" /> Dyskusje ogólne :: Anna Walentynowicz: Tak zwana wolna Polska jest tylko przedł
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Anna Walentynowicz: Tak zwana wolna Polska jest tylko przedł

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Pon Kwi 27, 2009 5:15 am    Temat postu: Anna Walentynowicz: Tak zwana wolna Polska jest tylko przedł Odpowiedz z cytatem

http://www.dziennik.pl/dziennik/europa/article367691/Marzyciele_i_kontestatorzy_czyli_co_nam_zostalo_z_Trzeciej_RP.html

Ankieta Dziennika

piątek 24 kwietnia 2009 22:32
Marzyciele i kontestatorzy, czyli co nam zostało z Trzeciej RP

Demokratyczna wspólnota czy PRL-bis? O sukcesach i rozczarowaniach ustrojowej transformacji mówią jej krytyczni obserwatorzy.

Andrzej Zybertowicz:

Moje zauroczenie III RP i jej elitami trwało trochę ponad trzy lata

Przy końcu PRL nastroje społeczne bywały tak mroczne, że to, co działo się, począwszy od Okrągłego Stołu, odbierałem jako mocno wykraczające poza moje oczekiwania. Rzecz jasna pozytywnie.

Nadzieje Okrągłego Stołu

Rozmowy okrągłostołowe obserwowałem z dużą nadzieją. Rezultaty jawiły mi się jako sukces. Marginalnie uczestniczyłem wówczas w jakichś inicjatywach podziemnej toruńskiej "Solidarności" na rzecz wprowadzenia naszych przedstawicieli do parlamentu. Uważałem wtedy (a pamiętam, że inni myśleli podobnie), że jeśli w parlamencie kontraktowym uda nam się mieć choćby 10 procent posłów, będzie to poważny sukces, wyłom, w oparciu o który będzie można dalej pracować nad rozszczelnianiem komunizmu, odbudową struktur "S", tworzeniem przyczółków dla wolnej Polski. Społeczeństwo dostanie możliwość choćby skromniutkiego kontrolowania władzy, co ograniczy represje i arbitralność decyzji rządzących.

Nie zdawałem sobie na początku sprawy ze skali wyborczego zwycięstwa, dopóki w dzień czy dwa po wyborach 4 czerwca kolega z Warszawy nie zadzwonił i nie uświadomił mi znaczenia tego, że odrzucono listę krajową. To był początek faktycznego przełomu.

Pamiętam, że gdy niedługo potem czytałem w paryskiej "Kulturze" rozmowę z Krzysztofem Wyszkowskim krytykującym, wręcz dezawuującym rozmowy Okrągłego Stołu, byłem zaskoczony. Gdy po latach zajrzałem do tego egzemplarza "Kultury", moje notatki na marginesach tego wywiadu wyglądały tak: "To spiskowe myślenie!". Rząd Tadeusza Mazowieckiego przyjąłem z entuzjazmem i poczuciem, że dokonała się autentyczna zmiana. Połączenie ludzi "Solidarności" i komunistów traktowałem jako naturalną cenę za negocjacyjny, ewolucyjny charakter zmian. Pamiętam, że nawet gdy wybuchła już wojna na górze, pozostawałem idealistycznym inteligenckim romantykiem, czytającym z nadzieją "Gazetę Wyborczą" obserwatorem, którego raziła brutalność tego pierwszego politycznego konfliktu. Posunięcia Lecha Wałęsy wydawały mi się "nieestetyczne". W istocie wystarczyłoby przeczytać porządny podręcznik politologiczny opisujący codzienne funkcjonowanie demokracji zachodnich, by znaleźć przykłady ostrzejszych sporów politycznych, ale wtedy nie rozumiałem, że jedność - jako pewien parawan różnic ideowych i interesów - nie może długo trwać. Wartość odzyskanej wolności była tak wielka, a moja radość tak naiwna, że byłem gotów uznać wiele argumentów "Wyborczej" przeciwko krytykom wad systemu, który przecież dopiero się tworzył i wydawał się faktycznym zerwaniem ze starym reżimem.

