiecka (często jednak nawet bardziej dotkliwą) przez niezwykle brutalne manifestowanie sowieckiego stanu posiadania. Polska partyzantka była bezwzględnie zwalczana, zamordowano tysiące ludzi pod ogólnym zarzutem sprzyjania "białopolakom" i "antysowieckiej postawy". Żydzi, działający w ramach struktur sowieckich, oceniani byli więc z tego punktu widzenia. Podkreślał to inny raport polskiego podziemia:

"Akcja band bolszewickich jest tak ściśle związana z działalnością band rabunkowych i tyle ma wspólnych z nimi cech, że trudno jest nieraz [je] rozróżnić. Specjalną kategorię, jak gdyby pośrednią, stanowią bandy żydowskie, szczególnie znienawidzone przez ludność za swą bezwzględną i pełną nienawiści postawę, przede wszystkim do wszystkiego, co jest polskie".



Równi i równiejsi

Ta nienawiść do "partyzantki żydowskiej" miała tu jeszcze jedno specyficzne podłoże. Autorzy nie stronią wprawdzie od tego wątku, ale nie poświęcają mu zbyt wiele uwagi. Oddajmy więc głos komuniście, Józefowi Marchwińskiemu. Jego żona Ester była w obozie Bielskiego, on sam również spędził tam sporo czasu: -Bielskich było czterech braci, chłopów rosłych i dorodnych i nic też dziwnego, że mieli powodzenie u niewiast w obozie. [...] Najstarszy w nich (dowódca obozu) Tewje Bielski zarządzał nie tylko wszystkimi Żydami w obozie, lecz dowodził również dość licznym i ślicznym "haremem" - niby król Saud w Arabii Saudyjskiej. [...]

Bielski i jego świta nie narzekali na złe warunki, na okupację. Posiadając złoto i kosztowności pochodzące z grabieży swoich ziomków, mogli prowadzić wystawny tryb życia. W ziemiankach braci Bielskich i najbliższego ich otoczenia, stoły uginały się od wytrawnych potraw i napojów, a liczne grono pięknych kobiet stale otaczało Tewje Bielskiego i jego trzech budrysów. Piękności te nie znały głodu i niedostatku. Były zawsze ślicznie ubrane, a na ich rękach i szyjach lśniły blaskiem drogie klejnoty i kamienie, nie zbrukały też zbożną pracą swych białych rączek. Patrycjat Bielskiego jaskrawo odcinał się od plebsu żydowskiego zamieszkującego obóz. Biedota żydowska ziemianki Bielskiego nazywała carskimi pałacami".

Pamiętajmy, że partyzantka polska miała zapewnione poparcie okolicznej ludności, a niezbędnych rekwizycji dokonywano w taki sposób, aby nie uszczuplić zbytnio zapasów żywnościowych i nie narażać ludności na represje niemieckie. Sowieci - i działające w ich ramach grupy żydowskie - nie mieli takich skrupułów, dokonując grabieży gdzie i jak popadło. Na ogół łączyło się to z pospolitym rabunkiem wszelkich dóbr użytkowych, gwałtami na kobietach oraz biciem, a nawet zabójstwami tych, którzy stawiali jakikolwiek opór. Nie mogło to sprzyjać jakimkolwiek sympatiom, wręcz budziło wrogość, a ludność domagała się od oddziałów AK ochrony mienia i życia. To jednak było niewykonalne - z uwagi na przytłaczającą przewagę liczebną Sowietów, którzy byli doskonale uzbrojeni. Dopiero w tym kontekście należy rozważać wstępowanie mieszkańców do "Biełaruskiej Samochoowy" (Białoruskiej Samoobrony) czy taktyczne (ale nieliczne) zawieszenia broni oddziałów AK z przegrywającymi już wojnę Niemcami.



Sami chcąc przeżyć - nie dawali żyć innym...

Jest jeszcze jeden bardzo drastyczny aspekt tej sprawy. Chodzi o gwałty na kobietach, co było zjawiskiem tak masowym, że znalazło nawet swe odbicie w dokumentach strony polskiej, usiłującej zawrzeć jakiś kompromis z Sowietami. Już w czerwcu 1943 r. przedstawiciele Okręgu AK Nowogródek przedłożyli Sowietom pisemne żądanie: "niewysyłania Żydów na rekwizycje (ludność się skarży) samorzutnie chwyta za broń w swej obronie, bo ci się znęcają, gwałcą kobiety i małe dzieci [...] obrażają ludność, straszą późniejszą zemstą sowietów, nie mają miary w swej nieuzasadnionej złości i w rabunku".

Nie ukrywali tego po wojnie w swych relacjach niektórzy "partyzanci żydowscy" (z innych grup), że takie drastyczne rzeczy miały miejsce na wielką skalę:

"U nas prawie połowa to Żydzi byli, ale co to za partyzanci? Grabili tylko i gwałcili. [...] ja przeważnie na ulicy stałem i pilnowałem. Oni oficerskie żony lubili brać. Wszyscy lubili".

Jednak to, co oni lubili, dla ofiar było przeżyciem traumatycznym. To do dziś niezbadana i nieopisana gehenna polskich Kresów...

Reporterzy "Wyborczej" wyjątkowo delikatnie poruszają te sprawy. Znaleźli nawet ciekawe określenie ich jurności, pisząc, że mieli "romantyczną naturę". W ich ujęciu tacy partyzanci, jak dzielny Tewje Bielski, po prostu cieszyli się wielkim powodzeniem u płci przeciwnej. We własnym obozie - może tak, ale jak to wyglądało na zewnątrz? To wiemy dokładniej z relacji Anatola Wertheima, który był "szefem sztabu" w sąsiedniej grupie Simchy Zorina.

