" /> Dyskusje ogólne :: Wypedzeni z Górnego Śląska Polacy
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Wypedzeni z Górnego Śląska Polacy

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Sob Wrz 19, 2009 12:17 am    Temat postu: Wypedzeni z Górnego Śląska Polacy Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20090916&typ=my&id=my11.txt

Polacy wypędzeni w czasie II wojny światowej
3. część: Polacy wypędzeni z Górnego Śląska
"Aktion Saybusch" na Żywiecczyźnie



8 października 1939 r. na obszarze pokrywającym się mniej więcej z przedwojennym województwem śląskim utworzona została - na podstawie dekretu Hitlera o aneksji zachodnich ziem polskich z tego samego dnia - nowa niemiecka rejencja z siedzibą w Katowicach. Wraz z rejencjami opolską, legnicką i wrocławską weszła w skład prowincji śląskiej zarządzanej przez nadprezydenta i okręgowego przywódcę NSDAP Josefa Wagnera.

Już od pierwszych dni września Niemcy wprowadzali w życie opracowany już częściowo przed wojną plan zagłady polskich elit. Na horyzoncie pozostawały tymczasem wysiedlenia oraz konfiskata mienia. W obu ostatnich przypadkach chodziło o przedsięwzięcia zakrojone na tak wielką skalę, że pewne poczynione już przed wojną prace koncepcyjne uzupełnione musiały zostać kolejnymi studiami, przede wszystkim zaś działaniami o charakterze ewidencyjnym.
Stąd jesień 1939 r. przynosi powołanie do życia Komisariatu Rzeszy ds. Umacniania Niemczyzny (Reichskommissar für die Festigung des deutschen Volkstums - RKF), a także Głównego Urzędu Powierniczego Wschód (Haupttreuhandstelle Ost - HTO). Oba organy, pierwszy działający pod nominalnym kierownictwem Heinricha Himmlera, drugi zaś nadzorowany przez Hermanna Göringa, zbierały w kolejnych latach szczegółowe dane na temat stosunków narodowościowych i własnościowych na ziemiach wcielonych, tworząc tam swoje terenowe przedstawicielstwa. Funkcję pełnomocnika RKF na Górnym Śląsku objął wyższy dowódca SS i policji SS-Gruppenführer Erich von dem Bach-Zalewski - przez polskiego odbiorcę kojarzony głównie z faktem dowodzenia zgrupowaniem wojskowym tłumiącym Powstanie Warszawskie pięć lat później. Szybko też doszło do multiplikacji spółek odpowiedzialnych za zajęcie poszczególnych kategorii mienia polskiego.
HTO skoncentrował się na przejmowaniu majątku w obrębie strategicznych z punktu widzenia bieżących interesów III Rzeszy sektorów gospodarki. Na Górnym Śląsku zaliczano do takich głównie zakłady przemysłu ciężkiego, zwłaszcza huty i kopalnie węgla kamiennego z przewagą kapitału polskiego. Do jesieni 1941 r. zewidencjonowano tutaj niemal 42 tys. zakładów przemysłowych, handlowych i rzemieślniczych, spośród których do Polaków należało przed wojną niemal 13 tys., do Żydów zaś ok. 5 tysięcy. HTO zajmował również majątek samorządów i państwa, a także banków i instytucji finansowych.
Na początku 1940 r. do została powołana życia tzw. Wschodnioniemiecka Spółka ds. Zarządzania Terenami Rolniczymi z o.o. (Ostdeutsche Landbewirtschaftungsgesellschaft mbH - Ostland). Spółka Ostland, na Górnym Śląsku kierowana przez Waltera Rupperta, stanęła przed zadaniem zewidencjonowania polskiego majątku rolnego. Pomocy udzielała jej Śląska Spółka Rolna z o.o. (Schlesische Langesellschaft mbH - SLG) - analogiczne podmioty funkcjonowały w Kraju Warty na Pomorzu Gdańskim i w prowincji Prusy Wschodnie - odpowiedzialna za wspieranie niemieckiego osadnictwa chłopskiego na ziemiach anektowanych.
Do kwietnia 1942 r. w prowincji śląskiej zajęto ponad 123 tys. gospodarstw rolnych należących do ludności polskiej (i w niewielkim stopniu żydowskiej) o łącznej powierzchni ponad 522 tys. ha (średnia wielkość gospodarstwa to 4,3 ha), spośród ok. 150 tysięcy (ok. 630 tys. ha), które w ogóle planowano skonfiskować.

