" /> Dyskusje ogólne :: Początek końca Unii Europejskiej
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Początek końca Unii Europejskiej
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Pią Cze 19, 2009 4:24 pm    Temat postu: Początek końca Unii Europejskiej Odpowiedz z cytatem

Początek końca Unii Europejskiej
1. http://www.youtube.com/watch?v=OwOJaGf2epg&feature=PlayList&p=206E86A2CBC70A5D&playnext=1&playnext_from=PL&index=22

Irlandia mówi NIE! Eurofederaści w szoku! Europa się cieszy.

2. http://www.youtube.com/watch?v=dBelU68edRs&feature=PlayList&p=206E86A2CBC70A5D&index=23&playnext=2&playnext_from=PL


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Pon Sty 11, 2010 10:06 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Sylwia



Dołączył: 06 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Wto Gru 06, 2016 1:46 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Sob Cze 20, 2009 10:41 pm    Temat postu: Czy kupisz od nich używane auto? Odpowiedz z cytatem

Ciekawe czy nowa ekipa będzie równie zgrana jak poprzednicy - http://swkatowice.mojeforum.net/temat-vt7433.html?postdays=0&postorder=asc&start=0
"Nasz" kandydat na przewodniczącego, Jerzy Buzek jest popierany przez Niemców. Czy to jest dobry kandydat dla Polaków. Już się przecież wykazał w PE jako dobry Niemiec (tak to nie pomyłka) głosując przeciw gen. Nilowi. Pamiętamy jak go parę lat temu krytykowano jako faceta sterowanego zdalnie przez innego niedawnego (sromotnie negatywnie zweryfikowanego przez wyborców) kandydata PO do PE - Krzaklewskiego. Teraz będzie odbierał sms'y od Donka (tłumaczone z niemieckiego - gdyż oryginały przyjdą z Berlina).
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Marek-R
Weteran Forum


Dołączył: 15 Wrz 2007
Posty: 1476

PostWysłany: Nie Cze 21, 2009 8:48 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

I to jest właśnie kwestia, czy Buzek będzie reprezentantem interesów Polski w Unii, czy górę weźmie "integracyjny entuzjazm", a Buzek okaże się wiernym synem Brukseli i podobnie jak czynią to inni za pieniądze przeróżnych fundacji, zechce pełnić rolę komisarza-nadzorcy wobec własnego kraju. Podobno ten kto płaci to i wymaga, ale to tylko tak na marginesie.





Marek Radomski - Rada Oddziałowa SW - Jelenia Góra.

_________________
"Platforma jest przede wszystkim wielk?
mistyfikacj?. Mamy do czynienia z elegancko
opakowan? recydyw? tymi?szczyzny lub nowym
wydaniem Polskiej Partii Przyjació? Piwa....." - Stefan Niesio?owski - "Gazeta Wyborcza" nr 168 - 20 lipca 2001.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Pon Cze 22, 2009 3:16 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

W środę otwarcie procedury nadmiernego deficytu wobec Polski
http://biznes.interia.pl/raport/kryzys_w_usa/news/unia-spelnia-grozby-wobec-polski,1327092



http://biznes.interia.pl/raport/kryzys_w_usa/news/unia-spelnia-grozby-wobec-polski,1327092

32 minuty temu

Komisja Europejska potwierdziła w poniedziałek, że podejmie w środę decyzję o otwarciu procedury nadmiernego deficytu wobec Polski, za który odpowiedzialnością obarcza nie tylko kryzys, ale i polskie władze.

Decyzja KE wynika z tego, że deficyt finansów publicznych Polski wyniósł 3,9 proc. PKB w 2008 roku, czyli powyżej dopuszczonej w Traktacie z Maastricht wartości referencyjnej 3 proc. Według majowych prognoz gospodarczych, tegoroczny deficyt w Polsce ma wzrosnąć do 6,6 proc. PKB. A to oznacza, że deficyt nie jest tymczasowy.

Na razie KE nie ujawnia, jaki termin wyznaczy Polsce na obniżenie deficytu do poziomu 3 proc., który jest jednym z warunków przyjęcia euro.

Wydając w tym roku podobne decyzje, KE była łagodna wobec krajów członkowskich, które z pogłębiającą się recesją zwiększyły swoje deficyty: dała czas Francji i Hiszpanii aż do 2012 r., a Irlandii do 2013 r., na zrównoważenie finansów publicznych. Niewykluczone jednak, że nakaże zrobić to Polsce do końca 2011 r., co byłoby zgodne z polskimi planami, zakładającymi wejście do strefy euro od 2012 r. Taką datę - do końca 2011 r. - podaje też Reuters, powołując się na dokument KE.

Zapowiadając tę decyzję w maju Komisja Europejska podkreśliła, że "przekroczenie dopuszczalnego pułapu wynika głównie z faktu, że niedawne dobre czasy zostały tylko w pewnym stopniu wykorzystane przez Polskę do konsolidacji finansów publicznych i reform po stronie wydatków, zwłaszcza w dziedzinie opieki społecznej" - głosi dokument KE. Unijny komisarz ds. gospodarczych i walutowych Joaquin Almunia ubolewał, że rząd nie wykorzystał wzrostu PKB o 4,8 proc. do reform strukturalnych. Uspokajał jednak, że procedura, którą Polska była już objęta w latach 2004-2008, nie jest żadną karą, tylko ma pomóc wydobyć się z kryzysu.

KE przedstawi swoją tzw. rekomendację w tej sprawie unijnej Radzie Ekofin (ministrom finansów "27"). Wtedy Rada zdecyduje kwalifikowaną większością głosów o jej przyjęciu.

Nadmierny deficyt nie jest sam w sobie przeszkodą w wejściu do systemu stabilizacji kursu ERM2, który jest dwuletnim "przedsionkiem" przed wstąpieniem do strefy euro. Co innego przyjęcie nowego kraju do strefy euro - tutaj KE, podobnie jak Europejski Bank Centralny i kraje członkowskie wykluczają poluzowanie kryteriów, wśród których jest obowiązek obniżenia deficytu poniżej 3 proc. Rząd planuje przyjęcie euro w 2012 roku, jednak aby było to możliwe, zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Finansów, złoty powinien zostać włączony do mechanizmu ERM2 do końca tego roku.

W kryzysie wszystkie kraje są skonfrontowane ze spadkiem wzrostu gospodarczego i dochodów do budżetu i jednocześnie prawie wszystkie podnoszą wydatki na pobudzenie gospodarcze - stąd nadmierne deficyty budżetowe. Poza Polską, procedura nadmiernego deficytu ma być także otwarta wobec Malty, Rumunii i Litwy. KE wszczęła już w lutym taką samą procedurę wobec czterech krajów: Francji, Hiszpanii, Irlandii i Grecji. Wcześniej otwarte procedury miały już Wielka Brytania i Węgry (które w środę dostaną nowy termin na zejście do 3 proc.). W zeszłym tygodniu Almunia zapowiedział na jesień otwarcie procedury nadmiernego deficytu wobec kolejnych dziewięciu krajów.

Zobacz dane makroekonomiczne z kraju i ze świata

źródło informacji: PAP/INTERIA.PL
http://biznes.interia.pl/raport/kryzys_w_usa/news/unia-spelnia-grozby-wobec-polski,1327092


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Pon Sty 11, 2010 10:07 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Sob Cze 27, 2009 7:05 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Nie wydawajmy bez sensu
http://biznes.interia.pl/news/jak-daja-to-bierz-jak-bija-to-uciekaj,1329729

1 godz. 53 minuty temu



Pieniądz jest jedynie miernikiem wartości - jak twierdził Adam Smith - a nie wartością samą w sobie /AFP

Rozmowa z Robertem Gwiazdowskim, komentatorem gospodarczym, dyrektorem Centrum im. Adama Smitha.

Czy i jak kryzys wpływa na wydawanie unijnych funduszy? Powinny stać się dla nas szansą, a ze statystyk wynika, że wydajemy je w takim tempie jakby były kulą u nogi.

- Fundusze europejskie same w sobie w ogóle nie są żadną szansą na nic. Proszę pamiętać, że po zjednoczeniu Niemiec, RFN przekazała landom dawnej NRD, licząc w dzisiejszej walucie, kwotę półtora miliarda euro! Można powiedzieć, że był to taki swoisty "fundusz europejski" I co? I Nic! Bezrobocie we wschodnich landach niemieckich jest wyższe niż w Polsce, a tempo wzrostu gospodarczego - niższe. Rozdawanie pieniędzy nie tworzy żadnego bogactwa.

Jakby tworzyło, to rozdawanie przez amerykańskie banki hipoteczne pieniędzy na zakup domów Amerykanom nie mającym de facto zdolności kredytowej, nie skończyłoby się zapaścią - tylko jeszcze większym boomem. Ale niestety - niestety dla zwolenników gospodarki popytowej - tak nie jest. Pieniądz jest jedynie miernikiem wartości - jak twierdził Adam Smith - a nie wartością samą w sobie. Ale niektórzy makroekonomiści nie chcą w to uwierzyć.

Ja ich nazywam walutocentrykami. Ich zdaniem cały świat realny, cała gospodarka kręci się wokół pieniędzy. Podobnie kiedyś było z geocentrykami, którzy twierdzili, że słońce kręci się dookoła Ziemi, a przeciwników palili na stosie. Tymczasem jest dokładnie na odwrót.

To świat gospodarki realnej jest centrum, wokół którego powinny oscylować pieniądze. Na szczęście zwolennicy takiego poglądu dzisiaj są paleni już tylko na stosie ostracyzmu środowiskowego.

Czyli co? Nie powinniśmy brać tych pieniędzy?

- Ależ powinniśmy. Moja babcie zawsze powtarzała: "jak dają to bierz. Jak biją - to uciekaj". I pewnie inne babcie też mówiły to samo. Chodzi tylko o to, żeby nie zachłysnąć się tymi pieniędzmi, bo jak wydamy je bez sensu - po to tylko, żeby "ożywić" gospodarkę, to jak się one skończą, będziemy mieć jeszcze większy kryzys. Zadziała dokładnie ten sam mechanizm, który działa obecnie. Wydawanie przez kilka lat "łatwych" pieniędzy, które mógł w Ameryce dostać "każdy głupi" spowodowało, że mamy odczuwalny kryzys - bo pieniądze te nie ożywiały przedsiębiorczości, tylko konsumpcję, przez co producentom wydawało się, że zawsze będą wszystko na pniu sprzedawać, bez względu na to, za ile i jak produkują - exemplum: amerykański przemysł samochodowy.

To jak wobec tego ocenia Pan skuteczność działań antykryzysowych rządu?