Pierwsze wątpliwości

Gdy na początku lat 90. usłyszałem sejmową wypowiedź Romana Bartoszczego na temat agentów wśród posłów i senatorów "Solidarności" i pierwsze wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego o potrzebie walki z korupcją, tezy o jej systemowym charakterze, odbierałem to z pewnym zdziwieniem, nawet zdenerwowaniem, jako psucie pięknego wizerunku naszej rodzącej się demokracji. Z podobną niechęcią traktowałem wezwania do dekomunizacji. Wydawało mi się, że obecność komunistów w różnych ważnych instytucjach nowego państwa i społeczeństwa to zrozumiała, wcale nie wygórowana ceną za zmianę, o której tak szybkim nadejściu w drugiej połowie lat 80. nawet nie marzyłem.

Między rokiem 1989 a pierwszą połową roku 1992 w zasadzie "kupowałem" diagnozy "Wyborczej", która była najważniejszą gazetą, jaką ówcześnie czytałem. Czy dlatego, że skutecznie indoktrynowała, czy dlatego, że jej diagnozy pokrywały się z moim entuzjazmem z powodu odzyskania przestrzeni bycia "u siebie" - nie wiem. Może jedno i drugie.

Pamiętam dwa wydarzenia, które odebrały mi wiarę w autentyczność demokracji po roku 1989, a w każdym razie w głębię zerwania z komunizmem. Pierwsze wydarzenie to przemówienie Jana Olszewskiego 4 czerwca, które oglądałem w telewizji na żywo. Olszewski wszedł na mównicę sejmową, powiedział, że prawdopodobnie za chwilę jego rząd zostanie odwołany i spokojnie przedstawił swój punkt widzenia. Zaskoczyła mnie różnica między jego realnym zachowaniem, stylem argumentacji, a tym jego wizerunkiem, jaki dostrzegałem w tekstach "Wyborczej". Gazeta dawała mi obraz Olszewskiego jako oszołoma, człowieka niebezpiecznego, którego w ogóle nie można brać na poważnie. Nagle, oglądając to jego przemówienie, myślę sobie: to przecież rozsądny człowiek, dojrzały patriota, który nie trzyma się władzy za wszelką cenę, tylko przedstawia kryteria, dla których warto tę władzę sprawować i w imię obrony których można nawet ją stracić. Jego diagnoza jakoś mnie przekonuje, napięcie polityczne, jakie go w tym momencie otacza, łącznie z odwołaniem jego rządu, uwiarygodnia to, co on sam mówi. Drugie wydarzenie było podobnej natury. Raz czy drugi przeczytałem "Tygodnik Solidarność", który także okazał czymś zupełnie innym, aniżeli wynikałoby to z przekazu "Gazety Wyborczej". Ciekawe dyskusje, szerokie spektrum poglądów, żadnych rażących, autorytarnych czy antydemokratycznych treści. To się złożyło na niemal szokowy dysonans poznawczy, utratę wiary w wiarygodność mego głównego źródła wiedzy o Polsce wyłaniającej się po roku 1989. Te dwie okoliczności poprzedziły bardziej systematyczną przebudowę moich poglądów w kwestii autentyczności demokracji i przełomu ustrojowego.

W uścisku służb

Kluczową fazą utraty wiary w autentyczność demokracji i elit III RP było zapoznanie się - w tygodniach po obaleniu rządu Jana Olszewskiego - z całymi seriami okołolustracyjnych tekstów, które przewaliły się wtedy przez media, w tym z wywiadami z ludźmi służb, oficerami prowadzącymi, dawnymi TW. W sumie materiały te miały uwiarygodniać wersję rzeczywistości bronioną przez środowiska, które obaliły Olszewskiego. Ale dla mnie, nawet przy dość prostej analizie, materiały te wzmacniały stare wątpliwości i rodziły nowe. Ciekawe było także ich wyraźne użycie w politycznej grze - pojawienie się w mediach i dość szybkie zniknięcie, kiedy zdaniem redaktorów "Gazety Wyborczej", "Polityki" itp. spełniły już swoje zadanie. W intencji pism i osób publikujących te materiały miały one chyba demaskować szaleństwo zwolenników lustracji, ale dla mnie, w coraz bardziej przekonujący sposób, potwierdzały istnienie owego ukrytego mechanizmu, z którym walkę podjął rząd Olszewskiego i za sprawą którego poległ.