Dylematy narodowościowe
Równolegle do organizowania się instytucji mających za zadanie przejęcie polskiego mienia prowadzone były studia nad narodowościowym, demograficznym i przestrzennym obliczem okupowanego kraju. Punktem wyjścia dla przyszłych działań administracji niemieckiej na Górnym Śląsku stały się wyniki zrealizowanego w grudniu 1939 r. tzw. policyjnego spisu ludności (Polizeiliche Einwohnererfassung). Ujawniły one, że spośród blisko 2,3 mln byłych obywateli państwa polskiego zamieszkujących na terenie rejencji katowickiej, zaledwie ok. 930 tys. deklaruje narodowość polską, czyli mniej niż deklarujących narodowość niemiecką - niemal 1, 09 mln (prócz tego spis ujawnił niespełna: 50 tys. Czechów, 160 tys. Ślązaków i 90 tys. Żydów). W dodatku zdecydowana większość osób przyznających się do polskości znajdowała się na obszarze tzw. uprzemysłowionego pasa wschodniego (industrielle Ostgebieten) - były to zachodnie ziemie przedwojennych województw kieleckiego (w tym Zagłębie Dąbrowskie z miastem Sosnowiec) i krakowskiego (m. in. Zagłębie Jaworznicko-Chrzanowskie, Oświęcim i Beskid Żywiecki), które wcielone zostały do prowincji śląskiej pod naciskiem gospodarczych kół III Rzeszy (celem było wzmocnienie potencjału Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego).
Administracja niemiecka nie dała się jednak porwać euforii w związku wysokim odsetkiem "Niemców" na zdobytych ziemiach. Już tylko porównanie wyników spisu z danymi z okresu przedwojennego pozwalało przyjąć, że kilkaset tysięcy ludzi podało narodowość niemiecką z obawy przed grożącymi im sankcjami, w tym zwłaszcza konfiskatą mienia i wysiedleniem.
Zagmatwana sytuacja etniczna Górnego Śląska (dla której pewna analogia istniała na Pomorzu Gdańskim) skłoniła władze niemieckie do wprowadzenia w życie idei tzw. niemieckiej listy narodowościowej (Deutsche Volksliste - DVL). Celem była dywersyfikacja obywateli polskich wykazujących mniejsze lub większe związki z niemieckością na cztery grupy. Zakwalifikowanie do dwóch pierwszych (nieznacznie od siebie zróżnicowanych) oznaczało de facto przyzwolenie na integrację z narodem niemieckim. Dwie kolejne grupy, w tym zwłaszcza grupa III, zarezerwowane były dla domniemanych Niemców.
Zbieranie ankiet DVL rozpoczęło się na początku wiosny 1941 roku. Jesienią 1943 r. w rejencji katowickiej do grup I i II należało niemal 300 tys. osób, do III i IV blisko 1 mln, poza listą zaś pozostało prawie 826 tys. ludzi, głównie Polaków.
Równolegle do realizowania akcji wpisu na DVL na terenie przedwojennego województwa katowickiego przystąpiono do brutalnej germanizacji na wskroś polskiego tzw. uprzemysłowionego pasa wschodniego. Tutaj regionalny aparat SS otrzymał od władz w Berlinie carte blanche na urzeczywistnianie postulatów narodowosocjalistycznej ideologii. Na uwagę zasługuje przy tym fakt, że przez pierwszy rok wojny obszar prowincji śląskiej nie został właściwie objęty potężnymi operacjami wysiedleńczymi, realizowanymi wówczas na terenie Pomorza Gdańskiego (Okręg Gdańsk - Prusy Zachodnie) i Wielkopolski (tzw. Kraj Warty).