[Zorin] po śniadaniu, jeżeli był w dobrym humorze i nie miał akurat nic lepszego do roboty, wzywał mnie do siebie i proponował: "Nu dawaj, naczalnik sztaba, pajedziom żenitsia!".

Na "ożenek" jechaliśmy zazwyczaj do jakiejś odległej wsi, gdzie Zorin miał z góry upatrzoną dziewuchę. Zajeżdżaliśmy z fasonem - pod eskortą przynajmniej trzydziestu konnych. Nasz watażka zwracał się wprost do ojca wybranki, oznajmiając mu, że właśnie ma zamiar ożenić się z jego córką. Partyzantom w ogóle trudno było odmówić, a co dopiero takiemu komendantowi jak Zorin! Dla większego efektu wyciągał z kieszeni skórzany woreczek, wysypywał z niego na stół "świnki", czyli złote carskie ruble, i bawił się nimi niby od niechcenia, dając do zrozumienia, że nie tylko z niego potężny komendant, ale też nie byle jaki bogacz! Ślub ciągnął się przez dwa, trzy dni, aż Zorin decydował, że pora wracać do oddziału i Geni " przynajmniej do czasu następnego ożenku'.

Takimi metodami nie zyskuje się sympatii w terenie. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla ludzi, którzy " sami chcąc przeżyć " nie dawali żyć innym...



Pacyfikacje sowieckie, niemieckie i ponownie sowieckie

Po pacyfikacji, przeprowadzonej przez Sowietów 8 maja 1943 r., Naliboki zostały wkrótce doszczętnie zniszczone po raz drugi, tym razem przez Niemców. W ramach operacji "Hermann" latem 1943 r. spacyfikowali oni szeroki pas wokół Puszczy Nalibockiej. Zginęło kilka tysięcy ludzi, kilkadziesiąt tysięcy wywieziono do obozów koncentracyjnych i na przymusowe roboty, zniszczono wszystkie wsie i osiedla. Tu czas jakby się zatrzymał - w stosunku do Polaków wyglądało to na utrzymywanie ścisłego sojuszu Stalina z Hitlerem z lat 1939-1941. Raz jedni, raz drudzy niszczyli bezwzględnie polski żywioł. Wszyscy, którzy pomagali partyzantce sowieckiej, działali więc przeciwko suwerenności i niepodległości RP. Sowieci mieli tylko jeden tytuł do tych ziem - były to pakty Ribbentrop- Mołotow i Ribbentrop- Stalin oznaczające IV rozbiór Polski.

Po pacyfikacjach przeprowadzonych latem 1943 r. okolic Puszczy Nalibockiej Niemcy porzucili ten teren na łaskę losu, oddając go w praktyce we władanie sowieckich band. Wiosną 1944 r., gdy frontowe oddziały Armii Czerwonej były już coraz bliżej, sowiecka "partyzantka" przystąpiła do kolejnych czystek i pacyfikacji. Wrogiem głównym stali się polscy niepodległościowcy zwalczani w każdy możliwy sposób - w bezpośrednich walkach, podstępem i w zasadzkach, drogą denuncjacji do Niemców (już od jesieni 1943 r. Sowieci przekazywali Niemcom dokładne spisy Polaków - "wrogów III Rzeszy", podając się za lojalnych Białorusinów i zwolenników niemieckiego porządku itp.).

W walkach z "białopolakami" uczestniczyli też partyzanci z grup żydowskich, w tym także ci od Bielskiego, wcale tego nie ukrywając. Dziś dorabia się do tego płaską ideologię - że niby było i vice versa. Ale kto i jak wykaże, że to AK atakowała obozy żydowskie? Że zwalczała Bogu ducha winnych "partyzantów' Bielskiego? To były tereny Polski okupowanej formalnie przez III Rzeszę Niemiecką i równolegle - opanowywane przeważającymi siłami ogromnej partyzantki sowieckiej, okrutnej, bezwzględnej, której zadaniem było wyniszczenie (i tak już znacznie osłabionego przez eksterminacje i wywózki podczas okupacji sowieckiej 1939-1941) żywiołu polskiego. Każdy, kto był po jej stronie, dokonywał jednoznacznego dla miejscowych Polaków wyboru - walczył przecież nie o powrót do normalności, do stanu sprzed 1939 r., ale o powrót tego, co było przed niemiecką inwazją. Zamiana okupacji brunatnej na czerwoną oznaczała bowiem dalszą przemoc, represje i eksterminację. Polacy tego nie chcieli!



Co dalej?

"Gazeta Wyborcza" zamierza kontynuować ten temat, ale w sposób wielokrotnie przećwiczony. Oto Jacek Szczerba ("GW" z 22 I 2009 r.) pisze: "Trudna prawda jest taka: po ujawnieniu zbrodni katyńskiej AK i czerwona partyzantka na Nowogródczyźnie zaczęły ze sobą walczyć". Prawda nie jest trudna, jest znana: to Sowieci zaczęli walczyć, w sposób najbardziej niegodziwy, z partyzantką AK. Nie oni byli gospodarzami tych ziem i nie mieli do niej żadnego prawa. Polacy tylko się bronili i choć mieli dużo słabszą pozycję, robili to całkiem skutecznie.

Jest jednak rzecz, którą należy szczególnie podkreślić. Reporterzy "Wyborczej" przyznali wreszcie, że ludzie Bielskiego jednak Naliboki pacyfikowali (o czym świadczy ich wypowiedź w I programie TVP w dniu 20 stycznia). Wcześniej, zarówno w książce, jak i w poprzedzających ją artykułach, prezentowali zupełnie inną postawę.