Efektem namysłu nad tą falą tekstów stała się moja książka "W uścisku tajnych służb: upadek komunizmu i układ postnomenklaturowy", której pierwszą wersję ukończyłem w kilka miesięcy po obaleniu rządu Olszewskiego. Materiały prasowe, które miały skompromitować zwolenników lustracji, zebrane razem i skonfrontowane ze sobą, częściowo odsłoniły agenturalną maszynerię komunistycznego państwa. Odsłoniły zarazem - co było ważniejsze - że maszyneria ta wcale nie została zdemontowana. Moja książka zawierała partie publicystyczne, ale była też próbą socjologicznej analizy, zawierającą interpretacje licznych danych, opatrzone starannymi przypisami.

Losy książki potwierdziły jej podstawowe tezy. Kłopoty ze znalezieniem wydawcy, dziwne zachowania niektórych z nich, najpierw zainteresowanych (bo temat gorący), ale potem przestraszonych. Reakcja na nią moich kolegów socjologów, akademików, ale także publicystów - w postaci odmowy rzeczowej dyskusji. Można się oczywiście z poszczególnymi tezami albo nawet głównymi założeniami tej książki nie zgadzać, ale dziwne było przemilczanie pracy, która w sposób systematyczny podjęła gorący i doniosły dla Polski temat. Dziwne były też zachowania niektórych profesorów na nielicznych spotkaniach autorskich. Na przykład na Uniwersytecie Wrocławskim pełne oburzenia, demonstracyjne wyjście z sali jednego z nich. Dopiero wiele lat później okazało, że współpracował z SB. To stało się kolejnym potwierdzeniem słuszności mojego "Gestalt switch" - od romantycznej do realistycznej wizji transformacji. I zarazem potwierdzeniem trafności tez książki.

Był to prawdopodobnie rozstrzygający etap dochodzenia przeze mnie do wniosku, że mechanizmy formalnej demokracji, które obserwujemy po roku 1989, nierzadko są fasadą, że rzeczywiste ośrodki, źródła i podmioty władzy nazbyt często znajdują się gdzie indziej i tylko owych formalnych mechanizmów używają. Że realnym poziomem władzy w Polsce są sieci interesów, powiązań, zasobów wiedzy i kapitału (także odziedziczonych po starym systemie). Sieci daleko lepiej zorganizowane i silniejsze od aktorów sceny politycznej, którzy nie są w stanie owych ukrytych podmiotów władzy skutecznie kontrolować.

Andrzej Nowak:


W 1989 roku nie zaczęliśmy budować państwa, o jakim wcześniej marzyłem

W odróżnieniu od niemałej część opozycji nie należałem do osób, które odrzucały Okrągły Stół wtedy, kiedy jego obrady jeszcze trwały. Informacje o tym, jak toczą się owe obrady, jak zachowują się przedstawiciele naszej strony, zaczęły jednak budzić niepokój. Nie chodzi o jakieś układy, rozmowy w Magdalence - o wszystko to, co miało się rozgrywać "pod stołem". Chodzi mi o informacje, które były wówczas całkowicie jawne. Pamiętam np. wystąpienia Krzysztofa Kozłowskiego i Jerzego Turowicza w sprawie cenzury. Sprowadzały się one do tego, by zachować cenzurę prewencyjną, która ułatwi (sic!) - tak przynajmniej uważali nasi przedstawiciele - prowadzenie gry o wolność słowa.

Zmęczeni bohaterowie?

W podziemnej wtedy jeszcze "Arce", gdzie od niedawna byłem sekretarzem redakcji, Ryszard Legutko opublikował wówczas tekst pt. "Jak lew, czyli o obronie cenzury". Wyrażał w nim zdumienie takim postawieniem sprawy przez reprezentantów "Solidarności". I mnie stanowisko Turowicza i Kozłowskiego wydawało się wówczas - najdelikatniej rzecz ujmując - zbyt ostrożne. Być może, jeżeli ktoś spędził życie na grze z cenzurą, trudno mu się z nią rozstać. Może rozumie ją jako element naturalnego porządku. Tak próbowałem sobie tłumaczyć wtedy to niezrozumiałe dla mnie stanowisko. Odczytywałem je w kontekście lektury "Końca świata szwoleżerów" Brandysa, opisującego swoiste wypalenie dawnych napoleońskich bohaterów w warunkach ćwierćniepodległości Królestwa wielkiego księcia Konstantego. Nie czułem się bynajmniej jakimś nowym podchorążym z 29 listopada, ale myślałem o pełnej niepodległości. Wiosną 1989 roku widziałem na nią oczywistą szansę, nie rozumiałem potrzeby dalszej gry z "wielkim księciem". Jednak nie zmieniało to mojego entuzjazmu w czasie oczekiwania na wybory 4 czerwca.