Deportacje, wysiedlenia, przesiedlenia
Trudno dziś jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, co było głównym powodem opóźnienia akcji deportacyjnej w prowincji śląskiej. Nie ulega wątpliwości, że pewną rolę odegrały tarcia kompetencyjne pomiędzy administracją publiczną - w tym zwłaszcza organami podległymi ministrowi wyżywienia i rolnictwa - a SS, a także konflikt personalny pomiędzy Wagnerem a von dem Bachem na tle osadników niemieckich, którzy mieliby zastąpić wysiedlanych Polaków. Do przełomu listopada i grudnia 1939 r. Wagner był przekonany, że zostanie wprowadzony w życie jego plan pozyskiwania kolonizatorów w obrębie jego prowincji (zwłaszcza z terenu przeludnionych okolic Kotliny Kłodzkiej). Gdy jednak jesienią 1939 r. III Rzesza podpisała z ZSRS bilateralne umowy o wzajemnej wymianie ludności, okazało się, że Górny Śląsk będzie musiał przyjąć kontyngenty przesiedleńców niemieckich pochodzących z tzw. Galicji Wschodniej (m.in. z okolic Lwowa) i Wołynia. Nadprezydent uważał ich tymczasem za Niemców drugiej kategorii, podkreślając, że już sam fakt obcowania przez nich z Polakami w okresie II RP, w tym nasiąknięcie polskimi obyczajami i kontakt z językiem polskim, nie czyni z nich właściwego materiału na pionierów kolonizacji.
W ciągu 1940 r. na skutek walki politycznej Wagner usunięty został jednak z funkcji nadprezydenta, a jego sukcesor Fritz Bracht nastawiony był wobec lokalnego establishmentu SS bardziej koncyliacyjnie. Przygotowania do wysiedlenia Polaków nabrały tempa, gdy latem 1940 r. obowiązki szefa sztabu von dem Bacha, jako pełnomocnika RKF, przejął młody antropolog SS-Obersturmbannführer dr Fritz Arlt. Przez kolejne niespełna trzy lata będzie on głównym teoretykiem w sferze kolonizacji i szeroko pojętej polityki narodowościowej na Górnym Śląsku.
Kilka tygodni po jego przybyciu do Katowic rozpoczęła się pierwsza i zarazem największa akcja deportacyjna przeprowadzona podczas wojny przez okupanta na terenie prowincji śląskiej. "Aktion Saybusch", bo tak brzmiał jej kryptonim, objęła teren powiatu żywieckiego i częściowo bielskiego. Od września 1940 do stycznia 1941 r. w jej ramach w 19 transportach pociągowych deportowano - via Łódź - do Generalnego Gubernatorstwa niemal 18 tys. ludzi, głównie kobiety, dzieci i starców. Kolejnych ok. 8 tys. osób, zwłaszcza rodzin, których członkowie zatrudnieni byli w miejscowym przemyśle, przesiedlono w obrębie wsi, dokwaterowując ich do innych pozostawionych na miejscu Polaków. W tym