" /> Pierwsza Polska Dywizja Pancerna generała Maczka :: Gaston Wolszakiewicz - ZIELONA GORĄCZKA
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Gaston Wolszakiewicz - ZIELONA GORĄCZKA

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Pierwsza Polska Dywizja Pancerna generała Maczka
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Czw Paź 29, 2009 7:25 pm    Temat postu: Gaston Wolszakiewicz - ZIELONA GORĄCZKA Odpowiedz z cytatem

ZIELONA GORĄCZKA
Major Franciszek Wolszakiewicz (oficer dywizji pancernej gen. Maczka)
Podchorąży rezerwy Gaston Wolszakiewicz (7 kompania podchorążych rezerwy, Poznań 1995)


WSTĘP

Zielona Gorączka składa się z mojego pamiętnika skomponowanego z obszernymi fragmentami pamiętnika mojego dziadka, Franciszka Wolszakiewicza. Mieszanka ta powstała, w celu zaprezentowania szerszej publiczności. Ze wspomnień dziadka usunąłem znaczną część jego kampanii bojowej, gdyż zawierała suche opisy działań taktycznych, informacje o ruchach pododdziałów, itp., które byłby interesujące jedynie dla historyka oraz kogoś dysponującego mapami. Natomiast moim zamiarem było przedstawienie postaci bohaterów i ich dramatycznych losów czytelnikowi niekoniecznie obeznanemu z wojskiem i wojną. Ze swojej strony żałuję, że moja kariera w armii była bardzo krótka. W przeciwnym razie miałbym dużo więcej do powiedzenia. Jeżeli chodzi o dziadka, to ogromnie żałuję, że jego wysoka kultura osobista, względy polityczne oraz konwencje jego czasów niejako zabraniały mu przedstawienia na papierze wielu wydarzeń, kontrowersyjnych postaci, krytycznych opinii, co ja opisałbym teraz bez ogródek. Dziadek opowiedział mojemu ojcu wiele pasjonujących historii z okresu wojny i żałuję, że byłem wtedy zbyt młody, aby je zapamiętać i spisać. Pamiętam dosłownie kilka zdań. Myślę, że dopiero wtedy powstałaby naprawdę ciekawa i pełna książka.
Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że chociaż widziałem pamiętnik dziadka już jako dziecko, to przeczytałem go dopiero w jakiś czas po napisaniu własnego. Już po pierwszych kilkunastu zdaniach lektury dostrzegłem nieprawdopodobne podobieństwo samego stylu przekazu.
Nasza książka była w czytaniu w historycznym wydawnictwie Karta oraz w wydawnictwie Bellona, specjalizującym się w tematyce militarnej. Pracownicy wydawnictwa Karta wyrażali się o niej z wielkim entuzjazmem, jednak z uwagi na profil swojej firmy, nie mogli jej wydać. Wojskowe wydawnictwo Bellona przyjęło ją do czytania bez cienia entuzjazmu, a odesłało mi maszynopis do domu już zupełnie bez komentarza. Pracownikom Bellony dedykuję pierwszy akapit mojego utworu.



Co to jest sztuka?
To nie artyzm.
Sztuka to prześcieradło wielkości pieluchy.
Na sztukę może być posprzątany rejon.
Sztuka to także wóz bojowy psujący się co pięć kilometrów.
A największą sztuką jest nieprofesjonalna armia - i to jest oczywiście tragedia.

- Nie możemy pana powołać do wojska, ponieważ jest pan żonaty i ma pan rodzinę - sympatyczny kapitan z Wojskowej Komendy Uzupełnień rozłożył bezradnie ręce. - Wojska nie stać utrzymywać pana rodzinę.
Siedziałem na wprost kapitana i rozpaczliwie prawie łamałem sobie głowę nad porządkiem tego świata.
- Nie mam rodziny, mam tylko dziecko. Nic mnie tutaj nie trzyma.
Wykrztusiłem z siebie to zdanie z olbrzymim wysiłkiem. Moja determinacja musiała zrobić na oficerze wrażenie, bo myślał o czymś przez dłuższą chwilę.
- Dobrze, jutro przyjdzie pan rano i porozmawia z komendantem. On zdecyduje.
Następnego dnia przyszedłem punktualnie o wyznaczonej godzinie. Kapitan zaprowadził mnie do obszernej kancelarii podpułkownika, który dowodził całą komendą. Czułem się trochę przytłoczony perspektywą rozmowy z dowódcą i dosyć sztywno siedziałem w sekretariacie oczekując na wyrok. Po chwili z gabinetu wyszedł znajomy kapitan.
- Widzi pan tego człowieka? - mruknął półgłosem wskazując niedbałym ruchem chłopaka mniej więcej w moim wieku, opuszczającego kancelarię komendanta.
- Wczoraj umówił się z dowódcą i spóźnił pół godziny. Miał pretensje, że już go nie zastał. Kombinuje na wszystkie strony, żeby się uchylić od wojska.
Kapitan odprowadził wychodzącego obojętnym, lekko lekceważącym spojrzeniem.
- No, niech pan wchodzi.
Wszedłem do gabinetu sprężystym krokiem i zatrzymałem się pięć metrów przed biurkiem, za którym siedział komendant - krótko ostrzyżony, siwiejący mężczyzna po pięćdziesiątce. W jego osobie było coś, co budziło cień sympatii, a jednocześnie bardzo dużo respektu. Nie sądziłem, żeby ktokolwiek, z kim rozmawiał śmiał się sprzeciwić jego rozkazowi lub polemizować na dowolny temat. Czułem, że przebywam na swojego rodzaju audiencji u człowieka, dla którego czas jest bardzo cenny i nie lubi marnować go na próżne strzępienie języka, czy gawędy w sielskiej atmosferze. Zdecydowany, nawykły do twardego postępowania z dużym zespołem ludzkim oficer, siedział wyprostowany za biurkiem. Idealnie ogolona twarz zdawała się kontrastować ostro z szorstkością obecną w codziennych kontaktach podwładnych z przełożonymi.
Nie stałem przepisowo na baczność, ale byłem bardzo daleki od rozluźnienia dopuszczalnego w cywilnych kontaktach. Obserwowałem z napięciem poważną twarz komendanta. Już na początku zdawało mi się, że dostrzegłem w jego oczach błysk uznania, które starał się zamaskować.
- Pan chciałby służyć w wojsku? Technikum elektryczne, kolegium językowe? - uśmiechnął się prawie niedostrzegalnie i rzucił okiem na leżące przed nim papiery. Patrzył to na mnie, to na dokumenty i myślał chwilę o czymś. Jego twarz ponownie nabrała wyrazu powagi i rzeczowości. W końcu stała się nieco smutna.
- Pan wie, że wojsko nie ma pieniędzy, żeby panu płacić powinności? Takie czasy nastały. Nie mogę nic na to poradzić. Mam wyraźny rozkaz, aby powoływać tylko ludzi wolnych od obowiązku łożenia na rodzinę.
Komendant popatrzył na mnie. Trudno mi było odczytać, o czym myślał. Chwila ciszy. Sięgnąłem po ostatni argument.
- Mam przy sobie oświadczenie. Nie chcę od wojska żadnych pieniędzy.
Pułkownik przyjrzał mi się z niedowierzaniem. Teraz nie krył podziwu dla mojej determinacji. Uśmiechnął się leciutko. W cywilnym biurze taki uśmiech nic by nie znaczył. W gabinecie powściągliwego, zdyscyplinowanego starszego oficera takie spojrzenie zdarza się niezwykle rzadko.
Pułkownik kiwnął leciutko głową, jakby do swoich myśli. Odwrócił się powoli w stronę kapitana.
- Powołać! - jego twarz rozjaśniła się na dobre. Kapitan również uśmiechnął z zadowoleniem. Musiał chyba sympatyzować z moimi zamiarami.
Podziękowałem i wyszedłem na zewnątrz. Na dole u kapitana otrzymałem “bilet” do jednostki i pełen optymistycznych wizji opuściłem Wojskową Komendę Uzupełnień.

SEC 1 (1-1)

Gdy wiosną 1935 roku kończyłem Gimnazjum Humanistyczne w Ostrowcu nie posiadałem jeszcze żadnych konkretnych planów na przyszłość
Niespodziewana i zaskakująca śmierć mojego ojca, jedynego żywiciela rodziny oraz fakt, że w tym samym czasie dwoje rodzeństwa studiowało już na wyższych uczelniach, zmusiły mnie do zastanowienia się nad samym sobą.
Uważałem, że czekająca mnie na jesień jednoroczna, czynna służba wojskowa, da mi dostateczną ilość czasu do namysłu i ewentualnego wyboru przyszłych studiów. Dlatego też pełen najlepszych nadziei , w oznaczonym terminie zameldowałem się na Dywizyjnym Kursie Szkoły Podchorążych Piechoty przy 4 Pułku Piechoty Legionów w Kielcach.


Pokonuję ostatni kilometr. Czuję, że mam jeszcze zapas siły i oddechu. Przyspieszam. Bieg po muldach nie jest taki straszny. Trzeba tylko dopasować tempo do odległości pomiędzy wzgórkami, aby je regularnie pokonywać. To mój ostatni trening. Zbiegam z nasypu kolejowego i przeskakuję po wysokich kupach gruzu i śmieci zwiezionych to nie wiadomo po co.. Nierówne, metrowej wysokości wzgórki wzbijają mnie z rytmu. Gubię oddech. Kilka sekund i znów jestem na w miarę równym gruncie. Zostało może dwieście metrów. Już nie wyrównam rytmu. Biegnę teraz po leśnej ścieżce ile tylko sił mi w nogach zostało. Wybiegam zza zakrętu, kilkadziesiąt metrów ode mnie tory. To piąty kilometr. Przeskakuję przez przejazd kolejowy i zatrzymuję stoper. Staję i pochylam się do przodu. Pot sączy mi się po czole i spływa po szyi. Serce tłucze się niemiłosiernie, ale bardzo szybko wraca do regularnego rytmu. To dobrze. To znaczy, że organizm ma wydolność. Spoglądam na wynik. Jest dobry, jak na kilka dosłownie treningów po półrocznej przerwie w bieganiu. Jest trochę lepszy od wojskowego limitu na tym dystansie na ocenę dobrą. Ostatecznie nie jestem sportowcem i nigdy nie osiągałem wybitnych rezultatów w sportach wydolnościowych.
Po krótkim wypoczynku wracam truchtem w kierunku osiedla. Jestem teraz pewny, że w wojsku nie zbłaźnię się na poligonie. Poza tym osiągnąłem przez zimę dobrą formę w ćwiczeniach siłowych. Nigdy nie byłem w stanie podnosić dużych ciężarów, ale w stosunku do masy ciała dysponuję sporą siłą w porównaniu z wieloma kolegami. Potrafię się podciągnąć osiemnaście razy - tyle, ile potrzeba na złotą Wojskową Odznakę Sprawności Fizycznej i na czymś takim jak tor przeszkód na pewno nie zawiodę. Jestem zadowolony, że nie poszła na marne wielomiesięczna, ciężka praca na siłowni. Niech się tylko zacznie unitarka, to pokażę na co mnie jeszcze stać.

SEC 2 (5-6)

Pamiętam doskonale ten dzień, kiedy to w wieczorowym rozkazie została ogłoszona moja nominacja. Jeszcze teraz widzę głupio zdziwione miny Heńka Głębockiego, Jasia Reklewskiego, Bronka Gałęzy, Zbyszka Barana i wszystkich tych wróżbitów, którzy przepowiadali, że kapral mnie wykończy i że najprawdopodobniej moja kariera wojskowa skończy się na tak zwanym „żelaznym podchorążym”. A jednak stało się zupełnie inaczej. W pocie i znoju żołnierskiego życia mijały tygodnie i miesiące, a moje zamiary na przyszłość wciąż nie nabierały żadnych realnych kształtów.
Aż pewnej nocy podczas pełnienia służby wartowniczej niespodziewanie otrzymałem prywatny list od d-cy kompanii szkolnej kpt. Korzeniowskiego, w którym zaproponował mi zgłoszenie swojej kandydatury do Szkoły Podchorążych Piechoty, kształcącej kadry oficerów zawodowych.
Propozycja ta spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Jak to? Ja mam iść na oficera zawodowego? Przecież nigdy w życiu o takiej możliwości nie myślałem.
Widziałem się prawnikiem, lekarzem, ba nawet księdzem, ale nigdy oficerem służby stałej!
A jednak list leżał przede mną i był faktem. Kapitan w serdecznym i przyjacielskim tonie zachęcał mnie do przyjęcia jego propozycji, stwierdzając jednocześnie, że w opinii jego i innych przełożonych, w zupełności nadaję się do zawodu wojskowego. W zakończeniu listu prosił mnie o osobistą odpowiedź w dniu następnym.
Nocy tej nie zmrużyłem oka i nazajutrz rano zapadła moja decyzja. Zgłosiłem swoją kandydaturę. Nie wiedziałem w ową noc, jak poważne i brzemienne w skutkach nadchodzą czasy i jak ciężko mnie jeszcze los doświadczy.


16 maja 1995 roku o godzinie 2.30 znalazłem się na dworcu kolejowym w Poznaniu. Błędnym wzrokiem odnalazłem na peronie policjanta, który był jedynym człowiekiem w tłumie, nie ogarniętym pośpiechem. Zapytałem o jednostkę. Nie wiedział i miał prawo - w końcu to policjant. Pamiętam, że zastanawiał się jednak, czy by mnie nie zatrzymać za ewidentny brak trzeźwości. Powstrzymał się jednak - zapewne doszedł do wniosku, że nic by mu to nie dało.
Wyszedłem przed budynek dworca i ktoś wskazał mi drogę do jednostki. Była niedaleko. Gdy się tam znalazłem, z trudnością obudziłem wartownika śpiącego ciężko na stole. Po skontaktowaniu się ze swym przełożonym wartownik oświadczył mi, że w tej jednostce nie ma już miejsca i muszę się udać na wydział pancerny na Golęcin. Jednostka ta mieściła się gdzieś na peryferiach miasta i trzeba tam było jechać autobusem, który o tej porze jeszcze nie kursował. Wróciłem więc pod dworzec, gdzie już wcześniej dostrzegłem sklep monopolowy. Kiedy tak stałem przy wejściu ciągnąc z wysiłkiem drugie piwo i rozglądając się po nieznanym otoczeniu, dostrzegłem zbliżającego się do mnie śmieciarza. Ten starszy człowiek ciągnął za sobą wózek pełen jakichś rupieci. Wyglądał mi na poczciwca i jeśli ktoś znał każdą dziurę w Poznaniu, to tylko on. Zaproponowałem mu piwo, ale odmówił wyrażając chęć na tanie wino. Spełniłem jego życzenie. Miałem chęć dotrzymać mu towarzystwa, ale żołądek odmawiał mi posłuszeństwa po wczorajszym wyczynowym pożegnaniu mnie przez przyjaciół.
Śmieciarz okazał się bardzo usłużnym i sympatycznym człowiekiem. Wskazał mi drogę do jednostki, poopowiadał mnóstwo ciekawych rzeczy o Poznaniu i rozstaliśmy się jak przyjaciele. Nie pamiętam, kiedy dotarłem na miejsce. Mój mózg zaczął funkcjonować prawidłowo dopiero trzy dni później, gdy szkolenie było już w pełnym toku.
Każdy dzień unitarki wyglądał mniej więcej tak samo: pobudka o szóstej rano, następnie błyskawiczne ścielenie łóżek do zaprawy (według specjalnego wzoru), potem zbiórka do zaprawy i wyjście przed budynek koszar. Kolejna zbiórka i trzy kilometry biegu lub pół godziny ćwiczeń fizycznych na placu. Po zaprawie powrót na kompanię i drugi model ścielenia łóżek. W międzyczasie należało się błyskawicznie umyć i ubrać w mundur, na co raczej nie starczało czasu, znowu zbiórka i marsz na apel. Na apelu sprawdzenie stanu i przegląd umundurowania. Następnie dowódca kompanii, kapitan Ptak odczytywał rozkaz dzienny oraz tracił czas na bardzo pobieżne przedstawienie planu zajęć dla wszystkich sześciu plutonów. Kolejną czynnością był marsz na stołówkę połączony z musztrą. Po śniadaniu zbiórka i jeśli zostało trochę czasu, szliśmy na zajęcia do katedry taktyki. Jeśli zbliżała się ósma, drogę na wykłady pokonywaliśmy biegiem. Potem osiem godzin śmiertelnie nudnych wykładów, na których usypiali nawet najodporniejsi i powrót na kompanię. Oczywiście przed i po każdej godzinie zajęć odbywały się zbiórki, przeformowania szyków i tak dalej. Po powrocie na kompanię wystarczyło czasu na umycie rąk i znów zbiórka na obiad, a po posiłku kolejne atrakcje: dwie godziny zespołowej musztry, trening zakładania kombinezonów przeciwchemicznych, kilkugodzinny poligon, czyszczenie broni, obowiązkowe spotkanie z jakimś przełożonym, trenujące dyscyplinę podlewanie kwiatków w czasie deszczu i tym podobne. W międzyczasie była kolacja. Wieczorem, przed capstrzykiem odbywały się bezsensowne apele, na których nic się nie działo i rozchodziliśmy się do izb żołnierskich. Potem mycie i sprzątanie rejonów, czyli korytarzy, łazienek i ubikacji. Wreszcie capstrzyk. Światła pogaszone. Od rana znowu to samo.
W ciągu pierwszego miesiąca najbardziej dręczącą mnie rzeczą było zagadnienie higieny. W tym czasie aż dwa razy miałem możność umycia się pod prysznicem. Piękna pogoda, mundurów nie wolno było zdejmować, więc pociliśmy się bardzo. Olbrzymi kompleks budynków mieszczący Wyższą Szkołę Oficerską posiadał jedną łaźnię. Może wystarczyłaby, ale coś się tam zatkało w kanalizacji i nikt pod słońcem nie mógł tego naprawić. Koszary powstały przed pierwszą wojną światową i wydawało mi się, że było trochę czasu na zbudowanie czegoś, co pozwoliłoby żołnierzom porządnie się umyć po ćwiczeniach. Pot na poligonie - tak, ale przecież jesteśmy cywilizowanymi ludźmi. Minęło tyle twórczych lat...
Ale w sumie po co jakiś tam prysznic? Przecież na terenie szkoły nie było kobiet. Własnym smrodem cieszyli się sami żołnierze. Oficerów to nie obchodziło, bo oni mieli łazienki w domach i internatach. A może smród był korzystniejszy, bo podobnie jak za czasów najazdów mongolskich mógł być czynnikiem obezwładniającym przeciwnika? Znalazłem też drugie rozwiązanie. Mianowicie załoga czołgu jest w czasie walki szczelnie zamknięta pod grubym pancerzem. Może ekscytujący zapach niemytych ciał miał zagrzewać żołnierzy do walki, podnosić ich morale i uczucie dobrze spełnianego obowiązku? Nie wiadomo. W każdym razie łaźnia była sławna, gdyż kręcono tam film. Te cztery razy, jakie miałem szansę się wykąpać w ciągu trzech miesięcy szkolenia, spędziłem pod natryskiem, pod którym kręcono scenę powieszenia się z filmu “Kroll”. Zawsze wtedy zadawałem sobie pytanie: “Czy sposób funkcjonowania tego przybytku mógłby być ostatecznym motorem pchającym zdesperowanego żołnierza ku samobójstwu, a jeśli tak, to w jaki sposób można było się powiesić, skoro podczas kąpieli zawsze stało obok kilku kolegów ostro ponaglających do zakończenia toalety?”
Dobrze, że w pobliżu jednostki było jezioro bez limitów czasowych i przynajmniej wiedziałem, że w nim nie złapię grzybicy.
Dniem wolnym od zajęć była niedziela. Na terenie kompanii panowały wtedy pustki. Posiłki wydawano o godzinę później. Po śniadaniu udawało się czasem uciec do herbaciarni, przybytku dającego odwiedzającym żołnierzy cywilom wrażenie, że w szkole panuje przyjemna atmosfera. W niedziele starałem się chodzić na posiłki w trampkach. Robiłem to, żeby dać odpocząć odparzonym stopom i podleczyć głębokie obtarcia skóry na kostkach, które nie chciały się goić.
Nasza swoboda polegała na tym, że 26-30 letnim mężczyznom nie wolno było samemu ruszyć na krok z budynku kompanii. Wszędzie musieli nas prowadzać nasi kaprale podchorążowie - studenci tej szkoły odbywający praktyki. Pomimo, że młodsi, odnosili się do nas z wyraźną wyższością. Zapamiętałem też kilka poniżających uwag, które robili wykorzystując swoją przewagę. Jeśli chcieliśmy na przykład coś kupić w pobliskiej kantynie, trzeba było liczyć na łaskę panów kaprali. O wyjściu poza teren jednostki nie było mowy. Myślałem wtedy o swojej sześcioletniej córce, która miała pozwolenie ojca na pójście do sklepu po drugiej stronie ulicy.

Na przeszkolenie do Wyższej Szkoły Oficerskiej w Poznaniu przyjechali absolwenci wyższych uczelni. Zgodnie z założeniami odgórnymi powinni to być ludzie z wykształceniem politechnicznym, najbardziej odpowiadającym zadaniom realizowanym przez Szkołę Podchorążych Rezerwy. Na skutek bałaganu panującego w wojsku okazało się nagle, że przybyli do Poznania posiadają bardzo różne specjalności zawodowe. Byli tu historycy, absolwenci AWF, ekonomiści, nawet muzycy. Dziewięćdziesiąt procent powołano przymusowo, a tylko nieliczni, tacy jak ja, to ochotnicy. Znaczna część spędziła wszystkie lata studiów za biurkiem i nie posiadała wysokiej kondycji fizycznej ani sportowego zacięcia. Dlatego zarówno zaprawy poranne, jak i testy sprawności fizycznej wypadały ogólnie miernie. Mało efektywne i nieciekawie realizowane tematy zajęć teoretycznych wciągały niewielu z nas. Duża część uczyła się z przyzwyczajenia albo ze strachu przed przeniesieniem do służby zasadniczej. Udawali, że nie dbają o nic, a w każdej wolnej chwili studiowali zawzięcie zawartość zeszytów. Zadufani w sobie pułkownicy-wykładowcy nawet nie dopuszczali do siebie myśli, że ich metody nauczania sprawdzone na kadetach szkoły chorążych i podchorążych WSO mogą być odbierane jako żałosne przez ludzi, którzy studia wyższe mają już za sobą i prezentują czasem o wiele wyższy poziom inteligencji i wiedzy niż wojskowi specjaliści. Tak było na zajęciach z obrony przeciwchemicznej. Prowadzący wykład kapitan-chemik starał się wytłumaczyć nam przebieg reakcji jądrowej w trakcie wybuchu bomby atomowej. Większość z nas otwierała szeroko usta słuchając uczonego wywodu i nieznanych terminów. Kiedy wykładowca skończył i opuścił na chwilę salę, siedzący obok kolega, fizyk, trącił mnie łokciem i powiedział głośno, że ten kapitan nie tylko się pomylił, ale po prostu nie wie o czym mówi. Kilku kolegów zgodziło się z nim. Miesiąc później mnie osobiście dwóch inżynierów pola walki, jak pogardliwie nazywa się oficerów, próbowało uczyć stawiania akapitów w tekście podania o urlop. Robiący, co później często udawało mi się zauważyć, poważne błędy ortograficzne porucznicy zmuszali filologa do kilkukrotnego przepisywania podania, aby mnie tylko udręczyć i zademonstrować swoją wyższość.
Jeśli w zajęciach uczestniczyło zwykle dwudziestu pięciu podchorążych i prawie każdy specjalizował się w innej dziedzinie nauki, to prowadzący ćwiczenia musiałby być geniuszem, żeby móc odpowiedzieć fachowo na każde pytanie.

Trzy dni po rozpoczęciu unitarki rozbolał mnie kręgosłup. Nie mogłem się pochylać ani do przodu, ani do tyłu. Kręgosłup bolał w każdej pozycji: gdy stałem, siedziałem, czy biegłem. Nie czułem go tylko spoczywając nieruchomo na brzuchu. Każdy ruch przypominał mi o kontuzji. Ciągła ganianka od świtu do nocy stopniowo pogłębiała tą dolegliwość. Mój błąd polegał na tym, że przypisywałem bóle przewianiu krzyża, gdyż spałem blisko drzwi, a przeciągi nie były rzadkością. Myślałem, że to z czasem przejdzie i nie chciałem z tym od razu biec do lekarza ani skarżyć się nikomu. Po tygodniu nie potrafiłem pościelić łóżka nie podpierając się drugą ręką o jego krawędź. Długi bezruch podczas wykładu nie pozwalał mi wstać normalnie na przerwę. Zmuszony byłem to robić powolutku i delikatnie. Uporczywe sztywnienie uniemożliwiało mi koncentrację nad zadaniami. Nie przypuszczałem, że mój kręgosłup jest uszkodzony mechanicznie i że jednym z powodów jest defiladowy krok trenowany codziennie podczas musztry. Silne uderzenia butami o asfalt, na usztywnionych nogach zbliżały mnie do kalectwa. Jak się później dowiedziałem, tego typu kontuzja nie jest rzadkością pośród żołnierzy służby zasadniczej i niejednego przeniosła do cywila. Będąc dobrej myśli starałem się robić wszystko normalnie. Z czasem stało się to zwyczajnie niemożliwe i meldowałem każdemu z dowódców swój brak pełnej sprawności. Ponieważ choroba nie dała się zauważyć gołym okiem, zawsze uznawano mnie za symulanta i ewentualne ulgi przyznawano z pogardliwym uśmiechem lub wcale.
Podczas jednego z ćwiczeń WF, prowadzący je pułkownik nie zgodził się na moją propozycję zamiany koszykówki na ćwiczenia na drążku i musiałem kontynuować grę. W pewnej chwili otrzymałem silne podanie kozłem i przy próbie opanowania piłki poczułem tak ostry ból w części lędźwiowej, że przewróciłem się na asfalt. Miałem wrażenie, że lecąca piłka złamała mnie na dwie części. Po tym zdarzeniu zszedłem z boiska zdecydowany na konsekwencje odmowy wykonania rozkazu. Gburowaty pułkownik przestał się czepiać.
Po dwóch tygodniach spadła mi drastycznie ogólna wydolność organizmu. Przebiegnięcie trzystu metrów z karabinem na plecach przyprawiało mnie o ciężką, powoli mijającą zadyszkę i ekstremalne znużenie. Nawet mi wtedy nie przyszło na myśl, że mam temperaturę wyniszczającą organizm i władze psychiczne. Gorączka musiała się wahać w znacznym stopniu, gdyż czasem czułem się silniejszy. Jednakże przez większość czasu odczuwałem bóle w kościach i rodzaj osłabienia, jakie pamiętam z czasów dzieciństwa, gdy miałem wysoką temperaturę.
Jedynymi ludźmi, którzy rozumieli moją słabość byli koledzy z plutonu. To dzięki ich wyrozumiałości i pomocy przetrzymałem okres unitarny i resztę przeszkolenia w Poznaniu. Koledzy wstawiali się za mną u dowódców patrzących na mnie drwiąco lub obojętnie. Gdyby nie pozytywne podejście trzeciego plutonu, starającego się nie obciążać mnie żadnymi trudniejszymi pracami, normalnie w zasadniczej służbie kaprale wykończyliby mnie. Dopóki mógłbym się utrzymać na nogach “jeździłbym na szmacie” albo w amoku zatłukłbym któregoś z oprawców.

25 maja pojechaliśmy na pierwszy poligon na Biedrusko. Było to nasze pierwsze ćwiczenie w polu. Najpierw sześć godzin usypiania w salach wykładowych, obiad, a potem wyjazd ciężarówką na tor przeszkód. Ćwiczenie prowadził podpułkownik Wysocki, a bezpośrednim instruktorem był nasz dowódca plutonu, podporucznik Fiodorow, zwany przez nas Kaszpirowskim, ponieważ był podobny do sławnego uzdrowiciela i miał rosyjskie pochodzenie. Ćwiczenie poprzedzał śmiertelnie nużący i tak niekonkretny wykład pułkownika, że chyba nikt go w końcu nie słuchał, zwłaszcza w najważniejszym momencie, gdy omawiano przepisy bezpieczeństwa. Oglądając tor po raz pierwszy stwierdziłem, że jest łatwy do pokonania i nie myliłem się wiele. Nie bacząc na swoją dolegliwość wykonywałem, jak inni, wszystkie ćwiczenia: bieg, czołganie, zaleganie i tak dalej. Dopiero na pionowej ścianie los spłatał mi okrutnego figla. Przeszkodę tą tworzył gładki mur z desek o wysokości sporego płotu. Ponieważ dechy ustawiono pionowo, nie znajdował się w nich żaden punkt zaczepienia dla nóg. Należało wysoko podskoczyć, unieść się na rękach i przerzucić korpus przez ścianę. Przy pierwszej próbie pokonania przeszkody bardziej ciężcy i mniej wysportowani koedzy nie dawali rady, pomimo dużego zapału. Gdy rozpoczęło się drugie podejście, wystartowałem jako jeden z pierwszych. Z niezwykłą łatwością wybiłem się do góry i błyskawicznie wyprostowałem ręce w ramionach, wykonując tym samym najtrudniejszą część zadania. Wtedy zwisający swobodnie u pasa bagnet (był w pochwie) zaklinował się z jednej strony opierając się o ścianę, a drugim końcem wpijając się tam, gdzie mężczyznę boli najbardziej. Uniemożliwił mi tym samym przerzucenie ciała przez ścianę. Wisiałem tak w górze kilkadziesiąt sekund, co było możliwe tylko dzięki temu, że w cywilu znakomicie wyćwiczyłem mięśnie rąk, po czym w końcu przeskoczyłem murek. Porucznik widząc ten cyrkowy wyczyn, polecił mi uklęknąć przed ścianą i oprzeć się na rękach, tak by moje plecy tworzyły pomost dla tych, którzy mieli problemy z podskoczeniem. Koledzy podbiegali więc kolejno, wskakiwali mi na lędźwiową część krzyża i przeskakiwali na drugą stronę. Znosiłem to nie chcąc przyznawać się do kontuzji kręgosłupa i przyglądałem się kątem oka biorącym rozpęd oraz obciążonym bronią i sprzętem żołnierzom. Kiedy do wskoczenia mi na plecy przyszykował się blisko stukilogramowy Mariusz, zwątpiłem i zameldowałem dowódcy, że nie dam rady. Na szczęście koledzy gorliwie mnie poparli i wstałem z ziemi. Pozostała część toru z zasiekami, okopami i natarciem na wzgórze, była bajecznie prosta.

Wypełnione po brzegi zadaniami dni unitarki wlokły się niemiłosiernie powoli. Po raz pierwszy w życiu odnosiłem wrażenie, że czas płynie wolniej, pomimo nieustannego działania.
W szkołach i na uczelniach młodzież przygotowywała się do wakacji. Lato i beztroska dobiegały mnie z cichutko włączonego radia, jeśli nie zagłuszała go gorączkowa krzątanina pododdziału: tupot butów, wrzeszczane komendy i hałaśliwy dzwonek magazynu broni.
Kilka dni przed przysięgą, nie mogąc dłużej znosić złośliwych uwag oficerów, wpisałem się wreszcie do książki chorych i pojechałem do szpitala. Wykonano prześwietlenie kręgosłupa. Badający mnie lekarz prawidłowo rozpoznał rozszczep łuku S-1, przepisał lekarstwa i zapewnił, że dolegliwość minie. Wierzyłem mu, bo wtedy w ogóle jeszcze w coś wierzyłem i byłem pełen dobrych myśli przed urlopem przysługującym po przysiędze.
Nie mogłem się doczekać wyjazdu do domu. Zamknięty przez miesiąc jak kryminalista, czułem w sobie coś w rodzaju pierwotnego instynktu, który musi posiadać dzikie zwierzę nagle zamknięte w klatce i próbujące się z niej wydostać. Narastająca frustracja budziła we mnie agresję, o jaką nigdy bym siebie nie posądzał. Jednak pomiędzy kryminałem, a wojskiem, w moim przypadku istniała ta różnica, że do więzienia idzie się pod przymusem i wcale nie trzeba tam ganiać od rana do nocy, nie zdobywając żadnej konkretnej wiedzy. Ja natomiast zgłosiłem się do armii ochotniczo i nie mogłem się z niej wydostać, ponieważ niezależnie od tego, czy opuściłbym wojsko legalnie, czy nielegalnie, na wolności nie czekał na mnie nikt i nic...

Przysięga. Uroczysta parada, do przeprowadzenia której wczoraj spędzano z łóżek i izby chorych nawet obłożnie chorych. Wulgarne przekleństwa, którymi częstował nas w czasie prób zastępca komendanta szkoły, pułkownik doktor Dąbrowski, przebiegają mi przez głowę, gdy w słoneczny poranek 10 czerwca maszerujemy w kierunku placu defilad. Umiem już stąpać w ten sposób, że energicznie tupię w asfalt, ale but lekko dotyka podłoża i nie powoduje udarów na chory kręgosłup.
Gra orkiestra wojskowa. Miejsce przysięgi otoczone jest tłumem rodziców i znajomych przybyłych na tą jedyną w swoim rodzaju uroczystość. Bezskutecznie szukam wzrokiem swoich kolegów. Są zbyt daleko. Gra hymn państwowy. Białoczerwona flaga zostaje wciągnięta na maszt. Padają komendy. Podchodzimy do przysięgi. Powtarzamy rotę. Powtarzam słowa. Ogarnia mnie kompletna pustka. Nie mam żadnych odczuć ani emocji. Nie podniecam się, nie wzruszam. Następnie generał Flis paraduje przed nami kulawym krokiem cyborga. Znowu komendy. Za chwilę koncentruję się nad rytmem opinaczy mojego poprzednika. Przystępujemy do uroczystego przemarszu pod trybuną. Staram się iść prawidłowo. Widzę przyjaciół. Przyjechali i to jest wspaniałe.
Odmaszerowujemy na tyły. Szybko składamy broń do skrzyń, odbieramy rozkazy wyjazdu i przebieramy się w cywilne ubrania. Opuszczam wraz z rodzicami i przyjaciółmi teren jednostki. Doznaję szoku patrząc na ludzi na ulicy. Teraz mogę iść, gdzie chcę, przez najbliższe 120 godzin...
Wsiadam do furgonetki, którą przyjaciele wynajęli, żeby do mnie przyjechać. Rodzice jadą swoim samochodem, ojciec ma na sobie wojskowe spodnie. Rozglądam się po twarzach przyjaciół: Agnieszka, Jola, Wiesiek, Adam, Michał, Kazek i dwóch Andrzejów. Wewnątrz samochodu wypijam pięćdziesiątkę wódki, następną i następną. Oni wszyscy, za wyjątkiem dziewcząt, mają już dobrze w czubie. Kierujemy się na Kielce.
Stajemy w lesie i robimy piknik. Matka przygotowuje ekskluzywne śniadanie na trawie. Po hałaśliwej paradzie cisza lasu działa na mnie jak narkotyk, Powolutku dociera do mojej świadomości, że jestem wolny. Alkohol rozbija mi myśli: euforia i przygnębienie, radość i udręka rekruta. Przez moment czuję się dumny, za chwilę kompletnie zdruzgotany. Jedziemy kilkaset kilometrów. Nie wiem, który to już kieliszek. Wszyscy śpią. Przez odurzony umysł przechodzą jedno za drugim majaczenia. Zbyt długo szarpane nerwy odmawiają mi posłuszeństwa. Łzy płyną mi po policzkach. Potem uspokajam się i zapadam w sen.
Wysiadam z samochodu pod domem. Kładę się spać, w nocy wymiotuję przez balkon. Rano budzę się w znakomitym humorze, bo na dworze świeci słońce i nikt nie wrzeszczy w przedpokoju. Po śniadaniu wsiadam na motocykl i jadę nad wodę odpocząć i popatrzeć na normalnych ludzi.

Po przysiędze mogliśmy wyjść z jednostki do miasta. Byliśmy już podobno uświadomionymi żołnierzami. Naturalnie plan zajęć nadal był bardzo przeładowany i bardzo rzadko znajdowaliśmy czas dla siebie. Do południa, jak zwykle odbywały się zajęcia teoretyczne, które swą zawartością szkoliły mistrzów w spaniu na siedząco. Niektórzy potrafili przespać całą godzinę opierając głowę na rękach, z oczyma pozornie skierowanymi w zeszyt i wykładowca nie zorientował się.

Do sali wszedł podpułkownik Licki. Pomocnik dowódcy plutonu zameldował gotowość grupy do seminarium z taktyki, temat: “Manewry taktyczne”. Kogoś brakowało i Licki z całą surowością dociekał przyczyny. Pomocnik tłumaczył się w pocie czoła i w końcu osiągnęli porozumienie.
Nie lubiłem tego oficera. Nie podobały mi się jego chamskie docinki pod adresem Kielczan. Licki podobno dowodził kiedyś jakimś pododdziałem składającym się z mało inteligentnych przedstawicieli mojego regionu. Widocznie dali mu się we znaki, skoro teraz opowiadając coś, zawsze referował do “tępych scyzoryków z kieleckiego”. Jego niby wesołe żarty zawierały w rzeczywistości głęboką nienawiść, którą zdaje się maskował. Ja i pełen wigoru Mariusz - przedstawiciele ziemi kieleckiej, mieliśmy momentami ochotę wyskoczyć na środek sali i skopać Lickiego tak, żeby nie mógł wstać z ziemi. Widziałem, jak Mariusz czerwienieje gwałtownie, gdy po usłyszeniu “żartu” pułkownika, podchorążowie śmiali się głośno.
Na katedrę wszedł Konrad - z wykształcenia muzyk i kompozytor. Z zamiłowania był bumelantem i żartownisiem. Spędził on połowę unitarki na izbie chorych, a w ciągu całego szkolenia wynalazł sobie kilka, a może nawet kilkanaście schorzeń, dzięki którym w końcu przeniesiono go do rezerwy.
Tak więc Konrad zaczął rozrysowywać manewry na tablicy, podpułkownik Licki zasiadł w jednej z tylnych ławek i wszyscy zamieniliśmy się w słuch.
Konrad skończył rysować. Odwrócił się do nas i spoglądał na salę spoza dodających mu powagi okularów.
- Manewr obejścia polega na tym, że... polega na tym, że obchodzimy przeciwnika z boku i...
Licki zdenerwował się. Nie widziałem jego twarzy, ale słyszałem jego donośny zdecydowany głos.
- Pani podchorąży, co mi pan tutaj pierdoli! Nic pan nie umie. Proszę przejść do manewru oskrzydlenia.
Grupa zaczęła się śmiać, a Konrad zrobił minę wyrażającą kompletny brak pewności siebie. Trochę zbyt radykalna uwaga Lickiego zbiła go z tropu.
- A więc oskrzydlenie polega na tym, że... że podchodzimy do przeciwnika od tyłu... - Konrad wskazał półkoliste strzałki okrążające umocnienia nieprzyjaciela. Jego twarz wyrażała śmiertelną powagę.
- Panie podchorąży, od tyłu to pan możesz dziewczynę w parku... Proszę przejść do przenikania! - jego głos stał się stanowczy i wiedzieliśmy, że Konrad pewnie dostanie dwóję. Grupa była coraz bardziej rozbawiona, a Licki powoli tracił cierpliwość. Na twarzy naszego kolegi oprócz wielkiej niepewności dostrzegłem teraz determinację i chęć zrehabilitowania się w ostatniej chwili. Rozrysował raz jeszcze starannie pozycje przeciwnika, kierunek natarcia i przystąpił do objaśnień.
- Manewr przenikania... - Konrad poprawił okulary, na czole ukazały mu się kropelki potu. - Manewr przenikania polega na... zdecydowanym wejściu w przeciwnika!
Takiego wybuchu śmiechu to ta sala chyba nie słyszała od pierwszej wojny światowej. Leżeliśmy na ławkach przez kilka minut, śmialiśmy się do rozpuku i waliliśmy pięściami w ławki. Pułkownik Licki zgonił Konrada z katedry i do wykładu przystąpił następny kolega. Był to jedyny moment w czasie całego szkolenia, kiedy zapomniałem gdzie jestem.
Po południu bardzo często jeździliśmy na kilkugodzinne zajęcia poligonowe w pole. Nawet jeśli część z nich była interesująca, to nie kształtowały one w nas tego, co bezwzględnie powinny - umiejętności dowódczych. Widząc w polu BWP-1 (bojowy wóz piechoty) marzyłem o jakiejś akcji, konkretnym działaniu, możliwości wykazania inicjatywy. Gdyby tak można było zasiąść chociaż na chwilę na siedzeniu dowódcy, nawiązać łączność z dowódcą kompanii, z kierowcą mechanikiem wozu, z przedziałem desantowym, rzucić komendę i poprowadzić chociaż krótkie natarcie. To zrekompensowałoby mi nudę i bezsens całego szkolenia. Niestety, zamiast tego wykonywaliśmy jakieś przejazdy wozem bojowym, spieszenia, czołgania i biegi, ale nikt dobrze nie wiedział, ani kto dowodzi, ani co właściwie ma na celu nasze działanie.
Ćwiczenia poligonowe dawały mi się bardzo w kość, bo po dawnej formie nie zostało ani śladu i czułem, że coraz gorzej znoszę przebywanie wśród niektórych naszych instruktorów i nauczycieli.
Któregoś dnia w czasie zajęć w polu, prowadzący je porucznik Szulejko - oficer wychowawczy zwany przez nas politycznym, wydał rozkaz zajęcia miejsc w wozie bojowym. Wskoczenie na pancerz o wysokości 1,5 metra graniczyło dla mnie z wyczynem. Wdarłem się więc na pojazd z głośnym okrzykiem dodawając sobie w ten sposób trochę siły i zagłuszając ból. Porucznik Szulejko widząc i słysząc moje usiłowanie nie krył zdziwienia.
- Czy pana boli kręgosłup, czy że tak powiem kręgosłup ideologiczny?
Zignorowałem jego uwagę, marząc o tym, żeby mieć w tej chwili naboje w magazynku karabinu.
Nie mogłem dłużej znosić drwin i docinków i zdecydowałem się ponownie pójść do lekarza. Ortopeda skierował mnie do neurologa. Okazała się nim bardzo miła pani doktor. Z miejsca zaproponowała mi leczenie szpitalne. Poprosiłem ją jednak o skierowanie na izbę chorych w jednostce. Przebywałem tam jednak dwa dni: pielęgniarki nie robiły mi zastrzyków, próbowano mnie wykorzystać do dźwigania termosów z jedzeniem, a sanitariusze wpisywali do kart pacjentów temperaturę 32 stopnie Celsjusza!
Zgłosiłem więc lekarzowi pogorszenie stanu zdrowia i wróciłem do pani doktor z przychodni wojskowej.
Pod koniec czerwca znalazłem się w szpitalu wojskowym. Dostałem się we właściwe ręce i nie miałem wątpliwości, że zostanę wyleczony w stu procentach. W końcu pracowali tu najlepsi specjaliści i była tu najlepsza opieka, jaką armia może zaoferować żołnierzom. Skierowano mnie na oddział neurologiczny.
Cicho, bardzo czysto, żadnego gorączkowego biegania po korytarzach, młode pielęgniarki w dyżurce. Nie wiedziałem wtedy, że jest to najcięższy oddział szpitalny, gdzie w większości przebywają ludzie kwalifikujący się na tamten świat: starzy żołnierze lub ich schorowane żony. Oczywiście zdarzają się też młodzi ludzie. Podczas swojego leczenia poznałem dwóch młodych wojaków: jeden symulant i złodziejaszek, drugi był całkiem sympatycznym młodzieńcem, któremu na poligonie sparaliżowało twarz. Często z nimi rozmawiałem, ale nie zaprzyjaźniliśmy się lepiej, bo byli o wiele młodsi ode mnie i mieli nieco inne zainteresowania. Poznałem tam też dwie młode pacjentki. Gdy byłem w lepszym nastroju gawędziliśmy czasami i żartowaliśmy.
Pełen dobrych myśli wszedłem do gabinetu doktora Mączyńskiego. Flegmatyczny starszy pan skrzyczał najpierw przez telefon pielęgniarkę za to, że przyjęła mnie do szpitala bez atestatu żywnościowego. Kiedy odłożył słuchawkę złagodniał zupełnie i zaczął rutynowe badanie: ostukiwania młotkiem i inne próby. Po zakończeniu badania zadał mi kilka pytań i przeczytał informacje zapisane w mojej książeczce zdrowia. Zapytał o zdjęcia rentgenowskie. Powiedziałem, że zostały w domu i doktor polecił mi zorganizowanie przysłania ich, aby mnie niepotrzebnie nie napromieniowywać.
Flegmatyczność doktora Mączyńskiego oraz jego niewzruszony spokój wzbudziły we mnie dużo ufności i oczekiwałem od niego dobrych prognoz.
Pan wie, że dla pana sport się skończył - powiedział powoli patrząc w kalendarz zawieszony na ścianie. - Nie wolno panu nic dźwigać, żadnych ciężarów... najwyżej szachy... nie, szachy też nie, bo siedzenie jest dla pana szkodliwe.
Zrozumienie tego, co powiedział zajęło mi następne dwa tygodnie. Nie tyle nie potrafiłem pojąć sensu słów, co przyjąć do siebie wyrok dożywotniego kalectwa.
“Nawet szachy nie? Przecież jestem w wojsku” - pomyślałem. - “Teraz fizyczna sprawność to podstawa, jeżeli chcę coś osiągnąć. Zrezygnować? A co może robić w cywilu nauczyciel języka, który traci głos po dwóch godzinach zajęć? Od teraz fizyczna praca odpada całkowicie. I po co te miesiące ciężkiego treningu?” Poczułem, że boli mnie głowa, a myślenie jest ponad moje siły.
Rozpocząłem okres leczenia szpitalnego. Dostawałem bardzo bolesne zastrzyki, po których nie czułem pośladków. Przed opuszczeniem szpitala nie było już świeżego miejsca do wbijania igły, a wysztywniające drętwienie w kręgosłupie nie zmniejszyło się ani odrobinę. Każdego dnia przed południem mrożono mi partię lędźwiową jakąś cieczą, a po południu nagrzewałem ją specjalną lampą. Poza tym dostawałem lekarstwa doustnie i wykonywałem gimnastykę rehabilitacyjną.
Od początku do końca leczenia nie czułem się lepiej, a może nawet trochę gorzej. W miarę jak upływały dni, zaczynałem się uczyć trudnej sztuki - sztuki nie myślenia o przyszłości. Ale w jaki sposób można nie myśleć o tym ,co będzie? Życie przede mną, powinności trzeba płacić, na dziecko trzeba łożyć, bo jeśli nie, to sąd i więzienie. Skąd wziąć odrobinę optymizmu? To chyba normalne, że młodzi ludzie biorą optymizm z patrzenia w przyszłość, z wyglądania tego, co ich jeszcze czeka w życiu.
Leżałem na sali z pewnym czterdziestoletnim chorążym. Miał kiedyś raka, którego wycięto mu razem z zewnętrznymi i wewnętrznymi genitaliami. Teraz cierpiał z powodu drętwienia kończyn. Ponieważ jego nowotwór był złośliwy, człowiek ten żył przygotowany w każdej chwili na wyrok śmierci z krótkim terminem wykonania. Obserwując uważnie jego łagodną, spokojną twarz, miałem wrażenie, że bardzo boi się śmierci i strasznie chciałby jeszcze pożyć. On również nie mógł nic dźwigać. Szukałbym w nim punktu odniesienia, gdyby nie fakt, że on najlepsze lata miał już za sobą, a co miesiąc przysyłano mu dosyć wysoką rentę wojskową. Oprócz dolegliwości fizycznych chorąży cierpiał na rozstrój nerwowy, do którego doprowadziła go służba wojskowa. Kiedy opowiadałem mu o swoich planach pozostania w armii, odradzał mi to, naśmiewał się ze mnie i opowiadał różne nieprzyjemne historie. Dyskutował także o moich zamiarach z innymi starymi oficerami leżącymi na oddziale. Robił to w dobrej wierze, aby poprzez autorytety wyższe niż on sam, przemówić mi do rozsądku. Oficerowie ci, starzy komunistyczni pułkownicy, również odradzali mi służbę w wojsku. Jedni z politowaniem kiwali głową, inni nawet mi ubliżali. “Lepiej milion mniej na spocznij, niż milion więcej na baczność!” - grzmiał mi do ucha pewien pułkownik, były dowódca rosyjskiej stacji radiolokacyjnej.
Za mało wiedział, żeby mnie zniechęcić. On nigdy nie był bezrobotny. Otrzymywałem dwa miliony złotych zasiłku, z czego milion dwieście tysięcy oddawałem na alimenty. Na życie zostawało mi osiemset tysięcy. Jeżeli w moim województwie ktoś zarabiał powyżej czterech, to już miał dobrze, chociaż ciągle było to bardzo niewiele. Jako zawodowy oficer zarabiałbym minimum osiem. O taką forsę można było powalczyć.
Pomimo, że na oddziale nie było wielkiego ruchu, gdyż przyjmował on około 20 pacjentów, panowała tu bardzo nieprzyjemna atmosfera. Młode pielęgniarki były dziwnie zgorzkniałe i niechętne do rozmowy albo żartów. Za to chętnie wyręczały się młodszymi pacjentami. Kiedy po starciu z salową, która nakazywała mi codzienne odkurzanie oddziału, wreszcie zrozumiały, że podchorąży to nie młody żołnierz do roboty, a mój kręgosłup nie pozwala na taką pracę, atmosfera jeszcze się pogorszyła. Właściwie było mi to obojętne. Robiłem swoje, a one swoje. Czytałem książkę, rozmawiałem z chorążym, z kumplem z ortopedii albo spoglądałem apatycznie przez okno, za którym był tętniący życiem świat zdrowych ludzi, piękny, ciepły początek lata, słońce i wolność.
Gdy byłem w dobrym humorze, co zdarzało mi się niezwykle rzadko, flirtowałem z Anią, młodą maturzystką, która także leżała na moim oddziale. Może dlatego, że nie była poważnie chora i dopisywał jej humor, traktowałem ją, jak odrobinę życia przemyconą do krainy umarłych rzeczy. Nie brałem jej poważnie, gdyż sposób myślenia dziewczyny był jeszcze bardzo naiwny, a poglądy na życie bardzo niedojrzałe. Drażniły ją moje żartobliwe uwagi i ona również odcinała się jak mogła, ale nie było w tym żadnej wrogości.
Któregoś dnia szedłem korytarzem na oddziale piętro niżej. Miałem fatalny nastrój i zachowywałem się, jakbym szukał zaczepki. Zauważyłem, że Ania rozmawia z jakimś człowiekiem w niebieskim uniformie. Piżama łudząco podobna do ubrań salowych odrabiających to służbę wojskową zdecydowanie zmniejszała szacunek dla właściciela. Facet, z którym rozmawiała uśmiechając się miło, wydawał się trochę za stary na młodego żołnierza, ale mógł być przecież woźnym lub czymś w tym rodzaju. W każdym razie wyglądał na takiego. “Też sobie znalazła kumpla do pogawędki” - pomyślałem ze złością, gdy zbliżyłem się do nich.
Ania stała do mnie plecami. Pochłonięta bez reszty rozmową nie zauważyła, że znalazłem się tuż obok i pogłaskałem ją delikatnie ręką po karku. Udając, że nic się nie stało, odmaszerowałem szybko w swoją stronę. Zadowolony z małego aktu sympatii odszedłem już kilka kroków i słyszę za sobą głos człowieka w uniformie.
- Ej!
Nie zwróciłem na to uwagi idąc dalej korytarzem.
- Ej, kolego! - bardziej zdecydowany głos przywołał mnie do zatrzymania.
“Co jest palancie?” - pomyślałem. Odwróciłem się do niego niechętnie.
- Proszę w moim towarzystwie nie zaczepiać pań - goguś w niebieskiej piżamie patrzył na mnie z wyrzutem.
“A kimże ty jesteś frajerze?” - posłałem mu wymowne spojrzenie. - “Wieje taki od wojska, teraz wynosi kaczki i baseny i co za duma”. Czułem, że za chwile rzucę się na niego i będę go tłukł pięściami do upadłego. Pomyślałem z wściekłością, że jeszcze trochę z dawnej siły na pewno mi pozostało. W końcu odwróciłem się od niego i ruszyłem swoją drogą.
Spotkałem się z Anią na stołówce przy popołudniowej kawce.
- Co to za palant, z którym rozmawiałaś na korytarzu? - spytałem ze śmiechem.
- To był mojego ojca kolega, generał - odpowiedziała z wyrzutem w głosie.
“Aha, byłaby niezła draka” - pomyślałem, przy czym, o dziwo, nastrój znacznie mi się poprawił. - “Wreszcie, coś by się działo”.
Pobyt w tym ośrodku znieczulał mnie na wszystko. Nie pamiętam u siebie takiej obojętności. Nie wzruszało mnie to, że gdybym nie poszedł do wojska, to cieszyłbym się teraz pełnią sezonu. Przestał mieć dla mnie znaczenie fakt, że już nigdy nie będę sprawny fizycznie, nigdy.
“Rodzimy się tylko bez bólu, a potem przez całe życie jest ból...” - z tymi słowami zostałem wysłany do tego szpitala przez sympatyczną panią doktor. Uzmysłowiłem sobie nagle jak wieloznaczna jest ta mądrość życiowa i jak trudno się z nią pogodzić.
Powlokłem się do swojego pokoju uśmiechając się sztucznie do spacerującej korytarzem pysznej pani generałowej.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 05 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pon Gru 05, 2016 3:20 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Czw Paź 29, 2009 7:42 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

