" /> Dyskusje ogólne :: Droktulft dwudziestego wieku
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Droktulft dwudziestego wieku

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Wto Wrz 01, 2009 8:10 am    Temat postu: Droktulft dwudziestego wieku Odpowiedz z cytatem

http://wydawnictwopodziemne.com/2009/08/25/droktulft-dwudziestego-wieku/

Michał Bąkowski

Droktulft dwudziestego wieku
Opublikowany 25 sierpnia 2009 |


Paulus Diaconus, czyli Diakon Paweł, był benedyktyńskim mnichem z Monte Cassino. W VIII wieku po Chrystusie napisał słynną Historię Longobardów, bo sam – jak i oni – był barbarzyńcą, a jego germańskie imię brzmiało Warnefred. Historia ludów, które zniszczyły zachodnie cesarstwo i podbiły Italię, była jego własną historią, w przeciwieństwie do historii Rzymu, równie mu obcej, co historia Bizancjum jest obca dla Otomańskich Turków. Longobardowie byli niewielkim germańskim plemieniem Winnilów, których przerażeni ich wyglądem mieszkańcy Italii nazywali „długobrodymi”. Winnilowie podbili i osiedlili się w części północnych Włoch, która od nich przejęła nazwę Longobardii, co było jednak zbyt trudnym słowem dla prymitywnych barbarzyńców, więc uprościli je na Lombardię. To w Lombardii właśnie zrodzić się później miały pierwsze banki, coś im zatem zostało z ich barbarzyństwa (związek ten zachowała jeszcze dawna polszczyzn, ciut lepsza niż dzisiejsza: lombard znaczyło tyle, co instytucja kredytowa czy wręcz lichwiarska).

Nie będzie nas jednak zajmować, skądinąd ze wszech miar fascynująca, historia włoskiej lichwy, ani nawet nie mniej romantyczne dzieje barbarzyńskich podbojów. W zamian chciałbym przywołać postać zachowaną dla potomności przez Diakona Pawła, postać longobardzkiego wojownika imieniem Droktulft. Ów Droktulft nie był Longobardem, pochodził z plemienia Suavi czyli po prostu ze Szwabów. Był potężnego wzrostu i strasznego wyglądu (terribilis visu facies), więc jak to wśród barbarzyńców bywa, dorobił się sławy pośród swych nowych współplemieńców. Król Authari mianował go nawet dowódcą albo księciem (dux). Ale oto nasz przerażający Droktulft przeszedł na stronę Rzymian i postanowił walczyć wraz z obrońcami Rawenny przeciw straszliwym najeźdźcom. Powody jego dezercji nie są bliżej znane, ale kiedy Droktulft padł, wdzięczni mieszkańcy Rawenny wyryli na jego grobie słynne epitafium, sławiące wojownika o „straszliwym wejrzeniu i łagodnym sercu”.

O Droktulfcie wspomina marginalnie Gibbon w swym Upadku cesarstwa rzymskiego. Jednak najbardziej znana jest niewątpliwie wzmianka o nim w opowiadaniu Borgesa pt. Historia wojownika i branki. Borges zdołał wyciągnąć z historii longobardzkiego woja optymistyczne wnioski:

„Nie był zdrajcą (zdrajcy nie inspirują na ogół pobożnych epitafiów); był natchnionym, nawróconym. Po upływie kilku pokoleń Longobardowie, którzy potępili odstępcę, postąpili jak on: stali się Italami, Lombardami i być może ktoś z ich krwi – Aldiger – mógł spłodzić tych, którzy spłodzili Dantego Alighieri.”

A więc Droktulfta „było za grobem zwycięstwo”, czy tak? Zdaniem Borgesa, Droktulft przeszedł „na stronę kultury”, instynktownie odczuł bowiem (odczuł, raczej niż pojął) wyższość rzymskiego porządku nad barbarzyńskim chaosem. Wbrew Borgesowi, słusznym wydaje mi się raczej twierdzenie, że rzymska kultura przegrała z kretesem wobec zalewu barbarzyństwa i niezależnie od mylącej nazwy epoki Renesansu, która nastąpić miała po kilkuset latach, to, co się wówczas odrodziło, to nie był chrześcijański Rzym. Włochy nie były i nie są w jakimkolwiek sensie spadkobiercą Rzymu, a tym bardziej spadkobiercą antyku. Kiedy w kilkaset lat po bestialskim podboju, z biednych, małych, powaśnionych, pogrążonych w chaosie, nieokrzesanych „królestw” zachodniej Europy, wyruszyły na Wschód wyprawy krzyżowe, to Bizantyjczycy nie bez podstaw nazywali je „najazdami barbarzyńców”. Nie, do Droktulfta nie należało „za grobem zwycięstwo” (niezależnie niewątpliwych osiągnięć wysokiego Średniowiecza).