- Jakich działań? Rząd tradycyjnie nie robi nic - tylko podpuszcza pana prezydenta, żeby ten coś zrobił, albo powiedział. Wzrost poparcia dla rządu od razu jest murowany. Ale tym razem to dobrze. Rządowi należy się jednak pochwała, że nic nie robi. Oczywiście podejrzewam, że rząd nic nie robi nie dlatego, że ma taką strategię, ale dlatego, że nie za bardzo wie, co powinien zrobić i obawiam się, że jak już zacznie robić pod wpływem walutocentryków, to dopiero będzie nieszczęście.

Tym którzy namawiają rząd do zwiększania deficytu czy drukowania pieniędzy, żeby "wesprzeć" sektor finansowy i "ożywić" gospodarkę chciałbym przypomnieć, że w stanie wojennym stałem przez 13 dni i nocy w kolejce po lodówkę. Generowałem popyt jak jasna cholera, a podaży jak nie było, tak nie było. W końcu 14 dnia kupiłem pralkę, bo właśnie "rzucili", której nie potrzebowałem, i wymieniłem ją z kolegą, który chciał właśnie pralkę a kupił lodówkę - bo w sklepie, w którym on stał po pralkę, akurat była dostawa lodówek. Transakcja odbyła się w barterze - bez udziału pieniędzy, które nie były do niczego potrzebne.

Podstawowym działaniem antykryzysowym powinno być wyeliminowanie głównej przyczyny kryzysu, czyli barbarzyńskiego opodatkowania pracy. Jak mówił nieodżałowany Kisiel o kryzysie w socjalizmie - "to nie kryzys. To rezultat". Dziś jest tak samo. Mamy rezultat opodatkowania pracy akcyzą w wysokości 80 procent. Jak młody człowiek idzie do pracy, której wartość pracodawca wycenia na 3600 - to on dostaje 2000. Reszta - czyli 1600 złotych - idzie do urzędu skarbowego na zaliczkę na PIT i na składki ubezpieczeniowe do ZUS.

Zgodnie z prawem Saya zdolność popytowa takiego człowieka mierzona wartością jego podaży wynosi 3600. Ale po opodatkowaniu maleje do 2000. Reszta idzie między innymi na dotacje budżetowe dla partii politycznych, które płacą za spoty telewizyjne wychwalające własne dokonania i wyszydzające przeciwników politycznych. A od tego wzrostu gospodarczego nie ma i nie będzie.

Rząd założył, że w tym roku wyda 16,8 mld zł unijnych pieniędzy, co zważywszy na dotychczasowe tempo, w jakim je wydajemy, jest chyba zadaniem nierealnym. Co według Pana przeszkadza nam w szybkim korzystaniu z tych pieniędzy?

- Po pierwsze: biurokracja. Po drugie: nepotyzm. Nie wiem co bardziej. Fundusze są dzielone źle, bez strategicznego pomysłu na co je wydawać. Wydamy więc po trochu na różne rzeczy i nie będzie w żadnej sferze widocznego rezultatu. Jedni urzędnicy starają się nikomu nie podpaść, więc celebrują wydawanie decyzji, a inni wręcz przeciwnie - starają się niektórym przysłużyć. I dzieje się tak czasami niekoniecznie dlatego, że są jakieś polityczne naciski, tylko dlatego, że się urzędnicy owych nacisków spodziewają.

Kolejne rządy zapowiadały uproszczenia - dlaczego dotychczas nie powstało coś w rodzaju komisja Palikota dla funduszy europejskich, która pomogłaby systemowo uprościć korzystanie z unijnych dotacji?

- A o to proszę zapytać pana posła Palikota. Ale może lepiej, że nie powstała - jeśli rezultat jej prac miałby być taki sam, to szkoda energii na pracę.

Według raportu rządowego z mają br. regiony wydały dotychczas 390 mln zł, a rząd zaplanował, że w tym roku wydadzą 6,5 mld zł. Dlaczego tak kiepsko idzie samorządom wydawanie unijnych dotacji? Nie mają zabezpieczonych środków własnych? Nie mają pomysłów na ciekawe projekty ? Nie funkcjonuje system zaliczek?

- Yes, yes, yes - że pozwolę sobie zacytować pana premiera Marcinkiewicza. Środków własnych samorządy nie mają. Pomysły mają nie najlepsze - dlatego banki, które i tak borykają się z kłopotami własnymi nie kwapią się do udzielania kredytów na takie inwestycje.

A gdzie w takim razie dofinansowania mają szukać przedsiębiorcy, gdy banki zakręciły im kurek z kredytami?

- Z jednej strony banki chętniej będą pożyczały samorządom - bo to bezpieczniejsze. Z drugiej strony przedsiębiorcy mogą łatwiej sięgnąć po wsparcie ze strony venture capital. Samorządy mają bowiem mniej rentowne inwestycje infrastrukturalne, stopa zwrotu z których dla funduszy inwestycyjnych jest nieatrakcyjna. Przedsiębiorcy mogą mieć pomysły rokujące większe szanse szybszego zwrotu. Na razie także fundusze venture są bardzo ostrożne w podejmowaniu nowych wyzwań, ale to się zmieni.

Zwłaszcza w przypadku funduszy zza Oceanu. Te dolary, które namiętnie drukuje rząd amerykański niedługo zaczną "parzyć w palce". Zacznie się inflacja i ucieczka od "pustego pieniądza" w kierunku atrakcyjnych projektów inwestycyjnych, a ja głęboko wierzę, że w Polsce wiele takich atrakcyjnych projektów może się znaleźć.

Choć z drugiej strony nie słychać ogólnego lamentu, że firmom brak kapitału na wkład własny - czy może kondycja małych przedsiębiorstw jest tak dobra, że mogą pokrywać ten wkład ze środków własnych?

- 70 procent firm z sektora MŚP, w którym wytwarza się większość PKB i tworzy większość miejsc pracy, w ogóle nie ma ekspozycji kredytowej. Dla nich kłopoty banków to "bajka o żelaznym wilku". Na dictum, że banki nie będą udzielały kredytów, odpowiadają: przecież i tak nam nie udzielały.

Jaki wpływ na korzystanie przez Polskę z unijnych funduszy miałoby wejście Polski do strefy euro? Kiedy - w Pana ocenie - możemy się znaleźć w tym klubie?

- Moim zdaniem samo wejście do strefy euro niczego nam jeszcze nie da. Ciągle powtarzam, że bogactwo kraju nie zależy od koloru farby, którym zadrukowany jest papier będący oficjalnym środkiem płatniczym. Szans na wejście do strefy euro od 1 stycznia 2012 nigdy nie mieliśmy. Co więcej, rozpętanie debaty na ten temat dokładnie w tym samym momencie, gdy rozpoczynał się kryzys finansowy było dowodem braku wyobraźni ekonomicznej. Dziś już najbardziej nawet zagorzali zwolennicy euro mówią o przystąpieniu do ERM2 jak zacznie się wzrost gospodarczy, czyli przełom 2010-2011.

Rozmawiała: Małgorzata Schwarzgruber

źródło informacji:
http://biznes.interia.pl/news/jak-daja-to-bierz-jak-bija-to-uciekaj,1329729




Komentarz:

Brak od dwudziestu lat przejrzystych reform w systemie ubezpieczeniowym ,
jest moim zdaniem , zasadniczą przyczyną kryzysu gospodarczego w państwie.


Jak to potwierdza Robert Gwiazdowski ,

Cyt: (...)

" Dziś jest tak samo. Mamy rezultat opodatkowania pracy akcyzą w wysokości 80 procent. Jak młody człowiek idzie do pracy, której wartość pracodawca wycenia na 3600 - to on dostaje 2000. Reszta - czyli 1600 złotych - idzie do urzędu skarbowego na zaliczkę na PIT i na składki ubezpieczeniowe do ZUS. "

Ten dowód empiryczny, który doświadcza każdy podatnik na własnej kieszeni
głębszego komentarza nie wymaga. Warto jednak postawić kolejny raz
pytanie. Co od dwudziestu lat stoi na przeszkodzie , aby premier rządu
przedstawił bilans otwarcia gospodarczego? Aby premier rządu ( każdego
rządu po 1989r ) wziął się za reformę podatkową, reformę emerytalną,
reformę ubezpieczeniową?
Gdzieś te 48,3 % podatków się rozpływa ...
Tu jednak chodzi o rzecz najważniejszą, zamiast reform mamy igrzyska.
Albo Palikot , albo inny komediopisarz , pisze scenariusze, aby podatnik
zapomniał o potrzebie domagania się reform gospodarczych.
I tworzy się mediany obraz kłótni wszystkich ze wszystkimi .
A reform fundamentalnych w gospodarce jak nie było, tak nie ma.
Bo po co? Ludzie i tak się nie upomnął o te reformy , bo mają igrzyska
w postaci występów posła PO Janusza Palikota.
A to,że realna wartość nabywcza pieniądza spada, kogo to
interesuje...? Kogo... Rolling Eyes


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Pon Sty 11, 2010 10:08 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Sob Cze 27, 2009 9:40 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem


Źródło informacji: http://nczas.com/sklep/



Nie bójcie się prawdy (Michalkiewicz, Sommer)



Przedstawiamy Panstwu pierwszy wywiad rzeke z jednym z najciekawszych i najbardziej niepoprawnych politycznie polskich autorów - Stanislawem Michalkiewiczem.
Nasz bohater jest polskim prawnikiem, bylym sedzia Trybunalu Stanu, eseista, publicysta i autorem ksiazek o tematyce spoleczno-politycznej. Stanislaw Michalkiewicz to bez watpienia jedno z najswietniejszych polskich piór i jeden z najbystrzejszych polskich umyslów. Jego najwazniejsze tezy znajda Panstwo w tej ksiazce.

Szerszy opis
Janusz Korwin-Mikke: Stanislaw Michalkiewicz pozostaje – podobnie jak ja – wedle slów p.Marka Borowskiego: „poza glównym nurtem polskiej polityki” – czyli poza kloaka. Podobnie w Anglii w latach 1937-38 nie byli dopuszczani do glosu przeciwnicy appeasementu... Co wiecej: przedstawia Swoje stanowisko prostym, celnym i logicznym jezykiem. Jest wiec dla NICH tym grozniejszy!

Cena: 29.00 PLN

Źródło informacji:
http://nczas.com/sklep/


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Pon Sty 11, 2010 10:08 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Nie Cze 28, 2009 2:24 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Czarna przyszłość monet
http://biznes.interia.pl/biznes-2-0/news/czarna-przyszlosc-monet,1328306,5054



Zastąpienie walut krajowych wspólnym pieniądzem - euro - miało również wpływ na numizmatykę /INTERIA.PL

Sobota, 27 czerwca (06:01)

Wprowadzenie wspólnej waluty euro było kolejnym krokiem w postępującym procesie integracji. Bez wątpienia było to zdarzenie przełomowe, które w sposób znaczący wpłynęło na życie gospodarcze. Zastąpienie walut krajowych wspólnym pieniądzem - euro - miało również wpływ na numizmatykę. Sprawdźmy w jakim stopniu.