SEC 3

Po kilkunastu minutach morderczego biegu znaleźliśmy się poza zasięgiem ataku z powietrza i chociaż coraz to nowe, potężne eksplozje wstrząsały lasem, to jednak byliśmy już w bezpiecznej odległości.
Jeszcze kilkanaście minut oczekiwania i wreszcie wszystko ucichło.
Zebrałem kompanię na najbliższej leśnej polanie i stwierdziłem brak 15 szeregowych. Los ich był mi nieznany. Dlatego też postanowiłem wraz z patrolem wrócić na poprzednie miejsce i odszukać zaginionych ludzi oraz wóz amunicyjny.
Na miejscu bombardowania zastałem już liczne drużyny sanitarne, niosące pomoc rannym żołnierzom i cywilom. Wokół panował ból, płacz i lament kobiet i dzieci. Jedna wielka rozpacz biła w niebo z tego nieszczęsnego lasu śmierci i niosła ku Wszechmocnemu wołanie o pomstę i karę.
Wśród kilkudziesięciu rannych i poszarpanych ciał zabitych nie zdołałem rozpoznać swoich żołnierzy.
Udało mi się natomiast odnaleźć nieuszkodzony wóz amunicyjny, wraz z parą zdrowych i spokojnych już koni. Zabraliśmy wóz i powróciliśmy do kompanii, gdzie czekał mnie już rozkaz do natychmiastowego wyruszenia na trasę marszu i dołączenia do zgrupowania.
Ruszyliśmy. W drodze, galopem mijały nas liczne oddziałki kawalerii i taborów, wzbijając gęste i tamujące oddech tumany kurzu. Wreszcie uformowała się długa i wąska kolumna, która z trudem brnęła po wyboistej drodze. Załadowane do ostateczności chłopskie powody, po osie grzęzły w sypkim piasku. Trupy padłych koni, połamane wozy i stosy przeróżnych skrzyń tarasowały drogę do tego stopnia, że wkrótce tempo marszu spadło do 2 km/h. A jednak posuwaliśmy się wciąż naprzód. Aż w końcu po około 3-ch godzinach uciżliwej drogi wyszliśmy wreszcie z lasów na otwartą przestrzeń.
W dali przed nami dostrzegliśmy nową ścianę leśnego kompleksu.
Teraz tempo marszu wyraźnie wzrosło, ale wzrosło też zagrożenie z powietrza. W obawie przed nowym nalotem, z niepokojem rozglądaliśmy się po bezchmurnym niebie.
Wtem gdzieś od wschodu dobiegły nas wyraźne artyleryjskie odpały I jazgot broni maszynowej.
W maszerującą kolumnę wdarł się jakiś dziwny niepokój. Kawaleryjskie patrole rozbiegły się we wszystkich kierunkach, a wyrwane rozkazami d-ców działka wyszły z szyku marszowego I cwałem pognały do przodu.
Rozglądałem się uważnie, szukając przyczyny tego nagłego zamieszania, ale przez gęstą zasłonę pyłu niewiele mogłem dostrzec. Mimo to postanowiłem skupić całą kompanię wokół amunicyjnego wozu i w pogotowiu czekać na dalsze wydarzenia.
Nagle dobiegł nas przeraźliwy okrzyk.
- Niemcy! Czołgi z tyłu!
Na spienionym koniu, jak burza przeleciał obok nas jakiś ułan.
W oka mgnieniu porwała się kolumna na strzępy i lawina ludzi, koni i wozów ruszyła do przodu.
- Stać! - wrzasnąłem. Zostać na miejscu!
- Ale na nic się już zdały moje gromkie rozkazy. Opanowana strachem masa ludzka, na oślep gnała wprost przed siebie i nikt już nie był w stanie jej powstrzymać! Z trzaskiem łamały się wozy. Okładane batami konie z przejmującym kwikiem bólu rwały uprząż i wyłamywały dyszle.
Wraz z wozem i częścią pozostałych przy nim żołnierzy zostałem brutalnie zepchnięty z drogi w pola. Jednym szarpnięciem wyrwałem pistolet z kabury.
- Na stanowiska - krzyknąłem i przypadłem do najbliższej miedzy.
Posypały się ostre rozkazy dowódców plutonów i drużyna po drużynie ułożyły się po moich bokach w wyciągniętą linię.
Pełni nerwowego napięcia, załzawionymi od kurzu oczmi wypatrywaliśmy zapowiedzianego wroga. Nie miałem odwagi spojrzeć na leżących obok mnie żołnierzy, gdyż nagle uświadomiłem sobie cały bezsens mojej decyzji.
Nie posiadając broni przeciw pancernej nie miałem żadnych szans i nie miałem prawa narażać ludzi na niechybną śmierć. Dopiero teraz zrozumiałem, że jestem jeszcze zbyt młodym i niedoświadczonym dowódcą.
Ale oto rozmyślania moje przerwał nagle warkot silników. Jednocześnie doleciał mnie głos leżącego obok mnie kaprala Denka.
- Niech pan spojrzy! - panie poruczniku - toż to nasze tankietki!
- Jak Boga kocham - wrzeszczał na całe gardło - to przecież nasze, polskie gówienka!
Spojrzałem we wskazanym kierunku. Rzeczywiście! W tumanach kurzu pędziły w naszym kierunku trzy maleńkie “tetki” i za chwilę były już przy nas. Stanęły.
W szczelinie obserwacyjnej dojrzałem umorusaną smarem twarz czołgisty.
- Halo! - krzyknął. - Czy nie przechodziły czasem tędy nasze tankietki?
Uradowany z takiego obrotu rzeczy, pobiegłem bliżej i poinformowałem go, że przed paroma godzinami kilka TK przeszło szosą w kierunku Kozienic.
Z kolei zapytałem, czy nie spotkali się z niemieckimi czołgami.
- Tak - odpowiedział. Zagon pancerny n-pla jest obecnie około 30 km stąd, gdzieś w rejonie Zwolenia i ciągnie wzdłuż Wisły ku północy.
- To wszystko, co wiem - zakończył, a teraz czołem i... do zobaczenia!
Tankietki zawróciły na miejscu, po czym pognały w kierunku południowo-wschodnim.
- Spojrzałem po otaczających mnie żołnierzach. Na ich czarnych od potu i pyłu twarzach po raz pierwszy dostrzegłem wyraz ulgi i zadowolenia.
Byłem szczęśliwy, o jakże szczęśliwy. Okazało się, że decyzja moja chociaż pozbawiona zdrowego rozsądku, dała niezaprzeczalne rezultaty. Ci żołnierze wraz ze mną opanowali strach i zwalczyli panikę - największych wrogów pola walki.
Uformowałem kompanię na drodze i szybkim marszem ruszyliśmy w ślad za zgrupowaniem. W niespełna pół godziny po tym byliśmy już na miejscu.
Na skraju nadwiślańskich lasów oczekiwali na nas łącznicy, którzy poprowadzili nas na miejsce biwakowania. Natychmiast zameldowałem się u dowódcy zgrupowania (kawalerzysta,którego nazwiska niestety nie pamiętam) i poprosiłem go o dalsze rozkazy.
Pułkownik polecił mi odesłać kompanię po gorącą strawę do kuchni polowych, po czym usiadł ze mną pod najbliższym drzewem i zapoznał mnie z aktualną sytuacją.
- Jeszcze przed zapadnięciem zmroku - powiedział - będę chciał przekroczyć Wisłę i w tym celu wysłałem szereg patroli celem rozpoznania brodów i miejsc przeprawy. Obecnie czekam na wyniki zwiadu. Tymczasem pan porucznik ze swoją kompanią zamknie tę oto drogę leśną (wskazał mi na mapie) i ubezpieczy mnie od kierunku południowo-wschodniego.
- Na przedpolu pańskiego odcinka rozpoznaje dwa kawaleryjskie patrole.
- O wszystkich swoich spostrzeżeniach - kontynuował pułkownik - proszę przesyłać meldunki tutaj do mojego m.p. To wszystko. Czy są jakieś pytania?
Nieśmiało zwróciłem się do niego z prośbą o przydzielenie mi działka lub 2-ch kb p-panc.
Odmówił kategorycznie i dość opryskliwie, twierdząc, że z tego kierunku nie przewiduje on żadnego zagrożenia broni pancernej n-pla.
Zasalutowałem i odmaszerowałem.
Około godziny 18 byłem już w wyznaczonym rejonie. Dwa plutony rozmieściłem na skraju lasu, wzdłuż wyschłego rowu melioracyjnego, a trzeci pluton wraz z wozem amunicyjnym pod dowództwem kpt. Latuska pozostawiłem w odwodzie, w głębi lasu.
Zajęte stanowiska wydały mi się wyjątkowo dogodne do wykonania powierzonego mi zadania.
Przedpole było płaskie i otwarte. Dopiero na odległości około 800 m zamykał je młody, sosnowy zagajnik. Droga leśna była pod obserwacją i ostrzałem broni ręcznej i maszynowej. Stanowiska strzelecki miały doskonałe, naturalne zamaskowanie, a las na zapleczu zapewniał dogodne warunki odskoku. Biorąc to wszystko pod uwagę wyrzuciłem do zagajnika i ubezpieczenia i w ten sposób wydłużyłem sobie zasięg obserwacji i podsłuchu.
Teraz nie pozostawało nic innego, jak tylko czekać. Tymczasem słońce skryło się za lasem i nadszedł jesienny, chłodny wieczór. Wokoło zaległa głęboka i niczym nie zmącona cisza.
Wiedziałem, że gdzieś na dalekim przedpolu buszują kawaleryjskie patrole, które osłaniają nas przed ewentualnym, nagłym zaskoczeniem. Byłem więc spokojny. Ale jeszcze przed zapadnięciem zmroku, od wysuniętych ubezpieczeń przybiegł do mnie goniec z meldunkiem, że słychać jakiś warkot silników.
Poleciłem mu, aby ubezpieczenia wzmogły czujność i w wypadku stwierdzenia czegoś podejrzanego, odskoczyły na stanowiska kompanii.
W kilkanaście minut potem zauważyłem, że ubezpieczenia moje odchodzą do tyłu, ale kawaleryjskie patrole nie powracały. To mnie zastanowiło.
- Czyżby wróciły inną drogą? - pomyślałem.
- A może to znów nasze tankietki?
Teraz już wszyscy słyszymy wyraźne stękania motorów, ale jakieś dziwne, ciężkie i basowe. Zaniepokojony wysyłam do d-cy zgrupowania gońca z meldunkiem i jednocześnie uważnie lornetuję skraj zagajnika.
Widzę jak tu i ówdzie chwieją się wierzchołki sosenek i chylą się ku ziemi i ...?
Oto jest! Z gęstwiny wynurza się szara sylwetka czołgu. Staje. Powoli obraca się kopuła wieży i teraz dostrzegam wyraźny,czarny, biało obramowany krzyż. Nie mam już żadnych wątpliwości - to niemiecki Mark IV. Tuż obok niego ukazuje się drugi, a potem trzeci.
Kurczowo zaciskam rękę na ramieniu kaprala Denka i czuję gwałtowne bicie serca. Tysiące mrówek biega mi po grzbiecie, po karku i po głowie. Usuwam się ostrożnie w dół rowu i półgłosem podaję po linii - nie strzelać.
Odprawiam nowego gońca do zgrupowania, po czym ponownie wychylam się i przyciskam lornetkę do oczu. Czołgi stoją na dawnych miejscach i tylko obracające się to w lewo, to w prawo lufy dział świadczą o tym, że Niemcy pilnie lustrują teren. Najwidoczniej obawiają się nagłego zaskoczenia, gdyż włazy są szczelnie pozamykane. Czekają.
- Mój Boże! - przeleciało mi przez myśl - gdybym miał teraz chociaż jedno działko.
Ale co to? Słyszę nowy warkot silników, zapowiadający zbliżanie się dalszych czołgów. Przerywam jednak obserwację, gdyż widzę czołgających się do mnie dwóch gońców, których wysłałem z meldunkiem do zgrupowania. Za chwilę są już przy mnie i jeden z nich melduje: - Panie poruczniku, kawaleria wraz z taborami gdzieś zniknęła. Na miejscu postoju nie ma żywej duszy!
- Jak to? To niemożliwe! - wyszeptałem.
Niestety, drugi mój goniec potwierdza to samo. A więc kawaleria odeszła bez uprzedzenia, pozostawiając mnie na pastwę wroga.
- To świństwo i zdrada! - wykrztusiłem przez zaciśnięte zęby, nie mogąc już dłużej utrzymać bezsilnej wściekłości. Przez chwilę nie mogłem zebrać rozstrzelanych myśli. Rzucałem niespokojne spojrzenia to na czołgi, to na przyczajone w rowie drużyny strzeleckie. Wszyscy są na miejscu i czekają na moje rozkazy. A ja zdaję sobie sprawę z tego, żę ode mnie zależy życie tych ludzi albo ich śmierć lub niewola.
Jeszcze moment wahania i zapada decyzja. Wydaję rozkaz do natychmiastowego odwrotu w głąb lasu do plutonu odwodowego.
Drużyny jakby zrozumiały moje intencje, gdyż odchodzą kolejno i spokojnie do tyłu z zachowaniem jak największej ostrożności. Niemcy w zapadającym zmroku nie dostrzegają widocznie naszych ruchów, gdyż stoją nadal na swoich stanowiskach i milczą.
Wreszcie przychodzi kolej na mnie i moją drużynę dowodzenia. Jeszcze raz przykładam lornetkę do oczu i widzę jak dalsze dwa czołgi wynurzają się z gęstwiny i wychodzą na drogę.
Odskakujemy w las i za chwilę jesteśmy już przy plutonie odwodowym. Kpt. Latusek czeka już na nas z wojskiem gotowym do drogi.
Nastąpiła krótka narada, na której postanowiliśmy, że wobec zbliżającej się nocy i nieznanych zamiarów wroga najlepiej będzie pozostać na miejscu i czekać na dalszy rozwój wypadków. Było rzeczą zrozumiałą, że niemieckie czołgi bez piechoty nie mogą zagrozić w tym gęsto podszytym wysokopiennym lesie. Dlatego też szybko zamaskowaliśmy wóz amunicyjnyw najgęstszym zakrzaczeniu, po czym nakazałem kompanii ułożyć się na miejscu i zachować jak najdalej idącą ciszę. Sam z kpr. Denkiem udaliśmy się z powrotem na skraj lasu, aby obserwować zachowanie się n-pla. Nie doszliśmy jeszcze na miejsce, gdy dobiegł nas charakterystyczny ryk ruszających z miejsca czołgów. Przypadliśmy do ziemi. Warkot rósł i potężniał i wkrótce poprzez luki między drzewami dojrzeliśmy pędzące drogą Mark IV. Jeden... dwa... trzy... cztery!... pięć!... sześć! Czołgi na pełnych obrotach rwały drogą gdzieś w kierunku Wisły i znikły za drzewami. Przeczekaliśmy jeszcze chwilę i powróciliśmy do kompanii.
Sytuacja wyjaśniła się nieco, ale i skomplikowała jednocześnie. Czołgi przestały nam bezpośrednio zagrażać, ale odcięły nam jedyną drogę do Wisły.
W tej sytuacji postanowiłem naradzić się z całą kompanią, co do dalszego postępowania. Zebrałem żołnierzy wokół siebie i już miałem zabrać głos, gdy nagle gdzieś na północ od nas padło kilka strzałów armatnich. Potem usłyszeliśmy gwałtowny terkot ck-mów i wkrótce strzelanina zamieniła się w nieprzerwaną kanonadę. Gdzieś rozgorzała bitwa. Z nasilenia ognia wywnioskowałem, że musi brać w niej udział duża ilość różnych broni. Ale kto, z kim i gdzie toczy bój? - na to nie mogłem znaleźć odpowiedzi.
Tymczasem pojedynek ogniowy trwał nadal z niesłabnącą siłą. Wreszcie po zapadnięciu ciemności zaczął powoli słabnąć i w końcu zapadła kompletna cisza.
Osobiście przypuszczałem, że niemieckie czołgi, które nas minęły, podeszły nad brzeg Wisły i tam natknęły się na silny ogień naszej prawobrzeżnej obrony. Jeżeli tak było, to za wszelką cenę powinniśmy przedostać się za Wisłę, do swoich.
Podzieliłem się swoimi przypuszczeniami z kompanią i wszyscy wyrazili jedną i zdecydowaną wolę przekroczenia rzeki jeszcze tej samej nocy. Wobec tego rozkazałem rozdzielić żywność i amunicję pomiędzy wszystkich żołnierzy, a resztę zakopać i zamaskować. Poleciłem też wyprzęgnąć konie i puścić je wolno. W czasie, gdy podoficerowie wykonywali moje zarządzenia usiadłem z kpt. Latuskiem pod drzewem i w blasku polowej latarki rozpoczęliśmy studiowanie mapy i przygotowanie trasy marszu. W niespełna godzinę byliśmy gotowi do wykonania zadania.
Plan był następujący:
1. Marsz w kierunku Wisły rozpoczniemy tuż po północy i ze względu na duże prawdopodobieństwo obsadzenia dróg przez ubezpieczenia n-pla wykonamy go na przełaj przy użyciu mapy i busoli.
2. Do Wisły w prostej linii mamy ok. 4 km drogi i powinniśmy osiągnąć jej brzeg nie wcześniej jak po dwóch godzinach marszu.
3. Wszyscy żołnierze mają zabezpieczyć sprzęt osobisty w ten sposób, aby nie sprawiał żadnego hałasu.
4. Wszelka broń, oprócz broni podoficerów ma być załadowana, lecz nie nabita. Banget na broń.
5. W marszu obowiązuje kompletna cisza.
6. Papierosów palić nie wolno.
7. Obecnie jest dokładnie godzina 22.15, a więc do odmarszu pozostało około dwóch godzin. Aż do ogłoszenia pogotowia marszowego, zarządzam wypoczynek.
Po przedstawieniu planu działania odszedłem na bok od kompanii, gdzie w skupieniu jeszcze raz przenanalizowałem wszystkie swoje zamierzenia. Najbardziej niepokoiła mnie sama przeprawa. Nie wiedziałem, czy w miejscu zamierzonego przejścia stan wody na Wiśle będzie dostatecznie niski, abym mógł przejść rzekę w bród. Myślałem o tym, jak nawiązać łączność z naszymi oddziałami znajdującymi się na prawym brzegu i co robić w wypadku, jeżeli n-pel odgrodzi nas od przeprawy. Nawał przeróżnych myśli i planów kotłujących się w moim zmęczonym mózgu, wyczerpał mnie do tego stopnia, że nawet nie wiem, kiedy zasnąłem.
Zbudziłem się nagle zmarznięty i rozdygotany. Początkowo nie mogłem sobie uświadomić, gdzie jestem i co tutaj robię? Ale wkrótce wróciła mi przytomność.
Spojrzałem na zegarek. Była godzina 00.05. Zerwałem się i poszedłem w kierunku skąd dochodziło głośne chrapanie śpiących ludzi. Z trudnością dobudziłem podoficerów i zarządziłem pogotowie marszowe. Punktualnie o 00.30 ruszyliśmy.
Prowadzenie i ubezpieczenie czołowe objąłem osobiście dobierając do siebie kpr. Denka oraz 3 ochotników. Tuż za mną w odległości wzrokowej maszerowała cała kompania, którą zamykał kpt. Latusek z ubezpieczeniem tylnym. Ze względu na ciemną noc i możliwość zagubienia się w lesie, ubezpieczeń bocznych nie wysyłałem.
Posuwaliśmy się wolno i ostrożnie. Co kilkadziesiąt kroków zatrzymywałem się, nasłuchując pilnie, a potem korygowałem busoloą kierunek marszu i znów szedłem do przodu. Najmniejszy szmer lub bliżej nieokreślony przedmiot zmuszał mnie do wytężania wzroku i słuchu. Zdawałem sobie sprawę z tego, że bezpieczeństwo nasze zależy obecnie od tych dwóch zmysłów. Kpr. Denek i jego szperacze nie odstępowali mnie ani na krok. Ich gotowe do strzału karabiny i nastawione bagnety dawały mi poczucie dziwnego bezpieczeństwa. Byłem zupełnie pewny, że ci dzielni chłopcy gotowi są w każdej chwili stawić czoło jakiemukolwiek zagrożeniu.
Już na początku marszu wyłoniły się pierwsze poważne trudności, związane z koniecznością obchodzenia licznych i gęstych zagajników, których przejście było wręcz niemożliwe. Bałem się zejścia z wytyczonego kierunku i dużego opóźnienia marszu. Zatrzymywały nas również gęsto wystrzeliwane race oświetleniowe nieznanego pochodzenia, które zmuszały nas do dłuższych postojów. Pomimo to szliśmy powoli, ale stale naprzód.
Gdzieś około 02.00 od strony Wisły doleciał nas jakiś hałas. Słychać było jakby nawoływania, czy też komendy. Potem padło kilka pojedynczych strzałów i wszystko ucichło. Nie ulegało wątpliwości, że ktoś jest przed nami i że należy zachować jak najdalej idącą ostrożność.
Poleciłem kompanii pozostać na miejscu, a sam z kapralem ruszyliśmy do przodu. Stąpaliśmy cicho i uważanie zdając sobie sprawę z tego, że możemy natknąć się na n-pla. I znów dobiegły nas głosy, ale tym razem już wyraźniejsze i w pewnym momencie wydało mi się, że słyszę niemieckie komendy.
Przypadliśmy do ziemi i pochwili nadsłuchiwania poczołgaliśmy się do przodu. Wreszcie las urwał się nagle i znaleźliśmy się na jego skraju. To co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy przechodzi wszelkie nasze oczekiwania. W odległości ok. 200 m przed nami paliło się kilkanaście ognisk, a wśród nich kręciło się mrowie niemieckich żołnierzy. Obozowisko otoczone było podwójnym pierścieniem, złożonym z czołgów i półgąsiennicowych pojazdów piechoty. Ze zdziwieniem przyglądałem się tej hałaśliwej, pewnie zachowującej się masie i nie mogłem zrozumieć, dlaczego nasze oddziały zza Wisły milczą. Dlaczego nie odpowiedzą ogniem na tak prowokacyjne i bezczelne zachowanie się hitlerowców.
- Czyżby nasza prawobrzeżna obrona w ogóle nie istniała? - pomyślałem. - A może nie chcą zdradzić swoich stanowisk i czekają na dogodniejszą sytuację?
Jedno było pewne: droga nasza do Wisły została odcięta i tędy nie uda nam się przejść.
Tymczasem czas naglił i należało wracać do swoich. Ale oto gdzieś z prawej strony usłyszeliśmy suchy trzask odpału i charakterystyczny syk. Na niebie rozbłysła jaskrawa flara. Przywarliśmy do ziemi i zamarliśmy w bezruchu. Flara zgasła. Teraz dopiero uświadomiłem sobie, że znajdujemy się na linii niemieckich ubezpieczeń. Poczułem się jakoś niepewnie i z niepokojem począłem się rozglądać to w prawo, to na lewo, wyczuwając grożące nam niebezpieczeństwo. I wtedy usłyszałem zbliżające się szybko, liczne kroki i głosy. Kpr. Denek przysunął się do mnie i jak na komendę wyrwaliśmy granaty zza pasów. Czekaliśmy.
Przed nami, na tle blasku ognisk, przemaszerował oddział niemieckiej piechoty. Widocznie opowiadali sobie coś wesołego, bo wszyscy zarykiwali się od śmiechu. A nam zachciało się nagle prasnąć granatami w te rozrechotane mordy i uciszyć je raz na zawsze. Niestety odległość była zbyt duża, a zresztą taki nierozważny wyczyn mógł pociągnąć za sobą nieobliczalne skutki dla całej kompanii i dla naszego przedsięwzięcia. Przeczekaliśmy więc jeszcze chwilę, po czym wycofaliśmy się do tyłu.
Kompanię zastaliśmy na tym samym miejscu. Następnie krótka narada i decydujemy się odbić ku północy w kierunku wsi Górne. Sądziliśmy, że może tam uda nam się podejść do Wisły. Jeszcze godzina uciążliwego marszu i znów dochodzimy do lizjery lasu. Przed nami gdzieś w dole widać szereg dopalających się zabudowań. Nieco wyżej dwa skupiska wiejskich chat płonie jeszcze żywym ogniem. W powietrzu unosi się swąd spalenizny i gryzie w nozdrza słodkawym zapachem.
W rejonie płonącej wioski nie dostrzegłem żadnego ruchu, ale mimo to decyduję się wysłać tam patrol rozpoznawczy. Z resztą kompanii zajmujemy stanowiska ogniowe, gotowi do ewentualnego wsparcia posuwającego się patrolu. Nic się jednak nie dzieje i patrol spokojnie wchodzi w dół i w końcu znika wśród pogorzelisk.
Po kilkunastu minutach powraca goniec i melduje, że w płonącej wsi nie ma żywej duszy. Podnoszę kompanię i w rozwiniętym szyku wchodzimy do wioski. Na miejscu uderza nas niesamowity i makabryczny wprost widok. Droga prowadząca przez wieś ku Wiśle zatarasowana jest niezliczoną ilością rozbitych wozów cywilnych i wojskowych. Wszędzie pełno porozrzucanego sprzętu wojskowego, roztrzaskanych biedek z ck-emami, działek ppanc i broni ręcznej. Wśród tej plątaniny drzewa i żelaza walają się liczne trupy ludzkie i końskie. Im bliżej do brzegu Wisły, tym zator staje się bardziej zbity i zagęszczony, aż wreszcie rozlewa się szerokim wachlarzem po piaszczystej plaży i ginie w wodach rzeki. Ten mrożący w żyłach krew widok uzmysłowił nam całą tragedię, jaka musiała się tutaj rozegrać. Wśród trupów z przerażeniem rozpoznaję otoki kawalerzystów, z którymi jeszcze wczoraj współpracowałem.
Teraz rozumiem wszystko.
Odgłosy wczorajszej, wieczornej kanonady pochodziły właśnie z tego miejsca. Tutaj czołgi niemieckie dopadły ustępującą kawalerię oraz inne grupy wojskowe i cywilne i tutaj na przeprawie urządziły im tę straszną i bezlitosną rzeź. Widok ten wstrząsnął nami do tego stopnia, że stanęliśmy jak wryci, przejęci zgrozą i obrazem śmierci i zniszczenia.
Strach i panika spadły nagle na zmęczonych i przerażonych widokiem, moich żołnierzy. Żarłocznie rzuciły się na zdyscyplinowany dotąd oddział i rozszarpały go na strzępy. Instynkt samozachowawczy wziął górę nad rozumem i rozsądkiem. W dodatku padły gdzieś dwa pojedyncze strzały i te dokonały reszty. Wszyscy jednocześnie rozbiegli się we wszystkich kierunkach szukając ratunku i ocalenia. Na próżno nawoływałem do spokoju i opamiętania. Na nic się też zdały komendy dowódców poszczególnych drużyn. Rozkazy nasze nie dochodziły do uszu tych opętanych strachem ludzi. Widziałem jak niektórzy w pełnym rynsztunku rzucali się do wody, brnęli naprzód i znikali w ciemnościach nocy. Drudzy rozbierali się do naga, porzucali broń i oporządzenie i żegnając się znakiem krzyża, schodzili do rzeki. Jeszcze inni znosili deski, części wozów, upalone belki wiążąc je pasami, budowali niewiele znaczące tratwy. Niektórzy znów chwytali kawałki drewna i przyciskając je do piersi, szli jakby w ekstazie przed siebie z przekonaniem, że jest to ich ostatnia deska ratunku.
Stałem zrozpaczony, tępy, bezsilny i ze zgrozą patrzyłem na to tragiczne widowisko. Dobiegające mnie od rzeki wołania o ratunek szarpały mi nerwy i dławiły gardło kleszczowym uściskiem. Otaczająca mnie grupa podoficerów i żołnierzy topniała w oczach, a ja stałem wciąż niemy, bezradny i niezdecydowany.
Wreszcie huk wystrzału od strony przeciwległego brzegu przywrócił mi świadomość i opamiętanie. Rozejrzałem się w koło. Na wschodzie niebo bladło i zbliżał się świt. I nagle uprzytomniłem sobie, że muszę działać i to działać szybko i zdecydowanie, gdyż jeszcze jedna godzina wahania i będzie już za późno.
Rozdzieliłem pozostałych żołnierzy na cztery grupy i pod dowództwem podoficerów poleciłem im budować prowizoryczne tratwy mogące udźwignąć jedynie ubrania i oporządzenie. Wszyscy jak jeden rzuciliśmy się do rozbitych taborów i w błyskawicznym niemal tempie tratwy były już gotowe. Czas naglił. Rozkazałem wszystkim rozebrać się do naga, powiązać ubrania i broń w tobołki i przytroczyć je do tratw. Ci, którzy umieli dobrze pływać, mieli pokierować tratwy na drugi brzeg. Reszta natomiast miała jedynie trzymać się ich i pomagać w spływie pracą nóg.
Wkrótce grupa po grupie schodziły do wody i znikały w oparach porannej mgły. Czoło prowadził kapral Denek. W końcu na brzegu pozostałem jedynie ja i kpt. Latusek. Obok nas leżały dwie związane lejcami lotry. Nie namyślając się wiele zdjęliśmy z siebie ubrania i powiązaliśmy je wraz z bronią w peleryny przeciwdeszczowe i przytroczyliśmy drutem kolczastym do desek.
Teraz dopiero kpt. Latusek wstydliwie przyznał mi się, że nie niestety nie umie pływać. Fakt ten wprawdzie skomplikował nieco naszą sytuację, ale wierzyłem, że damy sobie jakoś i z tym radę.
Kończyliśmy właśnie ostatnie przygotowania, gdy od strony rzeki doleciał mnie plusk wody i wkrótce z mleczno-białej mgły wyłoniła się jakaś naga postać. Był to kapral Denek. Zaniepokojony naszą długą nieobecnością zawrócił, aby nam pomóc. Zameldował mi jednocześnie, że woda jest płytka i że dobrnęli już daleko od brzegu. Dość opryskliwie rozkazałem mu wrócić na powierzone mu stanowisko i poleciłem, aby na drugim brzegu postarał się zebrać rozproszone wojsko. Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym wyrzutu, odwrócił się i odszedł. Za chwilę wysmukła sylwetka tego poczciwego chłopca rozpłynęła się w oparach porannej mgły. Nadsłuchiwaliśmy jeszcze chwilę, starając się utrwalić kierunek w którym odszedł, po czym zepchnęliśmy tratwę i zeszliśmy do lodowatej wody. Zęby poczęły mi dzwonić jak w febrze i gwałtowny skurcz chwycił mnie za nogi i brzuch. Spojrzałem na kapitana. Trzymał się rękami za wątłe piersi, a jego bladą, zarośniętą twarz wykrzywił wyraz ogromnego bólu. Poleciłem mu mocno trzymać się tratwy i w wypadku natrafienia na głęboką wodę pomagać mi jedynie pracą nóg.
Ruszyliśmy. Początkowo woda sięgała nam do kolan, a potem do pasa. Nurt stawał się coraz szybszy i coraz silniejszy. Z trudem posuwaliśmy się do przodu, mocując się ze spychającym nas ciągle prądem rzeki. Siły słabły i wkrótce zrozumiałem, że w ten sposób daleko nie zajedziemy. Kapitan osłabł do tego stopnia, że musiałem ciągnąć i jego i tratwę.
- Ja powrócę na brzeg panie poruczniku - szeptał sinymi wargami. - Nie chcę być waszym ciężarem. Jestem już stary i skończony.
Protestowałem i pocieszałem go jak mogłem, wzywając go jednocześnie do wytrwania. Sam czułem jednak, że coraz bardziej tracę siły i że długo nie wytrzymam tego morderczego wysiłku.
Zdecydowałem się zmienić kierunek ruchu i skierować go bardziej na ukos z biegiem rzeki i pozwolić się unieść prądowi. Ten manewr przyniósł mi wyraźną ulgę. Tratwa napierana silnym prądem ciągnęła nas szybko w dół, podczas gdy ja starałem się nadać jej ukośny kierunek. Tymczasem wstawał świt. Niebo poczęło jaśnieć, ale mgła stawała się coraz bardziej gęsta i coraz bardziej nieprzenikniona. W pewnym momencie woda płyciła się nagle i z mgły wyłoniły się kontury piaszczystego brzegu. Serce zabiło mi gwałtownie.
- Czyżby to już drugi brzeg? - pomyślałem.
Tam już ze zdwojoną energią pociągnąłem tratwę do przodu i za chwilę byliśmy na piasku. Pozostawiłem kapitana na miejscu, a sam pobiegłem naprzód.
Ale co to?! Na piasku dostrzegam kilka nieruchomo leżących postaci. Obiegam je kolejno, szarpię i zaglądam w twarze. Leżą bezwładni i milczą.
Tak, to już tylko trupy - trupy postrzelonych ułanów. Biegnę dalej, bo wydawało mi się, że słyszę jakiś niewyraźny jęk. Rozglądam się i wreszcie dostrzegam cień leżącego ciała. Dobiegam i nachylam się nad nieszczęsnym. I spod mokrych, opadających na czoło włosów patrzą na mnie niebieskie, rozwarte szeroko oczy. Z bladych, obrzękłych ust pada niewyraźne pytanie: to to?! Kto wy?!
Nachylam się jak najdalej i odpowiadam: Swój! Polacy!
- Zimno mi! - szepcze - zimno.
Wzywam do siebie kpt. Latuska i stwierdzamy, że ułan ma rozpruty brzuch i postrzał klatki piersiowej. W tych warunkach nic mu już pomóc nie możemy. Rozbiegamy się we wszystkich kierunkach, ściągamy z poległych płaszcze i szczelnie otulamy nimi rannego. eży cicho i spokojnie i tylko od czasu do czasu ciałem jego wstrząsają konwulsyjne drgawki.
Biegnę, aby w leżącej obok niego czapce przynieść mu trochę wody i za chwilę jestem już z powrotem. Nachylam się. Jego rozwarte szeroko oczy i nieruchome źrenice patrzą gdzieś w niebo i nie widzą już nic i nikogo - nie żyje.
Pożegnaliśmy go krótką modlitwą i powróciliśmy do swojej tratwy. Niestety drugi brzeg okazał się jedynie małą piaszczystą wysepką. Wobec tego, aby nie tracić czasu na jej odejście, przenieśliśmy tratwę na drugą stronę i ponownie zeszliśmy do wody. Nie czułem już ani zimna, ani zmęczenia. Rozejrzałem się jeszcze raz w koło w nadziei, że uda mi się dostrzec jakiś punkt zaczepienia, ale na próżno. Gęsta mgła okazała się nieprzenikniona.
Skierowałem tratwę w poprzek prądowi i ruszyliśmy naprzód. Woda stawała się coraz głębsza i coraz bardziej wartka, iż w końcu z ogromnym wysiłkiem mogłem utrzymać ją na obranym kierunku. Nagle straciłem grunt pod nogami i zapadłem się w głębię. Błyskawicznie zrozumiałem, że jesteśmy w nurcie rzeki. Kilka szybkich ruchów nogami i wyprysłem na powierzchnię. Tuż obok siebie dostrzegłem kapitana, który rozpaczliwie walił rękami, starając się uchwycić szybko uciekającą tratwę. Gwałtownie rzuciłem się do przodu, chwyciłem ją i popchnąłem w kierunku tonącego. Złapał się jej oburącz. Pod jego ciężarem tratwa stanęła dęba i zauważyłem, jak jeden z naszych tobołków zsuwa się z desek i ginie pod wodą. Spostrzegłem jednocześnie, że kapitan coraz bardziej napiera na koniec tratwy, starając się wciągnąć ją pod siebie, ale jego osłabłe nogi pracują coraz wolniej i coraz słabiej. Najwyraźniej był on już u kresu swoich sił. Ogarnęła mnie rozpacz i przerażenie na samą myśl, co się za chwilę może stać.
Ostatnim wysiłkiem dopadłem tratwy, chwyciłem ją za drugi koniec, nacisnąłem w dół i wyrównałem.
- Kapitanie! - krzyknąłem jednocześnie - niech pan nie wykonuje żadnych ruchów i tylko trzyma się mocno desek.
Zrozumiał mnie widocznie, gdyż uspokoił się natychmiast i tylko silniej przywarł do tratwy. Rozpacz i napięte do ostatnich granic nerwy dodały mi nowych sił. Przekręciłem się na wznak i pociągnąłem tratwę za sobą. Teraz nie spuszczałem już oka ze swego towarzysza.
Spływaliśmy ukosem, szybko w dół. W pewnym momencie poczułem jakieś muśnięcie na twarzy i zaraz potem uderzyłem głową o twardy grunt. Odruchowo wyciągnąłem rękę i chwyciłem się jakiegoś korzenia. Pod wpływem prądu tratwa wykonała pół obrotu i przybiła do brzegu. Pod nogami poczułem dno. Szybko odwiązałem tobołek z ubraniem i wyrzuciłem go na brzeg, po czym odepchnąłem tratwę i popłynąłem do kapitana. Trzymał się kurczowo brzegu i zanosił się od głębokiego kaszlu. Jeszcze chwila wysiłku i znaleźliśmy się wśród gąszcza nadbrzeżnych wiklin.
Kompletnie wyczerpani usunęliśmy się na ziemię.


Schodzę po schodach do holu. Na dole czeka już na mnie grupka roześmianych kolegów z plutonu. Wreszcie przyszli w odwiedziny i przynieśli listy. Fatalny nastrój poprawia mi się o sto procent
- Cześć podchorążowie! - wołam już z góry.
Witamy się. Opalony, roześmiany kumpel przygląda mi się.
- Wyglądasz jak śmierć - mówi w zamyśleniu i zmienia temat. Opowiada o ostatnich zajęciach w polu. Pokazuje zdjęcia.
- Macie jakieś listy? - pytam niecierpliwie.
- Tylko dla Jacka - mówi jeden z kolegów. Wręcza mu trzy koperty. Kolega z ortopedii chowa je do kieszeni piżamy. Spoglądam zazdrośnie na korespondencję. Robi mi się potwornie smutno. Czego bym nie dał, żeby dostać choć kilka słów od kogokolwiek z normalnego świata. Patrzę bezradnie na kumpli. Fajnie, że są, ale brak listów dobija mnie kompletnie.
- Czy ktoś do mnie napisze?! - pytam głośno, ale mówię raczej do siebie, niż do kolegów.
- Ja napiszę - słyszę głos z boku.
Spoglądam w tamtym kierunku. Śliczna dziewczyna uśmiecha się do mnie. Nie wiem, czy każdemu wydawałaby się ładna, ale dla mnie jest prześliczna, idealnie w moim typie. Ubrana na sportowo, pięknie opalona. Uśmiecha się do mnie tak ciepło, że tracę zupełnie zdrowy rozsądek. Uzmysławiam sobie nagle, że mam na sobie śmieszną, pasiastą piżamę, brzydkie klapki, bardzo krótkie, na jeża obcięte włosy i wyglądam jak śmierć.
- Daj mi swój adres, to napiszę ci list.
Stoję wstrząśnięty i oszołomiony szukając nerwowo długopisu i kawałka papieru. Obok dziewczyny siedzi na ławce podobna do niej - siostra. Teraz obie przyglądają mi się uważnie. Spoglądam raz na nie, raz na kolegów. Pożeram wzrokiem dziewczynę, która rozmawia ze swoją ciotką - pacjentką szpitala. Słyszę, jak któryś z kumpli mówi coś do mnie, a reszta wybucha śmiechem, ale nie myślę o tym, zerkając co chwila na dziewczynę. Czuję na sobie ciepłe spojrzenie i kręci mi się w głowie. Myślę, że pewnie przez litość zaofiarowała się z korespondencją, zwykła litość. A może przyjdzie mnie odwiedzić, może zakocha się we mnie...
Znowu przypominam sobie jak wyglądam i gdzie jestem. Dziewczyna jest raczej niska i szczupła. Pomimo tego nie potrafiłbym jej podnieść. Głupia myśl. Wyobrażam sobie, że ją przenoszę przez próg mieszkania. Czy będę jeszcze kiedykolwiek w stanie coś podnieść? Czuję ogromny ciężar na sobie. Przygniata mnie do ziemi i każe pamiętać, że przecież są bardziej atrakcyjne miejsca w słonecznym Poznaniu, gdzie mogłaby pójść młoda dziewczyna, niż wojskowy szpital. Jest taki gorący lipcowy dzień. Jak ona się tu w ogóle znalazła?
Dalej spoglądamy na siebie co chwilę. Dziewczyna jest trochę zawstydzona, trochę rozbawiona - pewnie moim wyglądem. Wlepiam w nią oczy i odwracam się do kolegów z olbrzymim wstrętem, mimo że przed chwilą bardzo mnie interesowało, co się dzieje na kompanii.
Nie widzę kumpli. Nie ma ich. Nie ma oficera dyżurnego na wartowni obok. Jest tylko dziewczyna. Dotykam ją w myślach. Całuję. Nie pozwalam jej odejść. A jednak zaraz pójdzie. Za moment będę musiał wrócić do siebie i patrzeć w chłodne oczy pielęgniarek i zawistne twarze pań majorowych i pułkownikowych. A tu jest żywa, młoda kobieta, którą mam chęć nosić na rękach za nieskończenie krótką chwilę w miłości w bezmiarze szpitalnego smutku. Ma otwarte oczy i patrzy teraz tylko na mnie, jeszcze chwilkę. Macham jej ręką, kiedy odwiedziny kończą się. Jej siostra, która mieszka w stanach, pozdrawia mnie po angielsku. Dziewczyna, w której się prawie zakochałem wyjeżdża za kilka dni na stałe do Szwecji. Już nigdy jej nie zobaczę.