Rozmyślałem ostatnio o straszliwym germańskim wojowniku, które oddał życie w walce z barbarzyństwem, w związku z tragiczną postacią Anatolija Golicyna. Wiemy o nim trochę więcej niż o Droktulfcie, choć pozostaje tajemniczą postacią.

15 grudnia 1961 roku podczas gwałtownej zadymki śnieżnej w amerykańskiej ambasadzie w Helsinkach pojawił się przysadzisty mężczyzna w nieokreślonym wieku. Przedstawił się jako konsul sowiecki i poprosił o rozmowę z Frankiem Fribergiem. Friberg był rezydentem CIA w Helsinkach i w teorii sowiecki dyplomata nie powinien znać jego nazwiska. Golicyn zażądał natychmiastowego przerzucenia go do Ameryki wraz z żoną i córką. Na pytanie, czy nie zechciałby działać jako amerykański kret w kgb, odparł bez uśmiechu, że jeśli wróci do sowieckiej ambasady, to zostanie zamordowany, ponieważ kgb dowie się o jego wizycie. Oczywista implikacja tego stwierdzenia nie mogła umknąć uwagi oficera CIA. Współcześni barbarzyńcy mieli swoje wtyczki w oblężonej Rawennie.

Golicyn znalazł się po paru dniach w Frankfurcie i tam rozpoczęły się wielogodzinne przesłuchania. Przeszedł wszystkie próby wykrywacza kłamstw, jego zeznania poddane były rygorystycznym sprawdzianom i w końcu uznano, że może jechać do Ameryki. Dopiero tam Golicyn zadziwił agentów CIA swą znajomością ściśle tajnych dokumentów NATO. Twierdził na przykład, iż kgb zamawia dokumenty, używając ich autentycznych kodów i otrzymuje kopie z Francji w ciągu 72 godzin. Prezydent Kennedy poinformował o tym De Gaulle’a. Francuzi przesłuchiwali Golicyna przez dwa tygodnie i doszli do wniosku, że sowiecki kret operował w najwyższych władzach Republiki. Jednym z francuskich oficerów był Philippe de Thiraud de Vosjoli, który był początkowo zdania, że rewelacje Golicyna są sowiecką prowokacją obliczoną na sparaliżowanie francuskiego wywiadu. Golicyn podał wówczas listę pytań na temat amerykańskiego programu rakietowego, które kgb zamierza zadać swym francuskim podopiecznym. Po jakimś czasie De Vosjoli otrzymał z Paryża rozkaz uzyskania informacji na temat amerykańskich rakiet balistycznych, wobec czego z miejsca ostrzegł swych zwierzchników, że wewnątrz francuskich służb wywiadowczych operuje sowiecka siatka. W odpowiedzi otrzymał wezwanie do natychmiastowego powrotu. De Vosjoli pozostaje do dziś, o ile mi wiadomo, jedynym francuskim oficerem, który poprosił o azyl polityczny w Stanach Zjednoczonych. Dano mu nowe nazwisko i musiał się ukrywać przez lata. Jak widać, współcześni Rzymianie nie mają jasności, kto jest ich prawdziwym wrogiem.

Golicyn tymczasem zaczynał mieć dość swych opiekunów z CIA. Pytany w kółko o nazwiska agentów kgb, tracił cierpliwość i żądał rozmów na wyższym poziomie, na temat strategicznych planów kgb, bo jakie znaczenie mają nazwiska agentów, które mogą być zmienione wielokrotnie, gdy CIA nie rozumie celów kgb? CIA także miała dość Golicyna, więc z chęcią zgodziła się na jego wyjazd do Londynu. Czy można sobie wyobrazić obrońców Rawenny odsyłających Droktulfta do Neapolu?