Przyznaje to także Szczerba w przywołanym wyżej artykule: "Tewje Bielski i jego bracia nigdy nie walczyli z niemieckimi czołgami, jak to jest pokazane w filmie. Nie uczestniczyli także w masakrowaniu ludności Naliboków (co im dziś zarzuca część prawicowych historyków w Polsce), ale ich podwładni - owszem". Czyli jednak wieloletnia walka o pamięć przynosi jakieś rezultaty. I wyjaśnienie - "część prawicowych historyków" od początku pisała to samo - że brali w tym udział nie czterej bracia Bielscy (wyłącznie), lecz właśnie ich podwładni.

Reporterzy "Wyborczej" nic nie odkryli, niewiele wyjaśnili. Ale dzięki nim, być może, ruszą badania tych skomplikowanych spraw na większą skalę, prowadzone profesjonalnie i bezstronnie. Prawdziwa wiedza o gehennie polskich Kresów Wschodnich bardzo powoli przebija się do świadomości społecznej. Może się wreszcie przebije?

Leszek Żebrowski

Tekst pod oryginalnym tytułem: "Opór" na ekranach, "Odwet" w księgarniach, czyli robienie wody w mózgu, został wydrukowany w tygodniku "Nasza Polska" nr 4/2009 z datą 27 stycznia 2009 r."
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 06 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Wto Gru 06, 2016 1:11 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Stanislaw Siekanowicz
Weteran Forum


Dołączył: 19 Paź 2008
Posty: 1145

PostWysłany: Pon Lut 16, 2009 8:27 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Od afirmacji do kompromitacji
Leszek Żebrowski
http://www.naszdziennik.pl/print.php?dat=20090216&id=my11.txt&typ=my

Po druzgocących recenzjach i zarzutach popełnienia plagiatu książkę dziennikarzy "Gazety Wyborczej": Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego, "Odwet. Prawdziwa historia braci Bielskich" Agora zmuszona była wycofać na przemiał

Dzięki dyskusji, jaka rozwija się na temat skomplikowanych i mocno zakłamanych wydarzeń na Kresach Północno-Wschodnich II RP w prasie, film Edwarda Zwicka "Opór" zszedł (na szczęście) na drugi (a może nawet na jeszcze dalszy) plan. I słusznie, bo poza warstwą (anty) historyczną krytycy dostrzegli, że nie jest to wybitne dzieło. Ciężar dyskusji przesunął się natomiast na publikacje prasowe dziennikarzy "Gazety Wyborczej": Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego, i na ich osławioną już książkę "Odwet. Prawdziwa historia braci Bielskich" (Biblioteka "Gazety Wyborczej", Warszawa 2009).

Z kilku ważnych wypowiedzi warto zwrócić szczególną uwagę na dwie. Pierwsza z nich to "Recenzja książki "Odwet. Prawdziwa historia braci Bielskich'" pióra Dariusza Libionki i Moniki Adamczyk-Garbowskiej (zob. "Gazeta Wyborcza" z 31 stycznia - 1 lutego 2009 r.). Druga zaś to odpowiedź Piotra Głuchowskiego "Nie pretendujemy do miana historyków" ("GW" z 2 lutego 2009 r.). Całą sprawę na łamach "Wyborczej" miał zakończyć bardzo krytyczny artykuł Libionki i Adamczyk-Garbowskiej (6 lutego), zarzucający tak obfite korzystanie przez Głuchowskiego i Kowalskiego z zapożyczeń z książki Nechamy Tec (bez jakiegokolwiek zaznaczenia), że można to uznać za prawie plagiat. Głuchowski w tym samym numerze "GW" buńczucznie zapowiedział, że pominięcie odniesień do książki Tec, to tylko "błąd" i, co więcej, że "w drugim wydaniu książki błędów nie będzie". Jednak już wiemy, że pierwsze wydanie "Gazeta Wyborcza" przeznaczyła na przemiał, aby uniknąć dalszej kompromitacji. Miało być nawet jakieś specjalne oświadczenie redakcji, ale do publicznych przeprosin nie doszło. Jedyne, na co "GW" się zdobyła, to lakoniczne stwierdzenie: "na tym kończymy spór wokół książki".