SEC 4

Około godziny 09.00 minęliśmy wieś Sobków i właśnie podchodziliśmy do linii kolejowej Otwock-Dęblin, gdy nagle usłyszeliśmy warkot samolotów. Posypały się ostre rozkazy:
- Lotnik! Kryj się!
Kolumny zachwiały się gwałtownie, a potem poczęły się rwać na strzępy. Ludzie ruszyli w pola! Odkorkowaną raptem szosą w szalonym pędzie pognały naprzód wozy, baterie dział, tabory. Przeraźliwe krzyki i rozkazy oraz piski kobiet i dzieci pomięszały się z turkotem pędzących na oślep pojazdów. Śmiertelna trwoga i panika poczęły zbierać pierwsze swoje ofiary. Rozpędzone działa i wozy amunicyjne potrącały jak zabawki lekkie wózki i bryczki i waliły je do przydrożnych rowów. Rozległy się suche trzaski łamanych kół i dyszli oraz przerażające jęki rannych i kwik pokaleczonych koni.
Spojrzałem w niebo. Od zachodu szybko zbliżały się dwa klucze hitlerowskich nurkowców. Nie było czasu do stracenia. Porwałem za sobą drużynę i skoczyliśmy w pola, w prawo od szosy. Kilka sekund morderczego biegu i usłyszeliśmy przeraźliwy świst pikującego samolotu i prawie jednocześnie potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem.
Runąłem na twarz i przywarłem do ziemi. Maszyny jedna po drugiej nurkowały ku ziemi, siejąc z działek i ck-emów i waliły bombami w bezbronne mrowie ludzkie. Ziemia dygotała od wybuchów i czarny, gryzący dym wypełnił powietrze, wdzierając się w oczy i płuca. Śmierć rozpoczęła żniwo z całą furią i zajadłością. Czas zatrzymał się w miejscu. Gdy wreszcie ucichła kanonada, uniosłem głowę i spojrzałem za siebie.
Szosa dymiła dziesiątkami palących się pojazdów i tryskała setkami fajerwerków, eksplodującej z trzaskiem amunicji.
Zerwałem się z ziemi i pobiegłem na ratunek. W pyle szosy, w przydrożnych rowach, w lejach bombowych walały się dziesiątki poszarpanych ciał ludzkich i końskich, a nad tym wszystkim unosił się jeden wielki i bolesny jęk rannych i konających. Ostry swąd spalenizny wdzierał się w nozdrza i gardło.
Powrócili ci, co ocaleli i stali bezradni nad tym grozę budzącym widokiem śmierci i męczeństwa.
Nadeszły nasze kolumny i stanęły przed tą krwawą zaporą. Rozpoczęła się żałosna, samarytańska praca. Dopiero po dwóch godzinach udało się nam pozbierać rannych i pochować zabitych. Zator został usunięty i zmasowane kolumny ruszyły na wschód.
Ale tym razem i ja i moja ocalała drużyna nie poszliśmy za ich przykładem, gdyż byliśmy przekonani, że ta droga do Bugu jeszcze nie raz stanie się łatwym celem dla hitlerowskich morderców i jeszcze nie raz obficie spłynie polską krwią.
Postanowiliśmy więc zejść z głównego szlaku i ruszyć do celu trasą na Kłoczew-Adamów-Czerniki-Parczew-Krzywa Wierzba-Włodawa. Liczyłem się z tym, że obierając tę właśnie drogę, powinniśmy osiągnąć Włodawę w przeciągu pięciu dni, ponieważ biegła ona poprzez wioski i kompleksy leśne, z dala od głównych szlaków, istniała możliwość łatwiejszego zaopatrzenia się w żywność.
Niestety rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Napotykane przez nas osiedla i wioski zostały już uprzednio ogołocone z żywności przez grupy maruderów i uciekinierów. Niejednokrotnei zmuszony byłem uciekać się do gwałtu i przemocy, a nawet do złodziejstwa, aby nakarmić moich wyczerpanych i zgłodniałych ludzi. Miałem wiele skrupułów, stosując te niemoralne i niezgodne z prawem metody, ale nie widziałem innego wyjścia z tej sytuacji. Na oferowane pieniądze patrzono z pogardą, a moje prośby i błagania spotykały się zazwyczaj z wykrętną odpowiedzią lub wręcz odmową.
Rozumiałem tych biednych, siłą ogołoconych ze środków do życia ludzi, ale swoje postępowanie tłumaczyłem bezlitosnymi warunkami jakie stworzyła wojna. Walka więc o kawałek chleba lub łyżkę gorącej strawy wypełniała nam niemal całą drogę i często sok cukrowego buraka, albo kilka pieczonych kartofli stały się jedynym naszym pokarmem.
Chłodne biwaki pod gołym niebem, głód i forsowne marsze szybko wyczerpały nasze siły i powstała obawa, że daleko już nie zajdziemy.
Wreszcie po czterech dniach prawie nieprzerwanego marszu, zdecydowałem się zarządzić dłuższy postój w pierwszej napotkanej ludzkiej siedzibie. Wybór nasz padł na osiedle położone nad niewielkim lewym dopływem rzeki Wieprz. Nazwy tego osiedla niestety nie pamiętam. Przypominam sobie tylko tyle, że składało się ono z kilku luźno zabudowanych gospodarstw, rozlokowanych po obu stronach wąskiego i krętego strumienia. Zaraz przy wejściu do zabudowań napotkaliśmy grupę mieszkańców, którzy na moje zapytania odpowiadali niechętnie i opryskliwie. Wkrótce też dali nam do zrozumienia, że nasza tutaj obecność jest conajmniej niepożądana. Udawałem jednak, że tego nie spostrzegam i nie doczekawszy się odpowiedzi ruszyliśmy dalej w głąb zabudowań. U wylotu wioski zatrzymaliśmy się przed niewielkim, ale dobrze utrzymanym gospodarstwem, którego stodoła szczególnie przykuła naszą uwagę. Przed chatą stał rosły chłop w towarzystwie umorusanego wyrostka i uśmiechał się do nas przyjaźnie i życzliwie. To mnie onieśmieliło. Pochwaliłem Boga i poprosiłem gospodarza o udzielenie nam noclegu. Zgodził się chętnie, zastrzegając się jednak, że nie posiada nic do jedzenia, gdyż wszystkie swoje zapasy oddał już cywilnym uciekinierom. Pomimo to podziękowałem mu za gościnę i po krótkiej zdawkowej rozmowie, udaliśmy się do stodoły, gdzie na klepisku kręcił się już jego wielce zadowolony synek, szykując nam posłanie. Od gadatliwego malca dowiedzieliśmy się, że osiedle zamieszkują również “niemieckie kolonisty”, którzy nie lubią “polskich sołdatów”. Wskazał nam także chałupę “germańca”, który rzekomo wczoraj napiekł dużo chleba. Te dwie wiadomości zaniepokoiły mnie zarazem i ucieszyły. Głód wziął jednak górę nad obawą i dlatego zaraz po rozlokowaniu się udałem się z dwoma strzelcami pod wskazany adres. Kolonistę, rudego Niemca, zastaliśmy w domu. Na moją prośbę i propozycję odsprzedania nam trochę chleba za sowitą zapłatą odpowiedział, że już od kilku dni nie posiada ani kruszynki w domu i że raczej spodziewał się kupić od nas chleba lub sucharów. Jego bezczelne oświadczenie nie wyprowadziło mnie jednak z równowagi i z całym spokojem oznajmiłem mu, że wiadomo mi jest, iż dopiero wczoraj piekł chleb. Za całą jego odpowiedź usłyszeliśmy stek wyzwisk pod adresem mieszkańców osady i nas, jak się wyraził “włóczęgów i bandziorów”. Tego było już za wiele na moje i tak już potargane nerwy. Wyrwałem pistolet z kabury i ustawiłem “miłego” gospodarza i jego rodzinkę twarzami do najbliższej ściany. Zołnierzom poleciłem dokonać rewizji. Rezultat był oczywisty! W łóżku pod siennikiem leżało osiem ogromnych chlebów, połyskując ciemną skurką, wypełniając izbę rozkosznym aromatem. Poleciłem zabrać dwa chleby i pozostawiając na stole 10 złotych, opuściłem chatę. Będąc już za progiem usłyszałem bolesny krzyk gospodarza. Odwróciłem się gotowy do obrony, ale okazało się, że to jeden z moich strzelców, kłół kolonistę bagnetem w tyłek na znak dodatkowego i serdecznego podziękowania. Skarciłem go za ten wybryk, ale w rzeczywistości byłem jakoś dziwnie zadowolony.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Czw Paź 29, 2009 7:53 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Szóstego lipca zostałem wydalony ze szpitala. Lekarze pozbyli się mnie, gdyż blokowałem łóżko, a nie widzieli poprawy. Ich dziwne uśmieszki tłumaczyły mi, że oni również uważali mnie za symulanta. Badający mnie przed wyjściem doktor Stachowiak wpisał mi do książeczki poprawę - na moje wyraźne życzenie. Dał mi do zrozumienia, że mógłby mi pomóc w przeniesieniu do rezerwy. Odmówiłem wierząc jeszcze w polepszenie. Nie, nie wierzyłem już w poprawę. Już w nic nie wierzyłem. Chciałem tylko dwa dni urlopu. Odmówił.
Kiedy po powrocie do jednostki lekarz zobaczył w papierach, że mi się polepszyło, nie chciał ze mną rozmawiać o urlopie zdrowotnym i wysłał do dowódcy kompanii.
Ostrzygłem się na zero u fryzjera wojskowego, Grzesiek Walc ogolił mi czaszkę na błysk. Natychmiast wokół tego faktu powstała konsternacja i uważano to za formę protestu. Nawet trudno mi było wytłumaczyć komukolwiek, że strzygę się tak co lato dla wygody. Zrobiłem to również z przyczyn higienicznych - z łaźni rzadko mogłem skorzystać, a mycie głowy w umywalce było dla mnie trudne do wykonania.
Jeżeli chodzi o urlop, to wtedy jeszcze nie wiedziałem, dlaczego dowódca kompanii udziela go tak niechętnie. Nie dostrzegałem, że byli tacy, którzy mogli wyjechać za nic lub za wysługiwanie się. Nie wiedziałem dlaczego w końcu puszczono mnie, chociaż moje podanie nigdy nie dotarło do komendanta wydziału. Później się dowiedziałem.

Kilka dni potem jadę do Kielc w sprawach służbowych. Chcę sobie załatwić praktykę i pracę w kieleckiej jednostce szkoleniowej ONZ. W dzień poprzedzający moją rozmowę z komendantem jednostki idę na imprezę do koleżanki przyjaciela.
Siedzimy, słuchamy muzyki, pijemy piwo. Dawno nie byłem w Kielcach, a więc mówimy o wielu sprawach. Jest wesoło. Przyjemny nastrój imprezy przyćmiewa mi tylko perspektywa jutrzejszej rozmowy. Może być potężnym punktem zwrotnym w moim życiu.
Nowo poznana dziewczyna jest niebrzydka i zgrabna, ale niezbyt w moim typie. Jest miła i opowiada wiele ciekawych historii. Po kilku piwach czuję się wspaniale wyluzowany, ale potwornie znużony. Po pewnym czasie rozmowa zaczyna wygasać. Czuję, że powinienem iść do domu. Dziewczyna zaprasza mnie do siebie do pokoju. Przyjaciel uśmiecha się do mnie znacząco. Odpowiadam słabym uśmiechem. Patrzę na dziewczynę ze współczuciem. Daję się prowadzić do małego pokoiku, gdzie jest ciemno i przytulnie. Padam z nóg. Kładę się na łóżku. Dziewczyna obok. Rozmawiamy cicho. Szepczemy. Po kilkudziesięciu minutach czuję, się troszeczkę mocniejszy. Zaczynam całować dziewczynę i rozbieram ją. Wiem, co muszę zrobić. Dziewczyna protestuje słabo. Lubię udawany protest, to mnie w momencie stawia na nogi. Pomimo ekstremalnego zmęczenia i silnego bólu w plecach, paraliżującego mi ruchy, dokonuję wspaniałego aktu miłosnego, jednego z najbardziej pasjonujących w życiu.
Wyczerpanie mąci mi myśli. Dziewczyna jest naprawdę wdzięczną i czułą kochanką. Mam chęć na drugi raz. Siły opuszczają mnie całkowicie. Przecież mogę to zrobić jutro. Nie ucieknie. To moja ostatnia myśl. W ułamkach sekund zapadam w kamienny sen w pełnej “gotowości bojowej”.
Nazajutrz jadę do jednostki. Nie ma komendanta. Załatwiają mi przedłużenie przepustki. Cieszę się, bo mam czas dla siebie. Zabieram dziewczynę nad wodę. Jeździmy na motocyklu, leżymy na słońcu, kąpiemy się. Jest wspaniale. Spędzam u niej drugą noc. Znowu jadę do komendanta. Rozmawia ze mną miło, ale niekonkretnie. Znam ten ton. Za małe plecy. Od tego momentu nie będę się liczył z żadnym autorytetem.

Po powrocie z Kielc bóle nasiliły się. Przez kilka dni nie ruszałem się z rejonu kompanii ani na krok. Te trzy dni relaksu dały mi ogromnie dużo i na jakiś czas znikło przygnębienie i apatia. Uczestniczyłem w wielu ćwiczeniach poligonowych. Zostałem z nich zwolniony przez lekarza, ale pragnąłem się czegoś nauczyć i jeździłem ochotniczo. Popołudniami wychodziłem na piwo do kantyny żołnierskiej lub nad pobliskie jezioro. Jeśli mogłem się danego dnia poruszać i schylić do poziomu, wybierałem się nad wodę. Jeśli czułem, że ledwo chodzę i bierze mnie temperatura, wychodziłem do sąsiedniego budynku koszar, gdzie serwowano ciepłe piwo i zimne hot-dogi. W końcu obrzydło mi patrzenie na niechlujnie ubranych żołnierzy i kadetów, więc leżałem godzinami na swoim łóżku. Koledzy wychodzili do miasta, na dyskoteki, na dziewczyny. Nawet nie próbowałem myśleć, co by było, gdybym wracając jak oni, późno, musiał przeskoczyć przez wysokie betonowe ogrodzenie. To była bariera nie do przejścia. Czasem cieszyłem się, że w ogóle mogę się poruszać i nikt na pierwszy rzut oka nie dostrzeże, że jestem niesprawny ruchowo. Może dwa razy wykąpałem się w jeziorze. Wejście do wody powyżej pasa likwidowało ból jak ręką odjął. No tak, ale najpierw trzeba było w sobie znaleźć energię, żeby dowlec się do jeziora...

Jesteśmy na poligonie. Prowadzący ćwiczenia porucznik Szulejko pyta, kto ma ochotę przejechać się wozem bojowym BWP1. Mamy z kolegą ochotę. Wsiadamy do przedziału desantowego. Zamykają za nami ciężkie metalowe drzwi. Kierowca uruchamia bardzo głośny silnik. Siedzimy we dwóch w ośmioosobowym ciasnym metalowym pudełku, przesiąkniętym odorem paliwa. Nie możemy rozmawiać, bo silnik zagłusza głos. Kiedy zajmuję miejsce na ciasnej ławeczce, nagle czuję, że przestał mnie boleć kręgosłup. Zaczynam się wiercić, bo nie mogę w to uwierzyć. Kierowca rusza bardzo ostro i rozpoczynamy karkołomny rajd przypominający falę na wesołym miasteczku. Niektórym ta zabawa odpowiada, innym nie. Mnie się podoba, kolega też się uśmiecha - lubi takie rajdy. W pewnym momencie zaczyna się na nas lać olej napędowy z nieszczelnych przewodów paliwowych. Kolega przeklina, ale bez złości, a ja.... ja prawie wyję z radości. Mimo, że maszyna pokonuje nierówny teren i towarzyszą nam silne wstrząsy i nieledwie unosi nas jak na oceanie w czasie sztormu, mam ochotę wyć z radości. Maska, bo tak nazywamy kolegę, patrzy na mnie i pewnie myśli, że ogarnia mnie euforia z powodu szalonego kołysania. A mnie się zdaje jakbym się narodził na nowo. Nie wierzę, że ból minął, ale nie czuję go i mam ochotę tak gnać w nieskończoność pomimo smrodu, jazgotu silnika. Kierowca jakby wyczuwał moje intencje. Zwalnia robi gwałtowny zwrot i ostro ruszamy w innym kierunku. W małym peryskopie widzę obok pędzący inny wóz bojowy. Nawet nie wiem, że w jego wnętrzu wymiotuje kolega z czwartego plutonu dodatkowo uatrakcyjniając innym pasażerom to szybkie natarcie. Teren poligonu tworzy płaszczyzna pokryta pagórkami. Naprawdę przypomina to spienione morze, a rozwijamy około sześćdziesiątki. Moja radość nie ma granic, fizyczne odrodzenie po prostu roznosi mnie i chętnie płakałbym ze szczęścia. Kiedy kierowca zatrzymuje maszynę w miejscu rozpoczęcia ćwiczeń przeczuwam, że ból zaraz wróci, chociaż mam cień nadziei. Niestety, wychodzę, rozprostowuję się i powoli, powoli uparte drętwienie wbija mi się klinem między kręgi. Pewnie kiedy siedziałem w wozie coś tam się nastawiło, a teraz czar prysnął...

25 lipca oddałem honorowo krew. Dokonałem tego podstępem, gdyż nie chciano mnie puścić do stacji krwiodawstwa. Dziwne: żołnierze w służbie zasadniczej mogli to robić bez problemu i w pierwszej kolejności obowiązkowo dostawali dwa dni urlopu. Ja jako podchorąży rezerwy, a więc mający podobno wyższy status musiałem po prostu uciec z jednostki, aby się przysłużyć ojczyźnie. Nadal nie wiedziałem dlaczego, po prostu kolejna zagadka.
Następnie napisałem i złożyłem do komendanta wydziału podanie o urlop. Zależało mi tylko na weekendzie. Nie przypuszczałem niestety, że nigdy nie dotrze ono do pułkownika Turka. Dlaczego? Nie wiedziałem.
Gdy nadszedł piątek 28 lipca 1995 roku zameldowaliśmy się z Grześkiem Walcem u kapitana Ptaka w celu odebrania przepustek na urlop. Grzesiek podobnie jak ja kilkanaście dni wcześniej oddał krew.
Dowódca naszej kompanii najpierw powiadomił nas, że urlop ten będziemy mogli wykorzystać dopiero w czasie praktyki w jednostce, a potem klnąc ordynarnie wyrzucił nas ze swego pokoju. Oświadczył, że to za karę za to, że nie wyszliśmy rano na zaprawę. Zostałem zwolniony z zapraw i ten jego argument oraz sposób postępowania z nami, spowodowały w mojej psychice coś w rodzaju pęknięcia. Tak, jakbym w tym momencie przestał być normalnym człowiekiem. Było to uczucie podobne do tego, jakiego musi doznawać żołnierz przed natarciem: znika strach, ból i zwątpienie i jest tylko jeden cel: zniszczyć przeciwnika.
Ten człowiek po dwóch miesiącach szkolenia jeszcze się nie zorientował, że ma do czynienia z inteligentnymi istotami, z elitą, która z racji wieku i wykształcenia różni się nieco od poborowych służby zasadniczej. W tej chwili przestałem pragnąć wyjazdu do domu, wolności, dziewczyny, pracy i postanowiłem uprzykrzyć temu człowiekowi życie za wszelką cenę. Zasługiwał na to, a ja wreszcie przypominając sobie strzępki rozmów kolegów, zrozumiałem o co chodzi.
Dowódca kompanii nie mógł zwolnić na weekend więcej niż dwadzieścia procent stanu pododdziału, bo wtedy tracił premię. O ten milion złotych dodatku do pensji kręcił i spekulował zwalniając funkcyjnych, lizusów i tych, którzy mieli blisko do domu lub załatwiali fikcyjne kwitki o ślubach, pogrzebach i tak dalej. Uczciwą drogą nie szło nic wskórać.
A jednak nie chciałem się poddać. Przecież dowódca kompanii nie był jedynym człowiekiem, do którego można się było zgłaszać w razie problemów.
Najpierw próbowaliśmy z Grześkiem odnaleźć oficera wychowawczego jednostki. Poinformowano nas, że jest na urlopie. Szukaliśmy też naszego oficera wychowawczego na kompanii. Jego również nie było. Jedynym człowiekiem, do którego mogliśmy się zwrócić był sam pułkownik Turek. Do niego obowiązywała droga służbowa przez męża zaufania, a jego musieliśmy ominąć, bo działał pod dyktando Ptaka. Dlatego postanowiliśmy odwiedzić pułkownika Turka osobiście.
Już nie pragnąłem urlopu ani trochę. Czułem się bardzo źle i z wysiłkiem chodziłem po jednostce. Chciałem tylko wiedzieć, czy oficer, dowódca kompanii ma prawo ukrywać przed swoim przełożonym podania żołnierzy i dopuszczać się innych machlojek.
Kapitan błyskawicznie dostrzegł naszą krzątaninę i wrzeszcząc kazał nam siedzieć w izbie żołnierskiej. Nie słuchaliśmy go. Poszliśmy do komendanta wydziału do sąsiedniego budynku. Nie wiem jak to możliwe, ale gdy tam dotarliśmy najkrótszą drogą, z gabinetu sekretarki komendanta wyskoczył nasz kapitan.
- Panie Walc! Droga służbowa! Droga służbowa! Panie Walc!
Kapitan wrzeszczał na nas niczym opętany, wyraźnie jednak kierując się do Grześka, który próbował coś tłumaczyć. Ja swoje pokojowe postępowanie z przełożonym skończyłem przed południem i słuchałem jego wrzasków z olbrzymim spokojem. Nie starałem się sforsować drogi do gabinetu komendanta, analizując już tylko w myślach czas pozostały do odejścia najbliższego pociągu do Warszawy. Wyczerpałem wszystkie możliwości zwrócenia na siebie uwagi. Pozostała ostatnia.
Odeszliśmy z Grześkiem spod budynku komendantury i wróciliśmy na kompanię. Grzesiek upierał się, żebyśmy czekali na komendanta. Dla mnie stało się jasne, że i tak nic nie zdziałamy, bo komendant będzie trzymał stronę podwładnego, nawet jeśli na osobności go ukarze. Przecież to właśnie pułkownik Turek może odebrać premię za brak stanu. Błędne koło.
Wyobraziłem sobie wtedy żołnierza: prostego, młodego i niedoświadczonego, któremu umarł ktoś w rodzinie, którego zdradzała dziewczyna, który nie mógł już wytrzymać wojskowego rygoru - i nie miał się do kogo zwrócić o pomoc. A tutaj taka gnida myśli tylko o paru złotówkach, za które stara będzie mu suszyć głowę przez miesiąc, a on puszący się na apelu przed kompanią, w domu będzie się tłumaczył jak szczeniak. Potem ktoś napisze w gazecie lub powie w telewizji, że gdzieś tam zastrzelił się żołnierz, bo nie wiadomo, co mu odbiło.
Mnie to nie groziło. Byłem za stary i za dużo już w życiu przeszedłem, a ta szkoła, jej dyscyplina i metodologiczny bezsens, wydawały mi się niedorzeczną bzdurą w porównaniu z tym, co się działo za bramą koszar. Moi koledzy zostali tymczasowo oderwani od pracy, kariery naukowej, dziewczyny. Mnie te ćwiczenia niczego nie odbierały, niczego nie pozbawiały. Nie można komuś nic zabrać, jeśli nic nie ma.
Kazałem podoficerowi dyżurnemu wpisać do książki wyjście nad jezioro, przebrałem się w cywilny dres i opuściłem rejon kompanii. Grzesiek próbował mnie zatrzymać, ale mnie się spieszyło na pociąg.
Przefrunąłem prawie przez dwumetrowe ogrodzenie. Nie czułem bólu przy lądowaniu, dopiero, gdy się prostowałem. Na dworcu zadzwoniłem do wuja do Warszawy i poprosiłem siostrę, żeby po mnie wyszła. Wsiadłem w super luksusowy ekspres Euro City i pojechałem do stolicy.
Pamiętam, że do przedziału weszła starsza kobieta. Nie mogła unieść walizki, żeby ją położyć na półce. Patrzyła na mnie bezradnie. Uśmiechając się uprzejmie sprawnym ruchem wrzuciłem pakunek na miejsce. Gdyby wiedziała ile kosztował mnie ten uśmiech...
Przybyłem do Warszawy o pół godziny za wcześnie. Błąkając się po dworcu w oczekiwaniu na siostrę, przechodziłem prawdziwe katusze. Nie mogłem się nie rzucać w oczy, bo nie spotkalibyśmy się nigdy, a umówiliśmy się w głównej hali. Z drugiej strony moja ostrzyżona na zero czaszka ściągała zewsząd spojrzenia i tylko czekałem aż policjant poprosi mnie o dokumenty. On by mnie pięknie dostarczył żandarmerii, a ci z kolei prosto w rączki kapitana Ptaka. W ten sposób pokrzyżowałbym sobie plany i naraził na śmieszność.
Kołując po całym dworcu nareszcie dostrzegłem siostrę. Błyskawicznie oddaliliśmy się do centrum miasta. Tam już nie było patroli żandarmerii. Teraz czułem się bezpieczny. Przy przypadkowej kontroli mogłem spokojnie grać studenta na wakacjach.
Myślenie o armii, żandarmerii, kapitanie Ptaku i jego poplecznikach nie zepsuła mi ani minuty z dwóch dni leniwego wypoczynku u wujostwa. Na mój przyjazd przygotowano grill w ogrodzie, drinki i inne wspaniałości. Nazajutrz zrobiliśmy z siostrą wycieczkę rowerową do podwarszawskiego ośrodka wypoczynkowego.
Warszawę opuściłem w znakomitym nastroju i wróciłem do Poznania. Pilnowałem się, aby moja samowolka nie trwała dłużej niż dwie doby, chociaż kusiło mnie, żeby przepaść gdzieś bez wieści.
W niedzielę w nocy dostałem się niepostrzeżenie na pogrążoną we śnie kompanię. Tylko przy stoliku podoficera paliła się lampka i czuwał dyżurny. Przywitał mnie prawie jak bohatera.
- Ptak się o ciebie pytał! Dzwoni tu co godzinę od wczoraj i pyta o ciebie.
- To dobrze, niech dzwoni! - uśmiechnąłem się i poszedłem do izby żołnierskiej.

SEC 5 (67-73)

Odprawę poprowadził osobiście gen. Piekarski. Oto co powiedział:
- Panowie oficerowie! - położenie nasze jest ciężkie, ale jeszcze nie tragiczne. - Wszystko teraz zależy od was i waszych żołnierzy, od waszego patriotyzmu i poświęcenia. Liczę na wasz honor i chęć wypełnienia obowiązku względem ojczyzny aż do końca. Wróg zajął większą część naszego kraju, a jego zagony pancerne podchodzą od zachodu i północy od Bugu. Ale Warszawa broni się jeszcze dzielnie i bohatersko. Pod Lwowem armia gen. Sosnkowskiego stoczyła zwycięską bitwę z niemiecką armią południe i walczy nadal skutecznie. W tej sytuacji postanowiłem zrezygnować z obrony na linii Bugu i przedostać się na południe, aby połączyć się ze zgrupowaniem Sosnkowskiego i razem z nim kontynuować walkę dalej. Ruszamy natychmiast. Spełnijcie swój obowiązek do końca.
Po tym krótkim, jasnym przemówieniu wszyscy oficerowie młodsi odeszli do swoich jednostek, a na miejscu pozostali jedynie oficerowie starsi, celem omówienia spraw organizacyjnych odmarszu.
Powróciłem więc do swojej kompanii i przekazałem żołnierzom generalskie słowa. Wprawdzie nie byłem pewny, czy wzywając ich do dalszej i beznadziejnej walki, czynię dobrze, czy źle, ale nie miałem żadnych wątpliwości, co do tego, że moim obowiązkiem było postąpić tak, jak nakazywał mi mój honor i treść złożonej niegdyś żołnierskej przysięgi.
Zanim jednak nadeszła kolejność odmarszu naszego baonu, zagrzmiały polskie baterie i dziesiątki pocisków poszybowało gdzieś do niewidomego jeszcze celu. Ogrody, place i ulice pustoszały teraz w zawrotnym tempie. Ale my staliśmy wciąż na miejscu, rzucając niespokojne spojrzenia w kierunku lasów, skąd w pełnym galopie wysypywały się patrole kawalerii i pospiesznie odchodziły na południe.
Wreszcie przyszedł rozkaz odmarszu i baon nasz ruszył w kierunku szosy Włodawa-Chełm.
Zanim jednak opuściliśmy rejon koszar, na miasto spadły pierwsze niemieckie pociski. Pochyliły się i przygarbiły żołnierskie kolumienki i żwawiej ruszyły do przodu. Rozlokowana gdzieś na południe od miasta, własna artyleria rozpoczęła teraz wściekły i huraganowy ogień. Jazgot lecących pocisków zamienił się wkrótce w jeden przeraźliwy gwizd.
Pod tym parasolem śmiercionośnej stali, szliśmy jakoś raźniej, weselej i pewniej. Rosło serce na świadomość własnej siły, wyprostowały się przygarbione plecy i bojowy duch wrócił w umęczone żołnierskie piersi. Jeszcze Polska nie zginęła - zdawały się grać lecące pociski, niosąc wrogowi śmierć i zniszczenie.
Około 2 km na południe od Włodawy, tuż przy szosie w otoczeniu sztabu stał generał i uśmiechał się do nas szeroko. A my! - unieśliśmy wysoko głowy i krokiem defiladowym, wybijaliśmy ostatnie takty, tak umiłowanej dla nas wolności.
Forsownym i nieprzerwanym marszem szliśmy na południe, z zamiarem jak najszybszego osiągnięcia wyznaczonego celu. Niemcy tymczasem obserwowali nas uważnie, prowadząc intensywne rozpoznanie na ziemi i z powietrza i czekając tylko na odpowiedni moment, aby zdać nam decydujący cios.
Jeszcze tego samego dnia po południu dotarliśmy do niewielkich lasów w okolicach wsi Malinówka i zgrupowanie zatrzymało się na krótki odpoczynek. Zmęczone i wygłodzone wojsko, rozlokowało się po lasach i zagajnikach, podczas gdy nasz baon zorganizował się obronnie, okrakiem na szosie Włodawa-Chełm, z zadaniem ubezpieczenia postoju od północy. Kuchnie polowe przystąpiły do wydawania gorącej strawy.
Nie dane nam było jednak skorzystać z tak potrzebnego odpoczynku. Gdzieś ok. godziny 17.00 pojawił się nad nami miemiecki samolot rozpoznawczy, ale ścigany ogniem p-lot pokręcił się trochę i odleciał. Wkrótce potem nadciągnęły czarne formacje „stukasów” i rzuciły się na nas z całą gwałtownością i zażartością. Detonacje eksplodujących bomb wstrząsnęły ziemią i terkot pokładowych działek zmieszał się z nieprzerwanym hukiem naszej broni p.- lotniczej. Nad lasami wzbiły się kłęby czarnego dymu, znacząc cele dla nurkujących maszyn.
Straty nasze okazały się ciężkie i bolesne. Kilkudziesięciu rannych i zabitych, około 20 spalonych wozów amunicyjnych i żywnościowych, szereg niszczonych dział i ck-emów - oto bilans tego krótkiego, ale morderczego natlou. Jeden zestrzelony Niemiec nie dawał nam ani satysfakcji, ani zadowolenia. Bezradnie zaciskaliśmy pięści i przeklinaliśmy tę okrutną, niesprawiedliwą i nierówną walkę.
Nie zdołaliśmy jeszcze ochłonąć po tym miażdżącym ataku z powietrza, gdy od strony Włodawy ukazał się niemiecki oddział rozpoznawczy, złożony z motocyklistów i 3-ch półgąsiennicowych wozów, wyładowanych piechotą. Zamarliśmy w bezruchu, obserwując pilnie zbliżającego się nieprzyjaciela. Niemcy zatrzymali się na wzgórzu, w odległości niespełna 1500 m. Od naszych stanowisk. Ich piechota wyładowała się sprawnie, rozwinęła się w tyralierę i przypadła do ziemi.
Nie czekałem już dłużej, gdyż cel wroga był dla mnie jasny i zrozumiały. Nawiązałem szybko łączność z dowódcą sąsiedniej kompanii i wspólnie zadecydowaliśmy dopuścić Niemców na jak najbliższą odległość, a potem zniszczyć ich ogniem i bagnetem. Major Kosiba zaakceptował naszą propozycję. Tymczasem hitlerowcy jakby przeczuwali zasadzkę. Wahali się długo i od czasu do czasu prowokowali nas podjazdami motocyklistów. Milczeliśmy. Aż wreszcie rozwinięta szeroko niemiecka piechota, ruszyła szybko w dół, ku lasom. Odległość między nami malała powoli, ale stale: 1200, 800, 600, 400, 300, 200. Serce niespokojnie tłukło mi się w piersi i poczułem jakieś dziwne dreszcze podniecenia.
- Bagnet na broń! - półgłosem podałem po linii i jednocześnie uniosłem pistolet ku górze. W tym samym jednak momencie, gdzieś z boku padł niespodziewany strzał. Rozterkotały się rk-emy i zastukały karabiny. Niemiecka tyraliera poczęła się łamać, szczerbić i wreszcie chylić ku ziemi. A potem poderwał mnie na nogi jeden ogromny krzyk. Hurrra!!
Popędziłem jak szalony do przodu, ściskając kurczowo w dłoni swojego Visa. Jakaś mgłą przysłoniła mi oczy i przestałem czuć i widzieć. Widziałem tylko, że biegnę wciąż naprzód i że potykam się raz po raz. Odruchowo przetarłem ręką zamglone szkła okularów i wtedy dojrzałem tuż przed sobą zgniło-zieloną sylwetkę wroga.
Szarpnąłem za spust raz, drugi i trzeci. Niemiec padł na kolana, chwilę kiwał się w przód i w tył, a potem runął na twarz. Tuż obok mnie dostrzegłem jakiegoś strzelca, który z nieludzkim rykiem raz po raz pakował bagnet w leżącego hitlerowca. Potem zobaczyłem jeszcze palący się niemiecki wóz i uciekających na pełnym gazie motocyklistów i ... już było po wszystkim.
Wracaliśmy śmiertelnie zmęczeni, ale radośni i szczęśliwi z odniesionego zwycięstwa. W tej bezpardonowej walce nie było ani jeńców, ani rannych - byli tylko zabici!
Późnym wieczorem nastąpiło przegrupowanie oddziałów i zapadła decyzja zejścia z głównego szlaku i kontynuowanie marszu drogami bocznymi, pod osłoną lasów i ciemności. W związku z tym podzielono zgrupowanie na szereg samodzielnych jednostek i ustalono ich trasy oraz kierunki marszu z takim wyliczeniem, aby mogły one utrzymać pomiędzy sobą stałą łączność i gotowość do wspólnego działania.
Decyzja ta ze względu na dużą aktywność niemieckiego lotnictwa i trudności manewrowania oraz ukrycia ruchów tak wielkiego zgrupowania wojsk, była słuszna i jedyna.
Ale chyba nikt nie przewidział szalonych trudności związanych z nocnymi marszami po gęstej i zawikłanej sieci polnych dróg i leśnych traktów. Manewrujące oddziały gubiły się nocą, traciły łączność wśród lasów, schodziły się na licznych skrzyżowaniach tworząc potworne wprost zatory.
Nierzadko były wypadki, że spotykające się nocą kolumny brały się nawzajem za wroga i otwierały do siebie ogień, siejąc nieopisany zamęt i panikę.
W takich warunkach chaosu i nerwowego napięcia utrzymanie oddziałów w całości i dyscyplinie stało się wręcz nie możliwe. Szybko topniały osobowe stany poszczególnych kompanii, a uszkodzone wozy i sprzęt bojowy coraz częściej znaczyły szlaki naszych przemarszów. Dezorganizacja, braki żywnościowe i amunicyjne, przemęczenie i apatia załamywały morale żołnierza i zaczęły sprzyjać dezercji. Wśród wojska pojawili się agitatorzy, namawiający do porzucenia broni i powrotu do rodzinnych domów. Tych rozrabiaczy i mącicieli ścigaliśmy z całą surowością i bezwzględnością, ale pomimo to dezercje nie ustawały i wielu jeszcze skorzystało z tych ponętnych rad. Pozostali jednak ci, którzy nie ulegli podszeptom i postanowili walczyć aż do końca.
Szarpani podjazdami i nękani z powietrza, przedzieraliśmy się powoli, ale uparcie na południe. W lasach, na drogach i polach gęsto wyrastały kopczyki żołnierskich mogił i znaczyły bohaterski szlak marszu ostatnich obrońców ojczyzny.
Aż wreszcie zabrakło i czasu i sił na grzebanie poległych. Leżeli więc tam, gdzie padli: cisi, nieruchomi i zapomniani, z majestatem śmierci na zastygłych twarzach i jakby uduchowieni poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Czw Paź 29, 2009 7:56 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

31 lipca, poranny apel. Stoimy w dwuszeregu, przed frontem kompanii kapitan Ptak.
- Kompaniaaa! Baczność!! Pan Wolszakiewicz wystąp!
Występuję przed front dwuszeregu.
- Za samowolne opuszczenie rejonu pododdziału na okres dwóch dni, karzę pana jedenastodniowym zakazem opuszczania miejsca zakwaterowania (ZOMZ). Kompania spocznij! Co pan ma do powiedzenia kolegom?
- Nic - odpowiadam i za chwilę rozchodzimy się do sal.
Kara mnie nie martwi, bo i tak nie mam siły nigdzie się poruszać.
“Ciekawe co mają do powiedzenia twoi przełożeni, panie kapitanie?” - myślę i podejmuję kolejną decyzję.

Tego samego dnia przestałem jeść posiłki. Wypijałem co rano kubek kawy i jedno lub dwa piwa po południu. Koledzy codziennie żartowali ze mnie i częstowali mnie różnymi rzeczami. Odpowiadałem z uśmiechem, że nie jestem głodny. Trudno powiedzieć, co myśleli o mnie naprawdę, ponieważ byłem bardzo osłabiony i myślenie męczyło mnie także. Nie jadłem nic, uczestniczyłem w zajęciach, a zaledwie kilka dni temu oddałem pół litra krwi, więc organizm nie mógł zregenerować ubytku. Koledzy powiedzieli o głodówce dowódcy plutonu, a on chciał zameldować Ptakowi. Zrezygnował z meldunku, gdy koledzy zapewnili, że mają na mnie oko.
Moje postępowanie nie było strajkiem. Coś takiego chyba nie istnieje w służbie wojskowej. Chciałem tylko wywołać zamieszanie w sferach dowódczych. Być może moje zasłabnięcie w trakcie zajęć mogłoby zwrócić uwagę komendantury na to, co dzieje się na pododdziale. Nie wiedziałem wtedy, że inne zbiegi okoliczności już pracują na moją korzyść.
Każdy, kto odbywa karę ZOMZu musi się codziennie wieczorem zameldować u oficera dyżurnego jednostki. Zwykle w takim wypadku daje on ukaranemu jakąś pracę do wykonania i wpisuje swój podpis na specjalnej tabelce sporządzonej przez żołnierza. Oczywiście nie zamierzałem się nikomu meldować. Kiedy drugiego dnia kary oficer dyżurny sam się o mnie dopomniał i zadzwonił na pododdział, znajdowałem się w stanie nietrzeźwym. Zmęczony organizm, bez posiłku od 48 godzin, ledwie funkcjonował i bez alkoholu, a ja zaczynałem chodzić jak lunatyk. Po wypiciu w kantynie dwóch butelek piwa czułem się, jakbym pił przez tydzień. Wezwany tak stanowczo, powlokłem się do budynku oficera tuż przy biurze przepustek - najbardziej ruchliwym punkcie w jednostce. Zapadł już zmierzch i wszędzie paliły się światła. Wszedłem do budynku biura. Oficerowie dwoili mi się i troili w oczach. Z trudem usiłowałem wyłowić z wchodzących i wychodzących tego, który miał biało-czerwoną tabliczkę na piersi. Stałem jakiś czas bezczynnie w korytarzu i było mi bardzo wesoło. Wreszcie zobaczyłem kapitana ze znakiem “Służba dyżurna”. Stanąłem na baczność i zameldowałem się.
- Panie kapitanie... yyy... starszy szeregowy podchorąży... melduje się... w drugim dniu... yyy... odbywania kary ZOMZu - popatrzyłem na niego błędnym wzrokiem.
- Dlaczego pan kiwa głową, a nie salutuje, jeśli ma pan czapkę na głowie? Pan jest pijany!
- Taaaak... - odparłem z rozbrajającą szczerością.
- Proszę stąd wyjść i stać na baczność przed biurem przepustek!
Wykonałem rozkaz. Zbliżała się godzina 21.30 i wszyscy wracali do jednostki na sprawdzenie stanu. Stałem pół godziny śmiejąc się i pozdrawiając kolegów wracających znad jeziora. Głupi oficer myślał, że się będę wstydził. Był dla mnie nikim jak reszta, dokuczliwą muchą, która szuka kłopotów. Przez chwilę miałem go chęć grzmotnąć o ziemię. Po półgodzinie wyszedł przed biuro przepustek i patrzył na mnie oburzony.
- Może pan już iść!
- Yyy... czy... yyy... czy to znaczy, że... że mogę już iść? - zapytałem z pijackim uporem.
- Tak, niech pan już idzie!! - kapitan wściekł się.
Poszedłem zadowolony, że jutro będzie afera i mój przełożony dostanie telefon od komendanta.
Nazajutrz rano wezwano mnie do Ptaka. Prosił mnie, żebym się uspokoił, bo... przełożeni “wydzwaniają do niego”. Nie groził, nie krzyczał, nie bluźnił - prosił.
Przebywałem na leczeniu w szpitalu. Oddałem krew. Należał mi się urlop, który mi ukradziono. Za oddanie krwi dostałem więc karę i teraz miałem być grzeczny.
“Ja ci dopiero pokażę, na co mnie stać” - pomyślałem i zrobiłem skruszoną minę, obiecując Ptakowi, że będę spokojny.

Czwarty dzień głodówki. W izbie żołnierskiej jest pusto. Trzeci i czwarty pluton pojechały na poligon. Powoluteńku podnoszę się z łóżka. Kręci mi się w głowie. Muszę do toalety. Wychodzę na korytarz i powolutku wlokę się w stronę ubikacji. Dwadzieścia metrów. W toalecie odpoczywam chwilę, bo łapie mnie zadyszka. Z trudem załatwiam potrzebę opierając się ręką o ścianę. Dobrze, że nie muszę korzystać z brudnych kabin, co za komfort. Wracam żółwim krokiem w stronę izby żołnierskiej. Na korytarzu mija mnie podporucznik Fiodorow. Wyprężam się, żeby wyglądać dobrze. Lubię go. On mi nie dokucza. Fiodorow spogląda na mnie ze strachem i jakby odrobiną wściekłości. On wie o moim strajku. Mijam jedne drzwi, drugie, trzecie i wreszcie jestem u siebie. Siadam na łóżku. Odpoczywam. Nagle przychodzi to, czego się obawiałem: głód, prawdziwy głód. Do tej pory go nie czułem. Mimowolnie spoglądam na puszkę konserwy tyrolskiej leżącą na szafce kolegi. Zerkam na nią przez kilka sekund i w pewnym momencie pragną pogryźć puszkę zębami i zjeść zawartość razem z blachą - ona też musi mieć smak. To instynkt. Uczucie zwierzęcego łaknienia mija i kładę się powolutku na łóżku. Zapadam w ciężki sen.

SEC 6 (101 - 105)

Szosą, tuż przede mną maszerowała kolumna polskich jeńców. Półprzytomny i przerażony, z wysiłkiem wpatrywałem się w tą niezrozumiałą dla mnie defiladę i raptem serce skoczyło mi do gardła.
Wśród maszerujących wyraźnie rozpoznaję szereg znajomych mi twarzy oficerów z lasów zamojskich. Siedziałem jak sparaliżowany niezdolny do najmniejszego nawet ruchu i naraz zrozumiałem, że to już koniec mojego trudu i mojej wolności. Oczy moje nerwowo biegały od niemieckiej eskorty do jeńców i od jeńców do eskorty.
Ale Niemcy nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi. Wpatrzeni w pobliskie miasteczko, ponaglali jeńców z myślą o czekającym ich odpoczynku.
Kolumna przeszła i zginęła już w zabudowaniach Cmielowa, a ja jeszcze długo nie mogłem przyjść do siebie, nie wierząc po prostu w to, co się przed chwilą stało.
Wreszcie zerwałem się na nogi, przekroczyłem szosę i nie bacząc na ból, gnany strachem pobiegłem w kierunku rzeki Kamiennej.
Po kilkunastu minutach nieśmiało zapukałem do stojącej na uboczu chaty. Drzwi otworzyła mi jakaś kobieta z dzieckiem na ręku. Zawahała się na krótką chwilę, ale potem uśmiechnęła się dobrotliwie i gestem zaprosiła mnie do wejścia. Wszedłem, usiadłem i zapomniałem słów. Kobieta obserwowała mnie długo i uważnie, a potem łagodnym i cichym głosem zapytała.
- Pan jest chyba żołnierzem?
- Tak! - odpowiedziałem wstydliwie - jestem polskim oficerem.
Spojrzała na mnie żałośnie. Ułóżyła dziecko na łóżku i ocierając ukradkiem łzy, wyszła do kuchni.
W kilka minut potem stał już przede mną talerz gorących klusek z mlekiem. Niestety organizm miałem tak wyczerpany, że wkrótce dostałem piekielnych torsji i cały mój niesamowity obiad powędrował do ustępu. Dopiero garnuszek czarnej, zbożowej kawy postawił mnie ponownie na nogi.
Gdy w dalszej naszej rozmowie, gospodyni potwierdziła moje przypuszczenia, że Niemcy legitymują i zatrzymują wszystkich wojskowych, postanowiłem nie ryzykować dalszego marszu w obecnym stroju. Wobec tego poprosiłem ją o użyczenie mi jakiegoś cywilnego ubrania w zamian za moje umundurowanie wojskowe. Zgodziła się.
W kilka minut potem przebrałem się w zaofiarowane mi cywilne ciuchy i poraz pierwszy od niepamiętnych już czasów spojrzałem w sotjące pod ścianą lustro. Odbicie, które ujrzałem, niczym nie przypominało mojej osoby. Przede mną stał jakiś zarośnięty, bosy oberwaniec o wynędzniałej, ziemistej twarzy i zapadniętych, wygasłych oczach. Postać tak dalece odrażająca, że gdyby nie kołatająca się jeszcze we mnie świadomość, nigdy nie uwierzyłbym, że to ja.
Późnym popołudniem pożegnałem dobrą gosposię i korzystając z jej rad, ruszyłem wzdłuż rzeki Kamiennej do ostatniego etapu swojej wojennej tułaczki.
Minąłem Bodzechów i przecinając na ukos denkowskie łąki dobrnąłem do ostrowieckiego cmentarza.
Zapadł zmrok. Od rodzinnego domu dzieliło mnie teraz zaledwie kilkaset metrów, ale pomimo to zdecydowałem się przeczekać na cmentarzu aż do całkowitego zapadnięcia ciemności i dopiero wówczas ruszyć dalej. Wstydziłem się po prostu ludzi i obawiałem się przypadkowego spotkania znajomych, którzy by w takiej pożałowania godnej postaci, mogli rozpoznać byłego oficera WP.
Usiadłem więc na płycie rodzinnego grobowca i pogrążyłem się w długiej i szczerej modlitwie, dziękując Bogu za wszystko, co dla mnie uczynił. Przed oczami stanęła mi ponownie wizja mojej żołnierskiej iście krzyżowej drogi, wizja rozpaczliwych i beznadziejnych walk. Odżyły postaci poległych towarzyszy broni, którym nie było już dane ujrzenie swoich rodzinnych stron i swoich najbliższych.
Nie wiem dzisiaj, czy były to tylko gorączkowe majaki, czy też uśpiła mnie niczym niezmącona cisza? Gdy się ocknąłem wokół panowała czarna nieprzenikniona noc. Żałośnie zaskrzypiała żelazna brama, gdy ostrożnie wysunąłem się na piaszczystą drogę. Jak duch spłynąłem w dół pustej ulicy Denkowskiej i poszedłem w górę ku kościołowi. Serce tłukło mi się w piersi niespokojnie, tamując oddech i waliło w skronie rytmicznym pulsowaniem.
Już z daleka dojrzałem trzy ludzkie postacie, stojących przed gankiem mojego domu i prawie natychmiast rozpoznałem charakterystyczne sylwetki księdza wikarego Zycha, przyjaciela naszego domu, siostry Jadwigi i przyrodniego brata Kazika. Zawahałem się na chwilę. Potem uniosłem kołnierz marynarki do góry, skurczyłem się w sobie i zdecydowanie ruszyłem ku nim. Ale - w ostatniej chwili minąłem ich i skręciłem w znajomą mi boczną uliczkę, prowadzącą na tyły domu.
Nikt mnie nie rozpoznał, ani nie zatrzymał?
A jednak nie mogłem się zdecydować, aby w takim stanie stanąć przed rodzeństwem i to w obecności bliskiego bądź co bądź człowieka. Palił mnie wstyd pokonanego i odpowiedzialnego za to, co się stało żołnierza. Rozdygotany jak w febrze, wszedłem na podwórze i wspiąłem się do kuchennego okna. Przez zamglone szyby dostrzegłem poważną i zamyśloną twarz mojej kochanej matki.
Jeszcze raz zawahałem się na krótko, a potem cichutko zastukałem. Doleciał mnie dawno niesłyszany drogi głos:
- Kto tam?! Kto tam?!
Odpowiedź uwięzła mi w zaciśniętej kurczem w krtani, ale ostatnim już wysiłkiem wykrztusiłem:
- Otwórz matko! Otwórz! Ojczyzna zwraca ci syna!
Rozległ się przeraźliwy krzyk, tupot nóg rodzeństwa i oto znalazłem się w ich ramionach, rozpłakany jak dziecko. A były to łzy rozpaczy i radości, łzy głębokiego żalu i miłości, łzy upokorzenia i skrajnego wyczerpania. Trzymane długo w ryzach, popłynęły teraz obficie i serdecznie.
Dzień 3 października 1939 roku, jak każdy inny dzień dobiegał końca.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Czw Paź 29, 2009 8:08 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

W trakcie głodówki nie ruszałem się praktycznie z łóżka. Wychodziłem tylko na zajęcia lub do kantyny. Koledzy obserwowali mnie, jakby uważając, kiedy padnę. Nie przeszkadzało mi to. Zresztą dostrzegałem ich jakby przez sen. To co się działo w moim otoczeniu przestawało mnie obchodzić.
Szóstego dnia wieczorem przerwałem głodówkę, gdyż mimo wszystko słabłem zbyt wolno, a do egzaminów pozostało trzy dni. Doszedłem do wniosku, że mogę zasłabnąć dopiero po wszystkim, w trakcie urlopu, czym zaszkodziłbym tylko sobie. Powolutku, z olbrzymim wysiłkiem otworzyłem sobie puszkę ryb i przełykałem je sapiąc z wysiłku. Miałem wrażenie, że delikatne mięso w oleju to kawałki żwiru. “Zmęczyłem” tę małą puszkę i poszedłem spać. Rano, ku konsternacji kolegów wypiłem kawę i przygotowałem sobie drugie śniadanie.
Kolejnym etapem mojego działania było pójście na piwo do herbaciarni znajdującej się nad biurem przepustek w trakcie zajęć teoretycznych. Wyszliśmy tam z Konradem znudzeni śmiertelnie wykładami. Konrad miał zwolnienie, a ja zwolniłem się sam. Ogólne znużenie, ból w krzyżu i kompletne poczucie bezsensu prezentowanego na zajęciach materiału, kazało mi odprężyć się. Gdy tak spokojnie kończyliśmy drugie piwo, do herbaciarni wszedł nasz kapitan Ptak. Po prostu przyszedł coś zjeść. Jego zdziwienie nie miało granic. Podszedł do naszego stolika.
- Co wy tu robicie panowie?
- Pijemy piwo - odparłem spokojnie.
- Dlaczego nie na zajęciach?
- Mamy zwolnienie - wyjaśnił Konrad.
Kapitan patrzył na nas, jakby oszołomiony naszą bezczelnością.
- Proszę dokończyć to piwo i natychmiast na zajęcia!
“Idźże już chłopino stąd, bo nie mogę na ciebie patrzeć” - pomyślałem i posłałem mu wymowne spojrzenie. Coraz trudniej mi było utrzymać równowagę psychiczną na widok tego tępaka. Zapragnąłem nagle roztrzaskać mu czaszkę pustą butelką stojącą obok na stole. Kapitan wyszedł, a po kilkunastu minutach przybiegł do herbaciarni nasz dyżurny i kazał nam iść na zajęcia w bliżej nieokreślone miejsce. Snuliśmy się więc po jednostce, czekając do obiadu.
Wieczorem kazano mi się zameldować do raportu służbowego do majora Postrożnego - marionetkowej postaci szkoły podchorążych. Przełożony oświadczył mi, że nie ma już po prostu kary dla mnie. Wszystkie możliwości zostały wyczerpane. Pozostało usunięcie ze szkoły, ale o tym mógłby zadecydować tylko generał-rektor szkoły. Nie chciałem go w to mieszać i obiecałem majorowi, że się uspokoję. Komendant SPR przemawiał do mnie jeszcze długo strasząc służbą zasadniczą, ja natomiast po prostu nie mogłem się go bać, bo wystarczyło mi pójść do przychodni wojskowej, zameldować pogorszenie stanu zdrowia i przejść do cywila. Zdobyłem się jednakże na wysiłek i medytując kretynizm oficerski kiwałem głową przytakiwałem co chwila majorowi.