Biorąc w nich udział, byłem przekonany, że odsuwamy stary system od władzy, że to data przełomowa, która rozpoczyna historię państwa, w którym wreszcie będę się czuł u siebie. 5 czerwca o świcie - ludzie sprawdzali wtedy wyniki wywieszone na budynkach komisji - wszędzie z radością przyglądaliśmy się zwycięstwu "Solidarności". Cieszyliśmy się, że przepadła lista krajowa, na której znaleźli się najbardziej znani działacze PRL. I potem, bodaj jeszcze tego samego dnia, usłyszeliśmy oficjalny komunikat Obywatelskiego Komitetu Politycznego - przedstawiali go Janusz Onyszkiewicz i Bronisław Geremek - sprowadzający się do słów "pacta sunt servanda". Okazało się, że pakt zawarty przy Okrągłym Stole z panami PRL jest ważniejszy od decyzji wyborczej społeczeństwa, które ten pakt podważyło. Postanowiono ocalić listę krajową. Przedstawiciele OKP powiedzieli nam wtedy, że źle zagłosowaliśmy, że nie zrozumieliśmy istoty zawartego przy Okrągłym Stole porozumienia, że nie możemy odsunąć panów PRL od władzy - z wdzięczności za miejsce, którego nam łaskawie udzielili na publicznym forum. Adam Michnik na łamach "Gazety Wyborczej" przestrzegał surowo: nie wolno nam sobie pozwolić na żaden triumfalizm! To był szok: odzyskaliśmy niepodległość i nie wolno nam triumfować? Odzyskaliśmy prawo głosu i od razu okazuje się, że ten głos jest nieważny? Moje rozczarowanie pogłębiło się w czasie lipcowych wyborów prezydenckich. Parlament, za pomocą triku politycznego części posłów OKP - w tym tzw. posłów katolickich - dokonał wyboru gen. Jaruzelskiego na prezydenta. To był kolejny moment, w którym mój entuzjazm dla nowo tworzącego się państwa został gwałtownie ostudzony. Uczyliśmy się nowego "realizmu".

Pomieszanie dobra i zła

Przygnębiającą lekcją tego, co ów "realizm" oznaczał, była ujawniona w końcu 1989 roku przez "Tygodnik Solidarność" instrukcja nowo mianowanego (przez premiera Mazowieckiego) przewodniczącego Radiokomitetu Andrzeja Drawicza skierowana do dziennikarzy telewizji. Instrukcja prezesa Drawicza (zatwierdzonym przez premiera jego zastępcą był mało jeszcze wówczas znany Lew Rywin) nakazywała, by o zbliżającej się rocznicy stanu wojennego mówić, równo rozkładając racje między jego autorów i krytyków. Czyli - innymi słowy - między tych, którzy strzelali, i tych, do których strzelano. Gdyby to Jerzy Urban, poprzedni szef Radiokomitetu, wydawał tę instrukcję, uznałbym to za część "naturalnego porządku". Kiedy wydawał ją prezes Radiokomitetu mianowany przez Tadeusza Mazowieckiego, był to dla mnie powód do smutnej refleksji. Nie powstawało państwo, o jakim marzyłem - wspólnota złączona elementarnym rozróżnieniem dobra i zła. Kompromis ze starymi właścicielami PRL wydawał mi się zbyt daleko posunięty, niepotrzebny i w gruncie rzeczy nierealistyczny. Byłem przekonany, że nie wymagały go warunki rzeczywistości politycznej - raczej wynikał on z pewnych cech mentalności ludzi, którzy go zawierali. Byłem pewien, że można było szybciej i efektywniej wychodzić z komunizmu, nie zapełniając przy tym latarń wisielcami - a to właśnie propaganda rządu Tadeusza Mazowieckiego uznawała za jedyną alternatywę dla "grubej kreski".