Tylko bracia Bielscy czy "Bielscy"?
Na tym jednak sporów zakończyć nie można. Zamiatanie problemu pod gazetowy dywan nic już nie da - to i owo należy bowiem dokończyć. Ponieważ w publikacjach Libionki i Adamczyk-Garbowskiej oraz Głuchowskiego mój artykuł dla "Naszego Dziennika": ""Opór". (Nie) prawdziwa historia braci Bielskich" (z 23 stycznia br.) został zauważony i poddany bardzo surowej krytyce, muszę się do tego ustosunkować.
Książkę "Odwet" recenzenci Libionka i Adamczyk-Garbowska merytorycznie zmiażdżyli, wykazując bardzo liczne (nieoznaczone) zapożyczenia z wcześniejszej książki Nechamy Tec "Defiance. The Bielski Partisans" (New York - Oxford: Oxford University Press, 1993). Ze swej strony mogę dodać, że nie tylko z niej, choć to akurat w tej chwili nie jest najważniejsze. Dla mnie istotne jest coś innego - wprawdzie Libionka i Adamczyk-Garbowska uporczywie trzymają się wersji, że sam Bielski nie brał udziału w nalibockiej masakrze 8 maja 1943 r., to jednak sprawę zostawiają otwartą. Na szczęście, albowiem Wacław Nowicki, Zygmunt Boradyn i ja w swych artykułach nie twierdzimy, że chodzi konkretnie o braci, lecz o ludzi z obozu Tewje Bielskiego. Warto więc to spokojnie wyjaśnić i rozróżnić braci Bielskich jako osoby fizyczne oraz "Bielskich", jako potoczną nazwę żydowskiego obozu w Puszczy Nalibockiej. Tak ich nazywała na co dzień okoliczna ludność, bez rozróżniania, która akurat grupa żydowska jest z konkretnego sowieckiego "otriada" (tym bardziej że ulegały one stałym przekształceniom). Dla ścisłości warto wspomnieć, że Głuchowski i Kowalski w swej książce to zauważyli, pisząc: "okoliczni chłopi powiadają: Bielskije" (s. 86). Szkoda, że recenzenci tego nie zechcieli zauważyć, wtedy nieporozumień byłoby znacznie mniej. O udziale Żydów w sowieckich "otriadach" recenzenci napisali: "Jaka ich część wzięła udział w akcji w Nalibokach? Nie wiadomo. Czy mieli oni coś wspólnego z Bielskim? Niewiele albo zgoła nic". Ta niepewność co do stanu faktycznego wynika także z ich konkluzji: "Poza tym, czego zresztą dziennikarze 'Gazety Wyborczej' dowiedli - sprawa ta niewiele (jeśli w ogóle) ma wspólnego z Bielskimi".
Głuchowski zaś w podsumowaniu dyskusji skłamał po raz kolejny, twierdząc: "Zanim ukazał się 'Odwet', w polskiej literaturze popularnohistorycznej istniały dwie publikacje poświęcające więcej uwagi partyzantom Bielskim. 'Żywe echa' Wacława Nowickiego i 'Niemen, rzeka niezgody' Zygmunta Boradyna. Obaj autorzy przypisali Tewjemu Bielskiemu i jego braciom masakrę w Nalibokach". Problem w tym, że obaj autorzy napisali tylko o ludziach z oddziału Bielskiego, nie zaś konkretnie o braciach!
Skoro mieszkańcy Naliboków zapamiętali swych sąsiadów, uczestników pacyfikacji, to warto podać trochę nazwisk nalibockich Żydów, którzy byli czynni w sowieckiej partyzantce w okolicznych lasach: Borys Rubiżewski, Icek Rubiżewski, Izrael Kesler, Józef Szymanowicz, Akiwa Szymonowicz, Michał Mechlis, Abraham Wajner, Avram Kibovicz, Chaim Szlusberg, Pnina Szlusberg Szmidt...

Deprecjonowanie wspomnień Wacława Nowickiego
Dziennikarze "Wyborczej" w swej książce oraz w artykule w "GW" (z 6 stycznia br.) usiłują ośmieszyć i zdeprecjonować wiedzę najważniejszego świadka, jakim jest Wacław Nowicki. Czynią to we właściwy sobie sposób: "Odwiedziliśmy i Nowickiego - mieszka w Warszawie. Przyjął nas w pokoju zasypanym starymi egzemplarzami 'Naszego Dziennika'. Przyznał, że nigdy nie widział żadnego z Bielskich, nie ma też dowodów na ich udział w zbrodni, a plotkę o winie Tewjego i braci przekazał mu, przy wódce, niejaki 'Lowa z Nowogródka', potwierdził zaś 'Wania z Lubczy'". Wacław Nowicki był wówczas w Nalibokach, widział tragedię z bliska, potrafił przytoczyć imiona i nazwiska ofiar, niektórych sprawców - nalibockich sąsiadów, co też dość dokładnie w swej książce opisał.
Libionka i Adamczyk-Garbowska robią to wprawdzie znacznie łagodniej, ale też odmawiają mu konkretnej wiedzy: "Trudno wprost uwierzyć, by nastoletni w maju 1943 r. mieszkaniec Naliboków Wacław Nowicki miał większe rozeznanie w sytuacji aniżeli sowieccy dowódcy". Aby wzmocnić siłę swego argumentu, podpierają się sowieckimi dokumentami, doszukując się "jednoznacznego wykluczenia uczestnictwa Bielskiego w tej akcji przez znane historykom źródła sowieckie". Tymczasem w sowieckich dokumentach takiego wykluczenia nie ma, po prostu Bielscy nie są wymieniani w raportach po Nalibokach. A to nie jest wykluczenie, tylko brak jednoznacznego potwierdzenia. Czy to nie jest zupełnie inna sprawa?
Wacław Nowicki w maju 1943 r. miał już 18 lat, był zaprzysiężonym żołnierzem Armii Krajowej. Swą książkę wydał w 1993 r., żyło wówczas jeszcze kilkadziesiąt osób z jego rodzinnej miejscowości. Niektóre z nich znałem, nikt nie kwestionował udziału "Bielskich" (w znaczeniu podanym wyżej, a nie dosłownie, tylko jako czterech braci) w dokonanej zbrodni, tym bardziej że pamiętano twarze i imiona wielu napastników jako dawnych kolegów (i koleżanki, ponieważ w napadzie brały udział także kobiety).
Libionka i Adamczyk-Garbowska napisali o świadectwie Nowickiego, że "o jego odrzuceniu, jeśli idzie o identyfikację sprawców, decyduje przede wszystkim zasadnicza sprzeczność z materiałem dokumentowo-aktowym". Szkoda jednak, że tego materiału, choćby przykładowo, nie przytoczyli.