SEC 7A (117 - 154)

Pociąg ruszył! Podróż nasza była długa, męcząca i uciążliwa. Zimno, ścisk, bezsenne noce i niezliczone przesiadki wyczerpały nas do tego sotpnia, że i my w końcu staliśmy się nerwowi, nieprzyjemni i kłótliwi. Na szczęście w dnu 2 listopada ok. godz. 3 w nocy pociąg zatrzymał się na końcowej stacyjce w Sanoku.
Wysiedliśmy - nie bardzo wiedząc co dalej robić. W końcu zdecydowaliśmy się przeczekać na stacji aż do świtu, a potem ruszyć pieszo na południe, w kierunku Leska.
Zaledwie jednak znaleźliśmy sobie wygodny kącik, na stację wkroczył niemiecki patrol w towarzystwie zawiadowcy i rozpoczął przeglądanie bagaży i dokumentów podróżnych. Nie było nas wiele osób, toteż kontrola przebiegała szybko i sprawnie. Janek, który znał dobrze język niemiecki, nawiązał rozmowę z Niemcami i częstował ich tytoniem i papierosami, starając się zrobić na nich jak najlepsze wrażenie. Patrol pokręcił się jeszcze kilka minut po poczekalni i wyszedł, a zawiadowca pozostał z nami. Poczęstowaliśmy go spirytusem i kiełbasą, po czym opowiedzieliśmy naszą smutną historię o zaginionej w tych okolicach rodzinie. Słuchał niby z zainteresowniem i potakiwał głową, ale wydawało mi się, że nie bardzo wierzył w tę całą naszą bujdę. Nie zdradził się jednak i nic nie mówił, aż w końcu po paru kieliszkach zaproponował nam nocleg w podręcznym magazynie stacyjnym. Oczywiście skwapliwie skorzystaliśmy z tego. Kańciapka była mała, słabo oświetlona i niezbyt ciepła, ale rzucona na podłogę słoma, gwarantowała nam dobry wypoczynek.
Gdy tylko pozostaliśmy sami, wyprułem z rękawa kurtki mapę z busolą i rozpoczęliśmy naradę.
Do Baligrodu mieliśmy jeszcze około 30 km i jeżeli nie zajdą jakieś nieprzewidziane okoliczności, to powinniśmy pokonać tę odległość w 6-7 godzin. Aby uniknąć podejrzeń i dla bezpieczeństwa postanowiliśmy maszerować każdy z osobna, w kolejności: ja, Kazik i Janek i to w takiej odległości, aby utrzymać pomiędzy sobą jedynie łączność wzrokową. Wymarsz ustaliliśmy na godzinę 8.00. Na tym naradę zakończyliśmy. A ponieważ pozostało nam jeszcze 3 godziny do odmarszu, ułożyliśmy się ciasno jeden obok drugiego i zapadliśmy w twardy sen.
O godzinie 7.30 zbudził nas jednak zawiadowca stacji, który przyniósł nam garnek gorącej kawy. Wypiliśmy po tą zakąskę jeszcze po kilka łyków spirytusu i poczuliśmy się znacznie lepiej. Znikła gdzieś senność i zmęczenie. Świat nabrał nowych, różowych barw i wydawało nam się, że nie istnieją już żadne trudności, których nie zdołalibyśmy pokonać.
Z niewielkim opóźnieniem zebraliśmy się do odmarszu. Zawiadowca udzielił nam szereg cennych rad co do drogi i na pożegnanie uścisnął nam ręce i z tajemniczą miną oznajmił :
- Ja wszystko wiem i rozumię. Bądźcie panowie ostrożni i niech was Bóg prowadzi.
Spojrzeliśmy po sobie, a potem z całą serdecznością uścisnęliśmy dłonie tego prawdziwie polskiego kolejarza. Gdzieś koło południa, tak jak nam polecił zawiadowca okrążyliśmy Lesko i weszliśmy na trakt prowadzący do Baligrodu. Oprócz kilku furmanek, wożących kamień do budowy dróg, nie spotkaliśmy nikogo. Szliśmy więc żwawo i szybko mając nadzieję na dojście do celu jeszcze przed określonym czasem.
Niestety! Była to tylko nadzieja.
Około 10 km przed Baligrodem natknąłem się niespodziewanie na niemieckiego wartownika pilnującego drewnianego mostu. Ten dojrzał mnie już z daleka i nie pozostało mi nic innego do wyboru, jak bez wahania iść dalej. Tak też uczyniłem. Śmiałym krokiem zbliżyłem się i wkroczyłem na most. Niemiec przyglądał mi się spod oka, ale nie uczynił żadnego ruchu, aby mnie zatrzymać. Pomimo to poczułem, że serce tłucze mi się niespokojnie i że mój krok stał się jakoś dziwnie sztywny i niepewny. Opanowałem się jednak i z uśmiechem minąłem wartownika.
Tymczasem z przeciwnej strony na most wjechała furmanka i gdy zrównałem się z nią, usłyszałem zawołanie:
- Hallo! Hallo! - poczekajcie no!
Zaskoczony, stanąłem i spojrzałem w bok. Wóz zatrzymał się i wysiadł z niego jakiś mężczyzna opatulony w korzuch i futrzaną czapę. Czekałem!!
Podszedł do mnie wolnym krokiem i wyciągając z kieszeni papierośnicę zapytał:
- Przepraszam! Czy nie ma pan czasem ognia?
- Owszem, proszę bardzo! - odpowiedziałem grzecznie i podałem mu paczkę zapałek.
Podróżny zapalił papierosa, zaciągnął się głęboko parę razy i zaglądając mi w oczy zagadnął:
- Przepraszam! Jeśli wolno spytać, a dokąd to pan idzie?
- Do Baligrodu - odpowiedziałem krótko.
- Do Baligrodu? - zdziwił się. - Ej! Chyba trochę dalej?Pan chce uciec na Węgry, prawda?
Oniemiałem. Nogi ugięły się pode mną i czułem, że zbladłem. Zanim jednak zdołałem odpowiedzieć, doszedł do nas Kazik i Janek. Zwróciłem się więc do nich i siląc się na żartobliwy ton powtórzyłem im cały przebieg naszej rozmowy. Zaledwie zdążyłem skończyć, gdy Kazik podskoczył do nieznajomego rypnął mu prosto w twarz:
- Czego się pan czepia? - co?! - szuka pan guza?
- Jedź pan sobie swoją drogą, gdy pana o nic nie pytają!
Gość spokojnie wysłuchał tyrady słów mojego brata, po czym odchylił kożuch i ukazując nam niemiecki mundur warknął:
- Milczeć! Jestem z Gestapo!
Dalej już wypadki potoczyły się w błyskawicznym tempie. Nastąpiła krótka wymiana zdań pomiędzy gestapowcem, a wartownikiem mostowym i stanęliśmy pod lufą wycelowanego w nas karabinu. Ręce automatycznie uniosły nam się do góry. Krew uciekła mi gdzieś do nóg i czułem, że jestem niemniej przerażony i blady jak moi towarzysze.
Tymczasem gestapowiec wydał wartownikowi jakieś rozkazy, a potem uśmiechnął się do nas zjadliwie, wgramolił się na wóz i odjechał w kierunku Leska.
Staliśmy jak zahipnotyzowani, patrząc za oddalającym się wozem, który tak brutalnie przekreślił nasze marzenia i nadzeje. Furmanka zniknęła już za najbliższym zakrętem, a my staliśmy wciąż, jak gdyby sparaliżowani tą zmianą losu.
Wreszcie ocknął się Janek i zaczął coś żywo tłumaczyć i klarować, niemniej przerażonemu aniżeli my, wartownikowi. W końcu zwrócił się do nas i zapoznał nas z treścią rozmowy.
Okazało się, że wermachtowiec otrzymał rozkaz odprowadzenia nas na odwach, gdzie mamy być poddani rewizji i oczekiwać na telefoniczną decyzję władz niemieckich z Sanoka.
Ta sytuacja stała się bardzo niebezpieczna, gdyż w mojej kieszeni znajdował się niezbity corpus delicti w postaci odcinka mapy i busoli. Spojrzałem na Kazika i zasygnalizowałem mu wzrokiem powód mojego niepokoju, ale w jego napiętej twarzy i niespokojnych oczach wyczułem coś strasznego i niebezpiecznego. Doskonale znałem gwałtowny i niepohamowany charakter mojego brata i wiedziałem, że w takich chwilach gotów jest na wszystko. Śledziłem jego naprężoną postać i czułem, że jeszcze chwila i będzie za późno.
- Kazik! - wrzasnąłem. - Nie rób głupstw. Uspokój się i czekaj!
Spojrzał na mnie zimnym, złym wzrokiem, po czym siląc się na spokój, wycedził przez zęby:
- No! Chodźmy już, jak barany na rzeź!
Niemiec obserwował nas niespokojnie, aż wreszcie zebrał się na odwagę i rypnął na całe gardło:
- Forward! Shnell! Shnell!
Biedny wermachtowiec - nie przypuszczał nawet, co mu przed chwilą groziło!

Droga do wartowni pięła się w górę stromą, błotnistą i śliską ścieżką. Szliśmy więc gęsiego z opuszczonymi rękami z trudem utrzymując równowagę. Tuż za nami z nastawionym groźnie bagnetem, szedł nasz konwojent.
W czasie drogi bezustannie myślałem o sposobie pozbycia się niebezpiecznych dowodów, ale żaden pomysł nie przychodził mi jakoś do głowy. Nie mogłem się też porozumieć ani z Kazikiem, ani z Jankiem, gdyż Niemiec nie pozwalał na żadne rozmowy.
W pewnym jednak momencie, przyszła mi nagle do głowy zbawcza myśl. Dyskretnie wsadziłem rękę do kieszeni i zawinąłem busolę w wycinek mapy. Potem poślizgnąłem się, umyślnie i runąłem na ziemię jak długi, ciskając jednocześnie pakunek głęboko w błoto. Po chwili podniosłem się i klnąc na czym świat stoi, ruszyłem dalej. Nikt nic nie zauważył.
Jeszcze kilkanaście munut marszu i weszliśmy na wartownię. Konwojent nasz podszedł do siedzącego za stołem podoficera i złożył mu meldunek. Ani słowa jednak nie wspomniał (jak dowiedzieliśmy się do Janka) o telefonie z Sanoka. Być może, że ten stary już żołnierz zapomniał o istotnej treści rozkazu, ale może też uczynił to z rozmysłem. Dość, że po złożeniu raportu odszedł na swój dawny posterunek, a my natomiast zostaliśmy poddani szczegółowej rewizji.
Kolejno podchodziliśmy do stołu i układaliśmy na nim zawartość naszych teczek i kieszeni. Podoficer przejrzał złożone rzeczy i dokumenty, po czym dość fachowo dokonał osobistej rewizji.
Nie zapomnę chyba nigdy, głupio zdziwionej miny Kazika i Janka, gdy Niemiec zakończył przegląd moich kieszeni i nie znalazł tam tego, czego oni się tak bardzo obawiali. Na ich pytający wzrok, odpowiedziałem jedynie nieznacznym skrzywieniem ust, co niby miało oznaczać uśmiech zadowolenia.
No, I dopiero teraz Janek nabrał elokwencji i w najlepszej niemczyźnie na jaką go tylko było stać, rozpoczął gadkę. Podsuwał kapralowi przepustki i dokumenty, tłumaczył i gestykulował, starając się go przekonać, że nie popełniliśmy żadnego przestępstwa i że szukamy jedynie naszych zaginionych podczas działań wojennych rodzin. Pokazywał fotografie i wskazywał mu palcem to na mnie, to na Kazika. Tymczasem ze stojących wokoło pryczy wywroili się zaspani wartownicy i otoczyli nas ciasnym kołem. I może wszystko byłoby dobrze, gdyby nie mój kochany braciszek. Ten - jak zwykle nerwowo nie wytrzymał i zaczął rozprawiać coś o praworządności, o układach genewskich, o nieporozumieniu itp. I kto wie, jak długo jeszcze trwałaby ta filozoficzna przemowa, gdyby nie przerwał jej nagle jeden z otaczających nas żołnierzy:
- Ty zaś pieroński synku! - syknął przez zęby. - Nie gadaj takich głupstw, bo Polska była głupio i dostała w dupe! Ty zaś tyż możesz oberwać!
Tego było już za wiele i musiałem szybko uprzedzić odpowiedź brata.
- Tak! - wtrąciłem się. - Proszę mu wybaczyć, ale przez niego przemawia rozpacz utraconej źony i córki. On nie wie, co mówi.
I siląc się na jak najbardziej pokorny ton, opowiedziałem im zmyśloną tragedię mojego brata, apelując jednocześnie do ich uczuć rodzinnych i wyrozumiałości. Ślązak słuchał mnie i tłumaczył swoim niemieckim kolegom. Z radością zauważyłem, że w miarę mojej opowieści wyraźnie topniała napięta atmosfera i jej miejsce zaczęła zajmować zwyczajna, ludzka litość i współczucie. Niemcy poklepywali mnie poufale po ramionach i zachęcali do dalszego mówienia.
Znając ich stosunek do Rosji Sowieckiej opowiedziałem im jeszcze zmyśloną historyjkę o tym, jak dostałem się do niewoli rosyjskiej i jak udało mi się uciec z rąk bolszewickich katów. Ta wyimaginowana i dość makabryczna opowieść zmiękczyła nawet serce samego pana kaprala. Wprawdzie zastanawiał się jeszcze długo, co ma z nami zrobić, ale w końcu przekonany przez swoich podwładnych zdecydował się wypuścić nas wolno.
- No, uciekajta już bidoki - ponaglał nas Ślązak na pożegnanie.
O jakże pięknie wyglądała znów ta nasza podkarpacka ziemia.

Pod wieczór, bez żadnych już przeszkód, dobrnęliśmy do pierwszych zabudowań Baligrodu. W miasteczku panował zadziwiająco ożywiony ruch. Ulice pełne były uzbrojonych Niemców, wśród których kręcili się miejscowi cywile. Spędzone z pastwisk krowy i owce tarasowały drogi i utrudniały swobodne przejście. Cieszyliśmy się z tego rozgardiaszu, gdyż nie zwracano na nas najmniejszej uwagi. A zresztą nauczeni ostatnim doświadczeniem i tak postanowiliśmy być teraz bardziej czujni i ostrożni.
Przed jedną z chat dostrzegliśmy niemłodą już kobietę, która ciekawie przyglądała się ruchowi panującemu na drodze. Podeszliśmy do niej śmiało i poprosiliśmy o udzielenie nam noclegu. Gosposia obejrzała nas nieufnie od stóp do głów i po namyśle odpowiedziała:
- Owszem! A czy panowie zameldowali się już na komendzie?
- Nie - odpowiedział Janek, ale dopiero co przyjechaliśmy i przede wszystkim chcielibyśmy znaleźć sobie kwaterę, a potem dopiero zameldować się na posterunku. Kobieta zawahała się chwilę. Rozejrzała się na lewo i prawo i dopiero wówczas zaprosiła nas do wejścia.
Już w izbie poinformowała nas, że Baligród należy do strefy przygranicznej i że każdy nowo przybyły ma obowiązek zameldowania się u władz niemieckich. Inaczej, tak nam, jak i jej groziłyby surowe kary. Oczywiście rozumieliśmy jej obawy, ale my też nie mieliśmy najmniejszej ochoty pchać się ponownie w łapy Niemców po tym, co już spotkało nas na moście pod Leskiem. Dlatego też przeciągaliśmy rozmowę z gospodynią, dając jej do zrozumienia, że raczej zależy nam na tym, aby pozostać bez zameldowania. W końcu chyba zrozumiała nasze intencje, gdyż w pewnym momencie wyjrzała przez okno i rzekła:
- Tak! Jest już zupełnie ciemno i panowie są na pewno głodni? Pójdę przygotować jakąś strawę, a jutro zameldujecie się panowie, żebym nie miała kłopotów.
W godzinę później siedzieliśmy już za stołem, w towarzystwie naszej gospodyni, nad talerzami dymiącego barszczu z kartoflami. Potoczyła się ożywiona rozmowa, z której dowiedzieliśmy się, że jedyny jej syn nie powrócił jeszcze z wojny i że wciąż go wygląda. Mąż natomiast był na robotach gdzieś w okolicach Cisny i ma powrócić dopiero za kilka dni. My zaś opowiedzieliśmy jej o celu naszego tutaj pobytu i pytaliśmy ją czy nie spotkała się przypadkiem z nazwiskiem zaginionej żony brata. Oczywiście nic o tym nie słyszała, ale przyrzekła wypytać sąsiadów i radziła nam zaciągnąć informacji w tutejszej komendzie.
Jeszcze do późnych godzin nocnych rozmawialiśmy o nieszczęściach i tragediach wojny i o powstałej dla Polaków sytuacji. Powoli znikała pomiędzy nami nieufność i miejsce jej zajęło serdeczne współczucie i troska o przyszłość.
W końcu zmęczeni, ale pełni dobrych nadziei, udaliśmy się na spoczynek.
Nazajutrz rano Janek zaofiarował się wyjść na miasteczko, aby jako pierwszy zameldować się na posterunku i przy tej okazji zdobyć trochę informacji. Bardzo długo czekaliśmy na jego powrót i już zaczęliśmy się poważnie niepokoić, gdy wreszcie otworzyły się drzwi. Stanął w nich Janek dziwnie blady i zadyszany. Wszedł do izby, usiadł i ciężko oddychając wykrztusił:
- Jest źle! Niemcy szukają nas!
Pozwoliliśmy mu ochłonąć, po czym z niepokojem zapytaliśmy go, o co chodzi i co chce przez to powiedzieć. Oto co nam opowiedział:
- Przyszedłem na komendę i stanąłem w kolejce, którą tworzyło kilkanaście osób. Za stołem siedział Niemiec i w towarzystwie tłumacza przeglądał przedkładane mu przez meldujących się, dokumenty. Zadawał przy tym szereg pytań i żądał szczegółowych informacji. Załatwienie więc jednej osoby trwało bardzo długo i kolejka przesuwała się powoli. W pewnym momencie - mówił dalej - zadzwonił telefon. Niemiec poderwał się i podjął słuchawkę. Potem słuchał i rozglądał się po sali powtarzając w kółko: Jawohl! Jawohl! Wreszcie powtórzył otrzymany rozkaz: Zatrzymać trzech ludzi w krótkich kurtkach z teczkami, którzy poszukują zaginionej rodziny!
Przerażony nie słuchałem już końca rozmowy i dyskretnie wycofałem się z kolejki, aby natychmiast powiadomić was o tym - zakończył Janek.
Nie ulegało żadnej wątpliwości, że w rozmowie tej chodziło właśnie o nas. Prawdopodobnie gestapowiec z Sanoka dowiedziawszy się, że zostaliśmy przez posterunek mostowy wypuszczeni, wszczął alarm.
Sytuacja stała się niebezpieczna. Nie mogło już być mowy o żadnym meldowaniu się i należało coś radzić. Zanim jednak doszło do tego, otworzyły się drzwi od kuchni i weszła gospodyni. Rozejrzała się po izbie i widząc nasze poważne i zatroskane twarze, spytała:
- Czy coś się stało panowie?
Spojrzeliśmy na nią i milczeliśmy, nie wiedząc, co odpowiedzieć. I wtedy właśnie przyszło mi do głowy dziwne postanowienie. Podszedłem do tej obcej dla mnie kobiety, ująłem ją za ręce i posadziłem przy stole tuż obok siebie. Potem z całą szczerością odkryłem przed nią prawdziwy cel naszego tutaj pobytu i zwierzyłem się ze wszystkich naszych trosk i kłopotów.
Słuchała mnie cierpliwie z opuszczonymi w dół oczami, nerwowo skubiąc rąbek kraciastego fartucha. Gdy skończyłem, podniosła wzrok i popatrzyła na nas kolejno, po czym kiwając lekko głową rzekła:
- Ja od początku przeczuwałam, że panowie chcecie przedostać się na Węgry, ale nie byłam tego zupełnie pewna. Teraz już wiem i będę z wami szczera. Otóż sprawa nie jest tak prosta, jak wam się to wydaje. Wprawdzie niejednemu z takich, jak wy ryzykantów udało się przekroczyć pilnie strzeżoną granicę, ale też wielu z nich przypłaciło to życiem. Ich groby rozsiane są dzisiaj po całym pogórzu. Nie dalej, jak dwa dni temu - mówiła dalej - Niemcy rozstrzelali w pobliżu granicy pięciu Polaków i na ich mogile postawili widoczny z daleka, biały krzyż - jako ostrzeżenie dla innych. Ci biedacy... - nie dokończyła i zakrywając twarz fartuchem, rozpłakała się serdecznie.
W milczeniu spoglądaliśmy na siebie i nie mieliśmy odwagi odezwać się ani słowem. W końcu Kazik przerwał tę ponurą ciszę i w ciepłych słowach poprosił ją, czy nie mogłaby ukryć nas gdzieś tymczasem, zanim nie zastanowimy się i nie zadecydujemy, co dalej robić.
Kobieta wahała się długo. Aż wreszcie podniosła się i kazała nam iść za sobą. W kuchni zapaliła świecę, odsunęła ciężki kufer, podniosła ukrytą pod nim pokrywę i po wąskich, stromych schodach zeszliśmy w dół. Znaleźliśmy się w niewielkiej, cuchnącej zgnilizną piwnicy. W kącie walały się jakieś skrzynki, a tuż obok nich leżało posłanie ze słomy nakryte dwoma starymi kożuchami.
- Tutaj! - zwróciła się do nas gospodyni - nie będzie wam zbyt wygodnie, ale za to spokojnie i myślę, że dobrze zastanowicie się nad tym, co wam powiedziałam. Aha - rzuciła jescze na pożegnanie - jeżeli będziecie czegoś potrzebowali, to zastukajcie w pokrywę.
Zostaliśmy sami w tej półmrocznej, wilgotnej i śmierdzącej grobem jamie, a wraz z nami nasze troski i niezbyt różowe myśli. Usiedliśmy na skrzyniach i nic nie mówiąc do siebie, długo szukaliśmy rozwiązania tej niekorzystnej dla nas sytuacji. Wreszcie Janek przerwał milczenie.
- Uważam - powiedział - że teraz, gdy Niemcy zostali zaalarmowani i szukają nas, byłoby istną głupotą pchać się dalej! Ja osobiście rezygnuję z dalszej drogi i jescze dzisiaj wracam do domu. Wy natomiast róbcie to, co sami uważacie za stosowne - zakończył.
Trzeba było wówczas widzieć twarz mojego brata. Zerwał się z miejsca. Chwycił Janka za klapy kurtki i szarpiąc go ryczał:
- To tchórzostwo! To nie po żołniersku i nie po koleżeńsku. To wyraźna zdrada! Mamy teraz rezygnować?! - pienił się - gdy od granicy dzieli nas zaledwie kilkanaście kilometrów! O nie! Ubiją to ubiją, ale ja idę dalej! A ty? - zwrócił się nagle do mnie.
Podniosłem się i spojrzałem na bladego jak kreda Janka, a potem na rozwścieczoną twarz Kazika i odpowiedziałem:
- Ja już dawno zdecydowałem się! Idę z tobą bracie! A Janek ma jeszcze czas na zastanowienie się i odpowiedź.
Niestety, ani perswazja, ani nasze zdecydowana postawa nie wpłynęły jednak na Janka i jeszcze tego samego dnia po południu odszedł. ( Dopiero w kilka lat potem dowiedziałem się, że tej samej nocy przekroczył granicę węgierską w towarzystwie jakiegoś księdza i przewodnika. Tego niehonorowego postępku nie przebaczyłem mu do dzisiaj.)
Wówczas jednak sądziliśmy, że Janek po prostu załamał się i nie wytrzymał ciężkiej próby nerwów. Strach jest przecież rzeczą ludzką i zrozumiałą, a kwestia przezwyciężenia go, to tylko sprawa siły nerwów, woli i ambicji.
Wieczorem zeszła do nas gospodyni i usiłowała nakłonić nas do zmiany postanowienia. Przyznała rację Jankowi i radziła nam iść w jego ślady, ale widząc nasze zdecydowanie, zrezygnowała. Zwiesiła głowę i siedziała tak cicha, smutna i zamyślona. W końcu spojrzała na nas i z westchnieniem zapytała:
- Jeżeli nie mogę was już przekonać panowie, to czy nie możecie chociaż poczekać do powrotu mojego męża? To dobry i obrotny chłop! Może on wam coś poradzi lub pomoże?
Zgodziliśmy się, chociaż niechętnie, gdyż paliliśmy się do natychmiastowego działania. Z drugiej strony, nie chcieliśmy dłużej narażać tego gościnnego domu. Stało się jednak dobrze. Zostaliśmy. Zamknięci w piwnicy, jak w lochu więziennym, oczekiwaliśmy na powrót gospodarza. Brak świeżego powietrza, dobrego światła i bezczynność męczyły nas okropnie. Najbardziej jednak martwiło mnie to, że Kazik zaczął narzkać na częste i ostre bóle w okolicach prawego boku. Z troską patrzyłem na jego cierpienia, tym bardziej, że jego błyszczące oczy i spieczone usta wyraźnie świadczyły o stanie podgorączkowym. Ta nagła choroba brata stała się dla mnie utrapieniem. Czułem, że coś się we mnie załamuje, że powoli tracę wolę i wiarę w powodzenie naszego przedsięwzięcia.
Na szczęście po trzech dniach Kazik poczuł się lepiej. Ustąpiły bóle w boku i odzyskał dawną swoją energię i żywotność.

Wreszcie w piątym dniu naszego dobrowolnego więzienia, uniosła się pokrywa i do piwnicy zeszła gospodyni w towarzystwie rosłego i silnie zbudowanego mężczyzny. Podeszła do naszego barłogu i powiedziała:
- To jest właśnie mój chłop, o którym wam mówiłam.
Uścisnęliśmy mu dłoń i zaprosiliśmy do zajęcia miejsca na jednej ze skrzyń. Usiadł ciężko. Wyciągnął z kieszeni pęcherz z tytoniem i skręcając papierosa przyglądał nam się chwilę, po czym podał nam tytoń i bibułki. Zapalił i nie patrząc nam w oczy zagadnął:
- Żona powiedziała mi już wszystko o was i prosiła mnie, abym wam pomógł. No cóż! - skrzywił się - wiecie już, że sprawa jest trudna i niebezpieczna. Wszystkie drogi prowadzące do granicy obstawione są przez Niemców, a ostatnio dostali jeszcze psy do pomocy. Nie będę ukrywał - mówił dalej po namyśle - że znam pewne przejścia do Słowacji i Węgier, ale tymi drogami może chodzić jedynie ten, kto je doskonale zna, bo są to drogi przemytników. Ja osobiście nie mogę poprowadzić was tamtędy, gdyż nie wolno mi narażać, ani mojej rodziny, ani przyjaciół. A zresztą mam pilną robotę na miejscu i muszę tutaj pozostać. Mogę jednak udzielić wam pewnych wskazówek - zakończył - a resztę wykonacie sami.
- O to tylko prosimy! - zapewniliśmy go jednocześnie. Olbrzym spoglądał to na nas, to znów na wpatrzoną w niego uśmiechniętą żonę i po krótkim namyśle rzekł:
- Dobrze! Pomyślę nad tym i jutro dam wam odpowiedź, a tymczasem wypoczywajcie i nabierajcie siły. To powiedziawszy pożegnał nas i zabierając z sobą zadowoloną żonę, opuścił piwnicę.
Nazajutrz po południu zjawił się nasz góral dziwnie wesoły i podniecony. Usiadł i mrucząc coś pod nosem, wyciągnął z kieszeni butelkę wódki i szklankę.
Piliśmy w milczeniu, patrząc na niego z niepokojem i czekając na wyrok, który miał zadecydować o dalszych naszych losach.
Gdzieś po trzeciej już kolejce, gospodarz zpalił "skręcanego", obarł rękawem rękawem usta i wreszcie przemówił:
- Na prośbę mojej baby zmieniłem zdanie i jescze dzisiaj w nocy podprowadzę was do granicy.
Wstaliśmy.
- Siadajcie! - mruknął - i uważajcie dobrze, co wam powiem i zapamiętajcie:
- Żywność załadować do kieszeni, a teczki zostawić! Ubrać się tak, abyście wyglądali na tutejszych. Punktualnie o godzinie pół do ósmej opuścicie chałupę i udacie się drogą w lewo na Cisnę. Tuż za Baligrodem - mówił dalej - spotkacie niemiecki posterunek. Maszerujcie śmiało i tylko drogą udając pijanych. Kilometr dalej rozpoczyna się las i stoi przy nim biała figura. Tam zatrzymajcie się i poczekajcie na mnie! Wszystko jasne?
Kiwnęliśmy głowami. Potem wypiliśmy jeszcze po jednym za dobro sprawy i gdy tylko góral opuścił piwicę, zabraliśmy się do roboty.
Ubrania nasze były tak wymięte i wybrudzone, że nie wymagały specjalnego przygotowania. Jedynie czapki musieliśmy poddać gruntownemu przefasowaniu. Ale i z tym uporaliśmy się dość szybko i po załadowaniu do kieszeni resztek spirytusu oraz chleba, byliśmy gotowi do drogi. Przed samym odejściem jeszcze raz obejrzeliśmy się dokładnie i o wyznaczonej godzinie zapukaliśmy w pokrywę piwnicy. Otworzyła nam gospodyni. Z głębokim szacunkiem ucałowaliśmy jej spracowane ręce, dziękując za wszystko, co dla nas uczyniła, po czym opuściliśmy ten ostatni już gościnny polski dom.
Powitała nas bezchmurna, jasna i księżycowa noc. Siwy mróz szklił pobliskie dachy i płoty srebrzystą bielą. Orzeźwiające powietrze wtargnęło nagle do moich płuc, przyprawiając mnie o zawrót głowy i potęgując jeszcze bardziej zamroczenie, spowodowane wypitym uprzednio alkoholem.
Nie musiałem już chyba udawać pijanego? Chwiejnym krokiem ruszyłem w kierunku wylotu miasteczka, a tuż za mną z czapką w garści i rozwianą czupryną maszerował Kazik.
Droga była wolna. Przyspieszyłem kroku i wkrótce zbliżyłem się do ostatnich zabudowań. Tutaj przystanąłem na chwilę i obejrzałem się. Kazik maszerował środkiem drogi i zataczając się z boku na bok z trudem utrzymywał równowagę. Zadziwiająco dobrze odgrywał swoją rolę. Zadowolony, uśmiechnąłem się do siebie i poszedłem dalej.
Mijałem właśnie ostatnią chałupę, gdy z daleka dostrzegłem stojącego obok drogi wartownika. Zawahałem się na moment, ale potem z pijackim zawodzeniem "Góralu czy ci nie żal", chwiejnym krokiem ruszyłem wprost na niego.
Nie mogę powiedzieć, że czułem się dobrze, ale pmny na rady naszego gospodarza, szedłem dalej śmiało i zatrzymałem się dopiero na okrzyk:
- Halt! - tuż przed ostrzem nastawionego bagnetu.
- O kamerad!? - zawołałem, udając zdziwienie i zacząłem się szarpać z kieszenią, w której była butelka ze spirytusem. Wreszcie wyrwałem ją i podając Niemcowi wybełkotałem:
- Gut kamerad! Gut! Trink!, trink! - namawiałem go, czekając nieprzyzwoicie.
Niemiec żachnął się i odskoczył do tyłu.
- Nein? Warrum? - wykrztusiłem oburzony i chwiejąc się to w przód, to w tył, podniosłem butelkę do ust. Niby piłem, a w rzeczywistości kątem oka obserwowałem zbliżającego się Kazika. Podszedł i minął nas bez zatrzymania, niemiłosiernie fałszując "Hej górol, ci jo górol". Wtedy dałem już spokój Niemcowi i podtrzymując pieśń brata ruszyłem w ślad za nim. Wartownik nie tylko, że nie protestował, ale wydawał się być zadowolony z pozbycia się natrętnych pijaków.
Dogoniłem Kazika i ująwszy go pod ramię, zgodnym duetem intonowaliśmy dalej nieocenioną pieśń. Ale zaraz za najbliższym zakrętem wytrzeźwieliśmy i szybkim krokiem ruszyliśmy w kierunku widniejącego lasu. Byliśmy zadowoleni i szczęśliwi. Baligród pozostał za nami.
Jeszcze kilkaset metrów marszu i ukazała nam się biała przydrożna figura - miejsce umówione i wyznaczone. Usiedliśmy w ukryciu i spojrzałem na zegarek. Była 20.15 Rozejrzeliśmy się uważnie w koło, ale nie znaleźliśmy tego, kogo oczekiwaliśmy. Przewodnika nie było.


Ostatnie strzelanie. Ma ono na celu wyregulowanie naszej broni. Kilka dni przed końcem szkolenia! Prowadzi kapitan Ptak z niskim pyszałkowatym podporucznikiem Kowalskim. Zbliża się pora obiadu, a amunicja musi być zużyta do zera. Stoimy na rubieży wyjściowej. Na maszcie czerwona flaga. Prowadzący podaje przepisy bezpieczeństwa.
- ... zabraniam strzelać z niesprawnej broni, zabraniam prowadzenia ognia w wypadku pojawienia się na przedpolu ludzi lub zwierząt domowych... - dolatuje mnie zdecydowany głos porucznika.
“Czy ptak to zwierzę domowe, czy dzika bestia?” - zastanawiam się zapominając na chwilę, gdzie się znajdujemy.
Od rozważań odrywa mnie głośna komenda:
- Na rubież otwarcia ognia marsz!
Podchodzimy do tuneli. Kładziemy się i przygotowujemy broń. Za nami stoi następna zmiana. Kolejna grupa ćwiczy na strzelnicy pistoletowej z porucznikiem Soszyńskim.
Kapitan Ptak cały czas wydziera się na nas. Nie podoba mu się brak celności, tempo ładowania broni. Klnie wulgarnie. Nie potrafią go uspokoić nawet jego koledzy. Ptak pieni się i biega od jednego stanowiska do następnego, wrzeszcząc na amunicyjnego, na zbierających łuski i zaklejających otwory w tarczach. Po prostu dom wariatów, z tym tylko, że dziewięćdziesiąt procent “pacjentów” ma w rękach nowoczesną broń i ostrą amunicję.
Leżę przed celem i przyciskam mocno do ramienia mojego Kałasznikowa. Przez tego nerwusa nie okopciłem szczerbinki i promienie słońca odbijające się od przyrządów celowniczych rozmazują mi obraz celu. Ogarnia mnie spokój, staram się skoncentrować nad zadaniem i nie denerwować. Jestem bardzo wyczerpany i wydaje mi się, że za chwilę kompletnie opadnę z sił. Po wykonaniu padu leżę i już prawie nie czuję bólu. Może trochę, gdy przyciskam do podłoża szeroko rozstawione nogi. Pada komenda ogniowa. Mierzę przez moment. Strzelam. Już się przyzwyczaiłem do huku zwielokrotnionego echem tunelu. Pierwszy, drugi, trzeci. Spust zablokowany . Zgodnie z przepisami podnoszę rękę sygnalizując zacięcie. Ptak jest już przy mnie z pianą na ustach.
- Nożesz kurwa mać, co pan robi?!
Szarpie się nerwowo z karabinem, jakby go miał w rękach po raz pierwszy w życiu. Odwracam wzrok od tarczy i z trudem kładę się na lewym boku. Patrzę na swojego dowódcę. Oddaje mi w końcu broń. Teraz go zastrzelę.
Zmęczenie, ból, wściekłość i pragnienie oczyszczenia się z brudu. Mam jeszcze siedem naboi. Ptak stoi cztery metry ode mnie. Wpakuję mu w brzuch trzy naboje. Krew będzie bryzgać na wszystkie strony z rozerwanych pleców. Nie ma prawa przeżyć. Niedaleko po prawej stoi podporucznik Kowalski. Tego zarozumiałego konusa też zabiję. Jeden nabój. Potem go dobiję strzałem w głowę.
Pozostał rudy kapitan z tyłu, w budce laboranta. On też mi się kiedyś przysłużył. Żebym tylko zdążył, zanim sięgnie po broń. Nie, jest bez broni.
Przypominam sobie, jak mi opowiadano, że Ptak został dopiero niedawno kapitanem, bo kiedyś zastrzelił mu się żołnierz. Napisał w liście pożegnalnym, że to przez niego. Jeśli zostaną mi naboje, to podziurawię jeszcze trupa, zanim mnie ktoś powstrzyma... Zabić wszystkich... Mnie i tak już nic nie czeka. Spoglądam w górę. To słońce, dlaczego tak mocno świeci? Ach, przecież jest lato... Czuję paraliżujące drętwienie w krzyżu. Muszę zapanować nad sobą. Jeszcze raz, ostatni. Powoli kładę się na brzuchu i celuję do tarczy. Czwarty, piąty, szósty. Następne “kopnięcie” kolby w ramię. Pomiędzy rozsądkiem, a szaleństwem naprawdę jest tylko cienka czerwona linia. Siódmy, ósmy, dziewiąty, dziesiąty. Opieram karabin pionowo o podpórkę. Podjeżdżają tarcze. Ptak znowu zaczyna wrzeszczeć. Jest już tylko powietrzem...


Następnego dnia dowiedziałem się od kolegów, że naszemu kapitanowi zabrano premię. Podobno wyżsi dowódcy dostrzegli jego nieudolność na zajmowanym stanowisku i w przyszłości nie będzie on już piastował podobnej funkcji. Nareszcie ktoś zrozumiał, że człowiek używający metod wychowawczych sprawdzonych na osiemnastolatkach, w 17 procentach analfabetach, nie nadaje się do dowodzenia sześcioma plutonami wykształconych ludzi. A może nie? Może w przyszłości znowu powierzone mu będzie to stanowisko. Jeśli tak, to w sumie dobrze. Ptak wykończy się kiedyś nerwowo, może nawet wyląduje w szpitalu psychiatrycznym. Może go ktoś zastrzeli za matactwa z przepustkami, za brak zrozumienia, za dzikie bydlęce wrzaski na korytarzu, za rzucanie plastikowymi butelkami, szafkami i prywatnym mieniem podchorążych.

Najważniejszy egzamin: taktyka. Egzaminują pułkownik Długosz, podpułkownik Licki, jeszcze jeden podpułkownik i major od łączności. Długosz to ten od saperskiego. Najgorsza piła w szkole. Stary, siwy oficer. Bez poczucia humoru, ale też lubi wulgarne słowa.
Wchodzę jako pierwszy i melduję się komisji.
- Pan nie ma u mnie zaliczenia - pułkownik Długosz spogląda na mnie surowo. - Uczył się pan w nocy?
“Tak, uczyłem się w nocy” - myślę. - “A potem spędziłem prawie rok na zasiłku, żeby w końcu tu wylądować”.
- Niech pan idzie do sali obok i jeszcze się poduczy.
Wychodzę z sali. Siadam w pracowni obok. Chłopaki podają mi zeszyty. Przeglądam je. Większość szkolenia saperskiego prowadzona była podczas mojego pobytu w szpitalu. To, co widzę w zeszycie, to mnóstwo przepisów bezpieczeństwa i dane materiałów wybuchowych. Czysto pamięciowy materiał, nudny i do zapomnienia w ciągu kilku dni. Kręci mi się w głowie. Nie wiem, czy przypomniałbym sobie teraz słowa hymnu państwowego. Ktoś mówi coś do mnie. Wchodzi ppor. Fiodorow i oznajmia mi, że komisja jest pozytywnie nastawiona. Zastanawiam się, co znaczy słowo “pozytywnie”. Czuję, że bierze mnie zadyszka.
Ponowni wchodzę do sali egzaminacyjnej. Losuję pytania. Siadam do stolika i przygotowuję odpowiedzi. Rozrysowuję drużynę w natarciu. Nie wiem wiele, ale zawsze coś powiem. Komisja jest przecież pozytywnie nastawiona. Odpowiadam. Pułkownik Licki ciągnie mnie za język. Wścieka się. Udowadnia mi, że nic nie umiem. Nic prostszego. Chciałbym, żeby to się już skończyło. Nieznajomy pułkownik zadaje “pomocnicze” pytania.
- Pan prawie nic nie umie. Jak pan chce dowodzić plutonem zmechanizowanym? - Licki uspokaja się nieco, ale widać, że jest zły.
- Leżałem w szpitalu, byłem wyłączony z wielu zajęć praktycznych - po raz setny chyba powtarzam tę samą formułkę.
Licki myśli o czymś intensywnie. Konsultuje się z Długoszem i z tym trzecim pułkownikiem. Znowu jest całkiem spokojny i rzeczowy.
- Nie możemy pana promować. Odpowiadamy za pana wyszkolenie. Zresztą, co by pan robił w jednostce? Kto by panu powierzył wojsko? Kim pan tam będzie? Pisarzem kompanijnym? Jeżeli pan chce, napiszemy panu odpowiednią opinię i zwolnią pana do cywila.
Rozmowa zaczyna być ponad moje siły.
- Może dam sobie jakoś radę? - mówię cicho.
Licki znowu zirytował się.
- Nie rozumiem pana! Nie uczy się pan, jest pan nieobecny na zajęciach, a do cywila nie chce pan iść! To po co pan tu przyszedł?!
- Żeby walczyć - odpowiadam głośno zdecydowanym tonem.
- Żeby walczyć? - Licki uśmiecha się drwiąco.
Członkowie komisji przyglądają mi się przez chwilę. Nie wiedzą, co powiedzieć. Wyczerpał się mój limit objaśnień dla inteligentnych ludzi. Nic więcej nie powiem. Potrzebne mi powietrze i słońce. Za trzy dni urlop.


