" /> Dyskusje ogólne :: prof. A. Zybertowicz; Obudzono agentów-śpiochów
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

prof. A. Zybertowicz; Obudzono agentów-śpiochów
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Wto Lut 02, 2010 1:09 pm    Temat postu: prof. A. Zybertowicz; Obudzono agentów-śpiochów Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100202&typ=po&id=po52.txt

NASZ DZIENNIK Wtorek, 2 lutego 2010, Nr 27 (3653)

"Pod patronatem Naszego Dziennika

Międzynarodowe sympozjum "Oblicza zakłamania" w WSKSiM Dostarczycielom "chleba i igrzysk" pozwala się na więcej

Z prof. Andrzejem Zybertowiczem, kierownikiem Podyplomowego Studium Socjologii Bezpieczeństwa Wewnętrznego Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, doradcą prezydenta RP ds. bezpieczeństwa, rozmawia Anna Ambroziak

Mówił Pan o "nieopłacalności" prawdy, co Pan miał na myśli?
- Chciałem zwrócić uwagę na liczne sytuacje, indywidualne i społeczne, w których nie opłaca się dochodzić do prawdy albo obstawać przy znanej już prawdzie. Psychologia poznawcza i socjologia wiedzy wskazują, że istnieje tyle przeszkód w adekwatnym poznawaniu rzeczywistości, że w wielu społecznych kontekstach bardziej korzystne, bardziej ekonomiczne okazuje się niedążenie do prawdy lub jej niegłoszenie w przypadku, kiedy się już ją zna.

Czy jednak wartości ponadczasowe i uniwersalne można rozpatrywać w kontekście zysków i strat?
- Mój wykład dotyczył tylko tych wymiarów wiedzy, które mogą być badane w ramach nauk empirycznych. Ale już prosta, potoczna obserwacja życia pokazuje, że jako istoty ziemskie, nawet jeśli jesteśmy dziećmi Bożymi, bardzo często w obliczu presji codzienności rezygnujemy z troski o wartości ponadczasowe.

Wspomniał Pan, że społeczeństwa rozwijające się "pozwalają" na większy margines błędu, poszerzając przestrzeń panoszenia się kłamstwa.
- Widzę paradoks rozwoju cywilizacji naukowo-technicznej. Cywilizacja ta przyniosła nam dostatek w sposób bezprecedensowy. Nigdy w dziejach poziom zaspokojenia materialnych potrzeb ludzkości nie był tak wysoki. A w sytuacji, gdy podstawowe potrzeby materialne są zaspokojone, tolerancja wobec błędu, nieprawdy i kłamstwa staje się większa. Przywódcom, którzy potrafią nakarmić naród, zaspokoić potrzebę "chleba i igrzysk", pozwala się na więcej. Ten mechanizm rozumieli już starożytni Rzymianie. Gdy podstawowe potrzeby ludu są zaspokojone, władza może sobie hulać do woli. Wówczas poziom techniki, na przykład rolnej, pozwalał na dostatek nielicznych. Dzisiaj technika jest tak rozwinięta, że władza może propagować nieprawdziwe wyobrażenia i nadal być w stanie zaspokajać kluczowe potrzeby społeczne. Z kolei wyborcy, gdy mają ogólne poczucie, że żyją w warunkach, w których mogą zaspokajać potrzeby swoich rodzin, gotowi są tolerować obecność kłamstwa w życiu publicznym.

Stwierdził Pan, że systemy opar te na kłamstwie mogą zajść bardzo daleko, np. komunizm. Ale przecież komunizm poniósł klęskę w sensie moralnym...
- Wskazałem, że w cywilizacji dostatku kłamstwo nie ma już krótkich nóg. Systemy oparte na manipulacji (świadomym wprowadzaniu w błąd dla niegodnych celów) mogą długo i dość sprawnie działać.
Ale proszę pamiętać, że podniosłem tę kwestię nie w aspekcie moralnym, normatywnym, ale jako ustalenie nauk empirycznych. Czasami łudzimy się nadzieją, że kłamstwo ma krótkie nogi, to znaczy, że jeśli ktoś kłamie, to prędzej czy później zostanie to wykryte; kłamcy zostaną odsunięci od wpływu na sprawy społeczne i prawda zatriumfuje. Tymczasem, jak mawiał aforysta, "prawda zwycięża nie bez oręża" - aby zwyciężała, musi mieć ludzi, którzy w nią wierzą, a jeśli ludzie mają być w stanie obstawać przy prawdzie, to muszą mieć ku temu instytucjonalne wsparcie. Bez utrwalonego instytucjonalnego wsparcia prawda się nie obroni.