Na rynku numizmatów są dwie grupy jego uczestników. Pierwszą i największą stanowią kolekcjonerzy, pasjonaci, dla których monety to hobby. Bardzo często są oni gotowi zapłacić więcej za dany egzemplarz niż to wynika z jego ceny na rynku. Druga grupa - znacznie mniejsza - to inwestorzy, dla których rynek monet jest po prostu miejscem do zarabiania.

Młoda waluta

Podział ten wpływa przede wszystkim na ceny monet. Badając wpływ euro na rynek numizmatów warto przyjrzeć się historii tej "młodej" waluty. Euro było walutą wprowadzoną w 12 z 15 ówczesnych członków Unii Europejskiej w miejsce walut narodowych. Kursy między walutami narodowymi, które miało zastąpić euro zostały zamrożone 1 stycznia 1999 r., z tym dniem też zostało ono wprowadzone w transakcjach. Początkowo waluta ta była tylko międzybankową walutą rozliczeniową i nie znajdowała się w normalnym obiegu.1 stycznia 2002 r. nastąpiła oficjalna likwidacja walut narodowych państw członkowskich strefy euro i zastąpienie ich monetami i banknotami euro, co było największą przeprowadzoną dotąd na świecie jednorazową operacją walutową. Wymianie uległo 4,5 biliona euro w gotówce, oraz przeliczono waluty narodowe na ponad 10 bilionów euro na kontach bankowych na całym świecie. Euro zostało wprowadzone w następujących krajach: Austria, Belgia, Finlandia, Francja, Grecja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Luksemburg, Niemcy, Portugalia , Włochy. Kraje które nie przyjęły wówczas euro to : Wielka Brytania, Szwecja, Dania.

Nowe kontra wiekowe

Rynek monet można podzielić na monety nowe, które są wybijane na specjalne okazje oraz na monety wiekowe. Jeśli chodzi o nowe monety, tzw. monety kolekcjonerskie to wprowadzenie euro miało zasadniczy wpływ na ich emisję. Banknoty euro są drukowane pod bezpośrednią kontrolą Europejskiego Banku Centralnego i mają jednolity wygląd we wszystkich krajach. Inaczej wygląda natomiast emisja monet. Są one produkowane przez mennice poszczególnych krajów i mają jednakowy kształt, materiał i awers, natomiast rewersy są inne dla każdego państwa. Na awersach od 1 do 5 eurocentów przedstawiono Zachodnią Europę na mapie świata. Pierwsza wersja monet od 10 do 50 eurocentów przedstawiała 15 krajów członkowskich UE w pewnej odległości od siebie. Zaznaczono wszystkie kraje, również te, które nie należały do strefy euro. Natomiast pierwsza wersja monet 1 i 2 euro przedstawiała kraje złączone w jedną całość. Miało to odzwierciedlać dewizę "Jedność w różnorodności". Od 2007 wprowadzane są nowe monety od 10 centów do 2 euro ze zmienionym awersem przedstawiającym większą część Europy bez granic. Niestety zachowano awersy dla monet od 1 do 5 eurocentów, na których pod lupą widać, że nowe kraje członkowskie nie są częścią zaznaczonego obszaru.

Mała podaż monet kolekcjonerskich

Europejski Bank Centralny stosuje ograniczenia co do emisji nowych monet. Według tych zasad, każdy kraj może wyemitować raz w roku tylko jedną monetę okolicznościową o nominale 2 euro. Monety te mają te same motywy i cechy, a także taką samą stronę wspólną jak zwykłe monety o nominale 2?. Odróżnia je motyw okolicznościowy na stronie narodowej. Jest jednak odstępstwo od tej zasady. Zdarza się, iż EBC emituje wspólną monetę okolicznościową dla wszystkich krajów. Wówczas wszystkie kraje wybijają monetę o takim samym motywie, a różnica jest tylko w tym, iż na monecie znajduje się nazwa kraju, w którym została wybita. Ograniczenie w emisji monet w znaczący sposób obniżyło podaż monet kolekcjonerskich w krajach strefy euro. Dla kolekcjonerów nie jest to najlepsza wiadomość ze względu na trudności w zakupie tychże kolekcjonerskich monet euro.

Długa tradycja w kąt

Drugim obszarem rynku numizmatów, gdzie bez wątpienia wpływ euro był znaczący są waluty narodowe, które posiadały nawet kilkusetletnią tradycję. Zostały one zastąpione przez nową walutę euro. Przeliczniki według, których pierwszego stycznia 2002 roku wymieniono waluty narodowe na wspólną walutę prezentują się następująco:

1 euro to:


- 13,7603 szylingów Austria (ATS)
- 40,3399 franków belgijskich (BEF)
- 1,95583 marek niemieckich (DEM)
- 166,386 peset hiszpańskich (ESP)
- 5,94573 marek fińskich (FIM)
- 6,55957 franków francuskich (FRF)
- 340,750 drachm greckich (GRD)
- 0,787564 funtów irlandzkich (IEP)
- 1936,27 lirów włoskich (ITL)
- 40,3399 franków luksemburskich (LUF)
- 2,20371 guldenów holenderskich (NLG)
- 200,482 escudos portugalskich (PTE.

Zaprezentowane przeliczniki mogą być punktem odniesienia do określenia obecnej wartości monet, które zastąpiło euro. Oczywiście należy zaznaczyć, iż samo euro zyskało zdecydowanie na wartości. W 2002 roku kurs pary walutowej euro/dolar wynosił około 0,95. Natomiast w lipcu 2007 roku przekroczył 1,5. Obecnie wynosi około 1,4. Dobrym sposobem na określenie ile warte obecnie są monety narodowe krajów strefy euro są aukcje internetowe. Według przelicznika wymiany marek niemieckich na euro, marka powinna być dzisiaj warta około 2 zł. Jednak na aukcjach internetowych marki sprzedawane są po około złotówce. Widać zatem znaczący spadek wartości tej monety. Innym przykładem może być oferta sprzedaży franka francuskiego. Jedna taka moneta jest sprzedawana po około 70 gr. Patrząc na przelicznik wymiany franków na euro widać, iż i ta moneta jest obecnie mniej warta niż wynikałoby to z przelicznika wymiany. Innym przykładem może być oferta sprzedaży 1000 lirów włoskich za 2,50 zł. W tym wypadku można powiedzieć, iż moneta ta nie straciła w dużym stopniu na wartości.

Rewolucyjne ograniczenie

Wprowadzenie wspólnej waluty wpłynęło na wiele dziedzin życia, zarówno gospodarczego jaki polityczno-społecznego. Znalazło ono również swoje odzwierciedlenie na rynku numizmatycznym. Wspólna waluta zastąpiła narodowe środki płatnicze, które miały bardzo długą tradycję. Patrząc na obecne ceny monet, które zostały zastąpione przez euro można zauważyć, iż ich wartość spadła. Ciężko określić czy ta tendencja będzie nadal się utrzymywać. Nie można bowiem wykluczyć, iż za kilka lat monety narodowe zaczną w znaczący sposób zyskiwać na wartości ze względu na zmniejszającą się podaż. Drugim aspektem wprowadzenia wspólnej waluty było ograniczenie w możliwości emisji monet kolekcjonerskich dla poszczególnych krajów strefy euro. Nie ma możliwości, aby poszczególne kraje emitowały niezależnie serie monet kolekcjonerskich. W porównaniu z Polską, gdzie Narodowy Bank polski emituje wiele serii takich monet, ograniczenie stosowane przez EBC wydaje się być rewolucyjne z punktu widzenia uczestników rynku numizmatycznego.

Kamil Gemra


Czarna wizja dla monet?

W okresie wejścia do strefy euro nastąpi kolosalny spadek cen monet odchodzących. Sukcesywnie spadająca podaż będzie dobrym momentem do zakupu ciekawych pozycji. Osoby pracujące w bankach i w kasach wyłapią co ciekawsze monety i zostawią do kolekcji, a reszta trafi do przetopienia. Zostanie jeszcze oczywiście dużo monet w szafach, ale "inwestorzy" szybko się zniechęcą dużymi spadkami i też zaczną je oddawać za pół darmo.

Zdaniem naszego eksperta euro nie wywołało i nie wywoła euforii u "prawdziwych numizmatyków". Nadal będą się liczyć dobrze zachowane unikatowe monety i niskie (pierwsze) emisje. Pośród euro jedynie Watykan czy San Marino mogą liczyć na zainteresowanie. - Tak jak w przypadku monet z PRL nie widzę tu wielu ciekawych okazji do zakupu, a ceny poszukiwanych i rzadkich monet jak dotąd będą w cenie - powiedział nam ekspert.

Marcin Zabrzeski-Bicz, INTERIA.PL


Zobacz dane makroekonomiczne z kraju i ze świata

źródło informacji: http://biznes.interia.pl/biznes-2-0/news/czarna-przyszlosc-monet,1328306,5054


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Pon Sty 11, 2010 10:09 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Jerzy Pietraszko
Weteran Forum


Dołączył: 10 Mar 2007
Posty: 219

PostWysłany: Czw Lip 02, 2009 1:04 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ciekawe osoby aspirują do najwyższych europejskich godności. Na szefa parlamentu: mało znany Włoch, reprezentujący bardzo jednoznaczną ( czyli automatycznie nie wszecheuropejską) partię oraz nasz - nie bójmy się użyć tego słowa- nieudacznik. Miał Buzek swoje 3 minuty, udało się nawet na starcie uzyskać dla niego pewien ponadpartyjny consensus odnośnie poparcia. Błyskawicznie swą pozycję osłabił, potencjał roztrwonił.
Rada Europy - tu proponujemy komucha, specjalistę od ubezpieczania powodzian. Do tego od dobrych kilku lat bardziej zajętego żubrami niż polityką.
Może te wszystkie eurostruktury warte są co najwyżej butelkę żubrówki?
I to spożywanej w niezbyt miłym towarzystwie.
Brakuje tylko w europarlamencie Kononowicza, zdecydowanie tam pasuje.
Czy takiej Europie mamy się podporządkowywać?
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Marek-R
Weteran Forum