Kolejne dwa egzaminy były tylko formalnością. Budowę sprzętu zdałem prawie na czwórkę. Ze szkolenia ogniowego wpisano mi dwójkę, chociaż odpowiedziałem na wszystkie pytania. Pewnie taki był rozkaz.
Na ceremonii zakończenia wystąpiło po świadectwa dwustu sześciu podchorążych. Podchodzili po cenzurki dziesiątkami. Gratulował sam komendant wydziału wojsk pancernych, pułkownik Turek. Ja i Lucek podeszliśmy osobno na końcu. Pułkownik Turek nie bardzo wiedział, co ma powiedzieć. W końcu powiedział, że nie wie, co mówić. Zadał kilka pytań. Jednomyślnie, bez uprzedniego porozumienia skwitowaliśmy jego pytania milczeniem. Po cóż było strzępić język?
Lucek popił przed przysięgą i spadł z obitych blachą schodów. Podoficer dyżurny znalazł go po półgodzinie nieprzytomnego w kałuży krwi. Lucek nie był na przysiędze, ani nawet na urlopie i do końca szkolenia nie wydobrzał po tym wypadku. W trakcie służby zachorował mu ciężko ojciec. Nie chcieli dać urlopu. Chętniej dawali na wesela, bo na to zawsze znajdzie się podkładka. W końcu ojciec umarł i dali urlop. Lucek był muzykiem przymusowo wziętym do armii. Zaprzyjaźniliśmy się. Byliśmy niejako towarzyszami niedoli, gdyż nasza kariera miała podobny przebieg. Lucek nie był krnąbrny jak ja, raczej zagubiony w wojskowym świecie. Brak promocji przygnębił go bardzo. Żałowałem, że przykrywającym fizyczną słabość chojractwem dawałem mu zły przykład, zamiast go podnieść na duchu i zmobilizować do działania. Mógłby mieć lepszy start do czekającej nas w nieznanym miejscu praktyki.
Ostatniego dnia wieczorem opuszczaliśmy Wyższą Szkołę Oficerską na zawsze. Na korytarzu kompanii panował olbrzymi ruch i tłok towarzyszący zdawaniu mundurów i sprzętu. Dowódcy plutonów wydawali rozkazy wyjazdów i książeczki wojskowe z wbitymi awansami. Wszyscy koledzy opuszczali szkołę z trzema belkami na pagonie - starsi kaprale podchorążowie. Ja zatrzymałem jedną belkę - tyle, ile może mieć w armii zwykły analfabeta, wystarczy, że nie podpadnie przez pół roku. Nie należałem do korpusu podoficerów. Lucek nie miał żadnej belki - czysty pagon.
Idąc korytarzem widziałem kierowane na mnie ukradkowe spojrzenia kolegów z plutonu. Było w nich sporo współczucia. Ci, którzy mnie nie znali spoglądali obojętnie, czasem z pogardą albo ciekawością. Dowódcy plutonów wyrażali swoje obawy co do mojego statusu w trakcie praktyki, bo przecież z tak niskim stopniem nie mogłem pełnić żadnej poważniejszej funkcji w pododdziale. Zostałem powszechnie uznany za człowieka przegranego już na samym starcie.
Przed wyjściem z terenu szkoły ppor. Fiodorow udzielał naszemu plutonowi ostatnich wskazówek i żegnał się z grupą podchorążych, którą dowodził przez trzy miesiące. W osobnym atestacie (przydział żywnościowy i żołd), jaki mi wręczył, było napisane, że będę otrzymywał niższy żołd od kolegów o około pół miliona. To taki miły akcent na koniec. Nawet swojego dowódcy plutonu nie chciało mi się słuchać i odszedłem od grupy.
Gdy mijałem biuro przepustek zawołał mnie major Postrożny pełniący dziś służbę oficera dyżurnego.
- Panie Wolszakiewicz, pan wie, że zachowuje pan status podchorążego?
- Tak - odparłem machając od niechcenia ręką. Nie wiedziałem, czy to próba pocieszenia mnie, czy serwis informacyjny.
Za moment byłem poza bramą koszar i nie musiałem już patrzeć na te same gęby. Trudno mi było zachować jakiś optymizm, ale nie wyobrażałem sobie, żeby w nowej jednostce mogło być gorzej. W opinii dowódcy, która powędrowała za mną do Lublina, było napisane, że mam skomplikowany charakter, wymagam indywidualnego podejścia i że dopuściłem się samowolki. Poczciwy Fiodorow nie napisał w opinii nic krzywdzącego, ponad to, co musiał. Postanowiłem sobie w duchu zlikwidować każdego, kto chciałby represjonować mnie w czasie praktyki. Ostatecznie to, co działo się w Poznaniu, to tylko próbka tego, do czego zdolny jest człowiek zapędzony do rogu.
Pomijając ogólne osłabienie, skoki temperatury i ciągłe kłopoty żołądkowe, zachowałem dobry nastrój i dużo poczucia humoru. W końcu jechałem na urlop. No i Lublin leżał jakby bliżej Kielc.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Pią Paź 30, 2009 9:46 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

SEC 7B

Upłynęło jeszcze pół godziny nerwowego oczekiwania i już zaczęliśmy się poważnie niepokoić, gdy niespodziewanie tuż obok nas wyrosła jakaś postać. Zerwaliśmy się na równe nogi, ale prawie jednocześnie dobiegł nas znajomy, uspokajający głos.
- Spokojnie! Widzę, że dobrze poszło panowie! No to teraz trzymać się mnie i jazda naprzód!
Zagłębiliśmy się w ciemny i nieprzenikniony las. Szliśmy gęsiego, jeden za drugim, zwracając baczną uwagę na każdy postawiony krok. Przewodnik zatrzymywał się często. Rozglądał się na wszystkie strony. Czasem znikał gdzieś na kilkanaście minut, aby następnie wrócić i znów prowadzić nas dalej i dalej.
Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, jakimi znakami na ziemi i niebie kierował się ten tajemniczy człowiek, wiodąc nas przez te niekończące się nigdzie wzgórza, jary i gęstwiny. Niejednokrotnie wydawało mi się, że idziemy w kierunku północy, zamiast na południe, to znów, że kręcimy się wokół jednego i tego samego miejsca. Aż w końcu zupełnie straciłem orientację.
Poddawaliśmy się jednak przewodnictwu tego człowieka z całym zaufaniem i ani na chwilę nie straciliśmy wiary w jego dobre i uczciwe zamiary.
Mniej więcej co godzinę, w odpowiednio bezpiecznych miejscach przewodnik zezwalał nam na krótki odpoczynek i dyskretne wypalenie papierosa. Przy takiej okazji pociągaliśmy po łyku z buteleczki i zakąszaliśmy razowcem, aby potem z większą energią kontynuować marsz dalej.
Około godz. 3 po północy las urwał się nagle i znaleźliśmy się na jego skraju. Przed nami rozciągała się szeroka i otwarta dolina.
Spojrzeliśmy pytająco na naszego towarzysza. Ten rozglądał się długo i uważnie, po czym nachylił się ku nam i wyszeptał:
- Tutaj rozstaniemy się już panowie. Dalej pójdziecie sami. Do granicy macie jeszcze tylko 4 kilometry. Słuchajcie teraz uważnie, co wam powiem:
- Po przeciwnej stronie doliny - wskazał ręką - widzicie szarą plamę lasu, który będzie waszym głównym kierunkiem. Teraz zejdziecie prosto w dolinę, aż do rzeki Solinki. Potem skręcicie w górę strumienia i będziecie szli dotąd, dopóki nie natraficie na kładkę. Przejdziecie przez nią na drugą stronę i zaraz wrócicie z powrotem w dół rzeki aż na wysokość plamy leśnej.
- Stąd - mówił dalej - pójdziecie ku lasowi i jego lewym skrajem podejdziecie w górę. Na samym szczycie będzie szeroka przesieka i powinniście zobaczyć słup graniczny. Las za słupem, to już są Węgry!
- Aha! - dorzucił jeszcze - najbardziej uważajcie przy przejściu kładki i przy podejściu do przesieki. Tam właśnie najczęściej Niemcy urządzają zasadzki. Dla orientacji podaję wam, że idąc lewym skrajem lasu powinniście minąć po lewej ręce biały krzyż. To będzie dla was znak panowie, że idziecie dobrze, ale jednocześnie i ostrzeżenie, aby zachować jaknajdalej idącą czujność i ostrożność. Gdybyście zostali nagle zaskoczeni - pouczył nas - to uciekajcie każdy w innym kierunku, bo to może być jedyna dla was szansa i ocalenie. Zrozumieliście? - zakończył.
Skinęliśmy głowami, ale dla utrwalenia poprosiliśmy o ponowne powtórzenie całej trasy. Gdy skończył, serdecznie uścisnęliśmy jego dłonie, starając się jednocześnie wcisnąć w nie wszystkie pieniądze, jakie mieliśmy. Początkowo bronił się wstydliwie przed ich przyjęciem, ale w końcu przekonaliśmy go, że są one dla nas bezużyteczne i nie będą nam potrzebne.
Potem jeszcze raz uścisnęliśmy się, po czym przyjaciel nasz odszedł i zniknął w mrokach lasu. Zostaliśmy sami.
Do celu naszej długiej drogi mięliśmy jeszcze około 4 km i około 2,5 godz. czasu do świtu. Zdawaliśmy sobie dokładnie sprawę z tego, że jeżeli nie zdołamy przekroczyć granicy do wschodu słońca, to całe nasze przedsięwzięcie może się skończyć niepowodzeniem, a nawet tragicznie.
W zasadzie mieliśmy dość czasu na pokonanie tej drogi, ale musieliśmy się też liczyć z różnymi niespodziankami. Czy zdołamy ich uniknąć i czy potrafimy utrzymać właściwy kierunek? - oto pytania, które sobie zadawaliśmy. Czekał na nas przecież teraz zasadniczy wysiłek, a my jednak byliśmy już bardzo zmęczeni. Ale nie było już drogi odwrotu!
Po krótkiej naradzie i uściśnięciu sobie rąk, ruszyliśmy żwawo w dół, na szczęście lub nieszczęście!

Głębokie bruzdy i wysokie, porośnięte krzakami miedze dawały nam dobre ukrycie tym bardziej, że sami będąc niewidoczni, mieliśmy dostateczny wgląd w teren. Po kilkudziesięciu minutach ostrożnego, ale dość szybkiego marszu, dobrnęliśmy do rzeki Solinki. Był to raczej strumień górski o szerokości od 4 do 5 metrów, wartki, obrośnięfty olchami i w tym okresie jesieni, dość głęboki. O przeskoczeniu go nie było mowy, a kąpiel przy ostrym przymrozku, wcale nam się nie uśmiechała. Ruszyliśmy więc w górę rzeki w poszukiwaniu zapowiedzianego przez przewodnika przejścia.
Strumień wił się tak długimi i gęstymi zakolami, że marsz wzdłuż jego brzegu, pochłaniał nam wiele drogocennego czasu. Musieliśmy jednak trzymać się go ściśle, aby nie przeoczyć kładki tym bardziej, że noc stawała się coraz bardziej ciemna.
W pewnym momencie przeskoczyliśmy jakiś rów i podchodziliśmy pod szczyt niewielkiego pagórka, gdy nagle Kazik szarpnął mnie za ramię w dół. Przypadliśmy płasko do ziemi i wytężyliśmy słuch! Z daleka dobiegły nas niewyraźne głosy ludzkie i zażarte ujadanie psa! Odgłosy zbliżały się szybko w naszym kierunku. Nie było czasu do stracenia!
Zerwaliśmy się z ziemi i chyłkiem pognaliśmy z powrotem w dół rzeki. Nie wiem, jak długo trwał ten morderczy bieg! Pamiętam tylko, że kilkakrotnie traciłem równowagę i waliłem się jak długi na ziemię. I wtedy zjawiał się przy mnie Kazik. Siłą podnosił mnie z ziemi i ponaglał do ponownego wysiłku. W końcu kompletnie wyczerpany osunąłem się bezwładnie na ziemię. Serce i płuca odmówiły mi posłuszeństwa!
Kazik przypadł do mnie i z trudem łapiąc powietrze wykrztusił:
- Musimy...! Bracie...! Prędzej...! Na drugą stronę rzeki...!
Podpełzliśmy do brzegu i bez wahania zsunęliśmy się w lodowatą wodę. Przejmujące zimno gwałtownie skurczyło rozgrzane mięśnie i za podbrzusze chwycił mnie piekielny ból. Wartka woda sięgała nam wyżej pasa. Trzymając się za ręce powoli brnęliśmy na drugą stronę. Potem z ogromnym wysiłkiem wdrapaliśmy się na stromy brzeg i legliśmy obok siebie.
Ale co to? Tuż przed nami, w oddali, rysowała się wyraźnie ciemna ściana lasu. Poderwaliśmy się na nogi i ostatnim wysiłkiem rzuciliśmy się do przodu. Jeszcze trochę, jeszcze parę metrów i zagłębiliśmy się w jego czarną czeluść. Słaniając się na nogach szliśmy jeszcze 100, może 200 metrów w jego głąb i wreszcie bezwładnie opadliśmy na ziemię. Leżeliśmy i ciężko dysząc, wsłuchiwaliśmy się w nocną ciszę. Nic jednak, oprócz gwałtownego bicia własnego serca nie mąciło panującego wokół spokoju i martwoty. I prawdopodobnie długo jeszcze pozostalibyśmy w tym stanie błogości i odrętwienia, gdyby nie odczucie przejmującego chłodu, które zmusiło nas do działania.
Szybko rozebraliśmy się do naga i wycisnęliśmy z ubrań resztki wody. I chociaż cała ta operacja odbyła się w błyskawicznym niemal tempie, to była jednak wystarczająco długa, abyśmy zaczęli się trząść z zimna i szczękać zębami do tego stopnia, że z trudem mogliśmy się porozumieć.
Wtedy zrozumieliśmy, że nasze dalsze pozostawanie w bezruchu może się skończyć zapaleniem płuc. Dlatego też szybko ubraliśmy się i łyknąwszy po trochę spirytusu, ruszyliśmy dalej.
Droga nasza pięła się teraz stromo w górę. Nic więc dziwnego, że po kilkunastu minutach wspinaczki, pracujące z wysiłkiem mięśnie, przywróciły nam utracone ciepło. Ale wyłonił się nowy problem, czy rzeczywiście idziemy w dobrym kierunku?
Zaczęliśmy się obawiać, że w wypadku zmylenia trasy możemy wyjść na granicę Słowacji, a nie Węgier. Taka fatalna pomyłka mogłaby nas drogo kosztować, gdyż Słowacja okupowana była przez Niemców. A tutaj, gdzieś w tym rejonie znajdował się styk graniczny polsko-słowacko-węgierski.
W rezultacie krótkiej narady, zdecydowaliśmy się skręcić bardziej na wschód, aby wyjść na lewy skraj lasu i tam zorientować się w sytuacji. Rzeczywiście wkrótce las urwał się odsłaniając przed nami dość łagodny, ale zakrzaczony stok. Rozejrzeliśmy się uważnie. Gdzieś nieco w lewo od nas i w górę dostrzegliśmy jakąś białą plamę. Ostrożnie podeszliśmy bliżej i z radością stwierdziliśmy, że jest to biały krzyż. A więc kierunek był dobry i według słów naszeo przewodnika do granicy powinno już być niedaleko.
Ruszyliśmy dalej i teraz kurczowo trzymaliśmy się lizjery lasu. Wspinaliśmy się ku górze powoli krok za krokiem. W miarę zbliżania się do upragnionego celu rósł we mnie dziwny niepokój i podniecenie. Nie mogłem opanować rozdygotanych mięśni i czułem jak żołądek podchodzi mi gdzieś do gardła, powodując wprost potworne mdłości.
Zatrzymałem się z zamiarem sztucznego wywołania wymiotów, gdy nagle ciszę nocną rozdarł huk wystrzału. Odruchowo przywarliśmy do ziemi. Echo odpału tłukło się chwilę po górach i znów zapanowała niczym nie zmącona cisza.
Spojrzałem pytająco na leżącego obok mnie Kazika. Ten nadsłuchiwał pilnie, po czym podsunął się bliżej i wyszeptał:
- Strzał padł w dolinie rzeczki! Może wytropili tam kogoś? Trzeba korzystać z okazji!
Spojrzałem na zegarek. Była 4.50.
- Musimy się spieszyć! - ponagliłem Kazika, gdyż mamy już bardzo mało czasu. Skinął potakująco głową. Wstaliśmy i ruszyliśmy dalej. Ale zaledwie uszliśmy kilkadziesiąt kroków, gdy raptem las skończył się. Zalegliśmy na jego skraju, uważnie obserwując linię horyzontu.
W pewnym momencie Kazik szarpnął mnie za rękaw i wskazał w kierunku grzbietu. Na tle rozjaśnionego nieba, wyraźnie dojrzałem dwie ludzkie sylwetki. Drgnąłem niespokojnie. Postacie nachylały się ku sobie, jakby się naradzały, ale nie dochodził nas żaden głos! Bezskutecznie wytężaliśmy wzrok i słuch. Czekaliśmy.
A tymczasem czas biegł nieubłaganie naprzód i zbliżał się świt. Już miałem wycofać się do lasu, gdy brat chwycił mnie za ramię.
- Poczekaj! - syknął - podejdę do nich bliżej.
Usłyszałem trzask otwierającego się noża i zanim zdążyłem przeszkodzić tej szalonej głowie, znikł za najbliższymi krzakami.
Obawa o niego nie pozwalała mi pozostać na miejscu, toteż bezzwłocznie poczołgałem się w ślad za nim. Niestety nie dogoniłem go już i po kilku minutach, zrezygnowany zatrzymałem się i nastawiłem uszu. Gęste krzaki zasłaniały mi teraz obserwację i nie widziałem nic przed sobą. Najgorsze myśli poczęły mi się snuć po głowie i naraz poczułem się dziwnie bezradny i osamotniony. Minuty biegły.
Wtem doleciał mnie trzask łamanej gałęzi i jednocześnie dojrzałem wyłaniającą się z krzaków sylwetkę brata. Schodził w dół nie kryjąc się wcale. Zerwałem się z miejsca i dałem mu znak. Zauważył! I za chwilę był już przy mnie.
- Szybko chodź za mną! - szeptał zadyszany i przejęty, to już jest blisko. Ruszyliśmy.
W drodze wyjaśnił mi, że te domniemane sylwetki, to były tylko jałowce i nic więcej.
- Jesteś bracie trochę przewrażliwiony! - robił mi wyrzuty. Oczywiście nie protestowałem, ani nie chciałem mu już wyjaśniać, że nie kto inny, tylko właśnie on pierwszy dojrzał tych rzekomych Niemców. A jednak strach ma wielkie oczy - pomyślałem sobie.
Jeszcze kilkanaście minut uciążliwej wspinaczki i drogę przecięła nam szeroka, otwarta przesieka. W pośrodku niej i nieco w lewo od nas, stał kraciasty słup graniczny.
Poraz ostatni obejrzeliśmy się na ojczystą ziemię, a potem zdecydowanie poczołgaliśmy się do przodu. I wkrótce wchłonęła nas atramentowa czerń lasu.
Stanęliśmy na ziemi węgierskiej. Był dzień 9 listopada 1939 roku, godzina 5.45.

Po kilkunastu minutach marszu w kompletnych ciemnościach lasu, zatrzymaliśmy się, aby wypocząć i zastanowić się nad dalszym działaniem. Przcież tutaj kończyła się nasza zaplanowana i przygotowana trasa i tutaj zaczynał się nowy i nieznany nam etap. Nie mieliśmy też ani mapy, ani busoli, ani żadnych danych, aby kontynuować marsz dalej. Wiedzieliśmy jedynie to, że musimy przedostać się do Budapesztu i tam skontaktować się z polskimi władzami konsularnymi. Ba - ale gdzie jest ten Budapeszt i jak się do niego dostać bez informacji, żywności i pieniędzy? Oto problem jaki stanął przed nami. Rozważyliśmy go uważnie i w końcu doszliśmy do wniosku, że w dalszym naszym postępowaniu nie możemy liczyć na nic więcej, jak tylko na szczęśliwy zbieg okoliczności.
Tymczasem było jeszcze zbyt ciemno, aby iść dalej, bez narażania się na różnego rodzaju niespodzianki. Dlatego też zdecydowaliśmy się przeczekać na miejscu, aż do całkowitego rozwidnienia się. Zjedliśmy resztki naszych zapasów żywności i ułożyliśmy się na mchu - ciasno jeden obok drugiego. Nasze naprężone nerwy powoli zwalniały i ustąpiły miejsca uczuciu potwornego wprost zmęczenia. Nie wiem kiedy zasnąłem. Gdy zbudziłem się zmarznięty, roztrzęsiony i półprzytomny - było już widno. Tuż obok mnie zwinięty w kłębek jak pies, leżał Kazik. Ciałem jego wstrząsały nieustanne drgawki. Początkowo nie mogłem sobie zdać sprawy z tego, gdzie się znajduję i co tutuaj robimy. Wkrótce jednak wróciła mi świadomość. Chciałem wstać, ale zesztywniałe mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa i bezwładnie usunąłem się na ziemię. Byłem jak sparaliżowany. Z trudem chwyciłem brata za ramię i począłem nim szarpać.
Obudził się. Spojrzał na mnie zamglonym i nieprzytomnym wzrokiem.
- Wstawaj Kazik! - krzyknąłem. - Bo zamarzniemy na śmierć.
Nie zrozumiał mnie i chyląc głowę ku ziemi, wzdrygnął się jeszcze i przymknął powieki. Uniosłem się na kolanach. Chwyciłem go pod pachy i z wysiłkiem postawiłem na nogi. Stał chwilę, kołysząc się, a potem ciężko oparł się o drzewo.
Nie namyślając się wiele, zgarnąłem dookoła siebie suche igliwo i podpaliłem. Trysnął ogień i w górę strzelił jaskrawy słup ognia. Nie zwracałem już na nic uwagi, bo i co mogło nam teraz grozić? Byliśmy przecież na zaprzyjaźnionej z nami ziemi węgierskiej. I dlatego nie bacząc na gryzący nas w oczy dym, ładowaliśmy do ognia ściółkę i suche gałęzie i tuląc się do niego, wchłanialiśmy zbawcze ciepło. Z przemoczonych i zmarzniętych teraz ubrań buchnęły gęste kłęby pary. Nikt jednak nie zjawił się i dookoła nas panowała dalej kompletna cisza.
Gzieś około godziny ósmej wygasiliśmy ogień i ruszyliśmy lasem na południowy wschód, w poszukiwaniu drogi lub dogodnego zejścia. I rzeczywiście po kilku minutach marszu natrafiliśmy na głęboki wąwóz, wzdłuż którego biegła wąska ścieżka. Weszliśmy na nią i poczęliśmy schodzić w dół. Dróżka wiła się po stromym zboczu, tworząc szereg ciasnych i trudnych przejść. Szliśmy więc uważnie jeden za drugim, trzymając się w miarę możliwości korzeni drzew lub występów skalnych. Właśnie przeszliśmy jedną z takich niebezpiecznych pułapek, gdy nagle zatrzymał nas okrzyk:
- Halt!
Zza skalnej nawierzchni wyłoniła się jakaś szara postać w niemieckim hełmie i karabinem gotowym do strzału. "Uciekać" - przebiegło mi przez myśl. Ale prawie natychmiast zrozumiałem, że znaleźliśmy się w zasadzce. W lewo od nas sterczała stroma skała, a w prawo czernił się głęboki i przepaścisty jar. Nie było ratunku. Chwyciłem się kurczowo ręki brata i krzyknąłem:
- Lengyel! (Polak)
Żoąłnierz milczał. Potem zrobił kilka kroków do przodu, zatrzymał się i opuszczając karabin w dół odpowiedział:
- Madyar! (Węgier)
- Toż to Węgier! - wyszeptałem do Kazika i ocierając kroplisty pot z czoła postąpiłem do przodu. Strażnik czekał. Podeszliśmy do niego i z uśmiechem spojrzeliśmy mu w oczy. Powiedział coś jeszcze do nas, a potem zrobił przejście i wskazał nam ręką kierunek marszu. Zrozumieliśmy i bez wahania ruszyliśmy w dół. Po chwili byliśmy już na strażnicy. W niewielkiej izbie na drewnianej, szerokiej pryczy leżało czterech żołnierzy, a piąty siedział przy stole i coś pisał. W kącie palił się żelazny piecyk i tuż koło niego stał stojak z karabinami i osadzonymi na nich bagnetami. To wszystko, co zdążyłem po wejściu zauważyć.
Tymczasem, gdy Węgier składał siedzącym za stołem meldunek, z pryczy wyroili się zaspani wartownicy i otoczyli nas kołem. Spoglądali na nas z zaciekawieniem i coś mówili. Oczywiście nic nie rozumieliśmy z tej dziwacznej mowy, ale było nam to zupełnie obojętne. Najwaażniejsze było to, że byliśmy wśród przyjaciół i nie groziło nam żadne niebezpieczeństwo.
A jednak stało się coś przeciwnego!
Dowódca strażnicy, po wysłuchaniu raportu wartownika, podszedł do nas i w łamanym języku czesko-słowackim zapytał:
- Kto wy?
Odpowiedzieliśmy mu krótko, że jesteśmy polskimi żołnierzami i że schroniliśmy się tutaj przed Niemcami. Podoficer wysłuchał nas, a potem z całym spokojem oświadczył, że ma rozkaz, aby wszystkich polskich uciekinierów odstawiać z powrotem do granicy.
- Co!? Jak? - wrzasnęliśmy z Kazikiem jednocześnie, nie wierząc własnym uszom.
- Ano! - potwierdził z przyciskiem, ale przed tem dostaniecie jeść i pić i możecie trochę odpocząć:
No, to już zakrawało na kpiny, albo na głupie żarty. Zaprotestowaliśmy kategorycznie przeciw takiemu traktowaniu politycznych uciekinierów. Ale podoficer nie żartował i na próżno staraliśmy się mu wytłumaczyć, że takie postępowanie nie jest zgodne z prawem międzynarodowym i że w wypadku odesłania nas do granicy, grozi nam natychmiastowe rozstrzelanie.
W odpowiedzi podoficer uśmiechnął się jedynie głupkowato i oświadczył:
- Niemcy nikogo nie rozstrzeliwują, a tylko internują w obozach jenieckich, gdzie będzie nam zupełnie dobrze.
- A to bydlę - pomyślałem. - Kompletne bydlę.
Na nic jednak się zdały dalsze argumenty i w końcu po długiej i zażartej kłótni doszliśmy do wniosku, że dowódca strażnicy to jakiś dureń, albo co gorsze, zapalony prohilterowiec. Poważnie niebezpieczeństwo zawisło nad nami.
Szukaliśmy jeszcze ratunku wśród otaczających nas żołnierzy, ale ich opuszczone głowy świadczyły, że wyrok podoficera jest nieodwołalny i ostateczny. Przygnębieni i rozgoryczeni rzuciliśmy się na pryczę odmawiając przyjęcia posiłku z rąk węgierskich judaszów. Oczywiście, o odpoczynku lub spaniu w takich warunkach nie mogło być mowy.
Leżałem tuż obok brata i z wściekłością, a zarazem z lękiem przeżywałem poniesioną klęskę, szukając wyjścia i ratunku. Położenie nasze nie było zbyt zabawne i należało przeciwdziałać i to możliwie szybko. Widocznie Kazik był tych samych myśli, gdyż jakby w odpowiedzi na moje rozważania podsunął się do mnie i zaczął mi szeptać do ucha. To, co usłyszałem, było czymś strasznym i makabrycznym. Po prostu proponował mi wyrżnięcie całej załogi strażnicy przy pomocy jej własnej broni!
Włosy stanęły mi dęba na głowie, chociaż takiej, a nie innej decyzji mogłem się spodziewać po tej ryzykanckiej i rozgorączkowanej głowie mojego "kochanego" braciszka.
- Ależ to byłby ohydny i ordynarny mord na niewinnych ludziach! - pomyślałem z przerażeniem.
Nie! Do tego nie mogłem dopuścić mimo, że zdawałem sobie sprawę z grożącego nam niebezpieczeństwa. Dlatego też przedstawiłem mu inny plan. Zaproponowałem, aby w ostateczności zlikwidować konwojenta, który będzie odprowadzał nas do granicy. W tym wypadku byłaby to konieczność uzasadniona i usprawiedliwiona. A zresztą niekoniecznnie musieliśmy zabijać wartownika, a jedynie rozbroić go i obezwładnić.
Kazik zgodził się, ale widocznie miał jakieś zastrzeżenia, gdyż kręcił głową, jak gdyby niezadowolony z takiego obrotu sprawy. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie zbliżył się do nas jeden z wartowników. Żołnierz oparł nogę na pryczy, tuż obok mojej głowy i wyciągnął ręce nad rozgrzanym do czerwoności piecykiem. Grzał się i zacierał dłonie zerkając ku nam, to znów ku grupie rozgadanych przy stole kolegów. W pewnej chwili nachylił się i zaczął coś manipulować przy swoim bucie. I wtedy dobiegły mnie ledwie dosłyszalne słowa:
- Bądźcie spokojni, nic wam się nie stanie!
Drgnąłem i sporzałem na Węgra. Tak! Nie miałem żadnych wątpliwości - to on wymówił te polskie słowa i teraz trzymając palec na ustach, uśmiechał się tajemniczo.
Nie wierzyłem własnym oczom i uszom! Skąd ten Węgier zna polską mowę i co to wszystko ma znaczyć? Myślałem intensywnie. Ale zanim doszedłem do jakiegokolwiek wniosku, żołnierz odszedł i dołączył do swoich towarzyszy.
Natychmiast zwróciłem się do Kazika z dobrą wiadomością, ale on chyba słyszał ją równie dobrze jak ja, gdyż zerwał się z pryczy i poprosił Węgrów o jedzenie.
Kawa z chlebem i marmoladą smakowała znakomicie. Zjedliśmy szybko i dużo, a potem ułożyliśmy się na pryczy i zapadliśmy w twardy, spokojny sen.
Około południa obudził nas nasz nieznany przyjaciel, ale tym razem uzbrojony w karabin. Obok niego stał dowódca strażnicy i dawał nam znaki, że już czas odmarszu. Zrozumieliśmy, ale mimo wszystko, jeszcze raz zaapelowaliśmy do jego sumienia i wyrozumiałości. Wszystko na próżno! Wydał konwojentowi jakieś polecenia, po czym odwrócił się od nas i usiadł za stołem. Zrezygnowani, przeklinając go do ostatniego pokolenia, opuściliśmy wartownię i ruszyliśmy w górę ku granicy. Za nami z nastawionym groźnie bagnetem maszerował nasz Węgier - wróg, albo przyjaciel.
W miarę zbliżania się do znanych nam już przejść Kazik denerwował się coraz bardziej i coraz częściej rzucał na mnie niespokojne spojrzenia. Udawałem jednak, że tego nie widzę i szedłem dalej spokojnie, z głęboką wiarą w naszą szczęśliwą gwiazdę. I nie myliłem się wcale.
W pewnym miejscu ścieżka rozwidlała się i wtedy dobiegł nas krótki rozkaz:
- W prawo! - A więc nie do granicy. Ucieszyłem się.
Skręciliśmy i poczęliśmy się wspinać stromym brzegiem ku górze. Trąciłem Kazika w bok i obejrzeliśmy się. Węgier trzymał karabin na pasie i całą uwagę skupił na nierównej drodze. Bez słowa szliśmy dalej.
Wreszcie po długiej i męczącej wspinaczce wydostaliśmy się na szczyt góry. Przed nami roztaczał się szeroki i daleki widok na węgierską ziemię. Stanęliśmy.
- Zejźdzcie teraz prosto w dół - odezwał się nagle nasz komendant. Potem, polami pójdziecie na widoczną w oddali wieżę kościelną. Przy kościele mieszka ksiądz, który udzieli wam wskazówek i powie, co macie dalej robić! Pamiętajcie! - tu wskazał ręką - abyście unikali tej szosy, gdyż możecie się tam natknąć na "kogutów" (żandarmów).
Skończył i uśmiechnął się do nas sympatycznie, a potem spojrzał na zegarek, wykręcił się na pięcie i począł szybko schodzić w dół.
- Dziękujemy przyjacielu! - krzyknąłem za nim. Objerzał się. Pokiwał nam ręką na pożegnanie i znikł za skalnym występem. W niespełna dwa miesiące później dowiedzieliśmy się, że był on jedną ze specjalnych wtyczek polskich władz konsularnych na Węgrzech.
Staliśmy zdziwieni i rozczuleni i nic nie rozumieliśmy z tych iście bajkowych wydarzeń. W końcu jeszcze raz rozejrzeliśmy się po okolicy i szybko ruszyliśmy w dół. Strome zejście dało nam się dobrze we znaki. Nic więc dziwnego, że z uczuciem ulgi odetchnęliśmy, gdy po blisko dwugodzinnym marszu znaleźliśmy się wreszcie w dolinie. Stąd po zorientowaniu się na kościelną wieżę, przez świeżo zaorane pola poszliśmy wprost przed siebie. Tłusta i wilgotna gleba lepiła się nam do butów, obciążając nasze zmęczone nogi dodatkowym ciężarem. Ale pomimo to brnęliśmy wytrwale naprzód i wyznaczony cel zbliżał się powoli, lecz wyraźnie. I może wszystko skończyłoby się pomyślnie, gdyby nie fatalny zbieg okoliczności.
Otóż niespodziewanie Kazik dostał silnych bóli brzucha i zmuszeni byliśmy marsz przerwać. Z ogromnym niepokojem spoglądałem na jego wykrzywioną cierpieniem twarz. Obiema rękami trzymał się w pół i zgrzytając zębami wił się w boleściach. Kroplisty pot zrosił mu czoło i cieniutkimi, brudnymi strugami ściekał po jego białych jak płótno policzkach.
Od czasu do czasu uspokajał się nieco i wówczas usiłował wstać, aby iść dalej, ale prawie natychmiast nowy atak bólu ciskał go z powrotem na ziemię. A czas biegł nieubłaganie naprzód i słońce poczęło chylić się ku zachodowi. Nie znalzłem innego wyjścia i pomimo ostrzeżeń Węgra zaproponowałem bratu zejście na szosę, aby złapać tam teraz jakiś środek lokomocji. Początkowo Kazik bronił się przed takim rozwiązaniem sprawy, ale w końcu widząc, że bóle nie ustępują, zgodził się zaryzykować.
Wziąłem go pod rękę i wolnym krokiem skierowaliśmy się w stronę drogi. Co kilkadziesiąt metrów odpoczywaliśmy chwilę i znów szliśmy dalej. Wreszcie wyczerpani i mokrzy od potu dobiliśmy do celu i ulokowaliśmy się w przydrożnym rowie.
Po krótkim wypoczynku ułożyłem Kazika wygodnie na trawie, a sam wyszedłem na szosę. Niestety droga była pusta i nie słyszałem żadnego ruchu. Pomimo to czekałem cierpliwie i rozglądałem się na wszystkie strony. Wreszcie od strony gór dojrzałem dwie zbliżające się sylwetki cyklistów. Jechali dość szybko i wkrótce mogłem rozpoznać, że są to dwaj żołnierze ubrani w dziwaczne uniformy i czapki przyozdobione pękami piór.
Było już za późno na odwrót!! Podniosłem rękę do góry. Zatrzymali się i zsiedli z rowerów. Podszedłem do nich i wskazując na leżącego w rowie brata powiedziałem:
- Lengyel! Bruder krank - malade - chory!
Wpatrywali się we mnie z uwagą, a potem spojrzeli na Kazika i jeden z nich odpowiedział:
- Police militare!
„Ach tak?!” - zrozumiałem, żandarmeria wojskowa, „koguty”. I prawie jednocześnie zaświtała mi w głowie nowa myśl.
Trzęsącymi się z wrażenia rękami odprułem podszewkę od rękawa. Wyciągnąłem swoją oficerską legitymację służbową i podałem żandarmom. Ci spoglądali chwilę na moją fotografię, a potem wyprężyli się nagle i zasalutowali.


***

Lublin polubiłem natychmiast. Sprzyjała temu nie tylko wspaniała sierpniowa pogoda, ale i atmosfera panująca wewnątrz jednostki. Po prostu kompletny zamęt. Nowo formowana Trzecia Brygada Zmechanizowana znajdowała się w stadium organizacyjnym i chyba tak naprawdę nikt w Lublinie nie kontrolował całości działań toczących się wokół tych prac. Zgodnie ze znanym mi już porządkiem panującym w wojsku, otrzymaliśmy skierowania nie do tej jednostki wojskowej, co potrzeba. Gdyby nie cyfry piętrzące się na liczniku w taksówce, zapewne cieszyłbym się, że objeżdżamy pół Lublina, aby w końcu dotrzeć na Majdanek. Nie złościłem się, bo przewidziałem tę sytuację i bawiło mnie zakłopotanie oficerów dyżurnych w różnych jednostkach, robiących wielkie oczy na widok wstawionych podchorążych rezerwy, domagających się praktyki. Rachunek za taksówkę także nie kosztował wiele, gdyż Rudi siedzący na przednim siedzeniu, powiadomił kierowcę o naszym kieleckim pochodzeniu. Wspomnienie o nie cierpiących oszustwa “scyzorykach” zredukowało naszą należność o połowę.
Zanim dostałem własne łóżko w jednostce, upłynęło dwa dni, zanim otrzymałem pierwszy posiłek, a raczej jego pieniężny ekwiwalent, upłynął tydzień, ale dowódcą plutonu zostałem natychmiast. Zaraz po przyjeździe ktoś zebrał książeczki wojskowe i nazajutrz rano byłem etatowym dowódcą trzeciego plutonu czwartej kompanii w drugim batalionie.
Przyjechało nas na praktykę osiemnastu i wszyscy otrzymaliśmy natychmiast przepustki ze zdjęciami. Już nie musieliśmy się meldować o 21.30 narażając się na idiotyczne szykany ze strony przełożonych. Mogliśmy wracać do jednostki, kiedy nam się podobało, byleby się tylko zameldować na poranną odprawę. Zresztą upłynął jakiś tydzień lub dwa, zanim ktokolwiek zaczął się nami interesować.
Może w trzy po przyjeździe na Majdanek zdarzył się cud: przestał mnie boleć kręgosłup. Zwyczajnie ból minął i nie było go. Nie znaczy to, że czułem się wyleczony. Łóżka, które otrzymaliśmy w internacie były bardzo miękkie, niemalże jak hamaki, dlatego każdego ranka przez kilkanaście minut od przebudzenia krzyż dokuczał mi trochę. Zaraz potem ból znikał i przez cały dzień nie miałem żadnych przykrych dolegliwości. Po dwóch tygodniach po kontuzji pozostało tylko lekkie drętwienie w części lędźwiowej. Oczywiście nie oznaczało to wyleczenia. Gdybym spróbował coś podnieść albo odważył się na większy wysiłek, natychmiast srogo bym się rozczarował, ale czy ktoś kazał mi coś dźwigać? Byłem teraz dowódcą i od noszenia miałem ludzi.
Nikogo w jednostce nie interesował mój niski stopień i ani szef sztabu batalionu, ani jego dowódca nie zwracali na to najmniejszej uwagi. Ich podejście, polepszenie stanu zdrowia i warunki panujące w jednostce działały bardzo pozytywnie na moje ogólne samopoczucie i pomału wracałem do dawnej formy. Otrzymałem prawie nowiutki desantowy mundur polowy zwany plamiakiem. Ten mundur, nowe, skrzypiące buty i zielony beret ściągały spojrzenia dziewczyn z odległości stu metrów i teraz dopiero czułem, że jestem żołnierzem.

SEC 8 (192-194)


Mijały miesiące i lata. Rosła potęga sojuszników, a wraz z nią rozwijały się i krzepły Polskie Siły Zbrojne na lądzie, powietrzu i morzu. Skończyły się bezkarne niemieckie naloty na otwarte miasta brytyjskie. Stare i nowo zudowane lotniska zaroiły się setkami najnowocześniejszych maszyn. Oddziały lądowe uzbroiły się po zęby i w stałej gotowości czekały na decydujący znak. Ciężar walki na wszystkich frontach, przenosił się powoli na terytorium wroga.
W tym samym czasie na wszystkich morzach świata walczyło już ponad 20 polskich okrętów wojennych. W powietrzu brało odwet na wrogu 10 polskich dywizjonów myśliwskich i 4 dywizjony bombardujące. W Afryce zażarcie walczył II korpus generała Andersa. Tymczasem w szkocji zapinała ostatni guzik 1 Polska Dywizja Pancerna i Brygada Spadochronowa oraz formowała się nowa Dywizja Grenadierów Polskich. Nieustępliwie zbliżał się czas decydującej rozgrywki.
W tej tak historycznej chwili, tragiczna śmierć zabrała nam nieodżałowanego wodza i polityka gen. Sikorskiego. Pozostawił nam jednak w testamencie rozkaz nieubłaganej walki z wrogiem aż do ostatecznego zwycięstwa i ten rozkaz postanowiliśmy wykonać. Przyrzekliśmy, że będziemy walczyć aż do ostatniego tchu o Polskę wolną, niepodległą i sprawiedliwą.
Ale nie wszystkim nam było dane stanąć do ostatecznej walki. Brygada spadochronowa, lotnictwo oraz 1 Dywizja Pancerna wchłonęła najlepszych żołnierzy naszej jednostki i wkrótce Samodzielna Brygada Strzelców przestała istnieć. Stała się niewiele znaczącym kadrowym krokiem.
Odeszliśmy z St. Andrews w głąb Szkocji w okolice miasta Sterling i przeistoczyliśmy się w brygadę szkoleniowo uzupełniającą. Od tej chwili przerzucano mnie na różne stanowiska dowódcze i szkoleniowe. Kolejno byłem d-cą artylerii szturmowej, moździerzy, strzelców wyborowych, kompanii szkolnej etc.
Szkoliłem innych i sam się dokształcałem na przeróżnych kursach technicznych i taktycznych. Pomimo to nie byłem szczęśliwy i zadowolony. Myśl, że mogę zostać pominięty w decydującej rozgrywce z wrogiem, nie dawała mi spokoju. Gorączkowo szukałem wyjścia z niefortunnej dla mnie sytuacji i w końcu postanowiłem wyrwać się za wszlką cenę z jednostki kadrowej do jednostki bojowej. Wkrótce też nadarzyła się taka okazja.
W lutym 1943 r. Zostałem mianowany porucznikiem i drugim adiutantem d-cy batalionu ppłk. Bogacza. Miałem teraz dostęp do wszelkiej korespondencji naszej jednostki. Pewnego dnia dostał się w moje ręce rozkaz sztabu nakazujący przeniesienie do 1 Dywizji Pancernej siedmiu młodych i dobrze wyszkolonych oficerów piechoty. Natychmiast zgłosiłem swoją kandydaturę, ale ppłk. Bogacz prośbę moją kategorycznie odrzucił, twierdząc, że obecność moja w batalionie jest niezbędna.
- Nie pal się tak do wojaczki - mówił - jeszcze się nawojujesz, gdyż i my wkrótce będziemy jednostką bojową.
Nie wierzyłem i dotąd wierciłem mu „dziurę w brzuchu”, aż wreszcie ustąpił.
W październiku 1943r., wraz z oficerami Nitką, Giergielem, Smalcem i innymi, zameldowałem się w sztabie Brygady Strzelców 1 Dyw. Pancernej, skąd zostałem odkomenderowany do 8 Batalionu Strzelców w Galashiels. Powierzono mi stanowisko zastępcy d-cy 2 kompanii strzelców dowodzonej przez por. Maniewskiego. Po trzech miesiącach zostałem mianowany adiutantem ppłk. Nowaczyńskiego, dowódcy 8-go Batalionu Strzelców.
Nareszcie spełniły się moje marzenia. Znalazłem się w bojowej dywizji pancernej z niezawodną szansą wzięcia udziału w walce.
Jednostka ta liczyła ogółem 16 tysięcy szeregowych, podoficerów i oficerów i dysponowała 4430 pojazdami mechanicznymi, w tym 381 czołgów typu Sherman, Cromwell, Stuart i Crusader oraz 850 działami 6 i 12 funtowymi (łącznie z działami czołgów). O wielkości tej jednostki bojowej niech świadczy fakt, że w kolumnie marszowej zajmowała ona około 225 kilometrów drogi. Była to więc potężna machina wojenna tym bardziej, że jej skład osobowy stanowili żołnierze doświadczeni w bojach na terenie Polski, Norwegii i Francji.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Pią Paź 30, 2009 10:09 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Na jednej z pierwszych odpraw porannych przyznałem się, że umiem pisać na maszynie. Natychmiast przydzielono mi zadania w sztabie batalionu. Nie musiałem pełnić nudnych służb w biurze przepustek ani użerać się z żołnierzami przy budowie nowej strzelnicy na Majdanku. Pracowałem spokojnie w biurze sztabu od ósmej do piętnastej i nic poza tym mnie nie obchodziło. Popołudnia i wieczory mogłem spędzać gdzie mi się podobało i nikt się do tego nie wtrącał. Praca w sztabie odpowiadała mi i czułem się tam autentycznie potrzebny. Na weekend wolno mi było pojechać do domu. Zresztą urywałem się zawsze sam i nikt mnie nie szukał. Mój dowódca kompanii miał inne sprawy na głowie i zdawał się zapominać o istnieniu podchorążych rezerwy.
Któregoś dnia dowiedziałem się, że nasza kompania wystawia pluton żołnierzy na międzynarodowe ćwiczenia wojskowe na Słowacji. Nie interesowałem się tym zbytnio, dopóki nagle nie zadzwonił do mnie major Ozon ze sztabu brygady i polecił mi podać numer paszportu. Nie pamiętałem go i zmuszony byłem zadzwonić do domu. Żeby wykonać tę dosyć prostą czynność, musiałem pójść na pocztę oddaloną od jednostki o trzy przystanki autobusowe. Po prostu żaden oficer w batalionie nie wiedział, jak z wojskowego telefonu zadzwonić na miasto, a specjalista od łączności był akurat nieobecny. Brak elementarnej wiedzy ze strony zadufanych w sobie “trepów” nie zaskoczył mnie i nawet spokojnie, bez nerwów pokwapiłem się na pocztę.
Po kilku dniach zostałem włączony w skład plutonu wyjeżdżającego na Słowację i ćwiczyłem z nim zadania wykonywane przez ONZ w strefie zdemilitaryzowanej. Dowódcą plutonu “Słowacja” był porucznik Jaroń - niski, łysy, zarozumiały typ o sześć lat starszy ode mnie. Kilka dni przed wyjazdem dał mi do przetłumaczenia program poligonu. Plan manewrów został napisany po angielsku i kazano mi go przełożyć na polski. Okazało się to ekstremalnie żmudnym zadaniem, gdyż autor materiałów sam nie znał dobrze angielskiego. Analizując tekst, łatwo zauważyłem, że myślał po słowacku pisząc po angielsku, a słownictwo dobierał ze słownika na wyczucie.. Wprowadził do tego informatora tak makabryczne błędy składniowe, że w trakcie tłumaczenia głowa mi puchła od myślenia nad tym, co “autor chciał przez to powiedzieć”. Odnalazłem nawet kilka neologizmów, jakich nie mogłem wyszukać w żadnym słowniku. Wyczerpany translacją zameldowałem się u Jaronia. Na szczęście on również dostrzegł te błędy, bo znał trochę język i nie zostałem ukarany za niewykonanie zadania.

Usiedliśmy na świetlicy. Czułem się bardzo nieswojo, bo wszyscy się znali, a tylko ja byłem nowy. Zająłem miejsce pomiędzy żołnierzami. Wojsko rzucało na mnie ukradkowe spojrzenia, najwyraźniej nie wiedząc, co oznaczają obszyte biało-czerwoną nitką pagony i metalowe odznaki szkoły podchorążych . Żołnierze byli hałaśliwi. Słuchając ich głupawych uwag odniosłem wrażenie, jakbym znowu znalazł się w szkole podstawowej.
Po kilkunastu minutach do sali wszedł porucznik Jaroń i gwar ucichł, zupełnie jakby “pani” weszła na lekcję.
- Panie podchorąży, proszę tutaj - zawołał do mnie Jaroń wskazując krzesło obok siebie. Ucieszyłem się, że dowódca potraktował mnie jak należy i uczucie psychicznego dyskomfortu znikło. Rozejrzałem się po twarzach: proste oblicza, jedynie czterej obecni podoficerowie - dowódcy drużyn, wyglądali w miarę inteligentnie, ale oni musieli mieć ukończone liceum.
Od momentu wejścia do sali porucznik Jaroń zachowywał się niczym Napoleon. Pełen swojej wyższości, z dostojeństwem i powagą generała, tłumaczył prostym językiem cel i sens poligonu. Z góry upominał surowo żołnierzy i uprzedzał o konsekwencjach dyscyplinarnych, jakie grożą za niewłaściwe zachowanie w trakcie manewrów. Prostota języka, którym się posługiwał, aby być zrozumianym nawet przez najtępszych prostaków, wprawiała mnie w rozbawienie, ale siedząc na miejscu zastępcy dowódcy robiłem mądre miny i potakiwałem z powagą głową. Porucznik co jakiś czas zwracał się do mnie o potwierdzenie swoich racji i przez chwilę cieszyłem się bardzo, że będę mógł z nim współpracować i działać dla dobra plutonu, niezależnie od stopnia trudności zadań, jakie zostaną nam przydzielone.
- Moim zastępcą na Słowacji będzie pan podchorąży - Jaroń wskazał na mnie. - Oczywiście praktycznie zastępcą będzie plutonowy Liwak, a pan podchorąży jedzie jako tłumacz.
W tym momencie porucznik zrobił bardzo nieprzyjemną, ironiczną minę do żołnierzy, a ja w jednej chwili znienawidziłem go bardziej niż kapitana Ptaka. Zrozumiałem, że świadomie i złośliwie podważył mi autorytet w plutonie. Stracił u mnie wszystko bezpowrotnie. Zostałem postawiony pomiędzy młotem, a kowadłem. Z jednej strony nie miałem oparcia w swoim dowódcy, a z drugiej nie pasowałem do składu plutonu, a czekały nas żmudne poligonowe ćwiczenia, w których niezbędna będzie wytężona i zgodna praca wszystkich członków pododdziału.
Naturalnie w dalszych słowach porucznik uprzedził żołnierzy, aby słuchali jego, mnie i Mirka Liwaka, ale dla mnie to już nie miało żadnego znaczenia. Istotne było co innego - mianowicie nie bolał mnie kręgosłup i pomimo ewidentnej fizycznej degradacji organizmu, postanowiłem uczynić porucznikowi pracę z plutonem tak uciążliwą, jak to tylko będzie możliwe bez demonstrowania jawnej wrogości.