Świadectwo Sulii Rubin
Zarówno Libionka, Adamczyk-Garbowska, jak i Głuchowski z Kowalskim mają problem ze świadectwem Sulii Wołożyńskiej-Rubin (S. Wolozhinski Rubin, Against the Tide: The Story of an Unknown Partisan, Jerusalem 1980). Co więc z nim robią? Po prostu ignorują, nie potrafiąc się do tego odnieść inaczej. W książce Głuchowski i Kowalski napisali: "We wspomnieniach Sulii z grubsza zgadza się ilość zabitych, ale nie zgadza się co innego - opodal Nalibok nie było w czasie wojny żadnego getta". Co to znaczy "z grubsza"? Nie wiemy przecież dokładnie, ile osób zginęło w pacyfikacji Naliboków. Według różnych źródeł, było to od 128 do 132 osób. Zatem wyjątkowo dobrze zgadza się liczba (nie "ilość", jak twierdzą autorzy "Wyborczej") ofiar. Sulia, jej późniejszy mąż Borys (jak też jego brat Icek) byli w grupie Izraela Keslera, która od 1942 r. wchodziła w skład obozu Bielskiego. Słowo "opodal" też jest bardzo nieprecyzyjne - przecież rabunki, o których pisze wspomniana Sulia Rubin, dokonywane były w promieniu prawie 100 km, zatem było tam niejedno getto.
Ale jeśli to nie były Naliboki, to co? Przecież takie pytanie należy postawić, a nie przejść obojętnie obok tego świadectwa, bo rzekomo coś się nie zgadza. Jaka inna miejscowość spacyfikowana przez ludzi Bielskiego w pobliżu wchodzi w grę? Dopóki nie znajdą się wyraźne dowody, że jeszcze inna tak wielka pacyfikacja, w której ludzie Bielskiego mogli wziąć udział, miała miejsce w tej okolicy, musimy zakładać, że chodzi właśnie o Naliboki.
Dla Libionki i Adamczyk-Garbowskiej też jest to problem, po którym prześlizgują się z wyjątkową łatwością: "Co prawda z fragmentu wspomnień żony partyzanta Borysa Rubiżewskiego (Suli Wołżyńskiej-Rubin, wydanych w 1980 r.), przedwojennego mieszkańca Naliboków, oskarżyciele Bielskiego wnoszą, że mógł on brać udział w tej akcji. Jest to jednak zapis niejasny (brak nazwy miejscowości, daty, nie zgadzają się różne szczegóły). Nie można wykluczyć, że przed akcesem do oddziału Bielskiego Rubiżewski służył w brygadzie Stalina, ale dowodów na razie nie ma". Brak nazwy miejscowości i daty o niczym nie świadczy - przecież Sulia w ogóle takich danych nie podaje. Ci autorzy mają więc ten sam problem - czy są w stanie wskazać inną miejscowość, w innym czasie tak okrutnie spacyfikowaną, z taką samą lub bardzo zbliżoną liczbą ofiar? Zaś unik: "nie zgadzają się różne szczegóły", to już wyraźnie zła wola. Przecież Sulia Rubin nie podaje żadnych innych szczegółów, co zatem się jeszcze nie zgadza?
I rzecz, która nasuwa mi refleksję, że Libionka i Adamczyk-Garbowska poruszają się w materii dla nich obcej. Świadczy o tym ich dziwaczne przypuszczenie: "Nie można wykluczyć, że przed akcesem do oddziału Bielskiego Rubiżewski służył w brygadzie Stalina, ale dowodów na razie nie ma". Tu nic nie trzeba wykluczać. Rubiżewski był w grupie Keslera, ta zaś przyłączyła się do Bielskich już w 1942 roku. Świadczą o tym liczne relacje i wspomnienia żydowskie, więc to nie jest spór o kilka dni czy tygodni. O ile Adamczyk-Garbowską mogę zrozumieć (wszak jest specjalistką od "literatury angielskiej i jidysz"), o tyle Libionka powinien lepiej sprawdzać to, co pisze. A to akurat można było sprawdzić bardzo szybko i łatwo.

Kto zabił Izraela Keslera?