Dołączył: 15 Wrz 2007
Posty: 1476

PostWysłany: Sob Lip 04, 2009 3:19 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Spoglądając na temat wątku o początku końca Unii Europejskiej, należy się zastanowić, czy pewne sukcesy partii i różnych grup o poglądach radykalnych jakie ostatnio mają miejsce, to chwilowe wahnięcia nastrojów związane z aktualną sytuacją, czy ma początek pewien ferment, który co prawda jeszcze nie jest zbyt głośny, ale może stać się zaczynem jakiegoś poważnego ruchu na większą skalę i jakie mogą być uwarunkowania takiego obrotu sprawy. Co powoduje, że w tak zwanej zachodniej Europie choć nie tylko, radykalne poglądy zaczynają zyskiwać na znaczeniu. Czy wzrosła na tyle świadomość zagrożeń jakie niesie ze sobą obecna polityka ludzi sprawujących władzę, czy być może pomocny okazał się kryzys jaki ma miejsce, a może jedno i drugie razem. Czy rządzący dzisiaj w krajach Unii przedstawiciele pokolenia lewackiej, inspirowanej w dużej mierze przez Moskwę rewolty 68’roku, łagodząc ewentualnie skutki kryzysu gospodarczego, są w stanie skutecznie zniechęcić obywateli swoich krajów, do dopominania się o zmiany w sferze moralności, czy panujących zasad ogólnoustrojowych. Chodząc ulicami zachodnich miast, czytając prasę, oglądając telewizję, ludzie widzą że są coraz mniej u siebie. Holender ma dla siebie już nieco mniej Holandii, Francuz w pewnych momentach mniej czuje atmosferę charakterystyczną dla Niego do tej pory, Austriacy zawsze byli wyczuleni na tym punkcie, a wszystko zaczyna momentami przypominać bliskowschodni, czy afrykański bazar. Z drugiej strony, z Brukseli pobrzmiewają coraz bardziej dla wielu złowrogo brzmiące „obietnice wszechogarniającej szczęśliwości” – oczywiście jak przyjmiecie słynny Traktat Lizboński. Bez wątpienia coś drgnęło, widać pewną szczelinę, pewną rysę na dotychczasowym obrazku. W Hiszpanii gdzie „postępowość” osiągnęła już Orwellowski wymiar, pewne grupy inteligencji zaczynają kontestować politykę tamtejszego rządu i to budzi nadzieje. W dużej mierze pytanie o możliwość buntu przeciwko obecnemu stanowi rzeczy, jest pytaniem o istnienie tych prawdziwych elit intelektualnych i o możliwości ich oddziaływania na społeczeństwo, ponieważ w każdym buncie te elity mają do spełnienia bardzo ważną rolę, można wręcz powiedzieć że bez ich udziału skuteczność takiego sprzeciwu wydaje się być bardzo niewielka. Kolejnym pytaniem staje się to, czy zmęczenie materiału ludzkiego jest już wystarczająco duże do przeprowadzenia takiej operacji, wszak jest to również jeden z podstawowych warunków powodzenia. Bruksela zdaje się zauważyła pewne zagrożenia, czego wymownym przykładem są ustępstwa związane z Traktatem poczynione na rzecz Irlandii i jest pewne, że nie o sam Traktat tutaj chodzi, a o to że bunt bywa zaraźliwy, a to już dla Brukseli poważny sygnał, o postępujących próbach zagrożenia jej interesom. Co prawda, te można powiedzieć symboliczne jeszcze dzisiaj próby buntu nie stanowią o obrazie całości, jednak miejmy nadzieję że początek został zrobiony, choć i tutaj nie brakuje sceptyków. Czy w idących w swym głównym nurcie w lewą stronę społeczeństwach, możliwy jest pewien rodzaj przebudzenia. Przykład z naszego rodzimego podwórka na chwilę obecną nie nastraja optymizmem. Na dzień dzisiejszy, ludzie którzy mogliby stanowić taki zaczyn tej elity z prawdziwego zdarzenia, pozostają poza głównym nurtem pierwszoplanowego obiegu informacji i wymiany myśli, królują bierność i marazm w ogóle społeczeństwa, a pospolita głupota i brak dalekosiężnej wizji budowy wolnego społeczeństwa i państwa, króluje po stronie dzisiejszych samozwańczych elit. Co z młodzieżą, czy zaubeczone na poziomie kadry uczelnie, mogą stać się kuźnią kadr dla przyszłej, rzeczywiście wolnej Rzeczypospolitej, czy ci młodzi ludzie znajdą w sobie tyle siły, żeby skutecznie opierać się antyczłowieczej ideologii wlewanej dzisiaj do ich głów przez te pseudo autorytety, a głoszonej paradoksalnie pod szyldami walki o te ludzkie prawa . Rzecz cała polega na tym, czy będziemy jako społeczeństwo aspirujące dopiero do pełnej wolności, zdolni do wyrwania się z okowów wolności pozornej, nie dającej pełnych możliwości rozwoju i równych szans każdemu obywatelowi naszego kraju, czy będziemy w stanie uchwycić ten moment, czy być może damy się nabrać na grę pozorów. Pozorne rozdźwięki, rozstania, powroty, kolejne wydania nowomowy, a wszystko po to żeby niczego nie zmieniać. Na koniec, takie wydaje się nie pozbawione do końca racji stwierdzenie, że - taka w przyszłości Rzeczpospolita, jakie dzisiaj młodzieży wychowanie.







Marek Radomski - Rada Oddziałowa SW - Jelenia Góra.

_________________
"Platforma jest przede wszystkim wielk?
mistyfikacj?. Mamy do czynienia z elegancko
opakowan? recydyw? tymi?szczyzny lub nowym
wydaniem Polskiej Partii Przyjació? Piwa....." - Stefan Niesio?owski - "Gazeta Wyborcza" nr 168 - 20 lipca 2001.


Ostatnio zmieniony przez Marek-R dnia Sob Lip 11, 2009 9:17 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Sob Lip 11, 2009 10:23 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Trybunał Konstytucyjny Niemiec.
Prawo krajowe jest nadrzędne, wobec prawa Unii Europejskiej!
Parlament Europejski nie jest parlamentem.
Dlaczego w Polsce taki pogląd, uważany jest jako herezja?
Odpowiedźcie Państwo sobie sami ... w czyim interesie realizowana jest polityka ... Rolling Eyes
Jak widać państwo niemieckie dba o swój prestiż państwa.
Unia jest federacją niepodległych niezależnych państw, które są podniotami. !!!


Polecam dyskusję dziennikarzy...

plik video
http://www.rp.pl/temat/312090.html


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Pon Sty 11, 2010 10:10 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 7:13 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Mamy prawo do hipokryzji
http://www.rp.pl/artykul/2,332404_Jacek_Holowka__Mamy_prawo_do__hipokryzji_.html

Maja Narbutt
11-07-2009, ostatnia aktualizacja 11-07-2009 14:00

Z filozofem i etykiem, prof. Jackiem Hołówką rozmawia Maja Narbutt

Rz: Ten je... Buzek. Tę nieoczekiwaną opinię usłyszeli słuchacze TOK FM, bo publicysta nie zorientował się, że już włączono mikrofon. Parę dni wcześniej telewidzowie w podobnych okolicznościach zapoznali się z bezceremonialną oceną dotyczącą przewodniczącego komisji wyborczej. Gorszy to pana?

Mamy pełne prawo, by swoje myśli i przekonania w pełni i wyraźnie ujawniać. Bardzo bym nie chciał, by ktokolwiek ze względu na poprawność polityczną i sposób funkcjonowania mediów krępował nas sztywnym gorsetem i narzucał, że pewnych rzeczy nie wolno mówić. Na to nie może być zgody.

Z drugiej strony istnieje problem prywatności. Domagam się dla siebie właśnie prawa do prywatności. Będąc w radiu, mam prawo wiedzieć, w jakim momencie jestem nagrywany, a w jakim nie. Mam prawo, by publicznie formułować fasadowe poglądy na temat pewnych ludzi, o których prywatnie mogę mieć nie najlepszą opinię, ale chcę z nimi zachować poprawne stosunki. Słowem, mam prawo do hipokryzji.

Czyli jest to element umowy społecznej? Inne zasady obowiązują w przestrzeni publicznej i prywatnej?

Właśnie. Jeśli ktoś przyszedł do studia telewizyjnego i mówi się mu, że za pięć minut wchodzi na antenę, to wolno mu mówić, co chce, bez ponoszenia konsekwencji. Nie może to przeniknąć do wiadomości publicznej. Jeśli mimo tych zapewnień kamery pracują, a prywatne opinie zostają zarejestrowane i wykorzystane, to telewizja dopuszcza się oszustwa.

Te dwie spektakularne wpadki publicystów w studiu to chyba wypadek przy pracy?

Ja podejrzewam, że zostało to utrwalone i wyemitowane nieprzypadkowo. Miało na celu może nie tyle szkodzenie tym osobom, ile skandalizowanie. Skandalizowanie zawsze przyciąga uwagę.

W pokazywaniu sytuacji, w których osoba nagrywana nie wie, że to się dzieje, specjalizują się stacje telewizyjne. Moża odnieść wrażenie, że wręcz polują na nie. Od spraw bardzo poważnych, jak wypowiedź byłego ministra obrony na temat żołnierzy z Nangar Khel, po banalne. Pokazuje się np., jak polityk jest pudrowany przed występem i prosi o więcej pudru, co oczywiście bardzo śmieszy widzów.

Media często starają się pozbawić osoby publiczne godności. Przedmiotem docinków stają się niedostatki garderoby czy niezręczności. Najbardziej uczciwego polityka można ośmieszyć. U najmądrzejszego wychwycić przejęzyczenie czy błąd językowy. Poziom tego przypomina sztubackie żarty z „Amarcordu” Felliniego, gdzie uczeń obsikuje innego, by go skompromitować.

Koncentrowanie się na nieporadnościach, drobnych śmiesznostkach ma złe skutki społeczne. Wmawia się nam, że powinniśmy się wstydzić, że otaczają nas nieudacznicy. Tworzy się atmosferę powszechnego nieudacznictwa i niepowodzeń.

Można tylko ubolewać, że stacje telewizyjne, mało zainteresowane poważnymi tematami, brną w rodzaj kabaretu politycznego, co stało się zupełnie nieznośne. Popularni stają się politycy, którzy przyjmują rolę błazna. To, co mądre, wydaje się nudne. Wygrywa ktoś, kto mówi wulgarnym językiem, przynosi do studia świński łeb lub pokazuje się ze sztucznym penisem. Brak szacunku wobec samego siebie i innych stał się chodliwym towarem.

A jednak, jak się chwali Palikot, takie zachowanie podoba się również elitom. „Panie Januszu, uwielbiam pana” – takie listy podobno dostaje od tzw. subtelnych intelektualistów.

Co ja mogę na to odpowiedzieć? To jest tak samo chorobliwe jak zamiłowanie do pornografii, do niebezpiecznych wyścigów samochodowych czy dziwactw związanych z tatuażem.

Uważa pan, że upublicznianie prywatnych wypowiedzi jest moralnie naganne. A jak ocenić sytuację, która niedawno zbulwersowała wiele osób: Monika Olejnik zacytowała słowa pięcioletniej córeczki Romana Giertycha, że „tatuś pracuje w telewizji” – najpierw rozmawiała z cudzym dzieckiem spotkanym w telewizyjnych korytarzach, a potem wykorzystała to w felietonie.