Usiadłem na betonowych schodach przodem do zachodzącego słońca. Przede mną znajdowało się ogromne puste pole pokryte trawą i ogrodzone drutem kolczastym. W oddali po lewej widać było bramę obozową i komory gazowe, dalej rzędy drewnianych baraków. Siedziałem na skrzyżowanych nogach dokładnie przed postumentem, który symbolizował męczeńską śmierć 360 tysięcy ludzi. Było bardzo cicho. Tylko od czasu do czasu do znajdującej się piętnaście metrów za moimi plecami tablicy pamiątkowej podchodzili nieliczni o tej porze turyści. Nikt nie przeszkadzał mi w medytacji i po pewnym czasie nie czułem przepływającego czasu. W tym morderczym, ponurym miejscu, kontemplując czerwoną kulę na horyzoncie, uzyskałem wygaszenie myślowe i jasność umysłu, jakich nie pamiętałem od wielu miesięcy.
Znowu miałem dowódcę wariata, z tym, że ten był jeszcze złośliwy. Konieczne było, abym zmobilizował swoje “ja” do wytrzymania bardzo ciężkiej próby. To nie będzie zwykłe strzelanie, to będą międzynarodowe ćwiczenia w obcym kraju, w nieznanym terenie, gry wojenne obserwowane przez zagranicznych dziennikarzy i wiele wybitnych osobistości. Będę pracował z ludźmi, których nie znam, w warunkach, jakich nikt nie potrafi przewidzieć. Żaden z dowódców nie wie, że mam chory kręgosłup. Nikt nie czytał mojej opinii personalnej z Poznania. Wszystkim przełożonym wydaje się, że jestem zdrowym, młodym, pełnym optymizmu po skończonych studiach człowiekiem.
Nawet po godzinach służbowych nadal pulsowałem życiem jednostki, jej nerwowością i zamieszaniem. Osiągnięcie uczucia psychicznego luzu wydawało mi się prawie niemożliwe, a jednak teraz, dzień przed wyjazdem, musiałem uformować swój kodeks postępowania na przyszłe dwa tygodnie. Być może ocali on kogoś od zagłady...
Poczułem brzemię stojącego obok postumentu - symbolu męczeństwa.
Czym jestem? Co tu robię? Znajduję się w miejscu, gdzie ludzie fachowo uśmiercali ludzi. Kilkuset homo sapiens zagazowało, zatłukło, zagłodziło kilkaset tysięcy takich samych homo sapiens.
Czym jestem? Taką samą rozumną istotą. Co tu robię? Szkolę się. W czym? W profesjonalnym zabijaniu. Uczą mnie, jak precyzyjnie, dysponując nowoczesną bronią mordować ludzi. Po to tu jestem, po to się ćwiczę i dlatego państwo wydaje pieniądze na moje szkolenie. Czy celem armii jest także obrona? Tak, ale to również niszczenie siły żywej, to zabijanie ludzi - takie samo, jak w komorach gazowych. Niezależnie od tego czy się bronimy, czy atakujemy, celem jest śmierć. Eksterminacja pozostanie zawsze eksterminacją. Zmieniają się tylko środki i czasy. W naturze ludzkiej nie ma metamorfozy na lepsze. To ludzie, którzy nazwali siebie rozumnymi, wyniszczają się wzajemnie nie dostrzegając końca, do którego wszyscy jednakowo zmierzamy.
Zapatrzony przed siebie prawie nie dostrzegłem, że słońce dotknęło zabudowań na horyzoncie. Przypomniałem sobie czekające mnie od jutra ostre szarpanie nerwów.
Jestem niczym. Niczego nie chcę i niczego się nie boję. Nie zmierzam też w żadnym określonym kierunku, a więc ten kto mnie zniszczy nie osiągnie nic. Nie potrafię odnaleźć swojego szczęścia w rzeczach tego świata, ponieważ są nietrwałe, a wszystko przemija. Nie mogę odnaleźć swojego szczęścia w rzeczach wiecznych, bo nie istnieją rzeczy wieczne... Nieruchome powietrze też jest niczym, ale wiatr... wiatr może zniszczyć całe miasta. Nie istnieje klęska ani zwycięstwo, liczy się tylko działanie.
Opuściłem głowę wtopiony w panującą wokoło ciszę. Nic nie mąciło mi stanu perfekcyjnego niemalże odprężenia. Musiałem wyglądać dziwnie, siedząc nieruchomo niczym posąg na brzegu betonowego wyniesienia i trwając tak przez kilkadziesiąt minut. Przechodzący nieopodal turyści przyglądali mi się z zaciekawieniem.
Jedziemy na poligon. Pluton wraz z porucznikiem Jaroniem podróżuje autokarem. Nasze kabiny jadą wojskowym Starem pod eskortą Mirka Liwaka uzbrojonego w Kałasznikowa z ostrą amunicją. Trzecią część ekipy tworzy pomalowany w panterkę Tarpan. Są w nim: kierownik ćwiczenia - major Ozon i kapitan Witold Borawski - nasz dowódca batalionu, który na Słowacji będzie tylko obserwatorem poligonu. Major Ozon to bardzo dobry dowódca. Jest konkretny i spokojny. Unika wulgarnych słów. Imponuje mi jego rzeczowość i rozwaga. To dzięki niemu mam okazję uczestniczyć w fascynujących międzynarodowych ćwiczeniach. Kapitan Borawski - pseudonim “Witek”, opasły i gburowaty, bardzo rzadko przejawia poczucie humoru. Większą część jego wypowiedzi i rozkazów zajmują wulgaryzmy. Ma lekkiego zeza, który w zestawieniu z tęgą, niezgrabną sylwetką, zdaje się zadawać kłam jego stanowisku. Gdyby nie cztery gwiazdki na pagonie, nikt nie kojarzyłby Witka z dowodzeniem.
Pędzimy do Krakowa. Pluton śpiewa hałaśliwe wojskowe piosenki albo kierowca puszcza je z magnetofonu. Po pewnym czasie widzę, że opiewające armijne życie utwory doprowadzają porucznika do pasji i rozkazuje on wyłączyć odtwarzacz. Złości się na sierżanta, że naciska hamulce zbyt ostro, a jemu - dowódcy spada przez to gazeta z siedzenia. Biedny kierowca nie wie, co robić, gdy pędząca przed nami ciężarówka nagle gwałtownie hamuje przed nieuważnym pieszym. Sierżant ma do wyboru: kraksa albo ponowne zrzucenie z siedzenia czasopisma Jaronia. Wybiera to drugie. Jaroń patrzy na kierowcę z nienawistnym wyrzutem. Sierżant kuli się za kierownicą.
Przez pewien czas porucznik dyskutuje z którymś z żołnierzy, utrzymując przez cały czas protekcjonalny, pełen wyższości ton. Próbuje mnie sprowokować do rozmowy, ale bezskutecznie. Porucznik wie, że jestem jedynym wykształconym człowiekiem w autokarze. Być może dlatego moje milczenie drażni go. Ja osobiście nie widzę w nim partnera do dyskusji, a tematy, które porusza z ograniczonymi żołnierzami nie interesują mnie. Dyskusja toczy się niemalże na poziomie szkoły podstawowej. Powtarzam sobie w myślach słownictwo wojskowe, które będzie mi potrzebne w trakcie tłumaczenia rozmów.
Nagle widzimy na prawym poboczu samochód marki Żuk. Auto leży wywrócone na bok na pochyłości terenu. Porucznik rozkazuje zatrzymać autokar. Wyskakujemy z wozu i biegniemy do Żuka. Porucznik jest rozebrany do pasa. Zdaje się, że brakuje mu tej części munduru z gwiazdkami, bo wrzeszczy na mnie, żebym mu przyniósł bluzę. Nigdy nie widziałem kogoś, kto tak szybko traci panowanie nad sobą.
Kropi deszcz, a obok Żuka leży w mokrej trawie zakrwawiona kobieta. Jęczy z bólu i prosi o pomoc, bełkocze coś niezrozumiale, pewnie jest w szoku. Ktoś zabrał do osobowego samochodu dziecko, z którym jechała Żukiem. Z przewróconej furgonetki wylewa się benzyna. Lada chwila może nastąpić eksplozja. Żołnierze podnoszą Żuka i stawiają go na kołach. Ktoś okrywa czymś kobietę. Wściekam się na widok stojącej bezczynnie grupki cywilnych gapiów. Ciemnota i kompletna obojętność wygląda im z oczu. Oglądają ludzkie cierpienie jak film w telewizji. Nigdzie w pobliżu nie ma telefonu. Upewniamy się, że nic więcej nie możemy zrobić, wsiadamy do autokaru i jedziemy dalej. Po kilku kilometrach widzimy dom, do którego podłączona jest linia telefoniczna
- Pani podchorąży, do telefonu!
Zapinam pas i biegiem pędzę w stronę zabudowań. Forsuję bramę wiejskiego gospodarstwa i wpadam przez podwórko do sieni. Staruszek, który jest w domu kieruje mnie do następnej chaty. Kiedy opuszczam sień dopada mnie pies. Gryzie mnie w podudzie. Z uwieszoną przy nogawce bestią gnam do sąsiedniego domu. Otwieram z impetem drzwi. Przerażona moją gwałtownością kobieta wskazuje mi aparat. Nie pytając o nic, instynktownie wykręcam numer policji i zgłaszam wypadek. Zgłaszający się oficer dyżurny spisuje moje dane przez kilka minut i wreszcie obiecuje powiadomić pogotowie. Oddycham z ulgą i wracam spokojnie do samochodu opędzając się cały czas od psa.
- Zadzwonił pan?
- Tak, na policję.
Twarz porucznika wykrzywia złośliwy grymas.
- Panie podchorąży, najpierw się dzwoni na pogotowie! Trzeba myśleć!
Jego pogardliwa, pełna nienawistnego wyrzutu uwaga kieruje uwagę żołnierzy na mnie.
- Zadzwoniłem na policję, bo tam się zwykle łatwiej dodzwonić, poza tym dyżurny na pogotowiu poważniej potraktuje wezwanie policjanta niż przypadkowego człowieka - po prostu nie mogę patrzeć na Jaronia i odwracam się do okna.

Po przybyciu na miejsce natychmiast rozładowaliśmy broń i przydzielono nam kwatery. Nasza kompania “C” składała się z plutonów: słowackiego, węgierskiego i polskiego, spaliśmy wszyscy w jednym baraku. Otrzymaliśmy tłumacza - Słowaka, polskiego pochodzenia i moja wiedza językowa nie miała żadnego znaczenia. Okazałem się jednak natychmiast potrzebny jako pomocnik i zastępca dowódcy plutonu. Plutonowy Liwak nie mógł być jednocześnie dowódcą drużyny i pomocnikiem. Nagle stałem się bardzo potrzebny do koordynowania dowodzenia i zastępowania porucznika podczas jego nieobecności lub niedyspozycji.
Ponieważ Jaroń podważył mi autorytet u żołnierzy, nie wykazywałem żadnej inicjatywy: robiłem to, co wojsko, stawałem w środku szyku i kryłem się w tłumie. Porucznika drażniła moja pasywność i dokuczał mi, kiedy tylko mógł, a ja spokojnie robiłem swoje. Dowodzenie przejmowałem dopiero na wyraźny rozkaz. Karnie i błyskawicznie reagowałem tylko na polecenia majora Ozona lub kapitana Borawskiego. Swoją pierwszą w życiu komendę dowódczą wydałem głosem tkliwej dziewicy i dopiero na polecenie Witka poprawiłem się po chwili. Zrobiłem to celowo i wywołało to powszechny śmiech. Od tej pory byłem z siebie zadowolony, gdy po wypowiedzeniu rozkazu słyszałem jego echo odbite od ściany pobliskiego lasu.
Wstawaliśmy bardzo wcześnie, nie później niż o piątej rano i od tej pory do jedenastej wieczorem w pododdziale cały czas panowało rozgorączkowanie: pobudka, śniadanie, pobieranie broni, poranna odprawa batalionu, zajęcia dopołudniowe, obiad, zajęcia popołudniowe lub popołudniowo-wieczorne, czyszczenie i składanie broni do magazynu, wieczorny wyjazd na imprezy kulturalne, nocna odprawa i capstrzyk - wszystko w biegu.
Pomimo znacznego osłabienia znakomicie znosiłem całe manewry. Ćwiczenia, które wykonywaliśmy, czyli działania wojsk ONZ w strefie zdemilitaryzowanej oraz działania bojowe, były bardzo ciekawe i efektywne. Bardzo wątpliwe, czy którykolwiek z moich kolegów z Poznania miał okazję brać udział w podobnym poligonie. Słuchając uwag, jakie wypowiadali nasi oficerowie, znajdowałem potwierdzenie własnych opinii: tu, na Słowacji okazało się, że często niewielkim kosztem można zorganizować bardzo ciekawe i pouczające ćwiczenia wojskowe. U nas w Polsce przy tych samych nakładach finansowych przepalano tylko niepotrzebnie paliwo w BWP i czołgach, ucząc bardzo niewiele, a poligony sprowadzały się do pilnowania mienia wojskowego rozkradanego systematycznie przez żołnierzy.
Gdyby moim przełożonym był na przykład major Ozon, poligon byłby dla mnie wspaniałą przygodą i wykazałbym wiele inicjatywy. Nieustanne użeranie się z Jaroniem psuło mi smak świetnej praktyki dowódczej, nie tylko mnie zresztą.

Jednym z pierwszych naszych zadań na Słowacji było zapoznanie z układem i funkcjonowaniem klasycznego obozowiska ONZ. W tym celu zawieziono nas ciężarówką w głąb poligonu, gdzie znajdował się taki obóz wykonany ściśle według przepisów. Obóz jak obóz: namioty, magazyny, zasieki, wszędzie angielskie napisy. Jedyną charakterystyczną rzeczą była kilkunastometrowa wieża obserwacyjna z oznaczeniami “UN”. Przy wejściu do obozu powitał nas słowacki major, najwidoczniej żołnierz ONZ, gdyż nosił jasnoniebieski beret. Oficer ten objaśniał układ obozu i jego funkcje. Mówił po angielsku. Nasz porucznik tłumaczył. Nie wiem dlaczego nie ja zostałem wyznaczony do tego zadania, ale nie przejmowałem się, bo miałem po prostu robotę z głowy. Zająłem jedno z ostatnich miejsc w szyku i nie odzywając się ani słowem, spacerowałem po obozie. Kiedy po krótkim spacerze obejrzeliśmy wszystkie urządzenia, ustawiliśmy się w kolumnie trójkowej naprzeciwko wysokiej wieży. Stała tam także tablica objaśniająca zadania i plan obozu. Major przeprowadzał teraz właściwe zajęcia. Porucznik tłumaczył. Ja schowałem się w jednej z ostatnich trójek. Zarówno Słowak, jak i nasz porucznik bawili mnie do rozpuku. Nikt nie wprawił mnie w taki humor od miesięcy. Słowacki major wymawiał większość angielskich słów w ten sposób, jak się je pisze. Stosował on także słowacki szyk zdania, co czyniło tłumaczenie ekstremalnie trudnym. Na szczęście mówił rzeczy proste i powoli, Powstrzymywałem się resztkami sił od poprawiania najbardziej drastycznych błędów i myślałem współczująco o ewentualnych Amerykanach czy Anglikach, którzy mieli okazję rozmawiać z takim talentem. Nasz porucznik najwyraźniej chciał się popisać, bo z powagą na twarzy przekształcał język słowacko-angielski na polszczyznę. Jeżeli o jakość tłumaczenia, to było niezłe, natomiast sposób w jaki wymawiał “r” i kilka innych dźwięków śmieszył mnie nieziemsko. Ledwie stałem na nogach. Gdyby ktoś się tak wyrażał nawet na wstępnym egzaminie na studia, zostałby zabity śmiechem przez egzaminatora.
Kiedy major zakończył swój wykład, zapytał czy są jakieś pytania.
- Czy są jakieś pytania? - przetłumaczył porucznik Jaroń.
Cisza. Major, który myślał, że się wstydzimy, uśmiechnął się. Wypowiedział kilka słów zachęty i ponownie poprosił o pytania.
- Excuse me, is the strore for food within the camp or is it outside? (Przepraszam, czy magazyn żywnościowy jest wewnątrz, czy poza obozem?) - spytałem nagle stosując klasyczny oksfordzki wariant wymowy. Jednocześnie starałem się nadać swemu pytaniu dużą szybkość.
Major zgłupiał zupełnie. Uśmiechnął się jednak i poprosił o powtórzenie pytania. Kiedy powtórzyłem powoli i wyraźnie, porucznik zwrócił się do mnie z gorzkim wyrzutem:
- Panie podchorąży, magazyn broni jest wewnątrz obozu. Broń chyba musi być strzeżona, prawda?
Spojrzałem na niego smutno i zrobiłem do majora minę oznaczającą, że wszystko jest O.K.
Wobec braku dalszych pytań Słowak zaprosił nas do wejścia na wieżę obserwacyjną. Ciekawi wszystkiego żołnierze rzucili się w kierunku stalowej konstrukcji. Mnie tam wcale nie ciągnęło. Byłem obładowany sprzętem, miałem radiostację, pistolet, kamizelkę kuloodporną, a na górze zgodnie z przewidywaniami nie było żadnych atrakcji, wiał zimny wiatr i widać było niewiele więcej niż z ziemi.
- Panie podchorąży, pan był na wieży? - spytał Jaroń oderwawszy się od rozmowy z majorem.
- Nie.
- Dlaczego?
- Wysoko - odparłem cicho.
- Proszę natychmiast wejść na górę! - wrzasnął do mnie ku zdumieniu Słowaka. Zwrócił też uwagę żołnierzy w naszą stronę.
Zacząłem się gramolić po stromych stalowych schodkach. Rozzłościło mnie, że każe mi robić coś, co nie jest obowiązkowe. Jeszcze bardziej niezdarnie piąłem się na szczyt. Gdy się tam znalazłem, zacząłem się wychylać przez barierkę strojąc miny pełne obaw.
- Panie poruczniku, mogę już zejść? - spytałem z góry.
- Złaź pan! - wrzasnął porucznik.
Spojrzałem na twarze żołnierzy i widziałem w nich rozbawienie. Zacząłem schodzić po wąskiej, pionowej drabinie stawiając nogi w ten sposób, że opuszczałem jedną, dołączałem drugą i znowu opuszczałem jedną, tak jak to robi małe dziecko.
Z dołu doleciały mnie wybuchy śmiechu. Mnie w głębi duszy też było wesoło, bo porucznik prawie szalał.
- Złaź pan szybciej! - krzyczał z dołu.
- I am overloaded. (Jestem przeciążony) - odparłem grzecznie robiąc porozumiewawcze miny do majora. Żołnierze ryczeli ze śmiechu, ale Słowak już się nie uśmiechał. Widziałem w jego oczach wiele uznania.
Zwiększając tempo zejścia tylko bardzo nieznacznie, znalazłem się w końcu na dole. Jaroń patrzył na mnie z rezygnacją, a ja udawałem, że nie wiem, o co chodzi.
Wieczorem porucznik polecił mi wykonanie zbiórki w jednej z izb żołnierskich naszego pododdziału. Żołnierze rozsiedli się na piętrowych łóżkach, bądź stali stłoczeni obok nich. Podoficerowie - dowódcy drużyn stali przy drzwiach. Porucznik wyjaśniał zadanie na dzień jutrzejszy i przypominał przepisy bezpieczeństwa.
Do izby wszedł nasz dowódca kompanii - nadporucznik Tornyai. Przyszedł z nieoficjalną wizytą. Prosił, abyśmy pokazali mu, jakiej broni używamy. Żołnierze podchodzili do niego ze swoją etatową bronią: karabinami, granatnikami i tak dalej. Porucznik objaśniał naszemu słowackiemu dowódcy zasadę działania i sposób rozkładania poszczególnych egzemplarzy. Słowak zachowywał się bardzo uprzejmie, uśmiechał się sympatycznie do nas i do Jaronia. Nasz porucznik niezmiennie udowadniał wyższość naszego sprzętu i zwracał się do przełożonego niczym tępego podwładnego. Tornyai przyglądał się uważnie karabinom i słuchał rozgorączkowanego Jaronia w zamyśleniu, bez żadnych emocji. Miałem wrażenie, że porucznik przeszkadza mu w ocenie sprzętu. Kiedy zakończył się pokaz broni, nadporucznik Tornyai rozejrzał się po naszych pagonach. Prosił o objaśnienie stopni wojskowych. Porucznik wskazywał na poszczególnych żołnierzy i starał się wytłumaczyć, kto jest szeregowcem, kto kapralem, a kto sierżantem. Dopiero na samym końcu Słowak dostrzegł, że moje pagony są obszyte biało-czerwoną nitką, a belkę przykrywa metalowa odznaka Szkoły Podchorążych Rezerwy.
- I am a cadet officer. (Jestem podchorążym) - pospieszyłem z wyjaśnieniem.
- Jaki oficer?! - Jaroń spojrzał na mnie z nienawiścią i odwrócił się do Słowaka. - To jest taki, co w wojsku służy tylko pół roku, żeby odróżnić lufę karabinu od kolby - objaśniał naszemu dowódcy kompanii.
Na Słowaku nie zrobiło to żadnego wrażenia. Spojrzałem z pogardą na Jaronia. Nienawidziłbym go całą duszą, gdybym uważał go za godnego tego uczucia. Chciał mnie poniżyć przed naszym dowódcą, a znowu ośmieszał mnie przed żołnierzami. Było to niezgodne z regulaminem. Kodeks zasad, który sobie wpoiłem przed poligonem chronił mnie przed agresją i stresem, a banda szwejów obok mnie była dla mnie niczym. Dlatego nie reagowałem na krzywdzące traktowanie zadając sobie w duchu pytanie: “Komu ty właściwie podważasz autorytet? Mnie? Mnie tu nie ma. Istnieje tu tylko cząstka mojego “ja” - twój zastępca. Umniejszając mi umniejszasz sobie i Polsce. Gdybyś myślał choć trochę, zostawiłbyś tą uwagę dla siebie.”
Postanowiłem sobie, że jeśli coś takiego się powtórzy, zrobię dywersję w pododdziale i uniemożliwię wykonanie któregoś zadania. Jaroń dostanie tak w tyłek od swoich przełożonych, że się nie pozbiera z premią i zapomni o awansie, a jego osobą zainteresują się w sztabie generalnym.
Nadporucznik Tornyai zakończył oglądanie naszego umundurowania, podziękował i wyszedł z izby. Przystąpiliśmy do omawiania jutrzejszych zajęć. Po zakończeniu instruktażu, dowódcy drużyn, Jaroń i ja udaliśmy się do izby podoficerów na osobną odprawę. Porucznik sprawdzał nasze wyposażenie. Ponieważ na Słowacji miałem być tłumaczem, nie zabrałem z Polski przyborów do rysowania map. Jaroń wpadł w szał i wygłosił do mnie długie kazanie, pełne nienawistnych uwag, wrzasków, gróźb oraz poniżających uwag. Słuchałem jego wywodu, jak zwykle z mieszanką pogardy i politowania, ale robiąc miny przepełnione skruchą. Miałem jego wrzaski gdzieś bardzo głęboko - już się do nich przyzwyczaiłem, a jego pełna pasji twarz zaczynała mnie cieszyć. Jaroń eksploatował po prosu swój system nerwowy. Świadomość, że traci w ten sposób odrobinę zdrowia psychicznego sprawiała mi radość i satysfakcję. W trakcie swojego kazania Jaroń odwoływał się do poznańskiej szkoły oficerskiej, której sam był absolwentem. To również mnie ucieszyło, bo w ciągu trzech miesięcy miałem tylko małą próbkę tego, co on musiał biedaczysko przejść przez cztery lata. Autorytety, do których się odwoływał, były mi dobrze znane z autopsji i w odróżnieniu od porucznika, takich ludzi jak Licki czy Długosz wspominałem raczej bez sentymentu.
Jaroń zakończył swoją złośliwą przemowę klasycznym w takim przypadku zdaniem.
- Nie obchodzi mnie, jak pan to zrobi, jutro ma pan to wszystko mieć.
Patrzyłem na niego i wyobrażałem sobie, że przemierzam rozległe pustkowia poligonu w poszukiwaniu linijki, ołówka i deski do rysowania. Do najbliższego sklepu było około dziesięciu kilometrów. Abstrachując od faktu, że nie miałem koron, byłem gotów iść pieszo do najbliższych zabudowań cywilnych, bylebym tylko nie musiał patrzeć na Gębę Jaronia. O braku przydatności przyborów kreślarskich przekonałem się niebawem i oczywiście nie wracaliśmy już do tego tematu.
Kiedy porucznik zakończył swoje ględzenie, wyszedł i zostaliśmy sami. Koledzy podoficerowie spoglądali na mnie ze współczuciem.
- No to teraz musisz trochę przydziobać - zwrócił się do mnie plutonowy Liwak.
- Co to znaczy przydziobać? - zapytałem przypatrując mu się uważnie.
- No, musisz poganiać trochę młodych, wykazać inicjatywę, pokazać się z dobrej strony.
“Ach, wazelina” - pomyślałem uśmiechając się do siebie w duchu.
- Nic nie będę robił - odpowiedziałem zdecydowanym tonem.
- Dlaczego? - podoficerowie spojrzeli na mnie pytająco.
- Bo nie mam lokajskiej duszy - odparłem z naciskiem.
Zostało mi jeszcze dwa miesiące służby i nie zależało mi na wyrabianiu sobie układów u kadry. Sama myśl, że miałbym się podlizywać komuś takiemu jak Jaroń, napełniała mnie odrazą. Nie zrobiłbym tego nawet, gdybym dopiero zaczynał służbę.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Pią Paź 30, 2009 10:15 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

SEC 9 (202-210)

W dniu 7 sierpnia batalion nasz przeszedł do rejonu zgrupowania 10 Brygady Kawalerii Pancernej, gdzie otrzymaliśmy szczegółowe zadania.
W skład czołowej polskiej grupy uderzeniowej dowodzonej przez ppłk. Majewskiego weszły 1i 2 pułki pancerne, wzmocnione 8 Batalionem Strzelców oraz 22 Brytyjskim pułkiem Dragonów. Nazajutrz zgrupowanie nasze dotarło do Cean i rozpoczęliśmy rozwinięty marsz zbliżania.
8 Batalion Strzelców, w głębokim szyku posuwał się tuż za 2-gim Pułkiem Pancernym. W powietrzu panowała dziwna i niepokojąca cisza.
Szedłem w rozwiniętej linii 2 kompanii strzelców tuż obok d-cy batalionu i z pozornym spokojem obserwowałem przedpole. Czułem napięte mięśnie i napięte nerwy. Wmawiałem sobie, że jesteśmy na poligonie i że mam do wykonania jedno z typowych ćwiczeń bojowych - nic więcej. Po prostu, nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że za małą chwilę rozpocznie się okrutny i nieubłagany taniec śmierci.
Wykonaliśmy właśnie lekki zwrot w lewo i wchodziliśmy w złote i pachnące miodem łany pszenicy, gdy doszedł mnie daleki i ciężki jęk silników. Spojrzałem na zegarek. Była 13.05. Jęk ciągle rósł i potężniał, a potem zadrgało powietrze od huku motorów i za chwilę posypały się ciężkie bomby wprost na pozycje wroga.
Amerykańskie i brytyjskie dywizjony bombowe jeden po drugim podchodziły do wyznaczonych celów i zrzucały swoje śmiercionośne ładunki. Ziemia dygotała od wstrząsów i wybuchów!
Przypadliśmy do ziemi na niewielkim wzgórzu i ze zgrozą patrzyliśmy na to potworne dzieło zniszczenia. Wydawało się, że nie pozostanie żadna żywa istota po tej nawale ognia i żelaza. Tym bardziej, że wraz z ostatnią bombą rozpoczęła się zmasowana kanonada wspierających nas pułków artylerii. Przeraźliwy jazgot szybujących pocisków wkręcał się w uszy i szył bębenki tysiącami igieł.
Niemcy milczeli!
Punktualnie o godz. 13.35 ruszył 2-gi Pułk Pancerny. Ciężkie Shermany na pełnym gazie rwały przez pszeniczne pola wprost ku skrajowi pobliskiego lasu. I nagle... - O Boże! Trzy pierwsze czołgi wybuchają ogniem i dymem. Otwierają się klapy włazów. Wyskakują z nich płonące sylwetki ludzkie i tarzają się w po ziemi w bolesnej męce. Za chwilę kilka dalszych maszyn ginie w morzu płomieni, a resztki szwadronów gwałtownie skręcają na boki szukając osłony i schronienia.
To wszystko, co zdążyłem jeszcze zauważyć, bo oto niespodziewanie zerwał się huraganowy ogień niemieckiej artylerii i począł okładać nasze wzgórze setkami pocisków.
Padają zabici i ranni. Na próżno staramy się wyrwać z tego morderczego ognia. Każdy ruch do przodu pochłania nowe ofiary. W końcu zrozumieliśmy, że tym razem nie uda nam się przełamać doskonale zabezpieczonej i zamaskowanej linii ognia wroga. Ryjemy się pośpiesznie w ziemię i czekamy na dalsze rozkazy. Gwałtowna wymiana ognia trwa aż do zmroku. Pod osłoną nocy ewakuujemy rannych i grzebiemy poległych towarzyszy broni.
Pierwsza poniesiona klęska wypełnia nasze serca goryczą i żalem, ale nie przestajemy ufać naszym siłom i nie przestajemy wierzyć, że wkrótce weźmiemy stokrotnie krwawszy odwet na wrogu.

Jeszcze tej samej nocy nastąpiło przegrupowanie oddziałów. Miejsce zdziesiątkowanego 2-go Pułku Pancernego zajął 24 Pułk Panc. wsparty batalionem dragonów. W nocnym, gwałtownym uderzeniu zajmujemy południowy skraj lasu De Creamesmill. Niemcy zostali całkowicie zaskoczeni tą nagłą i niespodziewaną ripostą.
Odskoczyli na drugą linię oporu pozostawiając dziesiątki rannych i zabitych oraz dużą ilość ciężkiej broni. Nie daliśmy im teraz odetchnąć ani na chwilę i w kolejnych atakach zajęliśmy dwa następne punkty oporu i podeszliśmy pod Saint Sylwain.
Następnej nocy zmieniła nas 51 Szkocka Dywizja Piechoty, a my szybkim marszem przeszliśmy na południe od Couvicou i weszliśmy do La Croix de Val.
Świt zastał nas już na ulicach tego małego i poważnie zniszczonego miasteczka. Blask z dopalających się domów migotał na twarzach maszerujących żołnierzy. Wokół panowała dziwna, cmentarna cisza i tylko snujące się dymy i cichy trzask ognia zdawał się ożywiać tę przygnębiającą martwotę.
Dochodziłem właśnie do czoła 2 kompanii strzelców, aby nawiązać łączność z jej d-cą, gdy doleciał nie charakterystyczny gwizd pocisków moździerzowych.
- Kryj się! - ryknąłem na całe gardło i jednocześnie przesadziłem pryzmę kamieni i zwaliłem się do rowu. Potężne wybuchy targnęły powietrzem i zawyły odłamkami żelaza. Czarny, gryzący dym wdarł mi się do płuc i na chwilę straciłem oddech, ale zaraz zerwałem się z ziemi i skoczyłem od przodu. Runęła druga seria pocisków, ale tym razem byłem już w ruinach zabudowań. Potem również nagle nastała głęboka cisza i wtedy to dosłyszałem głosy wzywające o pomoc.
Wyskoczyliśmy na ulicę. Tuż przy rozwalonej bramie domu uderzył mnie straszny widok. W krwi i pyle ulicznym walały się strzępy poszarpanych ciał. Tuż pod murem dostrzegłem por. Maniewskiego. Leżał maleńki i skurczony, trzymając w zakrwawionych rękach wywalone wnętrzności. Już nie żył. Obok niego leżeli dwaj jego żołnierze z drużyny dowodzenia. Nie dawali żadnych oznak życia. Stałem nad nimi i dziwny skurcz dusił mnie za gardło i piersi. Straciłem serdecznego przyjaciela i towarzyszy, z którymi tak często byliśmy razem. Ale nie było czasu na dłuższą rozpacz czy rozmyślania, gdyż groziło nam wciąż śmiertelne niebezpieczeństwo. Poderwałem kompanię i biegiem ruszyliśmy naprzód, byle wydostać się z tej nieszczęśliwej matni. Jeszcze kilkaset metrów morderczego biegu i znaleźliśmy się poza obrębem miasta.
Na Le Croix Le Val posypały się nowe serie pocisków moździerzowych i artyleryjskich.
Na wyznaczonym odcinku zajęliśmy opuszczone poniemieckie okopy i przystąpiliśmy do pośpiesznego montowania nowego natarcia. Z tego też względu nie mogłem wziąć udziału w grzebaniu poległych towarzyszy i do dzisiaj nie wiem, gdzie znajdują się ich mogiły!
Taki to już jest los żołnierza!
Tymczasem słońce zbliżało się ku zenitowi i prażyło niemiłosiernie. Dokuczało nam pragnienie i niesamowity wprost fetor rozkładających się niemieckich trupów. Miejsce postoju dowództwa batalionu zorganizowałem w dość głębokim wykopie i tam skupiłem wszystkie środki łączności i dowodzenia.
Około godziny 15.00 ostrzeliwanie miasteczka urwało się nagle i zapanowała złowróżbna cisza. Z doświadczenia wiedzieliśmy, że ten pozorny spokój nie przyniesie nam nic dobrego i dlatego dowódca baonu zarządził jak najdalej idącą czujność. Na wszelki wypadek przygotowaliśmy zaporowe ognie artyleryjsko-moździerzowe oraz sektory dla dział p-pancernych i cekaemów. Wkrótce okazało się, że te wszystkie środki zapobiegawcze były jak najbardziej uzasadnione.
O godz. 18.00 zerwał się niespodziewanie piekielny ogień nieprzyjaciela i zasypał nas gradem pocisków. Jednocześnie zza przeciwległego wzgórza wyskoczyła niemiecka piechota, wsparta czołgami i samobieżnymi działami 88 mm. Ale my byliśmy już przygotowani!

W odpowiedzi przemówił 24 Pułk Artylerii Motorowej, zaszczekały działka przeciwpancerne i rozrechotały się karabiny ręczne i maszynowe. Równocześnie z naszego lewego skrzydła ruszyły do przeciwuderzenia szwadrony 24 Pułku Pancernego.
Przywarty do przedpiersia z natężeniem i uwagą śledziłem przebieg walki. Tuż obok mnie dowódca batalionu i obserwator artyleryjski przekrzykiwali się w wydawaniu rozkazów.
Naraz - jakaś potężna siła rzuciła mną o przeciwległą ścianę rowu. Posypała się ziemia i wymiatała mnie gdzieś w głąb coraz niżej i niżej.
Wokół zapanowała ciemność! Czułem, że brak mi tchu i że się duszę. Rozpaczliwie szarpnąłem całym ciałem i raptem dojrzałem światło. Jeszcze jeden ruch i głowa moja znalazła się na powierzchni. Gwałtownie zaczerpnąłem powietrza i nie zmieniając pozycji rozejrzałem się wokoło! Obok mnie na wpół zasypany radiotelegrafista nieustannie ryczał do mikrofonu:
- Hallo Maria Rez! Hallo Maria! Hallo Maria Rez, czy mnie słyszycie?
Nieco dalej obserwator artyleryjski gołymi rękami odgrzebywał ppłk. Nowaczyńskiego, któremu tylko nogi śmiesznie sterczały do góry.
Wszyscy okazali się cali i zdrowi! To się nazywa szczęście!
Niemieckie natarcie załamało się na całej linii. Oddziały ich odskoczyły w lasy pozostawiając na przedpolu 3 zniszczone czołgi typu Mark IV, samobieżnie działo 88 mm oraz około 30 zabitych i rannych. W ciągu nocy zostaliśmy zluzowani przez Kanadyjczyków i wreszcie odeszliśmy na zasłużony odpoczynek.
Spać, spać, nic więcej, tylko spać! Cztery dni i cztery noce nieustannych walk wyczerpały nasze siły i potargały nerwy na strzępy. Słanialiśmy się na nogach z braku snu i potwornego wprost zmęczenia. Nic więc dziwnego, że jedynym naszym pragnieniem było chociaż na chwilę w stan nieświadomości i chociaż na chwilę zapomnieć o okropnościach przebytej drogi. O, jakież czekało nas rozczarowanie! Zamiast na kwaterach, znaleźliśmy się w rowach przeciwlotniczych, wśród stanowisk bojowych ciężkiej artylerii wsparcia. Każdy wystrzał przewracał nas w dołkach jak kotlety na rożnie, a zabłąkane pociski wroga zmuszały nas do nieustannej czujności. I to miał być ten nasz "zasłużony wypoczynek"?!
Nocą z 13/14 sierpnia, po zaledwie 20-to godzinnym odpoczynku luzujemy oddziały kanadyjskie w mieście St. Hilaire i zajmujemy postawę wyjściową do natarcia.
Na naszym lewym skrzydle zajął stanowiska Batalion Strzelców Podhalańskich, a na prawym 9 Batalion strzelców. Naszym nowym zadaniem było: uderzyć na silnie umocniony las Quesnay i wyrzucić z niego Niemców. Jak zwykle, natarcie miało poprzedzić bombardowanie z powietrza oraz ostrzeliwanie ciężką artylerią "Agra".
Punktualnie o godz. 15.30 ukazały się pierwsze klucze amerykańskich "Liberatorów".
Ale! Na Boga! Co to wszystko znaczy? Wyraźnie widzimy, jak otwierają się komory amunicyjne i bomby sypią się na nasze zaplecze. Przerażeni zrywamy się z ziemi i klnąc na czym świat stoi, wygrażamy pięściami ku niebu. Jeszcze jeden klucz ładuje bomby na nasze tyły, ale na szczęście następne przechodzą nad naszymi głowami i zrzucają swój śmiercionośny ciężar na właściwy cel. Las Quesnay tonie w ogniu i dymie. Teraz już nic nie widać i tylko nieustanne wybuchy i drżenie ziemi świadczą, że krwawa robota trwa.
Godzina 16.00! Ruszyła do natarcia 2 kompania strzelców pod dowództwem por. Popka oraz 4 komp. strzel. dowodzona przez kpt. Jaworskiego. Wsparcia ogniowego udzieliły im działa 2 Pułku Pancernego. Szeroko rozwinięte tyraliery piechoty przechodzą linię ubezpieczeń i znikają w łanach zbóż, ale prawie jednocześnie lizjera lasu zabłysła gęstym ogniem. Wysuszona żarem pszenica buchnęła płomieniem i wkrótce gęste dymy zasłoniły mi widok. Na punkt obserwacyjny dowódcy batalionu poczęły napływać rozpaczliwe meldunki o poważnych stratach. Nie pomógł już ani huraganowy ogień własnych czołgów i artylerii, ani też intensywne wsparcie kompanii cekaemów i moździerzy.
Natarcie załamało się i utknęło w terenie. Na rezultaty tego ryzykownego działania nie oczekiwaliśmy zbyt długo. Punkt opatrunkowy zapełnił się wkrótce dziesiątkami rannych, a wśród nich znaleźli się ciężko ranni por. Popek, ppor. Patryna i ppor. Kozłowski. Lekarz i drużyny sanitarne nie dawały już rady i zmuszony byłem odwołać się do pomocy brygadowych służb. Na dobitkę otrzymałem szyfrogram z taborów, że na skutek pomyłki amerykańskiego lotnictwa zginęło pięciu naszych żołnierzy, a kilkunastu zostało rannych. Osiem wozów dowództwa batalionu uległo całkowitemu zniszczeniu, a w tym i mój wóz kancelaryjny wraz z całą dokumentacją i rzeczami osobistymi - cholernie fatalny dzień!
Wprowadzenie do akcji na las Quesnay odwodów nie dało żadnych rezultatów i aż do zapadnięcia zmroku nacierające kompanie meldowały o dalszych stratach. Batalion umocnił się w terenie i chociaż nie wykonał zadania, to jednak zdołał dwukrotnie odeprzeć przeciwuderzenia nieprzyjaciela. Dopiero nocą, po ponownym przygotowaniu artyleryjskim i na skutek flankowego uderzenia 9 Batalionu Strzelców zdołaliśmy przełamać opór Niemców i wyrzucić ich z umocnionych pozcji. W ręce nasze wpadło 16 cekaemów oraz 8 moździerzy wraz z całą zapasową amunicją. Niestety, nie udało nam się obliczyć ich strat personalnych, gdyż ani na chwilę nie przerywaliśmy natarcia i w szybko następujących po sobie uderzeniach kolejno zdobyliśmy Aisne, Potigny i Bons Fimilly.