Ale to wszystko nic wobec nonszalancji i hucpy w wydaniu Głuchowskiego. W odpowiedzi Libionce i Adamczyk-Garbowskiej ("GW" z 2 lutego br.) napisał: "Otóż Keslera zabił Asael Bielski (brat), a nie Tewje, i piszemy to wyraźnie na s. 225". To ma być zarzut wobec recenzentów (Libionki i Adamczyk-Garbowskiej), choć wydaje się on bez sensu, ponieważ oni napisali tylko o "uproszczeniu motywów", sprawcy nie kwestionując. A szkoda, dysponujemy bowiem bardziej - jak się wydaje - wiarygodnymi przekazami odnośnie do tego faktu niż te, do których odwołuje się Głuchowski. Przede wszystkim są one "starej daty", czyli pochodzą z bardzo odległego okresu, co w tym przypadku tylko zwiększa ich wiarygodność. Przekaz pierwszy to relacja Józefa Marchwińskiego. Jego żona Estera była w obozie Bielskich, a on sam przez jakiś czas pełnił nawet funkcję zastępcy Tewjego. Marchwiński napisał o nim w swych wspomnieniach: "W końcu 1943 r., a może już na początku 1944 r. zamordował niejakiego Kieslera [Keslera - przyp. L.Ż.] (rodem z Naliboków) za to tylko, że ośmielił się głośniej wyrażać swoje niezadowolenie z postępowania Bielskiego i jego braci". Przekaz drugi to relacja Estery Gorodejskiej, która wchodziła w skład grupy Keslera, a tym samym - "obozu rodzinnego" Bielskiego. Ważne jest to, że relacja złożona została w 1945 r., a więc zaledwie rok po tych wydarzeniach: "W 1943 Bielski otoczył się członkami sztabu jak Gordon, Halbin, Ptasznik itp. Całe to otoczenie bardzo źle wpływało na Bielskiego. Całymi dniami członkowie sztabu grali w karty i nigdy nie byli trzeźwi. Sztab świetnie się żywił, w tym czasie, kiedy wszyscy dostawali wodnistą zupę. Wśród obozu było wielkie niezadowolenie, ale dyscyplina była tak wielka, że nikt nie śmiał o niczym wspomnieć. Kesler pojechał do Sokołowa (obok Bubowa upoważniony przedstawiciel najcenstwa [dowództwa - L.Ż.]) prosić o pozwolenie zorganizowania samodzielnego oddziału. Gdy o tym dowiedział się sztab, pijani weszli do ziemianki Keslera i aresztowali go. Było to w marcu 1944 r. Na drugi dzień wyprowadzili Keslera z karceru i Bielski sam wystrzelił w niego 3 razy. Był on pijany. Do martwego Keslera przemówił: Milczysz, ty swołocz... Czego teraz nie odzywasz się. I do martwego ciała wystrzelił jeszcze dwa razy. Sztab kazał Żydom pogrzebać Keslera. Żydzi usypali mu kurhanek. Sztab kazał kurhanek zmieść, a jego mogiłę zrównać z ziemią. Mówili, że Kesler jechał do Sokołowa z doniesieniem na Bielskiego, niektórzy mówili, że chciał tylko pozwolenie na organizację oddziału".

Razem czy każdy na własną rękę?
O tym, jak dziennikarze "GW" nie potrafią weryfikować informacji, świadczy też opis innego wydarzenia. Oto w ich książce Tewje Bielski podczas niemieckiej obławy w lipcu-sierpniu 1943 r. przeprowadza cały obóz, liczący wówczas około 700 osób, na wyspę położoną w niedostępnych puszczańskich bagnach, gdzie wszyscy bezpiecznie mogą przeczekać bez żadnych strat w ludziach. Ale wspomniana wyżej Estera Gorodejska zapamiętała to całkiem inaczej, a swą relację, co ma w tym przypadku ogromne znaczenie, składała po zaledwie dwóch latach od tej przeprawy: "Podczas obławy Niemców oddział Bielskiego strasznie cierpiał. Ludzie głodowali, nie było wyjścia z położenia. Bielski powiedział, by każdy ratował się na własną rękę, aby szedł, dokąd chce. Kesler, Żyd z Nalibok (miasteczko w puszczy), dobrze znał okolicę, skupił dookoła siebie 50 Żydów, zaprowadził ich niedaleko spalonych przez Niemców osad. (Po obławie Niemcy z wielu wiosek wywieźli ludność, a chaty spalili. Gospodarstwo, jak drób, czasem i bydło, ogrody, zostało). Kesler zbierał z ogrodów jarzyny, wybierał miód, łapał drób i swojej grupie dostarczał jedzenia w bród. Nasza grupa przyszła do Keslera. Wkrótce Bielski przeprowadził rodziny znajdujące się w jego oddziale, a niedługo przyszedł sam ze swoim oddziałem. Bielski znów stał się koma[n]direm całego oddziału, a Keslera zamianował komandirem 80 ludzi (rezerwy)".
Komu więc w tym przypadku można zaufać: Bielskiemu i Nechamie Tec, która chyba wierzyła we wszystko, co powiedział? Czy jednak Gorodejskiej, która przecież nie miała żadnego interesu, aby takie epizody przedstawiać niezgodnie z prawdą? Czy rzeczywiście Bielski przeprowadził wszystkich Żydów przez bagna, jak Mojżesz, czy też wszystkich rozpędził, aby ratowali się na własną rękę, a sam tylko z wybraną grupą dotarł na miejsce? Jeśli nie można tego dziś do końca zweryfikować, to przynajmniej należy opisać różne wersje.