samym mniej więcej czasie na teren obu powiatów, głównie jednak na Żywiecczyznę, napłynęło blisko 4 tys. osadników niemieckich z Galicji Wschodniej. Kilkukrotna dysproporcja pomiędzy liczbą wysiedlonych i osadników wynikała z nowej polityki rolnej okupanta, polegającej na komasacji polskich karłowatych, często jedno-, względnie dwuhektarowych, gospodarstw w majątki kilkunastohektarowe.
Akcja prowadzona była wedle ściśle określonych wytycznych, których szkice powstały w kierowanym przez SS-Hauptsturmführera Adolfa Eichmanna referacie 4 w wydziale D Tajnej Policji Państwowej (Geheimestaatspolizei - gestapo) w Berlinie. Szczegóły dopracowano w siedzibie placówki gestapo w Katowicach, skąd do Żywca delegowano na czas akcji specjalną grupę operacyjną. Wraz z funkcjonariuszami SS, RKF i NSDAP grupa ta koordynowała działania 83. i 82. batalionów policji, odpowiedzialnych odpowiednio za wysiedlenie Polaków i wprowadzenie na gospodarstwa Niemców.
"Aktion Saybusch" była przedsięwzięciem eksperymentalnym, w ramach którego doszło do przetestowania zdolności organizacyjnych regionalnych struktur NSDAP, SS, a także administracji ogólnej (starostwo) i specjalnej (organy resortu wyżywienia i rolnictwa). Do powielenia wypracowanego wówczas schematu deportacji nigdy już jednak nie doszło, gdyż w marcu 1941 r. z inspiracji Hansa Franka, tłumaczącego się przeludnieniem rządzonego przez siebie GG, wstrzymane zostały dalsze transporty Polaków na wschód.
Tymczasem na początku 1941 r. doszło do wydzielenia z prowincji śląskiej nowej, składającej się w przeważającej mierze z ziem polskich, prowincji górnośląskiej. Zarządzający tutaj Bracht postawiony został przez władze centralne przed koniecznością przyjęcia kolejnych fal przesiedleńców niemieckich, tym razem pochodzących z Rumunii.
Do początku 1943 r. w prowincji górnośląskiej osiedlono ok. 38 tys. Niemców. Do tego samego momentu ze swoich domów wysiedlonych zostało niemal 81 tys. Polaków - najwięcej w powiatach żywieckim, bielskim i kolonizowanym intensywnie od 1941 r. blachowniańskim. Na skutek zablokowania granicy z GG wysiedleńców kwaterowano początkowo u sąsiadów we wsi (tzw. przesiedlenie wewnętrzne), komasując nawet po kilka rodzin w jednym gospodarstwie, od lata 1942 r. zaś umieszczano ich w tzw. Polenlagrach, których na terenie prowincji urządzono co najmniej 23. Z obozów tych w komandach roboczych wysyłano ludzi do pracy w okolicznych majątkach ziemskich, niekiedy zaś deportowano do fabryk w głębi Rzeszy.