*******

Staliśmy pod wiatą na wzgórzu. Było to miejsce, z którego nazajutrz osobistości i zaproszeni goście mieli obserwować manewry. Wiata znajdowała się na szczycie niewielkiego wzniesienia i był stąd piękny widok na otaczający je zewsząd poligon. Teren wokoło to lekko pagórkowata równina pokryta kępami traw i czasem krzewów. Po prawej stronie mieliśmy pas lasu, którym nazajutrz należało skrycie podejść na pozycje ogniowe. Przed nami w odległości może kilometra znajdowały się niewidoczne teraz umocnienia w postaci okopów, a kilkaset metrów przed nimi rozpościerały się sektory ostrzału naszej kompanii: po lewej, za szosą - niewidoczny węgierski, po prawej - częściowo widzialny słowacki, a w środku my - Polska. Tak więc to nasz pluton znajdował się w pokazowym miejscu. Te informacje, jak i inne zagadnienia taktyczne objaśniał teraz naszemu porucznikowi dowódca kompanii, nadporucznik Tornyai. Tłumaczył nadporucznik Plinta. Oprócz nich na rekonesans przybyli dowódcy drużyn, nasz snajper z karabinem wyborowym i ja - zastępca dowódcy. Był tam też jakiś słowacki major, ale nie wtrącał się do naszej rozmowy. Dyskutował tylko z nadporucznikiem Tornyai.
W miarę, jak dowódca kompanii zagłębiał się w jutrzejszą taktykę, nasz porucznik przekształcał się z oficera pełnego pewności siebie oraz świadomego rzeczy oczywistych, a dla innych niepojętych, w worek wątpliwości i nerwów, które przenosił na nas. Mnie również czas dany nam na zajęcie umocnień wydawał się zbyt krótki. Mieliśmy bowiem pokonać pieszo spory dystans idąc lasem w nieznanym terenie i jeszcze załadować po drodze amunicję. Tymczasem tarcze na przedpolu miały się podnieść o pewnej godzinie i po określonym czasie schować. Gdybyśmy się spóźnili z zajęciem miejsc, nie byłoby do czego strzelać i zadanie nie zostałoby wykonane. To chyba fakt, że przełożeni naszego porucznika byliby bardzo niepocieszeni, czynił z niego bliski obłędu kłębek nerwów.
Doszedłem do wniosku, że ponad to, co rozkażą nic się nie da zrobić i trzeba będzie po prostu dobrze wyciągać nogi, a dalej zobaczymy. Sytuacja wyklaruje się w odpowiednim momencie i nie ma co załamywać rąk.
Widok z wiaty w promieniach zachodzącego słońca napełniał mnie nieopisanym spokojem. Było cieplutko i wokoło nie widziałem żywej duszy. Reszta plutonu siedziała w ciężarówce u stóp wzgórza. Pomyślałem, że chciałbym tu teraz być z jakąś miłą dziewczyną i cieszyć się razem z nią tym wspaniałym, jednym z ostatnich w tym sezonie, ciepłym i pogodnym wieczorem. Nic nie mąciło mi świadomości: ani wojsko, ani jutrzejszy dzień, ani chodzące nerwy.
Nadporucznik Tornyai zajęty był rozmową z majorem. Nadporucznik Plinta rozmawiał z naszym porucznikiem. Dowódcy drużyn również słuchali go w napięciu. Oni w ogóle mnie nie interesowali, bo nie musiałem ich słuchać, a nie mieli nic mądrego do powiedzenia. Czasem robiłem mądre miny i udawałem, że bardzo mnie obchodzi to, co ma do powiedzenia mój przełożony.
Porucznik spoglądał przez lunetę karabinu z napięciem, szukając chorągiewek wyznaczających nasz sektor ostrzału.
- Są! Widzisz?! Dasz radę?! - porucznik patrzył na strzelca wyborowego prawie z bólem i kroplami potu na czole.
Snajperowi także nie udzielało się zdenerwowanie porucznika. Spokojnie obserwował teren i nic się nie odzywał. Imponowało mi jego opanowanie. Tylko taki człowiek miał prawo być dobrym strzelcem. Jego dowodzenie nie obchodziło. On miał być podprowadzony z plutonem do okopu, zająć miejsce i precyzyjnie prowadzić ogień. Problemy Jaronia nie interesowały go tak, jak i mnie, z tą tylko różnicą, że ja w razie czego musiałbym przejąć dowodzenie, no i to ja je miałem koordynować w trakcie akcji.
Pytanie było głupie. O możliwościach strzeleckich będzie można dyskutować w okopach, a nie kilometr przed nimi.
- Panie podchorąży, widzi pan?! - porucznik zwrócił się do mnie.
“Piękny widok” - pomyślałem. - “Chciałbym tu kiedyś wrócić”.
- Taak... - odparłem i podałem lunentę dowódcy pierwszej drużyny.
Porucznik odpalał jednego papierosa od drugiego. Nadporucznik Plinta spoglądał na niego ze zdziwieniem.
- Tomek, w czym problem?
- Ja jestem czołgistą. Nigdy nie dowodziłem piechotą.
- Pluton czołgów to trzy czołgi. Wsiadasz, jedziesz, grzejesz z armaty i nic nie ma prawa pozostać - głos porucznika załamywał się lekko. Nie było w nim cienia wyższości, tylko głęboka bezradność.
“Co za wyznanie” - pomyślałem. Brzydziłem się patrzeć na niego. Wokoło rozpościerał się taki piękny krajobraz i tak wspaniale się czułem. Pochyliłem się lekko i wyprostowałem. Miałem wrażenie, że mógłbym przenosić góry i chciałem zatrzymać jeszcze na chwilę ten cudowny zachód słońca.
- Czy są jakieś pytania? - porucznik rozglądał się niecierpliwie po naszych twarzach.
Cisza.
- Pytam raz jeszcze. Czy są jakieś pytania?! - porucznik rozgorączkował się. Starałem się nie patrzeć w jego stronę. Nie chciałem się wyrywać z głębokiej relaksacji, dzięki której mogłem zachować jasny umysł.
- Panie podchorąży! Pytania!
Odwróciłem się z wysiłkiem od umierającego słońca.
- Czy zniszczenie celi kończy nasze zadanie? - spojrzałem na dowódcę nie interesując się odpowiedzią.
- Dobre pytanie - plutonowy Liwak, doświadczony podoficer spojrzał wyczekująco na Jaronia. Dowódca zwrócił się w stronę Tornyai. Nadporucznik Plinta przetłumaczył pytanie i otrzymaliśmy twierdzącą odpowiedź.
Po chwili schodziliśmy z wiaty w kierunku czekającej na nas ciężarówki. Byłem dobrej myśli, bo jak dotąd wszystko szło zgodnie z zamierzeniami.
Następnego dnia przedpołudnie było wolne. Na poligon mieliśmy jechać dopiero o czternastej. Porucznik pojechał na rekonesans przed desantem zaplanowanym jako ostatnie zadanie bojowe. Na wolne przedpołudnie przewidziano wycieczkę do malowniczej miejscowości, kilka kilometrów od obozu. Jaroń wyznaczył mnie na dowódcę autokaru i razem z jakimś słowackim majorem pluton udał się do Modrego Kamienia. Dzień zapowiadał się pogodny, wszyscy w dobrych nastrojach, a więc zwiedzanie starego zamku i muzeum wpłynęło bardzo dobrze na nasze ogólne samopoczucie przed trudnym zadaniem bojowym. Żołnierze otrzymali pozwolenie na zakup piwa, ale tylko na zakup, aby nie stracić pewności ręki i celności oka. W muzeum nie było nic specjalnie ciekawego. Jedyną interesującą rzecz stanowił oddział poświęcony technice dentystycznej. W jednej z gablot stała maszyna do borowania zębów sprzed może stu lat. Urządzenie posiadało nożny napęd i zrobiło na mnie bardziej mordercze wrażenie niż całokształt rzeczy, jakie miałem możność zobaczyć w obozie koncentracyjnym na Majdanku. Niemalże rozbolały mnie zęby.
Dzięki uprzejmości majora pojechaliśmy do centrum miasteczka pod dom kultury, gdzie spędzaliśmy większość wieczorów. Zaprowadziłem wojsko do kantoru, żeby mogło wymienić pieniądze i snułem się po miasteczku. Zakazałem picia alkoholu i byłem zadowolony, że rozkaz został wypełniony. Żołnierze zameldowali się na zbiórkę punktualnie i wróciliśmy w rejon pododdziału.
Po zjedzeniu obiadu siedzieliśmy w izbach żołnierskich i oczekiwaliśmy niespodziewanego alarmu. Jeden z żołnierzy został surowo zganiony za chodzenie po korytarzu w kamizelce kuloodpornej. W pewnym momencie rozległ się gwizdek słowackiego podoficera dyżurnego. Za chwilę słyszeliśmy jego głośny krzyk: “Poploch! Poploch!” Wywołało to ogólną radość i natychmiastową gorączkę kompanii. Z uwagi na ciasnotę panującą na korytarzu, wynieśliśmy skrzynie z bronią na dwór. Węgrzy zbroili się wewnątrz. Jak zwykle w takiej sytuacji panował ogromny pośpiech i zdenerwowanie zdwojone faktem ogłoszenia niespodziewanego alarmu. Ponieważ plecaki zostały spakowane już wcześniej, czas został stracony tylko na wydanie broni. Uzbrojony w pistolet, lornetkę i “cholerną” radiostację, wykonałem zbiórkę plutonu i zaprowadziłem go do ciężarówki. Po szybkim załadowaniu zostaliśmy przewiezieni w rejon rozpoczęcia działań.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Pią Paź 30, 2009 10:17 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

SEC 10 (211-214)

W nocy 16 sierpnia przerzucono nas na czołgach 2 Pułku Pancernego w rejon miejscowości Vendeuvre i o świcie, w iście kawaleryjskiej szarży, zdobyliśmy kolejno Louvagny i Barrou. Z powstałej na skutek okrążenia matni wybieramy ponad 150 jeńców.
I znów chwila wytchnienia. Następnego dnia rano dowódca batalionu polecił mi udać się do dowództwa brygady celem podjęcia nowych map i rozkazów. Przy tej okazji miałem odeskortować grupę jeńców niemieckich, którzy przysparzali nam wiele kłopotów.
Teraz po krótkiej odprawie wsiadłem do pół-pancernego Scout-cara i pognałem przed sobą całe to hitlerowskie towarzystwo aż na miejsce przeznaczenia. Szybko załatwiłem wszystkie sprawy i po zjedzeniu obfitego "tyłowego" obiadu udałem się w powrotną drogę.
Pogoda była piękna i słoneczna. Stojąc we włazie wozu, rozglądałem się po cudownej okolicy i na chwilę zapomniałem o wojnie i o jej okrutnych skutkach.
Nagle tuż przed skrzyżowaniem dróg w pobliżu Barrou, dojrzałem 3 wyłaniające się z lasu wozy pomalowane na niemiecki kolor ochronny. Oniemiałem ze zdziwienia!! Dostrzegł je widocznie i mój kierowca, gdyż gwałtownie zahamował i wrzasnął:
- Niemcy!! Jak Boga kocham, panie poruczniku, toż to Niemcy! Niech mnie krew zaleje, że to Niemcy! - krzyczał szarpiąc mnie za nogawkę od spodni.
Zsunąłem się szybko w dół wozu i spojrzałem przez szczelinę. Tak! Nie było żadnych wątpliwości, to byli Niemcy. Hitlerowcy widocznie wcześniej nas rozpoznali, gdyż zatrzymali się raptownie i z czołgowego wozu wyskoczył uzbrojony Niemiec. Zanim zdążyłem się zorientować, ten przyklęknął i wygarnął do nas serię z pistoletu maszynowego. Jeszcze nie przebrzmiały gwizdy rykoszetów, a już ze wszystkich wozów poczęli wyskakiwać niemieccy konwojenci i z bronią gotową do strzału ruszyli w naszym kierunku. To wszystko, co zdążyłem jeszcze zauważyć. Błyskawicznie wychyliłem się z wozu i chwyciłem za kolbę Brena. Jednym szybkim ruchem zwolniłem rygle kierunkowe, złożyłem się i pociągnąłem za spust. Karabin zagrał długą serią i świecące pociski pobiegły wprost do celu. Czołowy Niemiec puścił broń, rozkrzyżował ręce i runął na twarz.
Waliłem teraz jak w transie, seria po serii, po znienawidzonych mordach i po zgniłozielonych mundurach. Padali jeden po drugim, ale część z nich gwałtownie zawróciła, dobiegła lasu i znikła wśród drzew. Jeszcze dwie krótkie serie po silnikach i środkowy samochód buchnął płomieniem!
- Ruszaj! - wrzasnąłem w głąb wozu.
Podjechaliśmy bliżej i znów stanęliśmy. Kierowca wyskoczył na drogę, zarepetował Stena i ostrożnie ruszył w kierunku płonących samochodów. Ubezpieczałem go uważnie, gotowy do natychmiastowego otwarcia ognia. Widziałem, jak zagląda do wozów, a następnie z przydrożnego rowu wyciągnął jeszcze 4 Niemców i nie szczędząc im kopniaków, gnał ich pospiesznie ku mnie. Z daleka już krzyczał:
- Panie poruczniku, w samochodach pełno amunicji - musimy wiać!
Wciągnąłem go do Scout-cara i z miejsca ruszyliśmy w boczną drogę, pędząc przed sobą przerażonych Niemców. Był już najwyższy czas! Straszliwy huk targnął powietrzem! Obejrzałem się. Wysoko w górze koziołkowały płonące szczątki samochodów i leciały gdzieś na las i na pola.
Potem wszystko ucichło i znów dobiegł mnie miarowy warkot pracującego silnika. Bezwładnie usunąłem się w dół, na siodełko, starając się opanować rozdygotane ręce i nogi. W żaden sposób nie mogłem uwierzyć w to, co się przed chwilą stało! Przecież nigdy przedtem, ani też potem, nie potrafiłem tak sprawnie manipulować bronią maszynową, jak to miało miejsce przed chwilą! A przecież najmniejsze nawet zacięcie się broni lub zawahanie się w czynnościach mogło nas kosztować życie albo niewolę.
Ukradkiem otarłem spoconą twarz i pogrążyłem się w szczerej, dziękczynnej modlitwie.
Przed nami śmiesznie podrygiwały wytłuszczone tyłki hitlerowskich żołdaków.


Samochód zatrzymał się na tyłach w lesie, który wczoraj obserwowaliśmy na prawo od trybun. Wszystko zostało zamaskowane i rozłożyliśmy się drużynami w krzakach. Cały czas utrzymywałem łączność radiową z każdą drużyną. Nadporucznik Tornyai i nadporucznik Plinta zachowywali się jak zazwyczaj - spokojnie, a nasz dowódca, jak zwykle wykrzykiwał rozkazy z obłędem w oczach. Zdaje się, że mój spokój rozwścieczał go jeszcze bardziej, bo co chwila wydawał mi nonsensowne polecenia. W pewnym momencie, zamiast trzymać mnie przy sobie, kazał mi malować mapę lasku przed nami. Z miejsca, w którym miałem szkicować nic nie było widać, a teren, który miałem uwiecznić, nie miał nic wspólnego z polem walki i naszym zadaniem. Nie zdążyłem się pogrążyć w ogromie bezsensu tego rozkazu, gdy otrzymaliśmy sygnał do ataku. Pobiegłem do dowódcy. Polecił mi nawiązać łączność z drużynami. Trzecia - kaprala Bila, znowu się nie zgłaszała. Porucznikowi pot wystąpił na czoło i wywrzeszczał do mnie rozkaz ściągnięcia brakującej drużyny na miejsce zbiórki. Pobiegłem do kępki krzaków, gdzie rozmieszczona była trzecia drużyna. Zamaskowali się tak dobrze i wyizolowali z otoczenia tak doskonale, że wszyscy trzymali się z daleka od radiostacji, a odbiornik wyłączyli. Teraz ja się nieco zdenerwowałem, bo płaciłem za ich niedbałość.
Marsz, który mieliśmy wykonać, aby się dostać do okopów, należało przeprowadzić skrycie i szybko. W lesie było kilka dróg biegnących w niedużej odległości od siebie. Porucznika zawiódł widać dowódczy instynkt, bo wybrał niewłaściwą, na szczęście biegnącą niedaleko od tej dobrej. Posuwaliśmy się w ugrupowaniu przedbojowym, czyli drużyny w rzędach za swoimi dowódcami. Gdzieś po lewej musiały być nasze stanowiska ogniowe i idąc wypatrywaliśmy ich niecierpliwie. Bardzo szybki marsz po nierównym terenie zmęczył nas nieznacznie, ale mógł to być wystarczający wysiłek, aby spowodować błędy w celowaniu - tego się wszyscy obawiali. W miarę zbliżania się do miejsca, gdzie mogły być nasze stanowiska, zdenerwowanie porucznika osiągało momenty szczytowe i zapomniał on w pewnej chwili, że nagle znaleźliśmy się w otwartym terenie. Zgubiliśmy się i minęliśmy nasze okopy! Mieliśmy je teraz około 50-100 metrów z tyłu w lewo! Gdyby to miało miejsce w czasie wojny, wyszlibyśmy prosto na karabiny maszynowe przeciwnika, gdyż coś takiego jak czujka nie istniało praktycznie w naszym plutonie. Wystarczyłby jeden dobrze wycelowany granat, żeby posuwający się ciasno w ugrupowaniu przedbojowym pluton, zniszczyć doszczętnie. Porucznik zrozumiał swój błąd i zaczęliśmy się cofać do wyznaczonych pozycji. Mieliśmy nadzieję, że nikt z trybuny nie widział naszego wspaniałego wyczynu, i że mamy jeszcze czas do podniesienia tarcz.
Wreszcie trafiliśmy na umocnienia. Pluton rozmieścił się w okopach, porucznik polecił załadować amunicję. Wrzaskom nie było końca, chociaż słowa samokrytyki wygasił przygasłym tonem. Nawet gdybym przywiązywał wagę do tego, którędy idziemy, nie zwróciłbym uwagi Jaroniowi, nie chcąc się narażać na kolejne porcje decybeli.

Siedzimy w okopach: po lewej Węgrzy, po prawej Słowacy. Czekamy. Pierwsza seria celi na przedpolu zniszczona. Jak dotąd strzelali tylko celowniczy karabinów maszynowych i strzelec wyborowy, który ma stanowisko pięć metrów ode mnie. Do tej pory sylwetki żołnierzy ukazywały się na dystansie 600-800 metrów, teraz cele wstaną na dystansie pół kilometra i cały pluton otworzy ogień. Pole widzenia w sektorze polskim jest dobre: łagodne pagórki, wysoka trawa. Teraz cieli będzie o wiele więcej, a żołnierze różnie strzelają. Porucznik szaleje, biega jak kot z pęcherzem po całej linii okopu. Wydziera się na strzelca wyborowego i najbliższego celowniczego karabinu maszynowego. Daje w ten sposób do zrozumienia, że oni mają najcelniejszą broń i powinni uzupełniać pozostałych. Jaroń ma jak zwykle paranoję w oczach. Zachowuje się, jakby całe jego życie miało zależeć od kilku strzałów. Być może tak mu powiedzieli przełożeni. Niestety jego szaleństwo udziela się strzelcom, a przy mierzeniu potrzebny jest spokój i on to powinien wiedzieć. Chwilowo wrzaski przełożonego nie przeszkadzają mi. Obserwuję przedpole przez lornetkę. Prawą rękę trzymam na przycisku w słuchawce radiotelefonu. Ponieważ mój dowódca przedkłada wyniszczanie psychiczne siebie i innych ponad skoncentrowanie nad zadaniem, być może będę musiał przejąć dowodzenie.
Ręka poci mi się na słuchawce. Tarcze wstaną tylko na dwie minuty. Będą się podnosić bardzo powoli, aby nie stworzyć wrażenia ruchu i nie ułatwić żołnierzom zadania. Sylwetki biegnącego przeciwnika mają kolor bardzo zbliżony do otoczenia i niektóre maskują się doskonale w trawie.
Lecą minuty. Czuję jak nogi drętwieją mi od przebywania w niewygodnej pozycji. Przelatuję wzrokiem z lewego skrzydła na prawe i z powrotem. Jest gorąco. Oczy męczą się, ale w tej chwili nie wolno mi odpocząć. Ode mnie może zależeć wykonanie zadania. Mam świadomość, że kilometr za moimi plecami znajduje się trybuna pełna generałów i zagranicznych obserwatorów. To my jesteśmy wystawieni na pokaz. Porucznik przemyka mi za plecami. Czuję jego opętańczy wzrok na sobie. Nie wydziera się na mnie. Grzebie coś przy karabinie maszynowym celowniczego pierwszej drużyny. Nie jest to odpowiednia chwila. Rzucam na moment wzrokiem na nadporucznika Plintę, który utrzymuje łączność z dowódcą kompanii. Jest zupełnie spokojny, może trochę napięty. Pewnie dlatego, że głos Tornyai słychać w słuchawce bardzo słabo.
Wracam do obserwacji. Są! Powolutku na lewym skrzydle podnoszą się dwie tarcze. Czas zaczyna uciekać. Naciskam przycisk radiotelefonu.
- Jedynka, dwójka, trójka, tu pięćset! Ognia! - krzyczę tak, aby strzelcy obok mogli słyszeć rozkaz natychmiast.
- Jedynka, zrozumiałem!
- Dwójka zrozumiałem!
Dowódcy drużyn potwierdzają rozkaz. Trzaski w słuchawce.
- Trójka, zrozumiałem.
Kapral Bil - dowódca trzeciej drużyny znowu melduje się z opóźnieniem, a przecież jego zadanie jest najtrudniejsze, bo ma zniszczyć kilka celi z sektora plutonu słowackiego. My widzimy te tarcze lepiej niż pluton słowacki, a liczy się wykonanie zadania całej kompanii.
Potworny huk. Najpierw karabin maszynowy, potem dwadzieścia kilka Kałasznikowów rozpoczyna prowadzenie ognia. Ogłuszający hałas. Trafione tarcze kładą się co jakiś czas. Obserwuję uważnie te, które pozostały. Żołnierze obok denerwują się. Jedna tarcza nie chce się położyć. Kilku twierdzi, że widziało, jak została trafiona. Powstaje konsternacja. Porucznik patrzy na strzelców, jakby im nie dowierzał. Myśli o czymś intensywnie. Znowu porywa lornetkę i obserwuje przedpole. Potem biegnie do strzelca wyborowego i karze mu się skoncentrować na tej tarczy. Tamten znowu mówi, że już ją musiał trafić kilka razy. Zauważam, że dwie tarcze lekko na lewym skrzydle nie kładą się. Nie wiem dlaczego. Czyżby ich nie widzieli? Znowu chwytam za słuchawkę.
- Jedynka, dwójka, trójka, tu pięćset! Dwa cele na lewym skrzydle! Zniszczyć!!
Po kilkudziesięciu sekundach, które wydają się minutami, wszystkie tarcze znikają. Nie wiemy, jaki jest rezultat ognia. Słyszę głos dowódcy kompanii w słuchawce npor. Plinty. Zanim rozkaz zostaje przetłumaczony na polski, podaję komendę: “Przerwać ogień!”
Zadanie skończone. Żołnierze zbierają łuski! Porucznik przegląda broń! Wycofujemy się z umocnień. Wracamy pomału na początek ćwiczenia. Okazuje się, że wykonaliśmy zadanie na piątkę. Nie została zniszczona tylko jedna mało istotna sylwetka. Najgorzej wypadł pluton słowacki. Najlepsi byli Ukraińcy, ale oni mają trzech strzelców z karabinami snajperskimi w plutonie, a my tylko jednego.

SEC 11 (219-223)

Wraz ze świtem osłabł ogień nieprzyjaciela i ustała aktywność patrolowa. Domyślaliśmy się, że Niemcy po całonocnym i intensywnym rozpoznaniu ruszą do decydującego uderzenia na "Maczugę". I nie myliliśmy się wcale. Około godz. 10.00 zerwał się huraganowy ogień i wkrótce wysunięta 4 kompania kpt. Jaworskiego poczęła odchodzić do tyłu. Niemcy widząc wycofujących się naszych żołnierzy, nabrali animuszu i hurmem ruszyli do przodu.
Na to właśnie czekaliśmy! Odsłoniły się zamaskowane lufy dział i karabinów maszynowych i plunęły ogniem prosto w twarz nacierającego wroga. Złamały się gęste tyraliery i przypadły do ziemi, by za chwilę znów ruszyć do szturmu. Ale morderczy ogień kosił bezlitośnie i w końcu zmusił ich do kapitulacji. Pozostawiając rannych i zabitych odskoczyli do tyłu i znikli za horyzontem.
Natarcie zostało odrzucone! Niemcy pomimo ciężkich strat nie zrezygnowali jednak z zamierzonego celu i jeszcze tego samego dnia po południu dwukrotnie atakowali i dwukrotnie zostali zmuszeni do odwrotu.
Pod wieczór na naszym odcinku zapanował względny spokój. Wobec tego dowódca zgrupowania "Maczuga", ppłk. Szydłowski, przerzucił wspierające nas czołgi na odcinek wzgórza 252, gdzie Batalion Strzelców Podhalańskich toczył zażarte boje o utrzymanie swoich pozycji. Ale ta pozorna cisza w naszym sektorze nie trwała zbyt długo. Wyrzucone na przedpole włansne patrole doniosły, że nieprzyjaciel gromadzi poważne ilości czołgów i piechoty do nowego uderzenia. Wszystko wskazywało na to, że Niemcy jeszcze przed zapadnięciem zmroku ruszą do jeszcze jednego, rozpaczliwego ataku. Tymczasem byliśmy już u kresu wytrzymałości. Omdlewały od wysiłku żołnierskie ręce, a głód, pragnienie i brak amunicji począł nadżerać żelazną wolę wytrwania. Jakby na dobitkę zerwała się jeszcze łączność z dowódcą zgrupowania i wszystkie próby ponownego jej nawiązania nie dawały żadnych rezultatów. W tej sytuacji dowódca batalionu polecił mi nawiązać osobisty kontakt z ppłk. Szydłowskim i przedstawić mu powstałe położenie oraz zażądać natychmiastowego wsparcia broni pancernej. Czas naglił i dlatego bezzwłocznie ruszyłem na przełaj w kierunku 252. Ale nie ubiegłem jeszcze kilkunastu metrów, gdy niespodziewanie zwalił się na mnie grad pocisków artyleryjskich i moździerzowych. Przypadłem do ziemi i zaraz po pierwszej serii zerwałem się do ponownego biegu, ale prawie natychmiast nowe wybuchy zwaliły mnie z nóg i zmuisły do szukania schronienia. Rozpaczliwie rozglądałem się wokoło i w końcu przez dymy dojrzałem charakterystyczny kopczyk strzeleckiego dołka. Poderwałem się z ziemi. Jednym skokiem dopadłem schronu i skoczyłem w dół! Od razu poczułem, że nie jestem sam i że tuż obok mnie leży podobny amator. Zrobiło mi się jakoś raźniej i lżej, toteż zaraz odezwałem się do swojego współtowarzysza:
- No, ale cholery walą! Co kolego?
- Żeby nie ten dołek, to byłoby z nami gorzej, prawda?
Mój sąsiad widocznie nie miał chętki na pogaduszki, gdyż nie odpowiadał. Odwróciłem się w jego stronę i spojrzałem. Leżał odwrócony do mnie tyłem i ani drgnął. Zaniepokojony, chwyciłem go za odrzuconą w tył rękę i... wtedy zrozumiałem wszystko! Mój towarzysz już dawno nie żył! Poczłem się jakoś dziwnie i nieswojo, ale nie miałem innego wyjścia i musiałem u jego boku przeczekać jeszcze jedną, kolejną nawałę. Potem wdrapałem się z dołka i jak opętany pognałem wprost przed siebie, aż wreszcie znalazłem się wśród czołgów 2 Pułku Pancernego.
Wkrótce też odnalazłem ppłk. Szydłowskiego i przedstawiłem mu żądania mojego dowódcy. Pułkownik długo wahał się i zastanawiał, aż w końcu wydzielił szwadron czołgów ppor. Żarskiego i polecił mi przeprowadzić go na stanowiska 8 Batalionu Strzelców. Był to już najwyższy czas, gdyż z rejonu 262 dochodziła nas gwałtowna kanonada. Wskoczyłem na czołg dowódcy i najkrótszą drogą poprzez zagajnik pognaliśmy na jego wschodni skraj. Po kilku minutach szalonej jazdy byliśmy już na miejscu i oto, co zobaczyliśmy.
W rejonie punktu obserwacyjnego dowódcy batalionu płonęły 2 niemieckie czołgi obwieszone trupami postrzelanych załóg. Ze wzgórza odchodziły w dół luźne grupy niemieckiej piechoty, wśród których z przerażeniem dostrzegliśmy wzniesione ramiona polskich żołnierzy!
Szwadron Żarskiego ruszył do ataku, a ja zeskoczyłem na ziemię i pełen złych przeczuć pobiegłem w kierunku dowództwa. Za chwilę byłem już na miejscu! W rowie strzeleckim siedział ppłk. Nowaczyński i z całym spokojem rozwijał opatrunek osobisty. Z przestrzelonego ucha ciekła mu krew i po koszuli spływała wprost na rozłożony na kolanach mapnik. Tuż obok niego stał oficer informacyjny ppor. Giergiel i chusteczką starał się zatamować broczącą mu z brody krew. Wskoczyłem do rowu chcąc pomóc rannym, ale pułkownik powstrzymał mnie ręką i nakazał mi udać się na przedpole i tam zorganizować ewakuację rannych i zabitych. Zasalutowałem i wdrapałem się na przedpiersie. Około 50 metrów w przodzie, tuż obok palącego się Mark IV natknąłem się na zwłoki pchor. Konstantego, który granatem starał się ocalić zagrożonego dowódcę. Nie doszedł i zginął bohaterską śmiercią.
Poszedłem dalej i wkrótce dojrzałem grupę żołnierzy niosących rannych kolegów. Był to dowódca moździerzy ppor. Marcinkiewicz i jego drużyna dowodzenia, którzy zdrowi i cali wracali z krótkiej, bo zaledwie kilkanaście minut trwającej niewoli. Odbił ich szwadron ppor. Żarskiego. Jak się potem okazało, Niemcy zaskoczyli ich na stanowisku obserwacyjnym. Wracali teraz wolni i szczęśliwi, zbierając po drodze rannych towarzyszy.
Nocą pogrzebaliśmy poległych, a następnego dnia o świcie odnalazłem i pochowałem strzelca Stanisława Sowę, który wczoraj udzielił mi bezpiecznego schronienia w swym tymczasowym grobie.
Tego samego dnia około południa nawiązaliśmy łączność z idącą nam na odsiecz 4 Kanadyjską Dyw. Pancerną. Jednocześnie 10 Pułk Strzelców Konnych wszedł w kontakt z nacierającymi od zachodu wojskami amerykańskimi.
Worek po Falaise został zamknięty! Na "Maczudze" zapanowała cisza.
Rankiem 22 sierpnia odwiedził nasze zgrupowanie gen. Maczek w towarzystwie dowódcy i oficerów 4 Kanadyjskiej Dywizji Pancernej. Jeszcze raz stanęliśmy nad grobami poległych i oddaliśmy ostatni hołd bohaterskim obrońcom "Maczugi". Potem dowódca klonowego liścia przeglądając pole bitwy powiedział:
- It was a splendid bloody work of the "Bloody Shirts" /To była wspaniała krwawa robota Krwawych Koszul/.
I od tej chwili, aż do zakończenia działań wojennych nie nazywano nas inaczej jak "Batalionem Krwawych Koszul". W kilka dni potem gen. Montgomery uroczyście oświadczył:
- Zamknęliśmy Niemców w butelce, a korkiem do tej butelki była bohaterska 1 Polska Dywizja Pancerna.


Następnego dnia mieliśmy pokonywać “Drogę Rambo”. Było to coś w rodzaju toru przeszkód, jaki znajduje się w każdej jednostce z tym, że o wiele trudniejszy. Straszono nas tym zadaniem już w Polsce, a potem na Słowacji wszyscy o tym mówili. Nasz pluton miał pokonywać tor jako ostatni i opowiadano nam, że dotąd żaden z poprzednich pododdziałów nie przeszedł go bezbłędnie. Żołnierze “wysiadali” zwłaszcza na przeszkodzie z kilkunastometrową pojedynczą liną, po której trzeba było przejść nad przeszkodą wodną. Nie zdarzyło się, żeby kilku żołnierzy nie wykąpało się w basenie wykopanym pod liną. Silni, ale zbyt masywnie zbudowani Węgrzy, którzy spisywali się doskonale w zawodach w przeciąganiu liny, tutaj nie wytrzymywali wysiłku i wpadali do wody jak śliwki w kompot. Skąpało się też kilku dobrze wyszkolonych Ukraińców i Czechów. Słowacy trenowali wielokrotnie przejście przez przeszkody, a więc dla nich nie była to żadna próba. Pokonanie toru, który się zna i działa na nim mechanicznie, nie myśląc ani nie analizując trudności, w ogóle nie jest miarodajne. Na polu walki mogą się przecież zdarzyć bardzo różne przeszkody i powodzenie akcji będzie zależało nie tylko od siły w mięśniach, lecz głównie od umiejętności odpowiedniego podejścia do przeszkody, od myślenia i wyobraźni. Fragmenty budynków na “Drodze Rambo”, liny, drabinki i wykopy wcale nie wyglądały strasznie, dopóki nie zaczęło się po nich przechodzić. Dwa dni wcześniej, gdy rozbudowywaliśmy na wzgórzu obóz ONZ, mieliśmy szansę obserwować przez lornetkę ten właśnie tor przeszkód. Osiemset metrowa ścieżka z rozmaitymi atrakcjami zrobiła na nas wrażenie i prawie każdy spekulował nad możliwościami pokonania jej, chociaż nie wszystkie przeszkody były dobrze widoczne.
Kiedy wieziono nas wojskową Tatrą na miejsce próby, czułem, że żołnierze denerwują się trochę. Mnie także udzieliło się to podniecenie, ale nie byłem ani trochę zdenerwowany czy napięty. Cieszyłem się, że nie jest nudno i że popołudnie jest ciepłe i pogodne jak wczoraj. Zastanawiałem się, czy i ja będę musiał pokonywać “Drogę Rambo”. Po moich popisach w braku sprawności fizycznej porucznik patrzył na mnie ze strachem, gdy chodziło o jakieś zajęcia sportowe. Poza tym wiedział o mojej kontuzji. Problem skomplikował się zapewne, gdy jadąc ciężarówką na miejsce zawodów dowiedzieliśmy się, że major z Krakowa założył się o dużo wódki z jakimś słowackim majorem, że żaden z naszych nie wpadnie do wody. Tak więc biorąc pod uwagę ogólną niezłą sprawność fizyczną chłopaków z plutonu, mogłem zostać przyczyną sporego zamieszania. Zastanawiałem się nad kwestią mojej przynależności do plutonu. W Polsce nie należałem do składu tego pododdziału, ale tutaj byłem jego ważnym elementem. Jeśli zakład szedł o wszystkich, to i ja także się liczyłem.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem była reanimacyjna karetka pogotowia. “Będzie fajnie” - pomyślałem wtedy.
Wyskoczyliśmy z ciężarówki i pod przewodnictwem słowackiego oficera zapoznaliśmy się z poszczególnymi przeszkodami. W tym samym czasie dwóch żołnierzy słowackich demonstrowało praktycznie pokonanie każdego elementu. Gdy przy końcu podeszliśmy do legendarnej pojedynczej liny, zbliżył się do nas nasz major z Krakowa.
- Tylko się spiszcie! Idą tu o was zakłady - zwrócił się do ogółu. W jego głosie mało było prośby, dużo rozkazu i coś w rodzaju groźby.
“Błąd” - pomyślałem. - “Mam nadzieję, że się zemści”.
Zauważyłem, że do głębokiego dołu podłączony został gruby gumowy wąż z wodą, a w basenie pływało kilka opon samochodowych.
- Pan major - powiedział nasz hazardzista wskazując na Słowaka - napuścił jeszcze wody. Teraz jest po szyję. Jeśli ktoś wpadnie, to będzie się cały suszył.
Obejrzałem uważnie kilkunastometrową, cienką linkę zawieszoną pomiędzy dwoma trzymetrowymi słupami. Chcąc być pewnym zwycięstwa nasz major pokazał nam łatwą technikę pokonywania przeszkody. Polegała ona na podczepieniu się do liny na pasie wojskowym. W ten sposób można było przejść całą drogę prawie bez wysiłku. Kłopotliwe wydawało się tylko odpięcie pasa na końcu, gdyż nie było gdzie oprzeć nóg w czasie wypinania (zluzowania pasa z kolei nie dało się wykonać przy użyciu jednej ręki). Słowaccy żołnierze zademonstrowali dwie techniki: łatwiejszą i trudniejszą. Trudniejsza wymagała niewiele wysiłku, ponieważ polegała na pokonaniu liny leżąc na niej na brzuchu. Niestety, nie wprawionemu żołnierzowi trudno byłoby utrzymać równowagę na cienkim przewodzie i gdyby ją stracił znalazłby się automatycznie po liną wisząc tylko na rękach, a w takiej pozycji można by było wytrzymać tylko kilkadziesiąt sekund, a potem “plum”. Łatwiejsza technika polegała na przejściu pod liną w zwisie, w ten sposób, że na zaplecionych butach utrzymywałyby się nogi, a ręce ciągnęłyby resztę tułowia do przodu. Wymagało to większego wysiłku, ale było pewniejsze zakładając, że nogi zostaną dobrze splecione, no i miało się trochę siły. W przeciwnym razie można było zostać na samych rękach i oczywiście “plum” do wody. Przejście na samych rękach było praktycznie niemożliwe.
Major raz jeszcze dał do zrozumienia, że najważniejszą jest ta właśnie przeszkoda i ruszyliśmy omawiać następną. W trakcie pokazu żołnierze z napięciem obserwowali demonstrację i objaśnienia dotyczące techniki. Obserwując popisy Słowaków pomyślałem, że pokonam ten tor, choćbym miał wisieć na stalowej linie trzymając się przez tydzień zębami, ze szczęką podwiązaną pasem wojskowym. Poza tą refleksją nic nie przychodziło mi do głowy i przestałem się emocjonować perspektywą jakiegokolwiek działania.
Po omówieniu całości toru wróciliśmy na start. Porucznik polecił zostawić wszystkie rzeczy mogące wypaść z kieszeni, w jednym miejscu. Któryś z żołnierzy wyraził obawę przed kradzieżą.
- Pan podchorąży zostaje, nic nie zginie.
Porucznik wskazał mi miejsce siedzące obok karetki pogotowia. Gdy żołnierze kładli obok mnie swoje skarby w postaci pieniędzy, odznak falowych i dokumentów, osiągałem idealny stan spokoju ducha i zapatrzony w malowniczą krainę przede mną wyłączyłem się z otoczenia. Tor miałem z głowy. Porucznik także odetchnął z ulgą.
Tymczasem pierwsza dwójka przygotowywała się do startu.


Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Pią Paź 30, 2009 10:27 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 05 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pon Gru 05, 2016 3:20 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Weteran Forum


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 900

PostWysłany: Pią Paź 30, 2009 10:18 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

SEC 12 (259 - 261)

Wieczorem dnia 25 października batalion nasz został postawiony w stan gotowości marszowej i jeszcze tej samej nocy oderwaliśmy się od przeciwnika, aby z rejonu M. Maerle wykonać zaskoczeniowy manewr oskrzydlający na Osterwijk i Gilze. Zadanie to było o tyle trudne, że zmuszeni byliśmy posuwać się wąskimi leśnymi drogami, bronionymi przez liczne oddziały opóźniające oraz gęste pola minowe i zasadzki. Pomimo to, o świcie wyszliśmy na szeroki, bity trakt prowadzący w kierunku na Osterwijk. Tutaj otrzymałem polecenie od ppłk. Nowaczńskiego ubezpieczyć marsz batalionu z kierunku wschodniego. Aby wykonać powierzone mi zadania musiałem zejść z kompanią z traktu i uchwycić lizjerę lasu, leżącą w odległości około 800 m od drogi. Wyznaczyłem więc szpicę i na jej czele skręciłem przez pola ku lasowi. Resztę kompanii gęsiego, miał poprowadzić ppor. Rulke.
Nie uszedłem jeszcze i 200 m, gdy nagle tuż za mną rozległa się gwałtowna detonacja. Runąłem plackiem na ziemię i obejrzałem się do tyłu. W rozpływającym się dymie i pyle dojrzałem klęczącego ppor. Rulke, a tuż obok niego wijącego się w bólach jakiegoś strzelca. Natychmiast zrozumiałem, że wpakowałem się na pola minowe. Na szczęście, jedynie tylko szpica i część 1 plutonu znajdowała się w zagrożeniu, reszta natomiast kompanii nie opuściła jeszcze traktu.
- Wszyscy pozostać na miejscu! - wrzasnąłem, po czym uniosłem się na nogi i po słabo widocznych śladach ostrożnie ruszyłem w kierunku rannego strzelca. Miał urwaną stopę w okolicy kostki i obficie broczył krwią. Dłuższe więc pozostawienie go na polu groziło wykrwawieniem i niechybną śmiercią. Musiałem działać szybko i zdecydowanie. Podwiązałem mu nogę paskiem powyżej kolana i poleciłem odnieść go do traktu najbliższym dwóm strzelcom. Nikt się jednak nie ruszył i tylko wszyscy patrzyli na mnie dziwnie przerażonym i pytającym wzrokiem. Zrozumiałem. Przecież byliśmy na polu minowym i to nikt inny, tylko właśnie ja, jako dowódca miałem obowiązek przeprowadzić ich w bezpieczne miejsce.
Chwilę walczyłem z ogarniającym mnie lękiem, a potem wolno, ale zdecydowanie ruszyłem ku traktowi. W bezpiecznej odległości za mną szli strzelcy niosący rannego. Każdy krok był dla ssmnie męką i każde stąpnięcie drogą, z której nie będzie powrotu. Rozdygotany i zlany potem szedłem jednak wciąż naprzód i naprzód.
Jak przez mgłę widziałem zgromadzonych na drodze kolegów, którzy wraz z dowódcą batalionu z napięciem śledzili każdy mój krok i każde poruszenie.
Jeszcze 30 metrów, jeszcze 20, jeszcze 10... i wpadłem w otwarte ramiona towarzyszy broni. Obejrzałem się! Strzelcy niosący rannego dochodzili już do drogi, a za nimi gęsiego szła powoli reszta szpicy i 1 plutonu. Jeszcze chwila i wszyscy byliśmy razem - szczęśliwi i rozradowani.
Kolumna ruszyła spokojnie naprzód, ale ja jeszcze długo potem nie mogłem opanować roztrzęsionych nerwów i jeszcze długo prześladowała mnie wizja minowego pola.

- Panie podchorąży, a pan? - major Ozon spogląda na mnie w napięciu, trzymając w rękach kamerę wideo.
- Ja? - spoglądam na dowódcę niczym na bajkową postać, która nie może być realna.
- Pan nie należy do składu plutonu? Jak wszyscy to wszyscy!
Bez zdenerwowania, nie patrząc na nikogo wstaję i zajmuję miejsce na końcu kolejki. Żołnierze patrzą na mnie zaciekawieni. Jaroń blednie i popada w zwątpienie. Już nie pamiętam, kiedy go widziałem bez papierosa. Pewnie czuje nadchodzącą katastrofę. Dowódca wydaje się jakby bardziej zrezygnowany niż zdenerwowany.
Odpinam od pasa pistolet i kładę go obok innych rzeczy. “Przydałby się karabin” - myślę. Ratuje mnie z opresji jeden z żołnierzy, znany ze złośliwych żartów.
- Panie chorąży, a może karabin? - żołnierz uśmiecha się zjadliwie do mnie i do porucznika.
- Nie chorąży, tylko podchorąży. Proszę mi nie ubliżać od chorążych - odpowiadam uśmiechając się do załamanego porucznika. - Dawaj!
Biorę Kałasznikowa i przygotowuję się wraz z partnerem z drugiego toru do startu.
Siedzimy w okopie. Obserwujemy przedpole. Start. Podrywam karabin, przebiegam kilka metrów i dostaję się do wąskiego tunelu o długości piętnastu metrów. Czołgam się do wyjścia. Wskakuję do okopu z tyłu tunelu. Składam się do strzału do manekina w oknie budynku. Wyskakuję z okopu i podbiegam do piętrowego domku. Chowam się za rogiem, wrzucam granat do środka. Czekam na eksplozję, wbiegam do środka i strzelam. Następnie wspinam się po belce na piętro. Spoglądam z okna w dół i przypomina mi się zdjęcie rentgenowskie mojego kręgosłupa. Skok. Ląduję przewracając się do przodu. Ból w kostkach. Wszystko w porządku, aż trudno uwierzyć. Wstaję i biegnę w kierunku zasieków z drutu. Kładę się na ziemi i czołgam pod polem z drutu kolczastego. Zrywam się z ziemi i biegnę do manekina, którego uderzam kolbą karabinu. Dalej biegiem do kolejnego piętrowego budynku. Wspinam się na piętro po linie. Na górze składam się do strzału z okna. Znajdujący się tam słowacki instruktor klepie mnie po ramieniu. Czuję, że nie mogę złapać oddechu - organizm nie ma wydolności. Zabawa w szpital i reszta ma swój rezultat. Zniszczony organizm odmawia wysiłku. Schodzę po linie z drugiej strony budynku, skaczę na ziemię i biegnę w kierunku drugiego manekina. Atakuję go pchnięciem bagnetem. Teraz pierwsza poważna przeszkoda - most dwulinowy na wysokości trzech metrów. Trzeba się posuwać nogami po dolnej linie trzymając się rękami górnej. Nie wolno się odchylić do tyłu, bo wtedy nogi stracą oparcie i zostaną tylko ręce, a na nich można wytrzymać tylko chwil. Niejeden nieuważny poleciał na ziemię.
Pokonuję most linowy powoli i bardzo uważnie, zeskakuję na dół i biegnę w kierunku pola minowego. Nie wiem dlaczego jeszcze jestem w stanie się pochylić. Jest to dla mnie niezrozumiałe i graniczy z cudem. Oddycham z trudnością i czuję ból w plecach. Dobiegam do kilkunastu sznurków rozpiętych co kilkadziesiąt centymetrów. Na końcu każdego sznurka jest granat dymny symbolizujący minę. Zawadzenie w biegu o sznurek uruchamia minę. Przeskakując pomiędzy naciągami zauważam kątem oka smugi dymu. Mój partner “wyleciał” dwa razy w powietrze. Biegnę dalej do pionowej ściany z oknem. Kryję się chwilę, po czym wspinam do okna i przechodzę na drugą stronę. Musi to wyglądać niezdarnie, bo brak mi tchu. Nierówny oddech, organizm domaga się tlenu, ruchy robią się kulawe. Coraz trudniej myśleć, bo tętno rozwala mi głowę.

SEC 13 (265-267)

Gdzieś około godziny ósmej zameldowano mi, że boczną uliczką zbliża się w naszym kierunku niemiecki łazik wraz z kuchnią polową. Zdziwiony podbiegłem do skrzyżowania i spojrzałem w głąb ulicy.
Rzeczywiście! Środkiem jezdni zbliżał się powoli niemiecki wóz terenowy, a tuż za nim dymiąca jeszcze kuchnia. Rozkazałem wszystkim ukryć się w bramach i czekać na mój znak. Pojazdy zbliżały się wolniutko i wreszcie podeszły na naszą wysokość. Wyskoczyłem z bramy z okrzykiem "Halt!" Zapiszczały hamulce i wozy gwałtownie zatrzymały się. Można sobie wyobrazić głupie miny Niemców, gdy tak nagle i niespodziewanie znaleźli się w otoczeniu mundurów z napisami "Poland". Przerażeni rozglądali się chwilę, a potem jak na komendę zerwali się z miejsc i podnieśli ręce ku górze. W oka mgnieniu porwały ich dziesiątki ramion i brutalnie wywlekły na jezdnię.
- Ich bin Oficer! Ich bin Oficer! - krzyczeli, jakby te słowa miały mieć jakieś magiczne znaczenie.
Niemiecki major i kapitan SS nie potrafili tym razem utrzymać nerwów na wodzy i trzęśli się jak w febrze. Przez tłumacza dowiedziałem się, że jechali na inspekcję oddziałów rozlokowanych na południowym skraju Bredy i przy okazji zabrali ze sobą kuchnię. Oczywiście nie omieszkałem poinformować ich, że to ich oddziały zostały już doszczętnie zniszczone i że obiad dla umarłych nie jest już potrzebny. Spoglądali na siebie, jakby nie mogli tego zrozumieć i nagle zażądali, aby ich odprowadzić do angielskich władz wojskowych. Zadrgała mi ręka na taką bezczelność, ale w porę zdołałem się opanować i z całym spokojem oświadczyłem im, że nie widzę najmniejszej potrzeby kontaktowania ich z Anglikami, ponieważ "polscy bandyci" mają szczególne prawo sądzenia Niemców na miejscu! Lepiej będzie, dodałem na zakończenie, aby pomodlili się do swojego niemieckiego Boga!
Z ogromną satysfakcją popatrzyłem jeszcze raz na te pobladłe z przerażenia niemieckie mordy, po czym odszedłem do drugiej grupki jeńców, gdzie moi strzelcy musztrowali już kierowcę i kucharzy. Ci ostatni, ubrani w białe kitle, zabierali się do wydawania obiadu polskim żołnierzom. Szef kompanii sierż. Wacnik jako pierwszy zakosztował galot-zupki i autorytatywnie stwierdził, że nie nadaje się ona do jedzenia i że nawet świnie pozdychałyby od takiej lury. Wobec tego cała zawartość kotłów poszła do rynsztoku, a kuchcikom dostało się trochę szturchańców za niedostateczną staranność. Potem ubrano ich w angielskie hełmy i kazano im wznosić okrzyki na cześć Polski i na pohybel Hitlerowi. Robili to z ogromną ochotą i entuzjazmem, gdyż zdawali sobie sprawę z tego, że ta przeklęta wojna skończyła się dla nich raz na zawsze.
Zanosiliśmy się od śmiechu i chociaż na chwilę zapomnieliśmy, gdzie jesteśmy i co tutaj robimy.


Ławka zawieszona na łańcuchach to klasyczna przeszkoda. Wskakując na nią stwierdzam z osłupieniem, że jest dwa razy węższa od tej, którą pokonywało się z łatwością w Poznaniu. Z najwyższym wysiłkiem utrzymuję się na kolebiącym się kawale drewna i zeskakuję po drugiej stronie. Znowu zasieki. Podbiegam do wysokiego płotu z drutu kolczastego. Technika dowolna, więc chwytam leżącą obok drewnianą kładkę i rzucam na zasieki. Cofam się, biorę rozpęd. Żeby tylko nie zawadzić nogą o druty, bo koniec. Wbiegam na kładkę. Skok i jestem po drugiej stronie. Głęboki wykop, w środku błoto po kolana. Wskakuję do okopu i ślizgam się po glinie. Wreszcie jest moment wytchnienia. Czekamy pół minuty. Daję znak, wyskakujemy z okopu i biegniemy w kierunku manekina. Ponownie atakujemy go karabinami.
Teraz czuję, że będzie koniec. Długa wąziutka, pozioma belka wznosi się lekko do góry, ale jest długa, zbyt długa. Chociaż drgam z wysiłku, balansuję na niej z łatwością. Kiedy dobiegam do końca i patrzę w dół, gdzie muszę zeskoczyć, przeczuwam, że to moja ostatnia przeszkoda w życiu. Przypominam sobie słowa majora, gdy mówił, że wolno ominąć elementy, których nie możemy pokonać, za wyjątkiem wodnych, to znaczy tych, o które jest zakład. Nie cofnąłbym się za nic. Skaczę w dół bez cienia strachu. Znowu chcąc zamortyzować upadek i uniknąć wypadnięcia dysku albo innej ostrej kontuzji, przewracam się po skoku. Wygląda to niezgrabnie, ale przetrzymuję skok na twardy grunt. Biegnę do poziomej drabinki na wysokości. Muszę zwisając pod szczeblami pokonać dystans kilku metrów tylko samymi przechwytami rąk. Wymaga to techniki i równego tempa przeskoków. Jestem już bardzo zmęczony. Radość z powodu tego, że w ogóle jeszcze jestem na nogach powoduje mój błąd. Tracę tempo i spadam z drabinki. Jestem już w polu widzenia zagranicznych gości.