W końcu roku 1989 nie miałem wątpliwości: nowa Polska, na którą miałem nadzieję 4 czerwca, źle się zaczynała. A to, co stało się w następnych 20 latach, nie podważyło tej oceny.

(...)

Anna Walentynowicz:

Tak zwana wolna Polska jest tylko przedłużeniem dawnego reżimu

W notatce SB na mój temat znajduje się taka oto charakterystyka: "bezkompromisowa, nie ma ambicji przywódczych, ale może wyciągnąć na światło dzienne fakty kompromitujące nie tylko Lecha Wałęsę, ale też innych działaczy »Solidarności«. Uważa, że rozmowa z rządem może być prowadzona tylko z pozycji siły". Chociaż może zaskakiwać fakt, że powołuję się tu na słowa esbeków, właśnie w nich zawiera się prawda o mnie. Nie uznaję skłamanych kompromisów. Dlatego dla mnie PRL trwa. III Rzeczpospolita nigdy nie powstała, nie nadeszła ta Polska, o jakiej marzyliśmy, zmieniła się tylko nazwa państwa. Stało się tak, bo zawierzyliśmy niewłaściwym ludziom i zrezygnowaliśmy z prawdziwej walki.

Coś było nie tak

Moje rozczarowania rozpoczęły się zresztą na długo przed tak zwanym przełomem. W sierpniu 1980 roku, po trzech dniach strajku, dyrektor Stoczni im. Lenina zgodził się przyjąć na powrót do pracy mnie i Wałęsę, tak jak prosiliśmy. Ale Wałęsa nie chciał wracać na wydział W4. Dyrektor zaproponował więc: "Kolego Leszku, zakończy pan strajk, przyjdzie pan do mnie i omówimy, gdzie pan będzie pracował". I już wtedy, kiedy Wałęsa pokrzykiwał na ludzi, że mają iść do domu, aby w poniedziałek zacząć pracę, czułam, że nie jest to zgodne z duchem wolnych związków zawodowych. Zatem razem z Aliną Pieńkowską starałyśmy się zamknąć bramy numer 2 i 3, przez które najwięcej ludzi wychodziło do domów. Potem sama pobiegłam zamknąć bramę od strony Starego Miasta. I tam spotkałam Wałęsę, którego podwozili wózkiem akumulatorowym, podchmielonego po wizycie u dyrektora, zadowolonego, że załatwił swoją sprawę. Nie umiałam wtedy jeszcze nazwać tego po imieniu, ale wiedziałam, miałam bardzo silne poczucie, że coś jest nie tak.

Zamykanie drzwi

Do największej rozpaczy doprowadził mnie jednak Okrągły Stół. Już przed nim działo się źle. Pamiętam, jak 5 lutego 1989 roku przyjechał do mnie człowiek z Australii i przywiózł zebrane przez Polonię pieniądze, które miał wręczyć Lechowi Wałęsie, ale ponieważ nie mógł dostać się do Wałęsy, skontaktował się ze mną. Chciałam zatem ustalić, gdzie jest Wałęsa. Najpierw powiedziano mi, że miał być u księdza Jankowskiego. Pojechałam zatem do kościoła św. Brygidy. Po drodze, w tramwaju, ktoś wręczył mi pismo "Konfrontacje", gdzie nazwę PZPR napisano czcionką "Solidarności". To mnie oburzyło. Wreszcie dotarliśmy do kościoła, pojawił się Wałęsa, ale nie można było się do niego dostać. Przedstawiciel Polonii nie chciał już dłużej czekać, ja natomiast zostałam, żeby spotkać się z ludźmi z Komitetu Obywatelskiego. Podeszłam do Wałęsy, który stał w otwartych drzwiach, i mówię: "Lechu, ja też z wami pójdę". "Nie" - odpowiedział - bo to są moi goście, a ja pani tu nie zapraszałem". "Ale Lechu, przecież ja ci w 1980 roku te drzwi otworzyłam". "Tak. Ale ja je teraz zamknę". A ja chciałam tam wejść, żeby zadać każdemu z nich jedno pytanie: o jaką "Solidarność" będą następnego dnia walczyć?