Epilog
Wkroczenie Armii Czerwonej na Górny Śląsk nie zakończyło dramatu wysiedlonych. Wielu z nich nie miało do czego wracać. Najtragiczniejsza była sytuacja na wsiach. Realizowana tam przez Niemców komasacja gruntów niosła za sobą wyburzenie nawet do kilkudziesięciu procent zabudowy (głównie drewnianej) i pozostawienie do dyspozycji osadników jedynie obiektów najlepszej jakości (głównie murowanych). Na Żywiecczyźnie dzieła zniszczenia dopełnił zalegający tam przez ok. dwa miesiące 1945 roku front.
Mirosław Sikora, IPN Katowice

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 04 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 04, 2016 11:20 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Sob Wrz 19, 2009 12:21 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20090916&id=my12.txt

Drzwi zostawić otwarte a w nich klucz

Z Władysławem Skórzakiem, wypędzonym jako 6-letnie dziecko z Jeleśni na Żywiecczyźnie, rozmawia Mariusz Bober

We wrześniu 1940 r. Niemcy zaczęli realizować na Żywiecczyźnie plan znany jako Saybusch Action obejmujący wysiedlenia Polaków z Żywiecczyzny. Jak doszło do wypędzenia Pana rodziny z domu?
- 22 września 1940 r. około godz. 5.00 nad ranem rozpoczęły się wysiedlenia w mojej rodzinnej wiosce Jeleśni oraz w sąsiedniej Sopotni Małej. Zbudził nas głośny łomot. Gdy mama wyszła na ganek, zobaczyła kilku niemieckich żołnierzy z karabinami. Miałem wtedy niewiele ponad 6 lat. Byliśmy zaskoczeni tym, że nas wysiedlają, bo słyszeliśmy, że Niemcy raczej zostawiali rodziny rzemieślników, których wykorzystywali do różnych prac, a mój ojciec był stolarzem. Jeden z Niemców, który mówił po polsku, nie słuchając wyjaśnień matki, powiedział tylko: "Ubierać się natychmiast!". Dali nam około 15 minut na ubranie się i spakowanie. Pamiętam, że mama założyła mi krótkie spodnie i mundurek podobny do ubrania leśniczego. Miałem też czapkę z dwoma orzełkami po bokach, co - jak się później okazało - miało znaczenie. Niemcy nie pozwolili nam prawie nic wziąć ze sobą - ani jedzenia, ani picia, ani dodatkowych ubrań. Gdy ojciec chciał zabrać pieniądze, żołnierz niemiecki odebrał mu je. Mamie pozwolili jedynie zatrzymać obraz Pana Jezusa w cierniowej koronie i mały obrazek z wizerunkiem św. Franciszka z Asyżu. Mówię o tym, bo tylko one przewędrowały z nami całą tułaczkę i wróciły później do domu. Mama zawinęła obrazy w ciepłą chustkę nazywaną szalinką, którą pozwolono jej wziąć. Przed wyjściem kazali zostawić otwarte drzwi, a w nich klucz. Podobnie było w sąsiedniej Sopotni Małej.

Dokąd Państwa zabrano?
- Na tzw. Kamieniec położony nad rzeką Koszarawą. Tam zobaczyliśmy Niemców siedzących za rozstawionymi stołami i coraz więcej spędzanych polskich rodzin, tak jak my wyrzuconych ze swoich domów. Czekaliśmy około kilku godzin, aż przywołano nas. Nie mogąc usiedzieć na miejscu, jak to dziecko, zacząłem się rozglądać dookoła i przyglądać karabinowi, który trzymał jeden z żołnierzy. Ten - może pod wpływem mojego ubrania, którym się wyróżniałem, a może z powodu mojego zainteresowania karabinem - umyślił sobie, że mnie "adoptuje". Pewnie zamarzyło mu się, że mnie wychowa na niemieckiego "wojaka". Zaproponował mojej mamie, że jeśli odda mnie, to będzie mogła wrócić z ojcem i siostrą do domu. Dał 5 minut do namysłu. Po ich upływie spytał matkę: "Zgadzasz się?". Klucząc trochę, odpowiedziała po polsku, bo nie znała niemieckiego, że są rodziny, które mają po 10 dzieci i może im łatwiej byłoby podjąć taką decyzję, a ona ma tylko dwoje dzieci, więc nie może się zgodzić. Wtedy zapytał ojca, czy się zgadza. Ojciec bez słowa potrząsnął przecząco głową. Wówczas Niemiec uderzył mnie w głowę, aż spadła mi czapka, i powiedział po polsku: "Idź, przeklęta krwi polska, na poniewierkę; będziesz się tułać do końca świata". Niestety, w jakimś stopniu to się sprawdziło.