W Zjednoczonym Królestwie Golicynem zajęli się oficerowie kontrwywiadu: Arthur Martin, Stephen de Mowbray i Peter Wright. Golicyn był w stanie zacytować z pamięci tajny raport napisany bodaj przez Wrighta a przeznaczony wyłącznie dla kilku szefów MI5. Dochodzenie zawęziło listę podejrzanych do dwóch nazwisk: Sir Roger Hollis i Graham Mitchell, czyli dyrektor i zastępca szefa MI5. De Mowbray postanowił udać się z tymi podejrzeniami do polityków i został zmuszony do rezygnacji. Pozostali dwaj zgodzili się zatuszować podejrzenia, ale postanowili prowadzić dochodzenia dalej, co w wiele lat później doprowadziło do publikacji książki Wrighta pt. Spycatcher. Wright jednoznacznie oskarżył Hollisa, ale sam prędko został oskarżony o próbę odwrócenia uwagi od prawdziwego kreta, a swego bliskiego przyjaciela, Nathaniela Rothschilda. Innymi słowy, Rawenna była tak naszpikowana zdrajcami, że nasz Droktulft demaskował ich wobec innych zdrajców bądź ich najbliższych przyjaciół.

Martin skontaktował się wówczas z szefem amerykańskiego kontrwywiadu, Jamesem Angletonem. Angleton zgodził się, że Golicyn powinien wrócić do Ameryki i znaleźć się pod opieką kontrwywiadu. W lipcu 1963 roku Martin zorganizował przeciek do prasy na temat sowieckiego uciekiniera nazwiskiem „Dolitson”. Notka w Daily Telegraph miała spodziewany efekt, Golicyn uznał, że jest spalony w Wielkiej Brytanii, podczas gdy Angleton mógł mu zaoferować pełne bezpieczeństwo w Ameryce.

Angleton postanowił w pierwszym rzędzie zdobyć zaufanie swego barbarzyńcy, doprowadził m.in. do spotkania z Robertem Kennedym, ale przede wszystkim zapewnił Golicyna, iż interesuje go głównie „logika sowieckiej penetracji”. Golicyn z miejsca zaproponował zorganizowanie nowej agencji kontrwywiadowczej, ponieważ CIA była jego zdaniem podkopana przez zbyt wielu kretów. Rzecz jasna, Golicyn nie mógł wiedzieć, że nie było żadnej szansy na taką agencję, że interesy CIA będą bronione, nie tylko przez umieszczonych w niej sowieckich agentów. Zainteresowanie okazane przez Angletona i jego oczywista chęć zrozumienia „sowieckiej logiki” były jednak obiecujące. W oczach amerykańskiego agenta, celem operacji wywiadowczych było zdobycie informacji, a zatem nasączenie służb wywiadowczych przeciwnika własnymi agentami wydawało się zbytkiem, bez którego można żyć. Golicyn tłumaczył, że penetracja była dla sowietów koniecznym warunkiem systemu dezinformacji i prowokacji. Zadaniem kretów było bowiem coś więcej niż dostarczanie dokumentów. O wiele ważniejsze było ciągłe zdawanie sprawy z tego, w jaki sposób zachodnie agencje interpretowały podany sobie materiał. Dopiero znając ich metodologię, ich struktury, podziały i dyskusje, mogło kgb podsuwać materiały, które podtrzymywały jeden punkt widzenia, a osłabiały pozycję przeciwną. W ten sposób poprzez wieloletnią grę w kotka i myszkę, sowieci zdołali z czasem obrócić agencje wywiadowcze w nieświadome narzędzia swej polityki. Golicyn podawał przykłady: od lat toczyła się wśród amerykańskich strategów dyskusja czy blok sowiecki należy traktować jako monolit, czy też zróżnicowanie polityki pod adresem członków bloku może powiększyć różnice pomiędzy nimi, a tym samym stworzyć szczeliny w bloku? Czy sowieckie kierownictwo jest zgodnie działającym kolektywem, czy raczej jest polem walki o władzę? Szelepin, świadom tych debat, podawał zachodnim służbom wywiadowczym dane, dowodzące rosnących różnic pomiędzy członkami bloku oraz dowody świadczące o bezustannej walce o władzę. W ten sposób mógł manipulować nie tylko agencjami wywiadowczymi, ale najwyższymi politycznymi organami państw zachodnich.

Dla człowieka pokroju Angletona, uformowanego podczas wojny w bezwzględnym konflikcie z niemieckim wywiadem, przeistoczenie kgb w organizację oddaną dezinformacji było trudne do pojęcia. Barbarzyńca musiał zatem nauczyć go historii sowieckiej czeki, a zwłaszcza wprowadzić go w szczegóły osławionej operacji pod kryptonimem „Trust”. Pod koniec lat 50., opowiadał dalej Golicyn, Aleksandr Szelepin otrzymał misję przekształcenia kgb w organizację oddaną strategicznej dezinformacji. Szelepin poddał kgb wewnętrznej reorganizacji, o czym CIA nie miało dotąd pojęcia.