To było nadużycie. Uderzenie w słaby punkt, w sytuacji gdy osoba zaatakowana nie może się bronić. Dziecko nie wszystko rozumie i wie, a pewne rzeczy zmyśla. Może w rozbawieniu powiedzieć o swoim tatusiu, że „jest świnką” czy „jest wilkiem”. Tego rodzaju słowa w języku dziecięcym mogą mieć kompletnie inne znaczenie, niż im nadajemy. A poza tym słowa dziecka należą do kręgu wypowiedzi o charakterze prywatnym. Ujawnianie życia prywatnego, intymnego to zachowanie typowe dla paparazzich.

Czyli możemy sformułować zasadę: trzeba rozgraniczyć przestrzeń prywatną i publiczną i w każdej obowiązuje inna odpowiedzialność za słowo?

Tak. Ale jest też druga strona tego zjawiska – polscy politycy często zapominają, że znajdują się w przestrzeni publicznej, i zachowują tak swobodnie jak w prywatnej. Niesie to spore ryzyko – słyszymy wtedy wypowiedzi takie jak o „małpie w czerwonym”.

Dziennikarze też miewają problemy z zachowaniem się w przestrzeni publicznej. Przypadek Kamila Durczoka, którego sfilmowano przed „Faktami”, gdy wściekły z powodu brudnego stołu klnie jak szewc, jest dość bulwersujący. Podobne problemy z zachowaniem miewał Tomasz Lis.

– Jeśli ktoś stara się sprawiać doskonałe wrażenie, a kiedy publiczność go nie widzi, zachowuje się tak prymitywnie i wulgarnie, zasługuje na zimny prysznic. Akceptowanie podwójnego standardu zachowań przez stacje telewizyjne jest niedopuszczalne. Jednocześnie rozumiem, że ludzie prowadzący programy informacyjne są pod wielkim ciśnieniem. Boją się wpadki, gafy, własnego błędu. Kiedy przemawiają brutalnie, ich intencją jest, by ich słowa były natychmiast zauważone i na nich koncentrowała się uwaga ekipy. Gdy zespół pracuje na jedną osobę, która jest na pierwszym planie, często się zdarza, że ci z drugiego planu są znudzeni, nie uważają, gadają. Sam to obserwowałem, występując w telewizji.

Ale ciekawe, że osoby, którym pod wpływem stresu puszczają nerwy, odreagowują zawsze na podwładnych. Pod wpływem stresu był też prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki, który miał się zwrócić do strażnika miejskiego: „Gdzie masz czapkę, ch...”. Tak słyszało otoczenie, choć sam strażnik zapewnia, że prezydent nie użył wulgarnego słowa.

To żenująca sytuacja, gdy człowieka pozbawia się godności.

Trudno nie wspomnieć o minister pracy Jolancie Fedak, która przed posiedzeniem rządu powiedziała ministrowi rolnictwa Markowi Sawickiemu: „Sp... laj”. Potem jednak się kajała przed opinią publiczną.

Zażenowanie pani Fedak było cokolwiek spóźnione. Najbardziej niepokojąca w tej sytuacji jest reakcja ministra Sawickiego i to, jakie wnioski można z niej wysnuć. Nawet nie o to chodzi, że nie odpowiedział: „Jak ci nie wstyd?”. Mógł milczeć, bo po prostu go zamurowało. Ale jeśli ktoś widział jego twarz, nie ma wątpliwości, że nie był specjalnie zaskoczony. Można więc domniemywać, że politycy – nie nazywajmy ich elitą – komunikują się w tak dziwacznym stylu. Ma to fatalne i głębokie konsekwencje. To właśnie politycy, prasa i młodzież – bo wystarczy posłuchać gimnazjalistów wychodzących ze szkoły – przyczyniają się do upadku obyczajów.

A jakie są skutki społeczne tej brutalizacji?

Etykieta, dobre wychowanie, parlamentarny język są dla życia publicznego sprawą podstawową. Przez wulgarne słowa nie przebije się żadna jasna myśl. Popularyzowanie prymitywizmu w sposobie bycia prowadzi do tego, że zdania są coraz krótsze, myśli coraz bardziej trywialne, a poglądy coraz bardziej demagogiczne.

źródło: Rzeczpospolita
http://www.rp.pl/artykul/2,332404_Jacek_Holowka__Mamy_prawo_do__hipokryzji_.html


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Pon Sty 11, 2010 10:10 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 10:16 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Czarny HUMOR : Dla niego najważniejsze były

wolność słowa i prawa człowieka


http://www.rp.pl/artykul/2,333742_Najwazniejsze__wolnosc_slowa_i_prawa_czlowieka.html



źródło: Fotorzepa , Bronisław Geremek

marf 14-07-2009, ostatnia aktualizacja 14-07-2009 01:18

- Był jednym z tych, którzy dali wzorzec uprawiania polityki – Bronisława Geremka wspomina Henryk Wujec

W Warszawie odsłonięto wczoraj tablicę upamiętniającą prof. Bronisława Geremka w pierwszą rocznicę jego śmierci.

Były poseł na Sejm RP, minister spraw zagranicznych, poseł do Parlamentu Europejskiego zginął w wypadku drogowym

13 lipca 2008 roku.

RZ: Minął rok od śmierci prof. Geremka. Czy odczuwalny jest jego brak na naszej scenie politycznej?

Henryk Wujec, działacz opozycji w czasach PRL: Szczególnie było to widoczne w okresie ostatniej kampanii do europarlamentu. Nie było silnego akcentu proeuropejskiego, który zawsze reprezentował Geremek. Na naszej scenie politycznej zauważalny jest brak polityka tego formatu co profesor, a więc osoby kierującej się racją stanu i dobrem publicznym. Starał się nie brać udziału w typowych grach politycznych. Nie widzę drugiej porównywalnej z nim postaci poza Tadeuszem Mazowieckim. Obaj dali wzorzec uprawiania polityki, który niestety nie znajduje naśladowców.

Profesor odegrał znaczącą rolę w kształtowaniu opozycji demokratycznej w czasach PRL?

Pod koniec lat 70. był zaangażowany w tworzenie tak zwanych latających uniwersytetów, czyli Towarzystwa Kursów Naukowych. Był to niezależny ruch wykładów i publikacji.

Wtedy go poznałem. Szybko stał się liderem tej inicjatywy. Nasza znajomość rozwinęła się później, w czasach „Solidarności”.

Był jedną z jej czołowych postaci programowych. Zajmował się tworzeniem idei Rzeczypospolitej samorządnej, o którą mieliśmy walczyć, oraz nadawaniem kształtu dalszemu rozwojowi organizacji.

Od 2004 r. był posłem do PE. Czy to była jakaś forma politycznej emerytury?

Nie nazwałbym tego emeryturą. Można pełnić różne funkcje w europarlamencie, a następnie powrócić do polityki krajowej. Jednak rzeczywiście formacja, z której się obaj wywodzimy, a więc Unia Demokratyczna i Unia Wolności, nie odgrywa już od pewnego czasu istotnej roli na krajowej scenie politycznej. Geremek był bardzo ceniony w Europie, ale w Polsce nie miał już silnego zaplecza politycznego. Mógłby objąć ważne stanowisko w kraju, ale wyborów nie zdołałby wygrać.

Jakie prof. Geremek miał poglądy?

Był liberałem. W sferze gospodarki opowiadał się za roz- wiązaniami rynkowymi. Ale na pierwszym miejscu stawiał ekonomię społeczną. Bliższe niż rynek były mu rozwiązania społeczne. To był zdecydowany demokrata. Najważniejsze dla niego były wolność słowa i prawa człowieka.

źródło: Rzeczpospolita
http://www.rp.pl/artykul/2,333742_Najwazniejsze__wolnosc_slowa_i_prawa_czlowieka.html

Komentarz:

Ważny cytat:

"- Był jednym z tych, którzy dali wzorzec uprawiania polityki – Bronisława Geremka wspomina Henryk Wujec ".

Uważam, że te słowa Henryka Wujca najbardziej
odzwierciedlają klimat polityczny jaki panuje w polskiej polityce od 31 sierpnia 1988r do dnia dzisiejszego.
Jaki wzorzec, taki styl polityczny. Stąd moim zdaniem , powstała przyczyna kryzysu postaw politycznych, gdzie górą stały się cynizm
i obojętność wobec spraw dotyczących państwa polskiego.
Dlatego tak trudno jest przełamać istniejący klimat cynizmu w polityce. Podtrzymywany przez usłużnych dziennikarzy. Rolling Eyes


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Pon Sty 11, 2010 10:11 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 12:05 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Niemcy traktują swoją konstytucję poważnie
http://www.rp.pl/artykul/9157,331865_Niemcy_traktuja_konstytucje_powaznie.html



Zdzisław Krasnodębski

10-07-2009, ostatnia aktualizacja 10-07-2009 00:09

Nie ma znaczenia, jaki procent praw pochodzi z Unii:
70 procent czy 120 procent, gdyż mają one moc obowiązującą w Republice Federalnej tylko dlatego, że to reprezentanci niemieckiego narodu uznają te prawa – pisze filozof społeczny

Czy pamiętamy jeszcze bajkę o bardzo złym prezydencie, który nie chce podpisać traktatu lizbońskiego? To oczywiście tylko jedna z obszernego zbioru bajek tworzonych przez nadwornych bajkopisarzy rządowych, rozpowszechnianych przez usłużnych dziennikarzy prywatnych mediów i bogato ilustrowanych prostackimi happeningami.

Jeszcze niedawno niemal każda rozmowa w mediach o polityce kończyła się sakramentalnym przypomnieniem, że prezydent wstrzymuje przyjęcie tak potrzebnego Polsce i Europie traktatu. Ostatnio miało to nawet odbierać szanse Jerzemu Buzkowi, który w roli przewodniczącego w Parlamencie Europejskim ma się stać prawdziwym Buzkiem-zdrojem leczącym ciężkie polskie kompleksy.

Pomijano przy tym nie tylko to, że traktat lizboński jest w istotnych punktach mniej korzystny dla Polski niż nicejski, że przyjęliśmy go pod naciskiem europejskich potęg i po ciężkich negocjacjach, lecz także to, że został odrzucony przez Irlandczyków w demokratycznym, wolnym referendum. A gwałcenie suwerennej woli nawet małych narodów ani nie leży w interesie Polski, ani nie jest zgodne z deklarowanymi przez Europejczyków zasadami.

I oto w zeszłym tygodniu niemiecki Trybunał Konstytucyjny uznał, że wprawdzie traktat lizboński może być na gruncie obowiązującej konstytucji ratyfikowany, ale że powinien być uzupełniony stosowną ustawą, aby utwierdzić i wzmocnić rolę parlamentu, a tym samym prawa suwerennego narodu, którego ów parlament jest reprezentantem.


Granice integracji

Co więcej Trybunał wyznaczył granice dalszej integracji. Zgodnie z tym orzeczeniem wraz z traktatem lizbońskim integracja europejska dotarła do swych granic. Budowa europejskiego superpaństwa jest na gruncie obowiązującej konstytucji w Niemczech niedopuszczalna. Trybunał podzielił więc zdanie tych, którzy wnieśli skargę, choć uznał, że nie stosuje się ona jeszcze do obecnego traktatu.