Rozpoczęte następnego dnia obrady Okrągłego Stołu zagwarantowały bezpieczeństwo przestępcom z PRL. Następnie prezydentura Wałęsy dała im gwarancję nietykalności. W następnych latach miały miejsce kolejne, bardzo bolesne dla mnie wydarzenia. Między innymi AWS - złożona z tych samych, którzy niegdyś doradzali nam w stoczni - zlikwidowała moje ukochane miejsce pracy: to miejsce, gdzie miała zacząć się polska wolność. Z perspektywy dzisiejszego dnia muszę więc powiedzieć jeszcze raz: to, co niektórzy nazywają wolną Polską, stało się przedłużeniem komunistycznego reżimu.

Wojciech Roszkowski:


najgorszym rozczarowaniem był wybór Kwaśniewskiego na prezydenta

W PRL miałem częste poczucie upokorzenia. Żyłem jak wewnętrzny emigrant. A czwartego czerwca 1989 roku uwierzyłem, że III RP jest na wyciągnięcie ręki. Zmiany powoli dojrzewały: w 1988 roku udało mi się wyjechać na stypendium do USA. Głosowałem w ambasadzie polskiej i pamiętam, że na ulicy zaczepił mnie ktoś, chyba z "Głosu Ameryki", pytając, co te wybory znaczą. Spontanicznie odpowiedziałem: "Na razie częściowo wolne, następne będą wolne". Rzeczywiście wierzyłem, że Polska jest już na drodze do pełnej niepodległości i demokracji.

Demokratyczna gorączka

Do Polski wróciłem pod koniec czerwca 1989 roku. To było mocne wrażenie, bo po wygodnym życiu w Ameryce znalazłem się w kraju, który był w stanie gorączki, chaosu, strasznych kłopotów z zaopatrzeniem. Oczywiście rok wcześniej znałem to wszystko, ale gdy człowiek przyzwyczajony już do lepszego wraca do jeszcze gorszego, niż opuścił, jest mu ciężko. Jednocześnie wszędzie widać było ruch społeczny i ogromne zaangażowanie.

Ta gorączka zamieniła się na wiosnę 1990 roku w coś niemiłego, w gorączkę wojny na górze. To było pierwsze rozczarowanie. Na jesieni 1989 roku wydawało się, że wszystko idzie bardzo dobrze. Wtedy jeszcze nie mógłbym powiedzieć, że rząd Mazowieckiego nie wykorzystuje szansy, dzisiaj już jestem trochę bardziej krytyczny, bo wydaje mi się, że z końcem stycznia 1990 roku, po rozpadzie PZPR, należało przyspieszyć zmiany. A rząd Mazowieckiego tego nie zrobił. Słynną "grubą kreskę" odbierałem z początku tak, że Mazowiecki nie bierze odpowiedzialności za przeszłość. Wydawało mi się to słuszne. Ale potem przyszły różne zaniechania: pozostawienie w rządzie Kiszczaka i Siwickiego, mianowanie Drawicza szefem telewizji i inne przejawy kunktatorstwa. Miałem przeświadczenie, że zamiast przyśpieszać zmiany, elity "Solidarności" zaczynają się ze sobą bić i to jest fatalne, bo tracimy czas i energię. I dajemy postkomunistom możliwość uratowania dla siebie coraz większej części władzy.

Największy zawód

Potem były kolejne rozczarowania. 4 czerwca 1992 roku - noc, kiedy upadł rząd Olszewskiego. Pamiętam, że kibicowałem temu rządowi, chociaż widziałem, że popełnia błędy. Mimo wszystko czułem, że dzieje się coś bardzo niedobrego, bo obalenie tego rządu, i to jeszcze pod hasłami ratowania demokracji, brzmiało dla mnie bardzo fałszywie. Potem był wrzesień 1993 roku, zwycięstwo postkomunistów. I to zdjęcie Jerzego Urbana z wielką flaszką i wyciągniętym językiem... Okazało się, że po ponad czterech latach komuniści wrócili do władzy. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że i wcześniej byli dosyć mocno zakorzenieni - dokonywano przecież niszczenia dokumentów na jesieni 1989 roku, a potem w wyborach 1991 roku SLD dostał drugi wynik wyborczy po Unii Demokratycznej. Postkomuniści byli w moim przekonaniu zagrożeniem dla wolności i demokracji. Nie tylko ze względu na ich tradycję rządzenia w systemie totalitarnym, ale również dlatego, że aż do wyborów 1995 roku głosili hasło neutralności Polski, co dla mnie brzmiało jak jakiś programowy defetyzm. Wtedy należało zmierzać w kierunku UE i NATO, a nie argumentować, że Polska powinna być w strefie neutralnej.