Kiedy Angleton przedstawił wyniki swej pracy szefom CIA i FBI, napotkał na zrozumiałą wrogość. Zrozumiałą, ponieważ rewelacje Golicyna poddawały w wątpliwość wszystkie osiągnięcia obu agencji. FBI była dumna z dwóch nowych kretów o kryptonimach „Top Hat” i „Fedora”, których autentyczność jest kwestionowana do dziś. Zamiast jednak powątpiewać w rozsądek współczesnych Rzymian, przyznajmy, że Golicyn stawiał zachodnie służby wywiadowcze w niesłychanie trudnej sytuacji, bowiem nawet przyjąwszy jego hipotezę, powinni z miejsca ją zanegować jako potencjalną dezinformację. Co gorsza, zgodnie z zapowiedziami Golicyna, pojawili się kolejni uciekinierzy z sowietów, którzy stawiali jego rewelacje pod znakiem zapytania. Alternatywa „Golicyn czy Nosenko?” leży w samym sercu tragedii Droktulfta XX wieku, ale będziemy musieli zająć się nią osobno.

Szef FBI, J. Edgar Hoover, nazwał Golicyna „prowokatorem i agentem sowieckiej penetracji”. W latach 70. postawiono przed Angletonem i jego „sowieckim agentem” zasadnicze pytanie: czy nowa metodologia proponowana przez Golicyna, może być użyta dla odróżnienia prawdziwej informacji od dezinformacji? Odpowiedzi Golicyna były niczym więcej niż ekstrapolacją na podstawie faktów poznanych przed ucieczką, interpretacją raczej niż „porządną robotą wywiadowczą”. I tak, szef CIA Richard Helms, sformułował rozróżnienie pomiędzy pierwszymi rewelacjami Golicyna, a jego późniejszymi rzekomymi spekulacjami. Powstało wówczas określenie, które odtąd powtarzane będzie przez historyków zachodniego wywiadu: vintage Golitsyn, co da się luźno przełożyć jako „klasyczny Golicyn”, na oznaczenie owego wstępnego okresu. Angletona wkrótce zwolniono, a Golicyna odsunięto.

Nowy Droktulft musiał więc walczyć przeciw Rzymianom, żeby móc ich bronić przed barbarzyńskim zalewem. Okazało się bowiem, że nie tylko naszpikowani są wtyczkami, ale nie widzą w ogóle wroga pod murami Rawenny. Golicyn nie poddał się jednak i w 1984 roku sformułował swą „nową metodologię” w książce Nowe kłamstwa w miejsce starych. Zapowiedział w niej między innymi, że Solidarność stworzy rząd w prlu, że do władzy w sowietach dojdzie „ktoś w rodzaju sowieckiego Dubczeka”, że spodziewać się można upadku muru berlińskiego. W świetle późniejszych wydarzeń nazwano go czcicielem spiskowej wersji historii…

„Natchniony i nawrócony” do przejścia na stracone pozycje, Droktulft poległ w obronie kultury zapewne bez żalu. Tragedia Golicyna polega na tym, że Zachód nie reprezentuje już kultury, i że nie ma najmniejszej ochoty bronić się przed sowieckim barbaryzmem. Golicyn nie otrzyma wzniosłego epitafium od wdzięcznych obrońców. Nie, raczej usłyszy w zamian o paranoi i „węszeniu spisków”, o nieodpowiedzialnych spekulacjach na temat globalnych planów sowieckich, gdy cały świat woli wierzyć, że komunizm upadł i nie ma już barbarzyńskich hord pod murami Rawenny.

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 09 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pią Gru 09, 2016 6:22 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Wto Wrz 01, 2009 2:09 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Warto przeczytać powyższy tekst. Prawdziwej opowieści szpiegowskiej nie zastąpi żadna fantastyka. Czytając to można się pocieszyć, że nie tylko nam nie udało się oczyścić służb, choć radość z tego, że u tych niby wspaniałych jest nie lepiej, nie jest wielką pociechą. Można też wrócić do http://swkatowice.mojeforum.net/temat-vt7433.html?postdays=0&postorder=asc&start=0 , lub bezpośrednio pod http://www.youtube.com/watch?v=BBxjPCuxrlQ&feature=related i http://www.youtube.com/watch?v=HEIcUqgxpVo&feature=related
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group