Sprawa jest poważna, bo nie chodzi o Trybunał pośledniego państewka nowej Europy, lecz o wielki kraj samego rdzenia Europy, najbardziej rdzenny z rdzennych. Gdyby podobne wątpliwości miał trybunał konstytucyjny jakiegoś mniej znaczącego kraju, po prostu wezwano by sędziów, by jeszcze raz przemyśleli swoje stanowisko. Trochę by ich mniej lub bardziej przyjacielsko postrofowano, trochę by im poobiecywano, i sprawa zostałaby rozwiązana.

Podobnie skłoniono przecież Irlandczyków do powtórnego referendum, choć nikt nie ośmielił się zmuszać Francuzów (gdy odrzucili traktat konstytucyjny), by głosowali ponownie. W tym wypadku uznano, że trzeba przepakować konstytucję w nową formę i zrezygnować z niektórych zbyt śmiałych zapisów.

Dlaczego niemiecki Trybunał wydał to salomonowe orzeczenie? Otóż dlatego, że traktuje poważnie konstytucję swego kraju. Ta zaś stanowi, że to nikt inny, lecz „świadomy swojej odpowiedzialności przed Bogiem i ludzkością” naród niemiecki (das Deutsche Volk) nadał sobie prawo zasadnicze.

To naród niemiecki jest suwerenem swej republiki. Może on oczywiście zawierać międzynarodowe traktaty, może scedować część – ale tylko część – swoich uprawnień na Unię Europejską, lecz to on pozostaje podmiotem tego procesu.

Nie ma znaczenia, jaki procent praw pochodzi z Unii, czy 70 procent czy 120 procent, gdyż mają one moc obowiązującą w Republice Federalnej tylko dlatego, że to reprezentanci niemieckiego narodu zebrani w niemieckim parlamencie uznają te prawa. To niemiecki parlament nadaje im moc, a zadaniem Trybunału Konstytucyjnego jest stać na straży, by nie naruszały one prawa zasadniczego.

W Polsce twierdzi się, że suwerenność to anachroniczna idea, niemająca znaczenia w świecie współczesnej polityki. Wyrok niemieckiego Trybunału przypomina nam, że ci, którzy przy każdym proponowanym kolejnym kroku integracji europejskiej nawołują w Polsce, by podpisywać wszystko jak leci i nie zastanawiać się, czy narusza to naszą suwerenność, w większym stopniu kultywują postawę i tradycję typowo – niestety – polską niż zachodnioeuropejską.

Polska tradycja bowiem to nie tylko powstania, opór przeciw zniewoleniu i walka o odzyskanie niepodległości, lecz również potulne zatwierdzanie i legalizacja zarządzeń zewnętrznych mocy zwierzchnich, bez oglądania się na naród i zasadę suwerenności. Nie może dziwić trwałość tej postawy nawet po 20 latach niepodległości, skoro polscy politycy, prawnicy, konstytucjonaliści w większości wyedukowani byli w czasach, kiedy Polska miała status semikolonialny.


Bajka o złym prezydencie

Suwerenem w PRL była lokalna partia komunistyczna podporządkowana zwierzchniej partii sowieckiej. To ona, a nie polski naród stanowiła prawo. Także dzisiaj część polskich elit politycznych uznaje się nie tyle za reprezentantów woli narodu, ile za przedstawicieli światłej ponadnarodowej awangardy i chce skwapliwie wcielać jej absolutnie dobre cele na powierzonym sobie obszarze.

Traktaty europejskie rozumie nie jako określenie zasad warunkowego udziału Polski, suwerennego kraju wolnych Polaków, w dobrowolnym związku suwerennych państw, lecz w analogii do zadania postawionego naszym przodkom na sejmie grodzieńskim (potwierdził II rozbiór Polski i okazał się ostatnim sejmem I Rzeczypospolitej – red.).

Jak się kończy bajka o bardzo złym prezydencie? Głuchym milczeniem, bo tak naprawdę jest to mało budująca opowieść o niezbyt rozgarniętych Polakach – a także nadzieją, że wkrótce ci Polacy wybiorą bardzo dobrego prezydenta, który zawsze podpisze to, co trzeba, i będzie przy tym ładnie wyglądał i jeszcze ładniej się uśmiechał.

Pisał w opiniach

Stefan Hambura Niemcy pokazują, jak bronić suwerenności 7 lipca 2009 r.

Autor jest socjologiem i filozofem społecznym, profesorem Uniwersytetu w Bremie i UKSW w Warszawie.

Współpracuje z „Rzeczpospolitą”

http://www.rp.pl/artykul/9157,331865_Niemcy_traktuja_konstytucje_powaznie.html


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Pon Sty 11, 2010 10:12 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 12:25 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Niemcy pokazują, jak bronić suwerenności
http://www.rp.pl/artykul/9157,330326_Hambura__Niemcy_bronia_suwerennosci.html

Stefan Hambura 07-07-2009, ostatnia aktualizacja 07-07-2009 07:42

Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego Niemiec blokuje przekształcanie Unii w federację i potwierdza, że Unia Europejska to porozumienie suwerennych państw narodowych – pisze prawnik



autor zdjęcia: Rafał Guz
źródło: Fotorzepa

Skomentuj na blogu

Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny (FTK) wydał 30 czerwca 2009 r. wyrok w sprawie traktatu z Lizbony. Warto zapamiętać tę datę. FTK stwierdził, że Unia Europejska to związek suwerennych państw, a nie federacja. Jeżeli Niemcy chciałyby się stać częścią federacji europejskiej, to zgodnie z artykułem 146 niemieckiej konstytucji (Grundgesetz) naród musiałby zdecydować o tym w referendum po napisaniu nowej niemieckiej konstytucji, która by na to zezwalała.

Powrót państwa narodowego

Decyzja Trybunału w Karlsruhe ma fundamentalne znaczenie dla przyszłości UE i na długo zablokuje jej dalszą ewolucję. Orzeczenie precyzyjnie definiuje zależności: Unia Europejska, państwa narodowe i narodowe parlamenty.

Przy okazji orzeczenia w sprawie traktatu z Lizbony FTK dokonał swoistej nacjonalizacji Unii Europejskiej, wzmacniając pozycję niemieckiego parlamentu i niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego
Według FTK Parlament Europejski nie jest parlamentem, gdyż ma braki w zakresie definicji równości podczas wyborów. Wszelkie decyzje rozszerzające lub zmieniające kompetencje UE muszą uzyskać potwierdzenie ustawowe Bundestagu (ewentualnie Bundesratu), aby obowiązywały w Niemczech.

Trybunał powiedział więc traktatowi lizbońskiemu: „tak, ale”. Czyli jest on zgodny z konstytucją Niemiec, o ile rozstrzygnięcia zapadające według nowych reguł przegłosuje każdorazowo w ustawie niemiecki parlament.

Trybunał Konstytucyjny dokonał także nowej wykładni definicji UE, co jej wolno i jak daleko może się posunąć integracja europejska, aby istota niemieckiej państwowości nie została naruszona. Do tego wszystkiego FTK podkreśla na przyszłość zarówno swoją kompetencję w badaniu ewentualnych naruszeń, jak i swoją niezależność od Trybunału Sprawiedliwości Wspólnot Europejskich w Luksemburgu zwanego potocznie ETS.

„Nie” dla państwa europejskiego

Krótko mówiąc, przy okazji orzeczenia w sprawie traktatu z Lizbony FTK dokonał swoistej nacjonalizacji Unii Europejskiej, wzmacniając pozycję niemieckiego parlamentu i niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego.

Jeżeli tak zinterpretowany traktat lizboński zostanie przez Niemcy ratyfikowany, wszystkie pozostałe państwa będą się musiały dostosowywać do rozstrzygnięć niemieckiego parlamentu, który ustawowo będzie kontrolował decyzje przedstawiciela Niemiec w Radzie Unii. Dodajmy do tego, że takie rozstrzygnięcia – jako podejmowane w trybie ustawy przez niemiecki parlament – mogą być zaskarżane do FTK i przezeń kontrolowane.

Mechanizm ten gwarantuje zachowanie niemieckiej suwerenności (i każdego z państw, które by poszły tym samym śladem), ale zasadniczo wydłuży proces podejmowania decyzji. W efekcie traktat lizboński, który miał się przyczynić do integracji UE, może – na skutek interpretacji FTK – stać się barierą na drodze przekształcania się Unii w federację państw europejskich.

Nie ma wątpliwości, że taki był właśnie cel FTK, co wprost zostało powiedziane w orzeczeniu.

Wyrok z 30 czerwca 2009 r. nie jest wewnętrzną sprawą niemiecką, dotyczy wszystkich państw członkowskich, także Polski. Inaczej mogą sądzić tylko ludzie niekompetentni, nieznający dotychczasowego procesu integracji europejskiej i znaczenia orzeczeń FTK, jak np. w sprawach „Solange I”, „Solange II”, „Maastricht”.

FTK zachował się bardzo przebiegle, a jego orzeczenie jest niezwykle precyzyjne. Z jednej strony stwierdził, że ustawa zezwalająca Republice Federalnej Niemiec na ratyfikację traktatu z Lizbony jest zgodna z niemiecką ustawą zasadniczą. Z drugiej zaś orzekł, że ustawa o rozszerzeniu oraz wzmocnieniu praw Bundestagu i Bundesratu w sprawach UE narusza art. 38 ust. 1 w związku z art. 23 ust. 1 ustawy zasadniczej. I dlatego właśnie ratyfikacja traktatu z Lizbony w Niemczech została wstrzymana przez FTK do czasu odpowiedniego ustawowego zagwarantowania praw Bundestagu i Bundesratu.

W tym kontekście warto spojrzeć bliżej na zapisy artykułów niemieckiej konstytucji, które – według FTK – zostały naruszone.

Artykuł 38 ust. 1: „Posłowie do niemieckiego Bundestagu zostają wybrani w wyborach powszechnych, bezpośrednich, wolnych, równych i tajnych. Są przedstawicielami całego narodu, nie są związani poleceniami i instrukcjami i podlegają tylko swojemu sumieniu”. Artykuł ten ma podobne zapisy jak art. 96 i 104 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej.

Artykuł 23 ust. 1: „Dla urzeczywistnienia zjednoczonej Europy Republika Federalna Niemiec współdziała w rozwoju Unii Europejskiej, która zobowiązana jest przestrzegać zasad demokracji, państwa prawa, socjalnych i federalnych i zasady subsydiarności oraz zapewnia porównywalną z niniejszą ustawą zasadniczą ochronę praw podstawowych. Republika Federalna Niemiec może ponadto przekazać prawa zwierzchnie ustawą po uzyskaniu zgody Bundesratu. Do umocowania Unii Europejskiej, jak również do zmian jej traktatowych podstaw i porównywalnych uregulowań, w których wyniku ta ustawa zasadnicza ulega w swojej treści zmianie lub uzupełnieniu lub takie zmiany albo uzupełnienia zostaną umożliwione, stosuje się art. 79 ust. 2 i 3”.