Szkoda było tego trudu...
Głuchowski uważa, że książka, jaką napisał z kolegą z "GW", to "trud", na który poświęcili aż pół roku. Ale nawet gołym okiem widać, że tego trudu za dużo sobie nie zadali. Jakże bowiem można bezkrytycznie opierać się na "rewelacjach" niejakiej Tamary Wiarszyckiej z Białorusi, której pozycja ("naukowa"?) ma wynikać z tego, że jest to "elegancka dama". A co to ma do jej znajomości źródeł?
Jej rzekome ustalenia odnośnie do Żyda Janka Rudnickiego (z którego dowolnie zrobiła Polaka) wystarczająco ośmieszyli Libionka i Adamczyk-Garbowska. Tandem Głuchowski - Kowalski sklecili z tego love story, ślub z udziałem... rabina i księdza itp. Recenzenci pytają zatem: "Tylko nie jest potem jasne, dlaczego Janek (...) po wojnie i wyjeździe do Izraela zostaje prezesem banku". Wynika z tego, że dziennikarze "GW" od razu powinni zrozumieć, że on po prostu nie mógł być nie-Żydem, skoro został bankierem w Izraelu. Jednak nie zrozumieli.
I niewiele z tego wszystkiego rozumieją, brnąc zapamiętale w opary absurdu: "Jesteśmy dziennikarzami. Tworzymy teksty, spisując opowieści ludzi i to, co zawierają dokumenty lub książki. Dodajemy do tego swą skromną, dziennikarską wiedzę, nieco literackiej fantazji i - być może - trochę talentu; tworząc coś, co powinno się dobrze czytać i zarazem nie odbiegać od prawdy". Prawdy jednak rozpaczliwie brakuje, zostaje zatem fantazja i nieumiejętność posługiwania się źródłami, ba, całkowite ich ignorowanie. Prawdę zastępuje więc "literacka fantazja".
Dlatego relacja Wacława Nowickiego jest niedobra. Można ją deprecjonować, autora ośmieszać i pomijać to, co w niej jest najbardziej istotne. Ale relacja Jacka-Idela Kagana jest dobra, bo do przyjętej z góry tezy pasuje. Kagan pisze tak: "Żadnego z braci Bielskich w Nalibokach w dniu partyzanckiego ataku nie było. (...) Powtarzam, że cały maj spędziliśmy w okolicy wsi Stara Huta". Ale to nie o samych braci toczy się spór, lecz o udział ludzi z ich grupy w zbrodni nalibockiej. A to nie to samo. Ponadto - co może wiedzieć Kagan (i jak może twierdzić: "spędziliśmy"), skoro jeszcze kilka następnych miesięcy przebywał w niemieckim obozie pracy w Nowogródku, a nie w obozie Bielskiego?
Drugi relant Głuchowskiego i Kowalskiego, niejaki Yaakow Abramowicz, ma do powiedzenia tylko tyle: "Antysemici, którzy twierdzą, że zabijaliśmy Polaków, po prostu kłamią". Ale temu nie przeczą nawet dziennikarze "Wyborczej", więc przytaczając takie "rewelacje", dodatkowo się ośmieszają.
Nie jest też prawdą, że autorzy "Wyborczej" dotarli do "nieznanych wcześniej świadectw", takich jak stalinowskie akta Eugeniusza Klimowicza. Badaczom są one znane od kilkunastu lat, znają je śledczy IPN, były przywoływane w publicystyce dotyczącej pacyfikacji. To, co jest najbardziej żenujące, to bezkrytyczne korzystanie z nich przez dziennikarzy, bez prób ich najmniejszej weryfikacji. Czyżby zeznania składane w okresie stalinowskim były zawsze tak wiarygodne? Dziennikarze "GW" wielokrotnie posuwają się bardzo daleko, analizując nawet myśli Klimowicza. Czyżby byli jasnowidzami? Ale ich dzieło całkowicie temu przeczy!

Co ustalił IPN, a co "orły" z "Wyborczej"
Dotykamy tu kolejnej delikatnej sprawy. Głuchowski oznajmia Libionce z poczuciem wyższości: "Nie będziemy porównywać naszej pracy nad książką do trudu śledczych IPN, bo to chyba niemiłe dla obu stron". Uważa więc, że on (wraz z kolegą) dokonał rzeczy ogromnej, w przeciwieństwie do IPN. Zajrzyjmy zatem do tego, co ma ta instytucja do powiedzenia. Już 1 marca 2002 r. ukazał się następujący komunikat ze śledztwa: "Począwszy od 1942 r., na Naliboki zaczęły napadać bandy ukrywające się w okolicznych lasach. Działalność tych band miała charakter wyłącznie rabunkowy. W celu obrony miejscowej ludności w Nalibokach powstał, składający się z Polaków, oddział 'samoobrony'. Wiosną 1943 r. dowódcy partyzantów radzieckich, stacjonujących w Puszczy Nalibockiej, zapragnęli podporządkować sobie 'samoobronę' z Naliboków. Polacy nie wyrazili na to zgody. Doszło jednak do spotkania, w trakcie którego zawarto porozumienie, na mocy którego partyzanci sowieccy i członkowie polskiej 'samoobrony' nie mieli napadać wzajemnie na siebie. Miasteczko Naliboki i pobliskie osady miały stanowić domenę Polaków z 'samoobrony'. Pomimo tego w nocy z 8 na 9 maja 1943 r. partyzanci z kilku Oddziałów Brygady Stalina zaatakowali Naliboki. Zatrzymywali głównie mężczyzn i po wyprowadzeniu ich z domów rozstrzeliwali. Łącznie zginęło 120-129 osób. Plądrowano wszystkie domy, zabierając z nich żywność i wartościowe przedmioty. Spalono część domów oraz m.in. miejscowy kościół i tartak.
Do chwili obecnej, w toku śledztwa, przesłuchano 24 świadków, w większości osób, w chwili zbrodni, zamieszkałych w Nalibokach lub pobliskich wioskach. Złożyli oni obszerne zeznania co do przebiegu wydarzeń będących przedmiotem postępowania. Część świadków wskazuje na konkretne nazwiska atakujących, zeznając, iż wśród nich znajdowali się również byli mieszkańcy Naliboków narodowości żydowskiej. Świadkowie podają również nazwiska rosyjskich partyzantów. Przeprowadzono oględziny akt sprawy przeciwko dowódcy samoobrony w Nalibokach, przeprowadzonej w 1951 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. W toku postępowania uzyskano kserokopię szyfrogramu Brygady Stalina z dnia 11 maja 1943 roku do Ponamarienki i Kalinina. Szyfrogram ten zawiera meldunek o przeprowadzeniu ataku na Naliboki" (zob. http://www.ipn.gov.pl/portal.php?serwis=pl&dzial=198&id =3395&search=562). Czyli prawie siedem lat temu z komunikatów IPN można było wyczytać więcej niż z ośmieszonej książki Głuchowskiego i Kowalskiego i artykułów tego pierwszego w "GW". Faktycznie, wszelkie porównania mogą być zatem niemiłe, ale wyłącznie dla dziennikarzy "GW".