Z powodu wyrzucenia przez Niemców Pana rodziny
z domu...
- Dokładnie tak. Potem załadowano nas na samochód ciężarowy i wywieziono do Żywca. Tam, naprzeciw dworca kolejowego, w szkole Niemcy zgromadzili wiele wysiedlonych rodzin polskich. Noc przespaliśmy na słomie. Następnego dnia załadowano nas do pociągu, który miał nas zawieźć do Generalnej Guberni. Trafiliśmy w okolice Radzynia Podlaskiego. Wysadzono nas na stacji Bedlno. Tam już czekały na nas furmanki, którymi zawieziono nas do wybranych gospodarstw we wsiach położonych niedaleko Radzynia. Nas przydzielono do pewnej biednej rodziny. Tam, zapewne pod wpływem dotychczasowych tragicznych przeżyć, matka po kilku dniach zapadła na ostre zapalenie płuc. Baliśmy się, że umrze, była w stanie przedagonalnym. Pomógł nam sąsiad, podobnie jak my wysiedlony z Jeleśni, który trafił do gospodarstwa obok. Poradził, by podawać chorej rosół z kury. Problem w tym, że nie mieliśmy pieniędzy, a nikt nie chciał kupić chustki mamy, z którą chodziła po wsi moja siostra. Ostatecznie nasza gospodyni dała nam tę kurę i jakoś udało nam się ugotować rosół. Mama była już wtedy w bardzo ciężkim stanie. Dzięki pomocy sąsiada ojciec i siostra podali jej ugotowany bulion, rozchylając z trudem zaciśnięte zęby. Na szczęście pomógł jej ten napój. Mama zaczęła powoli odzyskiwać przytomność, ale już do końca życia nie powróciła do pełni zdrowia. Zmarła 11 lat po wojnie.

W tej wsi zostali Państwo do końca wojny?
- Nie, przenieśliśmy się do innego gospodarza w miejscowości Paszki Duże. Mama, mimo że jeszcze bardzo słaba, chciała pomagać, na miarę swoich sił, jednak gospodarz bał się jej dawać jakąkolwiek pracę. Z kolei ojciec znalazł zajęcie przy budowie niemieckiego lotniska Marynin w pobliżu Radzynia Podlaskiego. Dostawał tam symboliczne wynagrodzenie, ale też jeden posiłek, co dla niego było ważne. Z budowy ojciec przynosił też niepotrzebne kawałki desek, z których po pewnym czasie zrobił nam prycze, żebyśmy nie musieli już spać na gumnie. Natomiast starsza siostra trochę pomagała u innych gospodarzy przy opiece nad małym dzieckiem, gdy domownicy szli do prac polowych. Mnie natomiast po pewnym czasie matka lub siostra zaprowadziła do tamtejszej szkoły. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że coraz więcej rodzin przesiedleńców, których wiele mieszkało w tej okolicy, wyjeżdżało nielegalnie w rodzinne strony.

Wówczas kończyła się już wojna?
- Skąd, był dopiero czerwiec 1941 roku. Jednak tak wszyscy tęskniliśmy do rodzinnych stron, z którymi mocno kontrastował płaski krajobraz podlaskich wsi, że chcieliśmy jak najszybciej wrócić na ojczystą ziemię. Nie mogliśmy się też przystosować do całkiem innego trybu życia tamtejszych mieszkańców, choć wielu z nich było bardzo życzliwych. Dlatego też rodzice zdecydowali się wrócić na Żywiecczyznę. Furmanką dojechaliśmy do Radzynia, a stamtąd pociągiem do Stryszowa na granicy Generalnej Guberni, w pobliżu rzeki Skawy. Rzeka była wówczas mocno wezbrana, więc rodzice wynajęli przewodników, którzy mieli nas przeprowadzić na drugi brzeg. Byli to rośli, silni mężczyźni. Jeden niósł na plecach mnie, drugi - siostrę, mama trzymała za rękę jednego z nich, a ojciec - drugiego. W ten sposób szliśmy nocą, walcząc z falami wezbranej rzeki. Nie mogliśmy skorzystać ze stojącego niedaleko mostu, ponieważ był obsadzony przez Niemców. Ci zaś złapanych uciekinierów z Generalnej Guberni wysyłali od razu do obozu w Oświęcimiu. Nawet w nocy co pewien czas puszczali race świetlne, by sprawdzić, czy nikt nie próbuje przejść przez graniczną rzekę. Niestety, wypuścili taką racę właśnie w tym czasie, gdy przechodziliśmy Skawę, co napełniło nas przerażeniem. Baliśmy się, że Niemcy zauważą nas i po przejściu rzeki przyjdą z psami, wytropią i złapią. W końcu udało nam się przejść na drugi brzeg. Przewodnicy nie chcieli już nas dalej prowadzić, odebrali zapłatę i odeszli. Byliśmy więc zdani tylko na własne siły, a trzeba było się spieszyć, bo w każdej chwili mógł ruszyć za nami pościg.