Zapisy tego artykułu mają podobne zadanie do spełnienia jak zapisy art. 90 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Zarówno w niemieckiej, jak i polskiej konstytucji jest to punkt oddziaływania na siebie dwóch porządków: narodowego i unijnego.

Powyższe porównanie zapisów konstytucyjnych pokazuje, że regulacje w Niemczech i Polsce są podobne. Udowadnia to zatem potrzebę działania także w Polsce.

Szansa dla Polski

FTK w Karlsruhe nie ma zaufania do Parlamentu Europejskiego. Ciekawe są jego wyliczenia dotyczące liczby reprezentowanych wyborców przez poszczególnych członków Parlamentu Europejskiego w zależności od reprezentowanego państwa członkowskiego po zmianach wynikających z traktatu z Lizbony. Tak więc na członka Parlamentu Europejskiego reprezentującego Francję lub Niemcy przypada 857 000 obywateli unijnych. Natomiast na członka reprezentującego Luksemburg 83 000 obywateli unijnych, a więc około dziesięć razy mniej aniżeli w przypadku Francji i Niemiec.

To przykład naruszenia zasady równości w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Zasada równości w wyborach powszechnych obowiązuje zarówno w Niemczech (art. 38 ust. 1 niemieckiej konstytucji), jak i w Polsce (art. 96 ust. 2 polskiej konstytucji).

FTK stwierdza, że równość wszystkich obywateli przy wykonywaniu prawa wyborczego jest jedną z istotnych podstaw porządku państwowego. W Polsce nie ma w tej materii różnicy.

Ten wyrok powinien być zatem również wyzwaniem dla polskich posłów. Rezygnując z wakacji, powinni oni przygotować taką samą ustawę, nad którą pracuje niemiecki parlament, gwarantując sobie swoje prawa w UE.

Autor prowadzi kancelarię adwokacką w Berlinie, jest współautorem pierwszych w Polsce komentarzy do traktatów europejskich

źródło: Rzeczpospolita
http://www.rp.pl/artykul/9157,330326_Hambura__Niemcy_bronia_suwerennosci.html


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Pon Sty 11, 2010 10:12 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Sylwia



Dołączył: 06 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Wto Gru 06, 2016 1:46 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 5:54 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kto obroni naszą suwerenność

http://www.rp.pl/artykul/333684.html



Krystyna Pawłowicz

13-07-2009, ostatnia aktualizacja

Wyrok niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego dał przyzwolenie dla podobnych działań ochrony suwerenności w innych państwach. Ale czy znajdzie się wola polityczna rządzących, by obrony polskich interesów się podjąć? – zastanawia się profesor prawa.

Pierwotny projekt europejskiej wspólnoty gospodarczej, który wyrodził się w sui generis kontynentalne państwo, musiał w konsekwencji doprowadzić do zasadniczych przeobrażeń w organizacji i funkcjonowaniu państw członkowskich. Realizacja unijnego pomysłu dotarła do miejsca, w którym oficjalnie uzewnętrznił się już konflikt o granice integracji i zakres kompetencji demokratycznych, suwerennych państw narodowych.

Kolejne etapy zacieśniania integracji uregulowane w traktacie z Lizbony napotkały już opór struktur jednego z państw członkowskich UE. Niemiecki Trybunał Konstytucyjny swym dotykającym fundamentów europeizmu wyroku zatrzymał integrację w biegu, powodując ambaras i zaskoczenie unijnych decydentów.


Pochłanianie suwerenności

Procesy integracyjne to w rzeczywistości przejmowanie na ogromną skalę, w sposób niedostrzegalny na bieżąco dla przeciętnego obywatela, przez hybrydowe struktury zwane Wspólnotami Europejskimi (lub Unią Europejską), kompetencji państw narodowych i jego struktur organizacyjnych funkcjonujących nominalnie według reguł trójpodziału władz, zasady zwierzchnictwa narodów (parlamentów) nad władzą wykonawczą (urzędniczą) czy hierarchicznie zbudowanych systemów prawnych z konstytucją i ustawami na ich szczycie.

Integracja w celu tworzenia państwa europejskiego jest zaprzeczeniem tych tradycyjnych reguł działania państw demokratycznych. Koncept Unii Europejskiej „żywi się” bowiem kompetencjami i funkcjami suwerennych państw, które stopniowo przejmuje, uzurpując sobie rolę nadrzędnego nad narodami suwerena wspólnotowego. W Polsce o około 80 proc. spraw regulowanych prawem decydują już organy unijne w Brukseli.

Inicjatywa, która po II wojnie światowej miała doprowadzić do względnego pokoju i zgodnej współpracy państw europejskich, wskutek swej degeneracji przekształciła się w twór myląco nazwany „organizacją międzynarodową”, rządzący się jednak własnymi, konkurencyjnymi wobec państw członkowskich prawami, interesami, celami, aspirujący do państwowości, suwerenności czy odrębnego obywatelstwa. W tym celu etapami demontuje on i wchłania suwerenne państwa go tworzące.

Polski parlament swą własną ustawą zrzekł się pozakonstytucyjnie wpływu na sprawy polskie w UE
Ze struktury służebnej dla państw członkowskich Wspólnoty stały się z czasem bezwzględną władzą centralną nakładającą obowiązki i dotkliwe kary finansowe. Twarzą i synonimem Unii jest unijny komisarz, wyłaniany jak wszyscy jej funkcjonariusze w niedemokratycznych, częściowo tajnych, procedurach.


Antydemokratyczny traktat

Ucieleśnieniem kolejnego milowego kroku w znoszeniu suwerenności terytoriów składających się na budowane państwo europejskie i przenoszeniu lub ograniczaniu ich kompetencji na rzecz centralnych struktur UE jest traktat z Lizbony. Jego postanowienia są jaskrawie, żeby nie powiedzieć – bezczelnie, antydemokratyczne, demoralizująco odrzucają sens prawa w jego wielowiekowym, dwutysiącletnim, rzymskim znaczeniu, zastępując je unijnym pojęciem „aktualnie obowiązujący system wartości”.

Skandalicznie niedemokratyczne procedury stanowienia unijnego prawa, na który państwa ani ich obywatele nie mają żadnego wpływu, zostały ogólnie wprowadzone m.in. w części szóstej, tytule I, rozdziale 2 zreformowanego przez traktat lizboński traktatu o funkcjonowaniu UE. Jednostka i państwa stają się przedmiotem zobowiązanym do wykonywania różnych, całkowicie niejasnych „celów i interesów” integracyjnych i ogólnie postępowych.

Traktat z Lizbony doprecyzowuje i dosztukowuje kolejne elementy jednolitego państwa (np. ustanowił nowy organ: wysokiego przedstawiciela do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, w istocie ministra spraw zagranicznych UE dla wszystkich państw członkowskich). Traktat w około 50 obszarach pozbawia państwa członkowskie prawa weta na rzecz głosowania większościowego, przypisuje domniemanie kompetencji na rzecz organów unijnych, odrzucając tym samym kategorię naturalnego suwerena władzy, jakim jest państwo i jego demokratycznie wybrany parlament.

Traktat z Lizbony radykalnie przesuwa punkt ciężkości władzy z parlamentów państw członkowskich na centra decyzyjne w UE.


Życzliwość dla interesów UE

Faktyczną agresję na instytucję demokratycznego, suwerennego państwa uzasadnia wzniośle nie tylko Europejski Trybunał Sprawiedliwości, ale też – niestety – większość trybunałów konstytucyjnych państw europejskich, wpisując się w polityczne zapotrzebowanie elit władzy.

Trybunały te utożsamiają się z interesami integracyjnymi, a nie swych własnych państw. Np. polski Trybunał Konstytucyjny dowodzi rzekomego istnienia (nieistniejącej przecież) w konstytucji polskiej, dziwacznej w systemie demokratycznym i prawnym zasady „życzliwej” dla integracji unijnej interpretacji przepisów polskich, aby w razie sprzeczności przepisów obu tych systemów zapewnić poprzez tę regułę pierwszeństwo przepisom wspólnotowym, zewnętrznym. Korzystanie z samowolnie wymyślonej, nieistniejącej (bo sprzecznej z logiką każdej konstytucji) zasady umożliwiającej w sytuacjach konfliktu norm niezastosowanie norm polskiej konstytucji lub innego aktu prawnego lub ich obejście lub nadinterpretację lub innej techniki, doprowadziło do stanu, w którym TK swymi subiektywnymi, nieweryfikowalnymi, „życzliwymi” dla interesów i celów UE interpretacjami polskiego prawa przekierunkowuje i zmienia (pozakonstytucyjnie) konstytucyjne zasady organizacji i funkcjonowania państwa polskiego, poddając je bezpodstawnie władzy organów UE.

Elity władzy zainteresowane są głównie realizacją modnych i „poprawnych” projektów integracyjnych, dowodząc raczej swych kompleksów niż patriotyzmu i lojalności narodowej.

W obronie Niemiec

Na tym tle pozytywnie wyróżniał się zawsze niemiecki Trybunał Konstytucyjny, a w ubiegłym roku także Trybunał w Czechach. Niemiecki TK (FTK) w swym wyroku z 30 czerwca nie miał wprawdzie nic przeciwko samemu traktatowi z Lizbony zabierającemu obszerne dziedziny władzy państwom członkowskim (co zrozumiałe, gdyż Niemcy są nie tylko największym płatnikiem Unii, ale też i najpoważniejszym w niej decydentem), to jednak stanowczo zażądał dla niemieckiego parlamentu, obywateli Niemiec oraz dla siebie samego wpływu na procesy decyzyjne w UE. Tak aby prawa podstawowe określane przez niemiecką konstytucję nie były naruszane lub znoszone.

FTK swym wyrokiem nagłośnił uporczywie, „życzliwie i prowspólnotowo” zamilczany przez inne państwa, trybunały, środowiska naukowe i media od dawna nabrzmiały podstawowy problem proporcji między zakresem integracji z UE (tzn. zakresem suwerennych kompetencji przekazywanych przez państwa organom Unii) z zakresem suwerenności narodów i zwierzchniej roli parlamentów nad władzą wykonawczą działającą w stosunkach z UE.

FTK wziął wszystkie te wartości w obronę i w interesie Niemiec, Niemców i swoim własnym wstrzymał ratyfikację traktatu do czasu zabezpieczenia w prawie niemieckim tych spraw. Jednocześnie, co może najistotniejsze, odrzucił koncepcję przekształcania Unii w jednolite państwo kosztem likwidacji suwerenności państw członkowskich.