"Wiadome koła wiadomej nacji"
Przyznaję, że czytając takie wyssane z palca rewelacje, jakie można znaleźć w książce Głuchowskiego i Kowalskiego, a także w artykułach tego pierwszego, trudno ochłonąć ze zdumienia. Ileż trzeba zadać sobie trudu, aby przejść drogą męki umysłowej autorów, sprawdzić dokumenty i relacje w celu wykazania, że po prostu podjęli się tematu, który ich przerósł, do którego nie mają kwalifikacji, przede wszystkim moralnych. Nie można przecież korzystać garściami z dorobku innych, wcale się do tego nie odwołując, wybierając tylko to, co im akurat pasuje. Mam już jednak doświadczenie - kilkanaście lat temu redaktor "GW" Michał Cichy wystarczająco mnie wyczulił, aby nie ufać w ciemno tej gazecie.
Odpowiadając Libionce i Adamczyk-Garbowskiej, Głuchowski specjalnie zajął się też moją osobą. W swoim artykule w "Naszym Dzienniku" (z 23 stycznia) zauważyłem pewną prawidłowość, gdy "GW" przecinała dyskusje po swych kontrowersyjnych publikacjach, jak choćby o rzekomym mordowaniu Żydów (z powodów rasowych) w Powstaniu Warszawskim czy w Ejszyszkach. Głuchowski usiłuje to wykpić: "może nas śmiało nazywać pseudobadaczami, którzy na zlecenie wiadomych kół wiadomej nacji przystąpili do pracy nad książką z gotową tezą"... I tak dalej. A więc, przyjrzyjmy się temu po kolei. Nazwałem ich wówczas "badaczami", ale to określenie okazało się grubo na wyrost. Faktycznie, są tylko pseudobadaczami. Napisałem: "oto 'Gazeta Wyborcza' oddelegowała dwóch swych redaktorów do zbadania i opisania historii braci Bielskich". Czy tak nie było? Dla Głuchowskiego jego rodzima gazeta to zaraz "wiadome koła". No, można i tak. O żadnej nacji nie było zaś mowy. Skoro jednak redaktor "Wyborczej" uważa, że jego pracodawcy to "wiadoma nacja" - muszę to przyjąć ze zrozumieniem. W końcu to on tam pracuje, więc przynajmniej to wie lepiej ode mnie...
Czytać ze zrozumieniem jednak nie potrafi. Tak o mnie napisał: "Jeszcze w 'Naszym Dzienniku' z 31 maja 2008 r. głosił bowiem, że między zbrodnią nalibocką a Bielskimi stoi znak równości, i zapowiadał rychłe potwierdzenie tego przez IPN. W ostatnim swym artykule z 'NDz' Żebrowski nie jest już tak kategoryczny, zaczyna wręcz IPN krytykować". Ale ja przecież nic takiego tam nie głosiłem!

Kompromitacja
Już następnego dnia po zakończeniu dyskusji przez redakcję "GW" prasę obiegły szokujące wiadomości. Niesprzedane jeszcze egzemplarze "Odwetu" mają zostać wycofane z księgarni i iść na przemiał. Na skutek wewnętrznych sporów w "GW" jej dziennikarze: Głuchowski i Kowalski, którzy ośmieszyli i skompromitowali redakcję, pracy jednakże nie stracą. Przypuszczam, że inny pracodawca nie byłby dla nich aż tak łaskawy. Za karę mają jednak zostać usunięci z wewnętrznego "Rankingu wybitnych dziennikarzy", co wiąże się zapewne z obniżeniem stawek. Można w takim razie zapytać: jeśli to była czołówka wybitnych dziennikarzy "GW", to jak pracuje reszta?
Film został wystarczająco skompromitowany, ponieważ poza ogromnymi przekłamaniami historycznymi nie spełnił również oczekiwań artystycznych. Całkowicie skompromitowana została książka wydana przez "Gazetę Wyborczą". Niezwykle rzadko się zdarza, aby wydawca podjął tak drastyczne kroki w celu usunięcia własnej książki już na początku jej dystrybucji. A jednak. Oświadczenie Agory SA z 9 lutego br. potwierdza, że książka jest wycofywana, a przyczyną są wyłącznie "braki i uchybienia". Braki i uchybienia można znaleźć praktycznie w każdej publikacji, ale nie każda jest kompilacją rzeczy już znanych. Oby nie było tak jak z notorycznym poprawianiem socjalizmu, z powodu "błędów i wypaczeń" - ci sami ludzie robili "odnowę" i nadal było po staremu. W tym przypadku ci sami autorzy mają wyrychtować... "II wydanie".

***

Pozostaje coś jeszcze. Otóż Libionka i Adamczyk-Garbowska uważają książkę Nechamy Tec "Defiance" za bardzo wartościowe dzieło: "Miejmy nadzieję, że książka Nechamy Tec ukaże się w języku polskim (...)". Głuchowski idzie jeszcze dalej: "nie ma się czego wstydzić, bo prof. Tec to wiarygodne i bezcenne źródło". Problem w tym, że Tec nie jest historykiem, tylko socjologiem, a jej opisy politycznych stosunków na Kresach chwilami nie odbiegają od skompromitowanych stalinowskich interpretacji. Ponadto właśnie wyszła drukiem po polsku praca Petera Duffy'ego "Bracia Bielscy" (w Wydawnictwie Literackim). Duffy to epigon Nechamy Tec, który sam nic nie badał, ale w skrajnie nieprawdziwych, czasem wprost szokujących interpretacjach posunął się jeszcze dalej. Jednak to już problem do odrębnej analizy.

Leszek Żebrowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group