Niemcy złapali Pana rodzinę?
- Na szczęście udało nam się ukryć u pobliskiego gospodarza, który pozwolił nam zatrzymać się do świtu w jakiejś szopie. Potem szliśmy już górami w kierunku naszej wsi. Czasem jacyś napotkani pasterze dali nam trochę mleka, dzięki czemu mieliśmy w ogóle siłę iść dalej. Dochodząc do Jeleśni, poszliśmy do domu, w którym mieszkała nasza dalsza rodzina. Tam wytłumaczono nam, że nie możemy zostać w rodzinnej wsi. Musieliśmy szukać schronienia w sąsiednich miejscowościach.

Tym bardziej że Pana dom rodzinny przejęli zapewne Niemcy?
- Niemcy przydzielili go innym osobom. Znaleźliśmy schronienie u ciotki ze strony mamy w Brzuśniku, wsi położonej ok. 8 km od Jeleśni. Po tych tragicznych przeżyciach ciocia z wujem zgotowali nam istny przedsmak raju. Mieli domek położony u podnóża góry, w najdalszej części wsi, co w naszym przypadku było najlepszą lokalizacją. Poza tym ciocia utrzymywała dobre kontakty z sołtysem z tej wsi, który prowadził zakład stolarski i potrzebował pracownika o wysokich kwalifikacjach. Posiadał je właśnie mój ojciec, który znalazł u niego pracę. Siostra pomagała, jak mogła, cioci w gospodarstwie, a ja poszedłem do szkoły. Jednak po skończonych lekcjach też pomagałem, pasąc krowy. Mama zaś pracowała przymusowo dla niemieckich osadników, których kilkoro mieszkało w Brzuśniku. Otrzymywała za to tylko marne wyżywienie.

Odzyskali Państwo rodzinny dom?
- Dopiero po wyparciu Niemców przez Sowietów, co nastąpiło 8 kwietnia 1945 roku. Gdy w końcu dotarliśmy do domu w połowie kwietnia, okazało się, że przetrwał, choć był mocno zniszczony, ponieważ w tej części wsi toczyły się zacięte walki. Dach był całkowicie zrujnowany, podobnie ganek. W domu nie tylko nie było mebli, ale nawet okien i drzwi. Rosjanie trzymali w nim... konie. Do dziś jeszcze w ścianach tkwią odłamki moździerzy albo widać ślady po kulach. Doprowadzenie domu i zabudowań gospodarskich do stanu używalności zajęło nam kilka miesięcy, choć nigdy już nie udało się odtworzyć pierwotnego stanu. Nie mieliśmy wtedy co jeść ani w co się ubrać. Ojciec złożył w urzędzie gminy dokumenty, oceniając nasze straty na ok. 20 tysięcy przedwojennych złotych. Nikt nam jednak tych szkód nie wynagrodził. Wypędzenie z domu mocno odbiło się także na zdrowiu moim oraz matki i siostry, m.in. dlatego skutki wojny odczuwam do dziś.

Dziękuję za rozmowę.

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Sob Wrz 19, 2009 12:25 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Umorzenie śledztwa przez IPN w tej sprawie:

http://www1.ipn.gov.pl/download.php?s=1&id=1903

http://pl.wikipedia.org/wiki/Akcja_Saybusch

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group