Wyrok FTK nie wywołuje oczywiście skutków prawnych w Polsce. Powstaje więc sytuacja, iż pod ewentualnymi rządami tego samego dla wszystkich traktatu Niemcy chronić będą swe konstytucyjne prawa podstawowe i swą suwerenność (m. in. poprzez ocenę regulacji unijnych, a nawet niepodporządkowanie się im). Inne państwa, które podobnych ustaleń jak FTK nie dokonały lub nie dokonują – środków ochrony swej suwerenności mieć nie będą.

Organy unijne nie sprzeciwiły się obronnej, stanowczej i radykalnej interpretacji unijnego traktatu, zaś kanclerz Angela Merkel (wprawdzie tylko publicznie) była wyrokiem zachwycona.

Polska konstytucja jak uboga krewna

Wyrok FTK stworzył dla wszystkich państw członkowskich nową sytuację prawną o niezwykłej doniosłości. Przedstawiona w jego uzasadnieniu argumentacja ustrojowo-prawna z oczywistych powodów powinna być uwzględniona w koniecznych, podobnych działaniach władz polskich, gdyż systemy ustrojowe państw europejskich są zasadniczo zbliżone.

Trudno sobie wyobrazić, by po wyroku FTK władze polskie, ośrodki polityczne czy naukowe przeszły nad wytkniętym problemem zagrożenia przez traktat lizboński suwerenności narodów i parlamentów do porządku. By udały, że wyrok FTK to wewnętrzna sprawa Niemiec, by nie próbowały analogicznie zabezpieczać interesów Polski, Polaków i parlamentu czy TK w decyzyjnych procedurach unijnych. Do działania władze publiczne zobowiązuje Konstytucja RP i przysięga, którą członkowie wszystkich władz złożyli. Posłowie na przykład, iż „rzetelnie i sumiennie wykonywać będą obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Polski, czyniąc wszystko dla pomyślności Ojczyzny”, a premier, iż „dobro Ojczyzny… będzie dla mnie zawsze najwyższym prawem”.

Na razie zdumienie budzi brak jakiejkolwiek reakcji na niemiecki wyrok środowisk polskich eurosympatyków, konstytucjonalistów, parlamentu, marszałków, partii politycznych, władz, którzy często walczą o nieistotne drobiazgi. Gdy zaś otworzyła się konieczność dyskusji nad sprawami dla Polski fundamentalnymi, dotyczącymi jej podmiotowości w UE, potrzebą zwiększenia podmiotowości polskiego parlamentu w procedurach decyzyjnych w Unii – nikt nic nie mówi.

Wydaje się, iż odmiennie niż w Niemczech (zob. Zdzisław Krasnodębski, „Rz” 10 lipca 2009 r.) w Polsce po akcesji do UE konstytucji nie traktuje się poważnie, nie jest w podstawowych regulacjach respektowana (rola Sejmu, rządu, wolności gospodarczej, źródeł prawa itp.). Władze bardzo rzadko odwołują się w swych działaniach do niej, bezpodstawnie dając w praktyce pierwszeństwo przepisom unijnym. To one są przedmiotem troski władz o należyte i pełne stosowanie. Przepisy polskie, w tym konstytucja, jak uboga krewna, w razie sprzeczności unijnych regulacji z jej postanowieniami jest naginana i „życzliwie” przeinterpretowywana w swoje zaprzeczenia. Konstytucja RP, mentalnie, z chwilą akcesji została w istocie przez władze odrzucona, stanowiąc widoczny balast i kłopot na drodze integracji i podporządkowania się Brukseli. Co oznacza, iż suwerenność, o którą tak stanowczo walczy FTK, w Polsce nie jest wartością. Mówiąc językiem młodzieżowym, suwerenność Polski, podobnie jak patriotyzm jest traktowana raczej jako polityczny „obciach” i przejaw nacjonalizmu.

Osłabianie Sejmu

Niemiecki FTK zażądał realizowania konstytucyjnych wymogów demokracji także w stosunkach z UE, w procesach decyzyjnych Unii. W Polsce zaś sytuacja w zakresie wpływu suwerena (narodu, władzy ustawodawczej) na działania władz wykonawczych (rządu) podejmowanych w imieniu Polski w stosunkach z UE jest zasadniczo sprzeczna z polską konstytucją.

Według jej art. 4 „władza zwierzchnia w RP należy do Narodu”, który „sprawuje władzę przez swych przedstawicieli”. Władzę ustawodawczą w RP sprawuje Sejm i Senat (art. 95). Władza zwierzchnia dotyczy całokształtu spraw w państwie, także tego, a może zwłaszcza tego, co jest przedmiotem przekazywania kompetencji władz publicznych (suwerenności państwowej) przez Polskę do struktur Wspólnot. Jednak uchwalona na potrzeby akcesji Polski do Unii ustawa z 11 marca 2004 r. o współpracy Rady Ministrów z Sejmem i Senatem w sprawach związanych z członkostwem RP w UE jaskrawie sprzecznie z Konstytucją RP zmienia ustrojową rolę polskiego parlamentu, czyniąc z niego w 80 procentach spraw przekazanych do Unii organ wyłącznie opiniodawczy dla działań Rady Ministrów i organów wspólnotowych, organ co najwyżej „informowany” przez rząd oraz działający w sprawach unijnych jako lokalny („krajowy”) organ wykonujący, implementujący ustalenia i decyzje urzędników z Brukseli.

Polski parlament swą własną ustawą zrzekł się pozakonstytucyjnie wpływu na sprawy polskie w UE. Tę oczywiście sprzeczną z konstytucją ustawę zaskarżono do TK, który jednak życzliwie dla UE i organizacji jej pracy, lecz nieżyczliwie dla polskiego suwerena (narodu, parlamentu) uznał konstytucyjność przepisów tej ustawy, chociaż odebrała ona parlamentowi (a tym samym narodowi) wpływ i głos w sprawach podporządkowywania państwa polskiego strukturom do niego konkurencyjnym (sprawa K 24/04).

TK dowodził przy tym, wbrew logice i wiedzy, że niewiążące opiniowanie przez parlament działań rządu „jest w istocie wykonywaniem kompetencji ustawodawczej”, czyli jest władczym stanowieniem prawa!

Co więcej, sympatyzujący z Unią polscy konstytucjonaliści osłabiają dodatkowo funkcje Sejmu, przekonując, że sfera polityki zagranicznej (też stosunki z UE) to wyłącznie domena władzy wykonawczej (rządu) i parlamentowi nic do tego. Ten pogląd jest oczywiście sprzeczny z cyt. art. 4 K., czyniącym z narodu, a nie z rządu podmiot zwierzchniej władzy w Polsce.

Poglądy TK i dużej części nauki wyłączyły więc ogromne obszary życia gospodarczego i społecznego spod kompetencji i realnego wpływu polskiego parlamentu. Nie mówiąc już o samowyłączeniu się od konstytucyjnych obowiązków kontrolnych przez TK, który naśladować niemieckiego TK nie chce (trudno bowiem uznać wewnętrznie sprzeczny wyrok polskiego TK dotyczący akcesji za jednoznaczny).

Poglądy TK i części nauki dały w praktyce przewagę władzy wykonawczej nad ustawodawczą, obalając odmienną zasadę konstytucyjną. Od czasu akcesji, na podstawie ustawy o współdziałaniu, która podporządkowała w znacznym zakresie spraw Sejm i Senat rządowi i jego urzędnikom, którzy mogą narzucać parlamentowi wszystko, a nawet działać wbrew jego woli, Sejm nie ma bezpośrednio żadnych prawnych środków dla doraźnego odrzucenia lub zablokowania szkodliwych dla Polski decyzji w stosunkach z Unią, podejmowanych np. przez niskiego rangą urzędnika MSZ lub rząd. W sprawach dotyczących Unii polski Sejm jest niemy.

Szansa dla naszego kraju

Być może jednak posłowie zechcą zrealizować słowa swego ślubowania i „zechcą chcieć” wykonywać swe konstytucyjne i ustrojowe obowiązki także w dziedzinach oddanych do Brukseli. Potrzebna byłaby tu jednak pilna inicjatywa poselska dla odpowiedniej i analogicznej jak w Niemczech zmiany ustawy o współdziałaniu RM z Sejmem i Senatem w sprawach integracji z UE. Pozwoliłoby to przywrócić konstytucyjną rolę Sejmu, podobnie jak to zrobią Niemcy być może we wrześniu lub później.

Inną drogą ochrony interesów i suwerenności Polski, zwłaszcza w sytuacji powstałej po wyroku FTK, byłoby zaskarżenie do TK ustawy zezwalającej prezydentowi na ratyfikację traktatu z Lizbony.

Ustawa ta spełnia wymogi dla zaskarżenia, tzn. jest aktem prawnym uchwalonym i ogłoszonym. Z wnioskiem do TK mógłby wystąpić każdy z konstytucyjnie uprawnionych podmiotów (art. 191 K), np. grupa posłów, premier, marszałkowie Sejmu i Senatu, prezesi Sądu Najwyższego, NSA, RPO, prezes NIK, organy stanowiące jednostek samorządu terytorialnego, organy związków zawodowych itd. We wniosku do TK należałoby zarzucić ustawie „ratyfikacyjnej”, że upoważnia prezydenta RP do podpisania traktatu z Lizbony, chociaż nie ma w Polsce odpowiedniego ustawodawstwa, które (analogicznie jak w Niemczech) zabezpieczałoby konstytucyjne uprawnienia parlamentu polskiego, narodu jako suwerena w procesach decyzyjnych w obszarze ok. 80 proc. spraw gospodarczych i społecznych oddanych do kompetencji UE.

Swego czasu PiS wystąpił z tego rodzaju projektem, jednak odrzucono go, zarzucając tej partii eurofobię. Wydaje się, iż dziś nieoprotestowany przez organy UE wyrok niemieckiego TK stworzył wyjątkowe, choć milczące przyzwolenie dla podobnych działań ochrony suwerenności i reguł demokracji w relacjach z UE w innych państwach. Należałoby tę szansę jak najszybciej wykorzystać. Czy jednak znajdzie się wola polityczna rządzących, by takiej obrony polskich interesów się podjąć? Ze swej strony wątpię.

Do czasu zmiany ustawy o współdziałaniu Rady Ministrów z Sejmem i Senatem lub wyroku TK w sprawie ustawy „ratyfikacyjnej” prezydent nie powinien traktatu z Lizbony podpisywać, biorąc pod uwagę nie tylko elementy zewnętrzne (referendum w Irlandii), ale także niezwykle istotne okoliczności i szanse, które pojawiły się po wyroku niemieckiego trybunału. Choć moim zdaniem prezydent nie powinien podpisywać tego traktatu w ogóle.

Autorka jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego

źródło informacji: Rzeczpospolita
http://www.rp.pl/artykul/333684.html


Ostatnio zmieniony przez Robert Majka dnia Pon Sty 11, 2010 10:13 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group