SEC 14 (273-279)

W myśl nałożonego na mnie zadania miałem uchwycić skrzyżowanie toru kolejowego z wałem poprzecznym i tym samym zabezpieczyć wiszące prawe skrzydło przyczółka. Nawiązałem łączność radiową z dowódcą OW kpt. Gryzieckim i szybkim marszem wzdłuż nasypu poszedłem do nakazanego rejonu, gdzie zająłem poniemieckie umocnienie obronne. W dołkach i rowach strzeleckich walały się dziesiątki hitlerowskich trupów, których poleciłem uprzątnąć i zgrupować w jednym leju. Sam wdrapałem się na koronę nasypu kolejowego i spojrzałem w głąb przedpola.
Przede mną roztaczał się zupełnie płaski teren, gęsto poprzecinany rowami wypełnionymi wodą. W głębi horyzont zamykał wysoki poprzeczny nasyp kolejowy.
W okularach lornetki zaobserwowałem 3 przejścia podtorowe, wśród których kręcili się Niemcy. Gdzieś zza nasypu dochodził mnie basowy warkot silników. Bezzwłocznie przekazałem swoje spostrzeżenia dowódcy batalionu sugerując, że albo Niemcy szykują się do odejścia, albo koncentrują się do przeciwdziałania na nasz przyczółek.
Zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że w wypadku tej drugiej alternatywy nie będziemy zdolni odeprzeć zorganizowanego ataku wroga. Nie posiadaliśmy bowiem żadnej broni przeciwpancernej, która mogłaby stawić czoła czołgom i pojazdom opancerzonym. Dlatego też cała moja nadzieja leżała we wsparciu własnej artylerii. Nawiązałem więc łączność z obserwatorem artyleryjskim 2 P. Art. Motorowej. i poprosiłem o przygotowanie szeregu ogni wzbraniających i zaporowych na najbardziej zagrożonych odcinkach i kierunkach.
O godz. 15.00 spadła na nas nagle potężna nawała artyleryjska i moździerzowa. Jednocześnie pod torowymi przejściami poczęły wysypywać się gęste szeregi niemieckiej piechoty wsparte samobieżnymi działami 88 mm. Nie było wątpliwości, że Niemcy rozpoczęli przeciwuderzenie.
Podpełzłem do radiostacji i wrzasnąłem w mikrofon:
- Hallo Maria! Hallo Maria! Tu Maria 2! Tu Maria 2! Niemieckie natarcie wsparte bronią pancerną z rejonu nasypu kolejowego! Położyć ogień wzbraniający Nr 1 i Nr 2. Jeszcze nie zdążyłem usłyszeć odpowiedzi i zakończyć meldunku, a już dziesiątki pocisków z gwizdem poszybowało w kierunku nacierającego wroga. Równocześnie rozszczekały się nasze breny długimi seriami.
Niemcy pod osłoną opancerzonych pojazdów zbliżali się szybko. Rósł i potężniał obustronny ogień i wkrótce w dymach wybuchów mogłem jedynie dojrzeć przysadziste cielska "Ferdynandów". Lufy ich dział raz po raz tryskały ogniem i pociski coraz celniej poczęły razić nasze stanowiska. Coraz częście dochodziły mnie meldunki o rannych i zabitych. Sytuacja nasza z minuty na minutę stawała się coraz bardziej groźna i coraz bardziej krytyczna. Najbardziej wysunięta prawoskrzydłowa drużyna kompanii poczęła odchodzić do tyłu.
Zażądałem ognia zaporowego Nr 3 przed własne stanowiska i wraz z szefem Wacnikiem skoczyłem w kierunku cofających się.
Już wdrapywaliśmy się na szczyt nasypu, gdy nagle jakaś potworna siła poderwała mnie ku górze i rzuciła gdzieś do tyłu...
Straciłem przytomność.

Nie wiem, jak długo pozostawałem w stanie omdlenia. Gdy się ocknąłem, pierwsze co zobaczyłem, to para ludzkich nóg na tle szarego nieba. W głowie rozdzwoniły mi się tysiące dzwonów i zwymiotowałem. Z ust pociekła żółto-zielona żółć i cienką strugą popłynęła po torsie skórzanego serdaka. Odruchowo wytarłem usta wierzchem dłoni i wtedy zobaczłem krew. Zatańczyły ciemne płatki przed oczyma i czułem, że ponownie zemdleję. Ostatnim wysiłkiem rozwarłem powieki i starałem się unieść ku górze. I wtedy zrozumiałem, że wiszące nade mną stop są moją własnością. Powoli rozejrzałem się wokół siebie i niebawem zorientowałem się, że siłą wybuchu zostałem wtłoczony głową w dół, do wysokiego strzeleckiego dołka. Trochę bolesnego wysiłku i wkrótce przybrałem postawę siedzącą, a potem czepiając się ścian usiadłem i uniosłem się na nogi i wyjrzałem. W trójkącie pomiędzy wałem, a torem kolejowym wisiały gęste opary czarnego dymu. Gdzieś w górze szumiały lecące pociski i trzaskały serie cekaemów. Moi żołnierze zniknęli, jakby zapadli się pod ziemię.
- Czyżby wszyscy dostali się do niewoli? - pomyślałem. Z trudem wydostałem się na wierzch i jak oszalały pognałem wzdłuż nasypu. Potem wdrapałem się na wał i ostrożnie wyjrzałem na przedpole.

W odległości 500 m przede mną, pod huraganowym ogniem naszej artylerii, ryła się w ziemię niemiecka piechota. Dwa samobieżnie działa paliły się jaskrawym płomieniem, a dalsze 3 pospiesznie odchodziły do tyłu.
Teraz zrozumiałem, że kompania moja nie wytrzymała naporu wroga i prawdopodobnie odeszła na kanał chroniąc się pod osłoną własnych dział i cekaemów. Nie miałem tutaj nic do roboty. Powoli zsunąłem się z nasypu i ruszyłem w kierunku stanowisk 1 kompanii.
Ale co to...? Gdzieś w pobliżu usłyszałem wyraźny jęk! Wytężyłem słuch i znów gdzieś z lewej strony dobiegło mnie bolesne ciche zawodzenie. Ruszyłem w tym kierunku rozglądając się pilnie i nadsłuchując.
I oto nagle wśród szuwarów szerokiego i wypełnionego wodą rowu, dojrzałem trupio-bladą twarz sierżanta szefa. Podbiegłem do niego i z trudem wywlekłem go na suchy brzeg. Wacnik jęknął boleśnie, potem chwycił się za brzuch i zemdlał. Roztrzęsionymi rękami rozpiąłem mu kurtkę i bluzę i uniosłem sklejony z koszulą swetr. Tuż poniżej pępka, mocno krwawiła głęboka i poszarpana rana. Szybko usunąłem z niej resztki strzępów ubrania i nałożyłem opatrunek osobisty. Do ust wlałem mu resztki posiadanego rumu. Sierżant drgnął i zakrztusił się, po czym uniósł powieki i spojrzał na mnie swoimi niebieskimi oczami. Właśnie chciałem mu powiedzieć coś na pocieszenie, gdy raptem zawyły pociski moździerzowe i poczęły gęsto okładać rejon toru i nasypu. Natychmiast zdałem sobie sprawę z grożącego nam niebezpieczeństwa, toteż nie bacząc na jęki i protesty rannego, powlokłem go pod osłonę wału. Przytuleni do siebie oczekiwaliśmy na zelżenie ognia.
A tymczasem szybko zapadł zmrok. Już drugi i ostatni opatrunek rannego obficie ciekał krwią.
- Jeżeli dłużej będę pozostawał na miejscu - pomyślałem - to szef wykrwawi się śmiertelnie.
Toteż, nie oglądając się na ogień, podjąłem szefa pod ramiona i wolno krok za krokiem poszliśmy w kierunku kanału. Była to droga męki i niesamowitych cierpień rannego. Mdlał co chwilę i ciężko usuwał się na ziemię. Korzystałem wtedy z jego omdlenia i brutalnie ciągnąłem naprzód jego potężne i bezwładne ciało, byle dalej od ognia i byle bliżej ocalenia.
Ocknął się w pewnym momencie i zaczął mnie błagać i zaklinać, abym zostawił go na miejscu. Oczywiście, nie mogłem tego uczynić i korzystając z jego kolejnego omdlenia, ciągnąłem go dalej i dalej, aż wreszcie dobrnąłem do betonowyhc zawalisk zniszczonego mostu.
Kompletnie wyczerpany usunąłem się na ziemię tuż bok szefa i zapadłem w jakiś dziwny stan nieświadomości. Zbudziły mnie dopiero jakieś szarpnięcia. Otworzyłem oczy.
Wokół panowała nieprzenikniona ciemność i głęboka cisza. Na twarzy poczułem czyjąś wilgotną dłoń. Uniosłem ociężałą głowę i tuż nade sobą dostrzegłem twarz sierżanta i jego poruszające się wargi.
- Pić - szeptał - wody!
Na chwilę przymknąłem powieki i starałem się skupić rozstrzelone myśli. Powoli przypomniałem sobie ostatnie wydarzenia i nagle wszystko stało się jasne i zrozumiałe.
Poleciłem szefowi pozostać na miejscu, a sam poczołgałem się w kierunku kanału i w kilka minut byłem już nad jego brzegiem. Zauważyłem rozpaloną twarz w lodowatej wodzie i nagle doznałem niewysłowionej ulgi.
Piłem długo i łapczywie, jakby w obawie, że zabraknie mi tego kojącego nektaru. Wreszcie nasycony, nabrałem w hełm wody i już chciałem powracać, gdy naraz gdzieś z drugiej strony kanału dobiegły mnie przytłumione głosy!
Nadsłuchiwałem.
- To na pewno nasi - pomyślałem. Jeszcze kilka sekund wahania i raptem krzyknąłem:
- Hallo!... Hallo! Tu Polacy! Ranni! Pomocy!
Przerażony siłą własnego głosu, obawiałem się powtórzyć wołanie i cały zamieniłem się w słuch! Po chwili znów doszedł mnie jakiś gwar, a potem wyraźny plusk wody. Wytężyłem wzrok i oto z mroków nocy wyłonił się gumowy ponton i cichutko podszedł do brzegu.
Byliśmy ocaleni! Na drugiej stronie czekała już na przeprawę kolejna 3 kompania 8 B.S.



Podbiega do mnie kapitan Borawski.
- Pan kończył AWF? - patrzy na mnie ze złością.
Podnoszę się z klęczek.
“Chciałbym cię tu widzieć grubasie” - myślę i widzę, że jestem już przy pierwszej przeszkodzie wodnej. Przy drugiej, najważniejszej, stoją wszyscy dowódcy: majorzy, którzy się założyli, rumuński major i czeski pułkownik. Nawet stamtąd widzą mój upadek. Major Ozon filmuje każde przejście. Pewnie wszyscy wiedzą już, że teraz nasz major na pewno przegrał zakład.
Podbiegam do dołu z wodą, nad którą muszę się przekołysać na linie. Dół jest szeroki. Kiedy pokonywali go wyćwiczeni Słowacy lądowali na samym wyślizganym skraju dołka. Trzeba wysoko chwycić zwisającą linę i lecąc podciągnąć się. Inaczej wyląduje się w wodzie i zakład przegrany. Kapitan pomaga mi chwycić sznur jak najwyżej. Jestem teraz częścią zakładu o wódkę i honor plutonu. Odbijam się ostro z brzegu i wysoko podciągam na rękach. Ląduję pół metra za brzegiem! Słyszę okrzyk podziwu - pokonane po mistrzowsku.
“I po co te nerwy?” - myślę patrząc na kapitana Borawskiego.
Wreszcie najważniejsza przeszkoda. Obok stoi tłum żołnierzy. Wspinam się na maszt. Rezygnuję z bezpiecznej metody naszego majora. Wybieram wariant w podwieszeniu. Obiektyw kamery i wszystkie oczy są teraz skierowane na mnie. Nasz major jest ekstremalnie podekscytowany, ale nie widzę oficerów w dole. Nade mną jest teraz niebo. Aby się ubezpieczyć nie zaplatam nad liną butów, lecz zwisam na podkolaniu. To jest trudniejsze, ale pewniejsze. Widzę niebo i linę. W najniższe położenie liny ćwiczenie idzie łatwo, potem ciężej i ciężej. Pod kolanem jest delikatna skóra. Czuję, jak lina harata mi tkankę i trze przez spodnie o ścięgno. Byle do przodu.
- Jeszcze metr! - ci co skończyli kibicują z dołu.
Patrzę w tą stronę. Widzę, że jeszcze trzy. Ciągnę z olbrzymim wysiłkiem. Przypominają mi się słowa specjalistki od rehabilitacji ze szpitala: “Mięśnie tego, kto ćwiczył, wiotczeją szybciej niż mięśnie nie trenowane.”
Bicepsy, które tu wykonują całą pracę, bolą niemiłosiernie, jakby je ktoś rozrywał. Noga trze o linę hamuje ruch prawie do zera. Z grupy żołnierzy słyszę okrzyki zachęty. Oficerowie milczą. Spoglądam na zielono-brązową wodę w dole.
“Człowiek wisi nad przepaścią... nie, tu nie ma żadnej przepaści.”
Jeszcze moment i czuję pod ręką metalowy drążek. Zeskakuję na ziemię i biegnę z karabinkiem w stronę stanowiska ogniowego na drzewie. To ostatnia przeszkoda. Schodzimy z drzewa i wracamy w kierunku początku toru. Podchodzę do dołu z wodą, nad którym przed chwilą wisiałem na linie. Płukam ręce. Nie myślę o niczym.
- Proszę patrzeć! - krzyczy nasz major do zagranicznych oficerów. - To jest człowiek po studiach! Pół roku w wojsku, a jaki sprawny fizycznie! Niech pan nie wyciera! - woła do mnie podając mi swoją rękę. Odchodzę stamtąd nie patrząc na nikogo. Podchodzę do jakiegoś żołnierza stojącego z boku.
- Wpadł ktoś?
- Tak, kilku.
- To dobrze - mówię cicho i idę powoli na początek toru. Przechodzę obok Jaronia. Ma taką minę, jakby mu ktoś powiedział, że wpadłem.
- Zadanie wykonane - mówię głośno oddając Kałasznikowa jego właścicielowi. Biorę swoje rzeczy i siadam na uboczu. Po kilkunastu minutach wszyscy wracają, wsiadamy na Tatrę i jedziemy do obozu. Kiedy tak wracamy zastanawiam się, czy jutro wstanę z łóżka o własnych siłach.

Ostatniego dnia manewrów przeprowadziliśmy desant z natarciem. Pluton polski i węgierski został wyróżniony i zostaliśmy wyznaczeni do działania na śmigłowcach. Reszta uczestników ćwiczenia działała na bojowych wozach piechoty albo na ciężarówkach. Zadanie nie było bardzo skomplikowane, ale i tym razem miało je obserwować wiele wybitnych osobistości. Na ostatni dzień przybyli przedstawiciele sztabów generalnych wszystkich państw uczestniczących w manewrach, a także zagraniczni obserwatorzy NATO. Nasz pluton jak zwykle działał w najbardziej widowiskowym miejscu.
Leżeliśmy w krzakach nieopodal małego zbiornika wodnego służącego do ćwiczenia przepraw. Co jakiś czas nad naszymi głowami przelatywały z hukiem śmigłowce szturmowe. Otrzymaliśmy rozkaz zamaskowania się. Żołnierze zrywali trawę i gałęzie i wtykali je we wszystkie części umundurowania. Niektórzy tak się zamaskowali w trawie, że idąc skontrolować gotowość plutonu, deptałem wprost po postaciach ludzkich, nie dostrzegając żywej istoty z odległości pół metra. Jaroń wiedział jaka ciąży na nim odpowiedzialność, ale starał się swoje nerwy ukrywać rozmawiając z nadporucznikiem Plintą, Tornyai, Mirkiem Liwakiem i ze mną. Nie wychodziło mu to, ale wreszcie się nie darł. Nie mógł, bo mieliśmy być cały czas zamaskowani.
Do walki wyznaczone zostały pierwsza i druga drużyna. Trzecia miała nam oznaczyć lądowisko w miejscu natarcia. Było bardzo gorąco i wszyscy leniwie porozkładali się w trawie. Całą noc spędziliśmy na posterunkach kontrolnych i obserwacyjnych i każdy chętnie by się przespał. Perspektywa lotu śmigłowcem i pokazowego manewru trzymała w napięciu nie tylko żołnierzy, ale i dowódców. Pomimo pozornego lenistwa niemalże na własnej skórze czułem rozgorączkowanie pododdziału.
Sprawdziłem, czy moja radiostacja jest ustawiona na prawidłową częstotliwość i czy mam wszystko. Ogólne podniecenie udzielało mi się tylko w przyzwoitych granicach, a jedyną moją troskę stanowił moment wyskakiwania ze śmigłowca. Czas na opuszczenie maszyny był ściśle limitowany i przy pospiesznym wyskakiwaniu łatwo mogło dojść do wypadku czy kontuzji. Obładowany ekwipunkiem nie posiadałem tej sprawności ruchowej, jaka jest potrzebna komandosom w gorączkowym działaniu. Łatwo byłoby skręcić nogę, potknąć się albo zawadzić o coś i zniweczyć cel pokazowego manewru, a zarazem i kulminacyjny punkt poligonu. Odepchnąłem od siebie złe myśli i doszedłem do wniosku, że jeśli dotąd wszystko szło sprawnie, to dlaczego miałoby się coś popsuć.
O godzinie jedenastej nadleciały nasze maszyny. Ruszyliśmy do nich biegiem w ściśle zaplanowanym szyku. Biegnąc na czele pierwszej drużyny czułem, jak nogi uginają się pode mną. Nieprzespana noc przypominała o sobie. Bieg po nierównym terenie był o tyle trudny, że wykonywaliśmy go w pochylonej pozycji, udało mi się jednak nadążyć za lżej obciążonymi żołnierzami. W końcu zajęliśmy pospiesznie miejsca w helikopterze. Pilot uruchomił silniki i po chwili zobaczyliśmy, jak startuje potężny wirnik z łopatkami. Maszyna oderwała się od ziemi i przez pół godziny lataliśmy nad poligonem. W końcu dostrzegliśmy w dole trójkąt z pomarańczowych świec dymnych - kapral Bil z trzecią drużyną wskazali nam miejsce desantu. Zdenerwowanie wzrastało z każdą sekundą. Obserwowałem rozpalone twarze żołnierzy, Jaronia, który chyba wzywał Boga do pomocy, bo na zalanej potem twarzy odbijały się wszystkie możliwe emocje, na jakie stać ludzki gatunek. Tylko nadporucznik Tornyai wyglądał na spokojnego. Ogólne napięcie udzieliło się także mnie, bo w pewnym momencie kilka razy sprawdziłem jedno i to samo mocowanie anteny w radiostacji. Obawiałem się, że mogę ją zgubić i do przesady mocowałem się z zaciskiem.
Wreszcie śmigłowiec zawisł pół metra nad ziemią. Rozległ się sygnał alarmowy i w gorączkowym pędzie wyskakiwaliśmy na ubity grunt poligonu. Przyłączyła się do nas trzecia drużyna ukryta dotąd w terenie i uformowaliśmy ugrupowanie przedbojowe. Od tej chwili byliśmy obiektem obserwacji i prawie namacalnie czuliśmy na sobie wzrok zgromadzonej za nami generalicji i przedstawicieli władz słowackich.
Przeszliśmy do szybkiego marszu i porucznik rozkazał przejście w ugrupowanie bojowe. Idące rzędami drużyny przeformowały się w tyralierę - cały pluton w jednym szeregu w odstępach 6-8 metrowych. Ja i Jaroń szliśmy nieco w tyle. Porucznik wrzeszczał rozkazy, a ja zdzierałem gardło do słuchawki radiotelefonu. Nerwy Jaronia przechodziły na mnie, a dowódcy drużyn co chwila potwierdzali rozkazy pełnym zdenerwowania głosem. Otrzymaliśmy rozkaz otwarcia ognia i idący szybko pluton rozpoczął strzelanie do upozorowanego nieprzyjaciela. Każdy z żołnierzy dostał 120 naboi. Niektórym roztapiała się farba na przegrzanych lufach. Nieustannie powtarzałem rozkaz całkowitego zużycia amunicji.
Kiedy tak szliśmy prawie biegiem, w pewnym momencie zauważyłem, że porucznik zmęczył się, bo zwolnił kroku i odwrócił się do mnie. Posuwałem się kilka metrów za nim kontrolując całość działań przede mną. Jaroń nie niósł ze sobą żadnego sprzętu i wyraźnie tracił tempo, a ja pomimo, że odczuwałem fizyczny wysiłek, miałem jeszcze spory zapas siły.
- Panie podchorąży, żyje pan? - zapytał prawie z litością.
Spojrzałem na jego umęczoną twarz i zapragnąłem, żebyśmy tak szli jeszcze kilka kilometrów.
Najbardziej ze wszystkiego męczyły mnie wrzaski Jaronia próbującego wyrównać tyralierę. Każdy jego rozkaz musiałem podać do radiostacji i słuchanie ciągle tego samego ogłupiało cały pluton.
Wreszcie zajęliśmy pozycje w wysokiej trawie i przeszliśmy do obrony. Ci, którym uprzednio zacinała się broń, zużyli teraz resztki amunicji i oczekiwaliśmy sygnału do przerwania ćwiczeń. Znajdowaliśmy się poza zasięgiem wzroku obserwatorów i każdy czuł się bezpieczniej. Po kilkunastu minutach padł rozkaz zakończenia działań i to był już naprawdę koniec wszystkiego.

SEC 15 (284-286)

Powoli wstawał świt! Północny, ostry i zimny wiatr zacinał drobniutkim deszczem, siekąc nam twarze tysiącem igieł.
Z mroków nocy, powoli wyłoniły się kontury grobli, otoczonej bezkresem wzburzonej wiatrem wody. Wysoka fala tłukła o brzegi grobli dziesiątkami niemieckich trupów, które przyniosła nie wiadomo skąd?
Czekaliśmy. Punktualnie o godz. 07.00 tuż nad naszymi głowami zawyły pociski rakietowe i rozszalała się nawała artyleryjska. Ogień rósł i potężniał, aż w końcu zamienił się w jeden huragan.
10... 20... 30... minuta potem urwał się nagle. W słuchawkach odezwał się głos "Bacy".
- Hallo! Maria Raz i Maria Cztery! Hallo! Maria Dwa i Maria Trzy! Naprzód!
Podnieśliśmy się z ziemi i wolno, po obu stronach grobli ruszyliśmy do przodu. Na próżno wytężałem wzrok, aby coś dostrzec! Przez zalane deszczem szkła okularów, nie widziałem dalej, jak na z górą 100 m i zdawałem sobie sprawę z tego, że jedna niespodziewana i celna seria cekaemu może nas zmieść z grobli i unicestwić. Z rozdygotanym sercem, brnąłem wciąż naprzód oczekując na coś, co zaraz ma nastąpić. Czas zatrzymał się w miejscu.
Jeszcze 200, jeszcze 150, jeszcze 100 metrów i oto nagle jak przez mgłę dojrzałem potężne sylwetki betonowych bunkrów.
- Padnij! - podałem do tyłu i usunąłem się z grobli do wody, a za mną kolejno moi strzelcy. Minęło kilka denerwujących i pełnych napięcia miunut. Niemcy milczeli!
- Czyżby nas nie dostrzegli? - pomyślałem.
- Nie! To niemożliwe.
Minęło jednak kilka dalszych minut, a bunkry wciąż milczą. Wreszcie decyduję się! Ostrożnie wypełzam z wody na groblę i powoli czołgam się ku przodowi. W ślad za mną posuwają się moi dwaj strzelcy wyborowi. Suniemy wolniutko metr po metrze, nie odrywając oczu od betonowych umocnień. Cisza! Nikt nie strzela, tylko wiatr jękliwie gra na lufach karabinów. Jeszcze kilka metrów i oglądam się do tyłu. Kompania mozolnie posuwa się w ślad za nami. Znów patrzę do przodu i naraz dostrzegam wąską szczelinę czołowego bunkra i sterczące z niej lufy karabinów maszynowych.
Słony pot wraz z deszczem zalewa mi oczy i pali źrenice. Zgrabiałą ręką wyrywam granat zza pasa i...!?
Nagle ze szczeliny bunkra wypryska biała szmata i porusza się to w lewo, to w prawo. Nie wierzę własnym oczom, ale leżący obok mnie kpr. Czarnecki, szarpie mnie za ramię i wrzeszczy:
- Panie poruczniku! Oni machają! Oni chcą się poddać!
Czekam jeszcze chwilę, a potem nieufnie podnoszę się z ziemi i z odbezpieczonym granatem w ręku podchodzę bliżej. Lufy cekaemów świdrują nas swymi czarnymi wylotami. Za sobą słyszę chlupot biegnących nóg i za chwilę moi strzelcy mijają mnie i otaczają bunkry gęstym pierścieniem.
Niemcy nie dają znaku życia. Na mój rozkaz kpr. Czarnecki podchodzi do drzwi schronu i kolbą karabinu uderza w pancerną płytę. Słyszymy jakiś zgrzyt i pancerny właz otwiera się. Jeden po drugim, z rękami założonymi na głowach pochodzi niemiecka załoga. Czternastu wymizerowanych, bladych i zarośniętych hitlerowców. Do nich dołączyło dalszych dziesięciu z drugiego schronu. Starszy już wiekiem podoficer i dowódca wyjaśnia mi, że opuścili ich oficerowie, pozostawiając ich tutaj na pewną śmierć.
- Ale my nie chcemy umierać - mówił - i prosimy o litość i łaskę.


Po zakończeniu desantu maszerujemy szosą w kierunku ciężarówek. Zostawiamy tam ekwipunek, aby udać się z powrotem na ceremonię zakończenia manewrów. Ustawiają nas w kolumny trójkowe. Brudni, z okopconymi karabinami i maskowaniem namalowanym na twarzach, czekamy na sygnał do startu. W końcu ruszamy. Przed nami pluton węgierski i ukraiński, za nami reszta. Maszerujemy w kierunku trybun na tyłach pola walki. Gra orkiestra wojskowa. Przechodzimy obok niej. Po pagonach muzyków widzę, że musi to być jakiś reprezentacyjny skład. Olbrzymi bęben, w który bije dobosz, nadaje trochę zbyt szybkie tempo. Żołnierze gubią się z początku. Potem wszystko idzie nieźle. Maszeruję na prawym skrzydle, a więc przechodzę obok trybun, na których siedzą honorowi goście: ministrowie, prezydenci i generałowie. “Rzeczywiście “schwantz-parada” - myślę przypominając sobie określenie dowódcy wypowiedziane przed uroczystością. Przychodzi mi do głowy, że mój porucznik pewnie dużo by dał, żeby być takim “schwantzem”. Nie wyjmuję z ust gumy do żucia i nie przestaję jej żuć, kiedy jesteśmy tuż przy trybunach i pada komenda: “Na prawo patrz!” Jest mi wszystko jedno, chociaż major Ozon i kapitan Borawski z napięciem lustrują szeregi. Zawracamy i stajemy plutonami frontem do trybuny. Następują długie, pełne rzeczy oczywistych i pustych frazesów przemówienia. Jakiś młody oficer “tłumaczy” wszystko na język angielski. Słuchając jego słowiańskiej angielszczyzny ubolewam nad armią słowacką, której najwyraźniej nie stać na porządnego tłumacza. Żadna z tych tęgich głów nie wpadła na pomysł, aby zatrudnić cywilnego anglistę. Ciężkie od patosu słowa nie brzmiałyby tak śmiesznie w pełnej powagi sytuacji.
Dostrzegam naszego generała. Jest. Generał dywizji ze sztabu generalnego. Przyjechał specjalnie na tą uroczystość. Z daleka jego postawa wydaje się być pełną godności i powagi. Wypoczęte “schwantze” siedzą wygodnie na krzesłach na podium, a my, żołnierze stoimy w upale i każdy tylko myśli o powrocie do obozu.
Kiedy oficjalna część kończy się, generałowie podchodzą do swych plutonów, dziękują żołnierzom za poligon. Nasz generał podchodzi do frontu plutonu i przemawia do nas. Stoję w trzeciej trójce, jakieś dwa i pół metra od niego i nie słyszę ani słowa. Generał mruczy coś pod nosem do pierwszej trójki. Kiedy kończy, podnosi głos o pół decybeli i mówi:
- Żołnierze przekażą wam moje podziękowania.
“Ty żeński narządzie płciowy” - myślę sobie. Uśmiecham się pogardliwie i żuję gumę “pełną gębą”, mlaskając czasami. To tak wybitny dowódca dziękuje żołnierzom za wysiłek, który włożyli w manewry, za to, że godnie reprezentowali Polskę na ćwiczeniach, które są naszym krokiem ku NATO? Nie stać go na to, żeby głośno powiedzieć trzy zdania. Jakim cudem człowiek, który wygląda jak z krzyża zdjęty i mówi szeptem został generałem?!
Nie jestem oburzony. Śmieszy mnie to. Stoję swobodnie i myślę o kilku minionych dniach i napięciu, jakie im towarzyszyło. Zastanawiam się, po co to wszystko było. Jestem szczęśliwy, że przetrwałem poligon. Przeżyłem go na własnych nogach. Dla reszty żołnierzy była to porcja wysiłku, nerwy i rozrywka. Dla mnie ćwiczenia były próbą, jedną z najtrudniejszych w życiu. Bez dobrego przygotowania dowódczego po tej błazeńskiej szkole podchorążych, po poważnej kontuzji i pobycie w szpitalu, zdegradowany fizycznie przetrwałem tą zabawę i stoję sobie uśmiechnięty w słońcu. Nikomu nie udało się widzieć mnie garbiącego się z grymasem bólu na twarzy ani osłabionego przez gorączkę i nikt nie mógł przy tej okazji poznęcać się nade mną. Stoję i czuję się wyśmienicie.
Kolumna robi zwrot w prawo i jestem teraz w pierwszym szeregu. Generał pragnie zrobić sobie z nami zdjęcie. Podchodzi do mojego szeregu i staje na wprost mnie. Gdyby to miało miejsce w jednostce, na widok zwykłego kapitana przyjąłbym postawę zasadniczą w takiej bliskości - zgodnie z regulaminem. Tymczasem teraz stoję na spocznij i z trudem powstrzymuję się od włożenia rąk do kieszeni. Generał lustruje pluton, zatrzymuje na chwilę wzrok na mnie i widzę zdziwienie na jego twarzy na widok jedynych w dwuszeregu obszytych pagonów. Patrzę mu w oczy, jakbym widział powietrze i żuję gumę. Generał odwraca ode mnie wzrok. Po chwili jeszcze raz spoglądamy na siebie: pusta, chuda twarz szeregowca na pustą opasłą twarz generała dywizji. Nie jestem zaszczycony jego obecnością ani reszty. Nie utożsamiam się z plutonem ani jego kadrą.
Kapitan wydaje komendę: “W tył zwrot!”, abyśmy stali frontem do słońca i znajduję się w tyle. Moje zadanie skończone.

Po poligonie na Słowacji przyjeżdżam do Kielc. Idę do dziewczyny, którą poznałem w lipcu. Nic jej nie przywożę ani nie przynoszę. Całuję ją lekko w usta. W mieszkaniu jest pusto i cicho. Siedzimy przy stole i pijemy kawę. Dziewczyna wyrzuca mi delikatnie, że nigdzie jej nie zabieram, bo wstydzę się z nią gdzieś pokazać. Nie ma racji, nie szkodzi. Nie chcę nigdzie wyjść, bo marzę o domu, o prawdziwym domu. Ona siedzi w domu cały czas i chętnie by gdzieś wyszła. Gdzieś w głębi duszy myślę, że nie ma w pobliżu człowieka, który mógłby mi coś rozkazać. Mógłby najwyżej prosić. To brzmi inaczej, a ja mam miękkie serce. Chciałbym, żeby ta dziewczyna siedziała koło mnie i opowiadała o czymś spokojnym, cichym głosem, obojętnie o czym, tak, jak się usypia małe dziecko. Dziewczyna włącza magnetofon, myśli o rozrywce, o zabawie, o dyskotece, o wyjściu do PUBu i chyba jeszcze o czymś bardzo przyjemnym. Spogląda na mnie wyczekująco. Jest miła, ale troszkę nerwowa. Słucham jej z wysiłkiem. Patrzy mi w oczy i pyta:
- Na co masz teraz ochotę?
Jej spojrzenie zdaje się mówić, że ma ochotę na to, na co ja mam.
- Postrzelałbym z karabinu do żywych ludzi - odpowiadam spokojnie.
Dziewczyna patrzy na mnie zawiedziona. Za chwilę denerwuje się bardzo i mówi coś do mnie z gorzkim wyrzutem. Potem znów rozmawiamy spokojnie. Po godzinie żegnamy się. Wychodzę, bo nie mam chęci sprostać żadnym życzeniom i nie chcę, żeby ktokolwiek mnie uszczęśliwiał.


Zasiadłem, jak zwykle w swoim ulubionym miejscu - koło pomnika ofiar Majdanka i znowu przyszła do mnie refleksja.
Poznałem już trochę żołnierzy kadry zawodowej i słyszałem różne opinie. W mediach też często mówi się o polskiej armii. Teraz te wszystkie informacje kotłowały mi się pod czaszką, mimowolnie zestawiając się w porównanie z obserwowaną rzeczywistością. Wszędzie trąbią o wejściu Polski do NATO, ale z czym my się pchamy do zachodniej Europy? Przecież wystarczy wejść do jakiejkolwiek jednostki wojskowej i zobaczyć, co robią żołnierze. Na przykład szweje, starzy żołnierze służby zasadniczej siedzą bezczynnie na kompani. Czasem widać ich robiących prace porządkowe na trawnikach albo przy obiektach jednostki. Czasem snują sie usmotruchani między koszarowymi budynkami. Nieustannie grzebią w wiecznie psującym się sprzęcie bojowym. Odliczają dni do końca służby. Najpiękniejsze są dni, kiedy liczba pozostałych dni jest jednocyfrowa. Nie reagują prawie wcale na dźwięk rozkazu, albo śmieją się wprost do dowódców i leniwie wykonują zadanie. Ostatniego dnia służby zasadniczej, żołnierze wyrzucają z okna telewizor - symbol jedynej osiągalnej, często z wielkim trudem rozrywki. To stary zwyczaj.
Taki facet jeden z drugim przychodzi do wojska na półtora roku. Militaria go wcale nie interesują, ale swoje musi odsłużyć, zgodnie z ustawą. Nienawidzi tego ganiania, gdy jest na początku służby i nie cierpi tej nudy przy końcu służby, kiedy sam pogania młodych żołnierzy. Jesli ma prawo jazdy może zostać kierowcą-mechanikiem w wojsku. To znaczy, że dostanie w swoje ręce maszynę wartą pół miliona dolarów i będzie ją obsługiwał. Jeśli żołnierz nie lubi służby wojskowej, to będzie tak dbał o ten czołg, że maszyna przekształci się w kupę złomu w ciagu 2-3 lat. On go nie zepsuje. On go przedwcześnie zużyje niechlujną, lekkomyślną obsługą, mszcząc się na maszynie za upokorzenia doznane od kolegów i przełożonych. Urządzenie kupione z pieniędzy podatników za setki tysięcy dolarów... To nie jest samochód osobowy. To sprzęt bojowy wyposażony w kosztowne uzbrojenie, precyzyjne przyrządy celownicze, wykonany z najlepszych gatunków stali. A dlaczego żołnierz, który dostaje żołd warty trzy butelki wódki, miałby sie troszczyć o powierzone mienie? Do diabła z armią. On się tu nie prosił. Odwali swoje i niech się następni martwią, co robić z nowym czołgiem nadającym się na złom. Są tacy specjaliści, którzy potrafią wyginać lufy karabinów między kaloryferami, ot tak dla zabawy. Potem taka broń do niczego sie nie nadaje. Karabin jest tańszy od czołgu, ale i stopień złośliwosci większy. Albo na poligonie. Służba w polu sprowadza sie do pilnowania mienia, bo pod koniec poligonu, kiedy każdy jest bez grosza, żołnierze potrafią kraść jeden drugiemu nawet szczoteczki do zębów! Trzeba spać z otwartymi oczami, gdyż można się obudzić bez butów, kurtki lub pasa i wystarczy tylko moment nieuwagi. Oficerowie opowiadają nam, podchorążym, o żołnierzach służby zasadniczej. Filozofują. Jedni mówią to, drudzy coś przeciwnego. Podobno nie stać nas na profesjonalna armię. Oczywiście jest to ogromny koszt. Przyjmijmy jednak, że 60% żołnierzy piechoty to zawodowcy lub półzawodowcy służby nadterminowej. Wtedy wszyscy ci, ktorzy mają do czynienia z drogim sprzętem, sa profesjonalistami (można przyjąć, że w piechocie mniej więcej sześciu ludzi na dziesięciu używa coś więcej niż karabin). Oni będą dbali o powierzony sprzęt, bo od tej dbałości zależy ich efektywność i chleb powszedni. To przedłuży życie wielu urządzeniom, oszczędzi budżet armii i zwiększy siłę bojową w wypadku wojny. Nam, podchorążym rezerwy to już w ogóle nie opłaca się nic dać do reki, bo my jesteśmy za krótko w wojsku. Za to w razie wybuchu wojny będziemy dowodzić zespołami ludzkimi. Prości żołnierze będą na nas patrzeć z ufnością i oczekiwać wysokich kwalifikacji. Co im wtedy powiemy?

SEC 16 (287-288)

10 listopada zostaliśmy zluzowani przez kanadyjskie oddziały samochodów pancernych i odeszliśmy do Bredy na dobrze zasłużony odpoczynek. Napłynęły nowe uzupełnienia i wkrótce moja kompania osiągnęła stan 3 oficerów i 97 podoficerów i szeregowych. Rozpoczęliśmy intensywne szkolenie młodych kadr i od czasu do czasu dla otrzaskania ich z ogniem i działaniami bojowymi, pełniliśmy służbę patrolową na różnych odcinkach wzdłuż Mozy.
Gdzieś w początkach grudnia zostałem wezwany do dowództwa brygady, gdzie ppłk. Dec poinformował mnie, że zostanę przeniesiony do Obozu Uzupełnień 1 Dywizji Pancernej, gdzie wraz z kpt. Jaworskim mamy poprowadzić przyspieszone szkolenie strzelców wyborowych.
W dniu 16 grudnia rozpoczęła się w Ardenach gwałtowna kontrofensywa gen. Rundstedt`a, która zagroziła odcięciem i zniszczeniem całej północnej brytyjsko-kanadyjskiej armii. W tej sytuacji Polska Dywizja Pancerna została rzucona na dozorowanie Mozy na 25 kilometrowym odcinku pomiędzy Moerdijk, a Raamsdonk.
Zluzowane przez nas dywizje brytyjskie i kanadyjskie odeszły na południe, celem powstrzymania pomyślnie rozwijającej się niemieckiej kontrofensywy.
W dniu 19 grudnia na północ od Tilburga dostałem się wraz z kompanią w celny ogień niemieckiej artylerii ciężkiej zza Mozy i doznałem ponownej kontuzji. Z podejrzeniem wstrząsu mózgu odwieziono mnie do szpitala w Bredzie, gdzie przez blisko 4 tygodnie leczyłem się z doznanych obrażeń wewnętrznych.
W dniu 16 stycznia doszedł mnie rozkaz dowódcy brygady przenoszący mnie do Obozu Uzupełnień. Opuściłem szpital i udałem się nad Mozę do Kapelsche Veer, gdzie pełnił służbę 8 B.S., aby pożegnać kolegów i towarzyszy broni. Moją kompanię strzelców objął po mnie por. Alfred Giergiel, mój serdeczny przyjaciel, który zginął tragicznie w dniu 21 marca 1945 r. podczas pełnienia obowiązków służbowych w Bredzie i tam został pochowany.


Kilka dni po poligonie do sztabu batalionu przyszedł rozkaz ze sztabu brygady. Zawierał decyzję o przeniesieniu mnie. Miałem być natychmiast oddelegowany do sztabu brygady, bo potrzebowano tam mojej wiedzy językowej. Miałem podlegać osobiście szefowi sztabu brygady, podpułkownikowi Potasińskiemu, a to już nie byle kto. Od tego momentu moi przełożeni z Majdanka tracili prawo do wydawania mi rozkazów. Do jednostki przychodziłem tylko odpocząć i na obiad. To co teraz działo się na kompanii nie obchodziło mnie ani trochę.
W sztabie brygady powitał mnie mój nowy przełożony, kierownik sekcji rozpoznania - kapitan Wiak. Zwracał się do mnie na “pan” i nie bluźnił. Otrzymałem osobny gabinet, w którym urzędowałem sam. Zostałem zastępcą kierownika sekcji rozpoznania i nic mi ta funkcja nie mówiła, dopóki nie poznałem swoich podwładnych.
Kapitan polecił mi rozgościć się w moim nowym gabinecie i czekać na zadania. Wiedząc, że jest przyjaźnie nastawiony, spytałem:
- Panie kapitanie, czy mógłbym otrzymać maszynę do pisania?
Kapitan Wiak zrobił zakłopotaną minę.
- Będzie trudno, trzeba by pisać zapotrzebowanie... ale po co panu maszyna? Ma pan dwie sekretarki do dyspozycji. Napisze pan tylko tak, żeby się doczytały, zaniesie im pan tekst i mają pisać.
Twarz Wiaka rozjaśniła się.
- Jeśli będzie pan potrzebował pomocy, to dostanie pan kaprala, albo dwóch, nawet cały pluton - dodał. - Nie ma sprawy.
Popatrzyłem na niego zdziwiony i czekałem na dalsze niespodzianki. Nie podniecały mnie żadne zaszczyty ani przywileje. Ciekawiło mnie jedynie toczące się wokół przedstawienie.
Do gabinetu wszedł porucznik Wołk - dowódca elitarnej, samodzielnej kompanii rozpoznania. Stanął przy biurku, przy którym siedziałem i zamienił kilka słów z kapitanem Wiakiem.
- To jest pana przełożony powiedział kapitan.
Przez ułamek sekundy pomyślałem, że znowu będę miał jakiegoś kopniętego dowódcę, gdy uzmysłowiłem sobie, że uwaga była skierowana do porucznika Wołka, a Wiak wskazał na mnie.
- Czy to... czy to znaczy, że mam go słuchać? - Wołk wykrztusił to pytanie i spojrzał na mnie z mieszanką niedowierzania, podziwu i bólu.
- Tak, ma pan słuchać rozkazów pana podchorążego i rozkazów, które będę przez niego przekazywał - powiedział Wiak zdecydowanie.
Osłupienie znikało z twarzy porucznika bardzo powoli, ale w końcu pojął istotę rozkazu i wyszedł z pokoju. Uśmiechnąłem się do siebie myśląc, co bym zrobił, gdyby porucznik Wołk spróbował się do mnie zwracać na “ty” albo podnieść na mnie głos.
Od tej chwili rozpoczął się najspokojniejszy okres mojej służby wojskowej. Dzień rozpoczynałem zawsze od rutynowej kawy z kapitanem Wiakiem i innym oficerami. Pracowałem bez nerwów, wykonując robotę papierkową i szkoliłem kadrę dowódczą w języku angielskim. W sztabie brygady spotykałem prawie samych starszych oficerów. Wszyscy zwracali się do mnie regulaminowo i nie miałem żadnych konfliktów.
Pewnego dnia siedząc w zatłoczonym gabinecie kapitana Wiaka usłyszałem rozmowę, którą prowadził stary pułkownik z jakimś majorem. Dyskusja dotyczyła porucznika Jaronia. Obydwaj oficerowie stwierdzili zgodnie, że jest on słabym dowódcą. Musieli się orientować, że Jaroń był moim przełożonym, gdyż dyskutując o nim spoglądali czasem w moim kierunku i ściszali głos. Udawałem, że jestem pochłonięty zupełnie czym innym, słuchałem krytyki i śmiałem się do siebie w duchu.
6 listopada zdałem egzamin oficerski z wynikiem dobrym, oddałem mundur i resztę rzeczy. Wziąłem odprawę i w tydzień później zakończyłem swoją służbę wojskową. Wszyscy znajomi oficerowie w sztabie gratulowali mi i życzyli powodzenia na przyszłość. W jednostce nikt nikomu nie gratulował. Tam już nikt nie pamiętał nawet o elementarnych zwrotach grzecznościowych.

SEC 17 (291-292)

Tymczasem nastała wiosna i wraz z nią odeszła znad Mozy 1 Dywizja Pancerna, przekroczyła Ren i ruszyła w głąb Niemiec. Nadzieja rychłego zakończenia się wojny stała się rzeczywistością.
W dniu 24 kwietnia dostałem 12-dniowy urlop i udałem się do Anglii celem podjęcia moich oszczędności i zlikwidowania różnych spraw osobistych.
W Londynie dowiedziałem się zupełnie przypadkowo, że mój brat przyrodni Kazik przedostał się ze Szwajcarii do Anglii i obecnie przebywa gdzieś w Szkocji. Rozpocząłem energiczne poszukiwania i w końcu odnalazłem go w jednej z polskich jednostek wojskowych. Radosne było i zarazem krótkie nasze spotkanie, gdyż kończył się mój urlop i byłem zmuszony wracać do swojego oddziału. Nie będę też ukrywał, że ciągnęły mnie także do powrotu czyjeś błękitne i kochane oczy.
Do obozu uzupełnień 1 Dywizji Panc. w Willebroek powróciłem w dniu 3 maja i tutaj czekało na mnie już wezwanie do powrotu na front.
Oczywiście zataiłem ten fakt przed wrażliwym i czułym sercem Francine, nie chcąc mącić naszego szczęścia, aż do ostatniej chwili rozstania.
Nie doszło jednak do tej okrutnej rozłąki. Oto 5 maja rano gruchnęła radosna wieść, że o godzinie 07.57 zamilkły działa i Niemcy skapitulowały.
Trudno opisać radość i szczęście jakie opanowały miasto i jego mieszkańców. Pamiętam tylko, jak pognałem do niej i korzystając z ogólnego „gloria” poprosiłem o rękę.


Idę szybkim krokiem w stronę dworca kolejowego. Mam na sobie zwykłe ubranie. Zbliżam się do budynku, który przez ostatnie trzy miesiące oddzielał mi wolność od służby. Przypominają mi się słowa szefa sztabu brygady, który mówi, że jestem potrzebny w jednostce i jest etat, ale nie ma możliwości zatrudnienia. Po raz ostatni przechodzę przez zatłoczoną halę dworcową. Rzucam okiem na zegarek, wychodzę na peron i kieruję się do przejścia podziemnego.
Co to za wspaniała, której nie stać zatrudniać chętnych do ciężkiej służby, młodych ludzi. Zaledwie kilka tygodni wcześniej ktoś mówił w telewizji, że wojsko potrzebuje oficerów o specjalnościach językowych. Te słowa dźwięczą mi głośno w głowie, ale dla mnie sens istnienia polskiej obronności nie jest już żadnym tematem do przemyśleń. Sprężystym krokiem przemierzam tunel i biegnę po schodach na peron. Wokoło przemieszcza się w różnych kierunkach tłum przechodniów. W połowie schodów stara kobieta z wysiłkiem ciągnie do góry ciężką walizkę. Mijając ją w zamyśleniu odruchowo podrywam bagaż do góry i stawiam go na ziemi dopiero na peronie. Kobieta mówi coś o Bogu i płaceniu, ale nie słucham jej. Mam w kieszeni zieloną szczoteczkę do zębów, zielony futerał na okulary, który kupiłem w Kielcach, mam paszport w zielonej okładce i mój plecak też jest cały zielony. Stoję na peronie i czekam na pociąg. Przez moment widzę na sobie wzrok kobiety z walizką i teraz wiem na pewno, że to cywil został stworzony do klęski, a nie żołnierz. Tak... cywil.

Grudzień 1995


EPILOG

Tuż przed zakończeniem wojny mój dziadek ożenił się z belgijską dziewczyną i przywiózł ją do komunistycznej Polski. Dzięki posiadaniu matki rodem z wrogiego bloku państw, podanie mojego ojca o przyjęcie do Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej zostało wyrzucone do śmieci. Nie zostało rozpatrzone negatywnie, zostało zignorowane.
W jakiś rok po zakończeniu przeszkolenia wojskowego zostałem dwukrotnie powołany na wojskowe ćwiczenia rezerwy. Otrzymałem promocję na stopień starszego kaprala podchorążego i moi przełożeni byli ze mnie bardzo zadowoleni. W 1998 roku w Warszawie znalazłem w końcu tzw. wujka generała, czyli człowieka, dzięki którego znajomościom mogłem wstąpić do zawodowej armii, takim sposobem jak inni moi koledzy z podchorążówki. W celu rozpoczęcia rekrutacji zostałem skierowany do sztabu generalnego. Co mi powiedział kadrowy oficer? Że owszem, ale najchętniej widziałby mnie w Kielcach, bo tam bym się najbardziej przydał. A co ja jemu powiedziałem? Że dawno temu sprzedałem już mieszkanie w Kielcach, a teraz, w szwajcarskim banku inwestycyjnym pensję porucznika wydaję na wynajem kawalerki, a zarabiam mniej więcej tyle, ile generał brygady.
Czasy się zmieniają. Co jakieś dwa lata jestem wzywany do WKU, a tam panuje przez cały czas ten sam klimat, jakby z poprzedniego systemu. Kiedy to się skończy?
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Pierwsza Polska Dywizja Pancerna generała Maczka Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group