Kolejnym, najmocniejszym chyba rozczarowaniem było zwycięstwo Kwaśniewskiego w 1995 roku. Pamiętam to jako dużą porażkę, a nawet zagrożenie dla całego projektu Polski niepodległej. Na szczęście nie do końca zrealizowane. Miałem trochę poczucie rozczarowania społeczeństwem, ale starałem się nie myśleć na zasadzie obrażania się na rodaków. Cały czas przecież żyłem w Polsce i słyszałem, co się mówi, co czuje przeciętny Polak. Miałem raczej poczucie zagrożenia projektu wolnej i demokratycznej Polski.

Później bardzo boleśnie odczułem też polityczną zmianę w 2001 roku, czyli upadek AWS. Natomiast aferę Rywina przywitałem z nadzieją, bo dla mnie była ona szansą na oczyszczenie rządów, które w latach 2001 - 2003 zmierzały do ograniczenia pluralizmu. Tutaj jednak nastąpiło ogromne rozczarowanie "Gazetą Wyborczą", bo ona okazała się właściwie częścią systemu postkomunistycznego. Czytywałem ją potem i nadal czytuję, ale już bez złudzeń.

(...)

"Europa" nr 264, 25.04.2009, z cyklu "Dwadzieścia lat niepodległości""
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 05 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pon Gru 05, 2016 11:30 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Pon Kwi 27, 2009 10:25 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Podobnie jak i Witię mnie też z całej wypowiadającej się czwórki najbardziej poruszyła wypowiedź Pani Anny Walentynowicz. Wnioskuję to stąd, że to właśnie Ona i fragment Jej wypodowiedzi weszły do tytułu Tematu. Ja bym jednak wybrał inny, moim zdaniem bardziej ważny fragment tego, co znalazło się w najkrótszej z czterech przedstawianych wypowiedzi, a mianowicie przytoczony przez Panią Anią fragment opinii o Niej z SBckiej notatki:
Cytat:
"bezkompromisowa, nie ma ambicji przywódczych, ale może wyciągnąć na światło dzienne fakty kompromitujące nie tylko Lecha Wałęsę, ale też innych działaczy »Solidarności«. Uważa, że rozmowa z rządem może być prowadzona tylko z pozycji siły"

Chodzi mi tu głównie o fragment "nie ma ambicji przywódczych, ale może wyciągnąć na światło dzienne fakty kompromitujące nie tylko Lecha Wałęsę, ale też innych działaczy »Solidarności«", z którego wynika swoista troska SB o to, by Lech Wałęsa (TW Bolek) i inni zainstalowani w "Solidarności" TW nie zostali czasem skompromitowani. Jakież to "kompromitujące fakty" może wyciągnąć Pani Ania na światło dzienne. Coż to ma lepiej pozostać w mrokach SB.
Skąd się może brać taka obwa w SB o to by Lech Wałęsa nie został skompromitowany? Otóż stąd, że SB sama starała się kompromitować Lecha Wałęsę, ale nie TW Bolek (choćby pamiętne nagranie magnetofonowe rozmowy L.Wałęsy z bratem). I to właśnie takiej kompromitacji się obawiano. I to dlatego wypunktowano tę cechę w charakterystyce Pani Ani jako jedną z głównych. Nie była to w oczach SB cecha, którą można byłoby wykorzystać do tego, by Lecha Wałęsę skompromitować, a obawa, że taka kompromitacja może nastąpić i wynikała z tego konieczność odopwiedniego urabiania opinii społecznej w sposobie traktowania Pani Anny Walentynowicz, jako niby osoby niezrównoważonej, nieudacznicy, zazdroszczącej wielkiej kariery politycznej swemu fartownemu koledze L.Wałęsie.
I jak mi się wydaje te wytyczne SB obowiązują do dziś.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group