Jaka jest tu rola dziennikarzy?
- Ci, którzy wierzą w wartość prawdy, powinni się organizować i wywierać presję na utrzymywanie standardów wśród tych, którzy wolą przywiązywać się do dóbr, jak: pieniądze, władza, układy, konformizm. Jeśli tolerujemy obniżanie standardów przez nasze koleżanki i kolegów, tworzymy podglebie dla kłamstwa, manipulacji lub tylko przemilczeń w szerszej skali.

Postawił Pan tezę, że odbiorca jest "skąpcem poznawczym" - z reguły nie wysila się, by interpretować wszystkie fakty, które do niego docierają, bez względu na ich charakter.
I zwykle akceptuje te treści, które mówi człowiek, z którym się on identyfikuje, a odrzuca te, które mówi człowiek, z którym się on nie zgadza. Czyli w pewnym sensie wszyscy podlegamy konformizmowi...
- Tak. Ale istnieje zasadnicza różnica między tym, czy jesteśmy konformistyczni wobec grupy przestępczej, czy też ludzi czyniących dobro; wobec grupy nastawionej tylko na zysk, czy też grupy pielęgnującej wartości wspólnotowe.

Dziękuję za rozmowę."


Ostatnio zmieniony przez Witja dnia Sro Maj 18, 2011 8:10 am, w całości zmieniany 10 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 08 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Czw Gru 08, 2016 12:57 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Wto Lut 02, 2010 2:58 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Postawił Pan tezę, że odbiorca jest "skąpcem poznawczym" - z reguły nie wysila się, by interpretować wszystkie fakty, które do niego docierają, bez względu na ich charakter.
I zwykle akceptuje te treści, które mówi człowiek, z którym się on identyfikuje, a odrzuca te, które mówi człowiek, z którym się on nie zgadza. Czyli w pewnym sensie wszyscy podlegamy konformizmowi...

To krótkie stwierdzenie tłumaczy siłę i poparcie jakim cieszą się kłamczuchy. Można jeszcze dodać, że gdy oprócz tego sprzyjają oni próżności motłochu, zapewniając go o nieograniczonej mądrości i uzasadnionemu zasługiwaniu na więcej (czy to komunistyczne "każdemu według jego potrzeb", czy Tuskowe "macie prawo...", "zasługujecie...") ma się omamionych tanim bajerem próżnych prostaczków (choćby mieli dyplomy i tytuły naukowe) owiniętych wokół palca.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sob Mar 06, 2010 10:32 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100306&typ=my&id=my21.txt

NASZ DZIENNIK Sobota-Niedziela, 6-7 marca 2010, Nr 55 (3681)

"Tusk utrzymuje lukę w kontrwywiadzie


Z prof. Andrzejem Zybertowiczem, doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego ds. bezpieczeństwa państwa, rozmawia Mariusz Bober

W ostatnich dniach przez media w Polsce przetoczyła się fala dociekań na temat skali działań rosyjskich służb wywiadowczych w Polsce. Były rosyjski szpieg Siergiej Trietiakow, szeroko cytowany w mediach, twierdzi, że jesteśmy w centrum zainteresowania służb wywiadu. Podziela Pan tę opinię?
- Rosja prowadzi wywiad globalny i jesteśmy rozpracowywani podobnie jak inne kraje istotne dla polityki Rosji.

Trietiakow uważa, że rosyjskie służby są zainteresowane Polską przede wszystkim ze względu na nasze członkostwo w NATO oraz dlatego, że utrzymujemy bliskie relacje z państwami uważanymi przez Moskwę za strefę jej wpływów, a więc głównie z Ukrainą i Gruzją. Rzeczywiście sfery wojskowa i polityczna są najbardziej narażone na inwigilację?
- Co najmniej trzy okoliczności przemawiają za tym, że Rosjanie nie szczędzą wysiłków, by wywiadowczo penetrować Polskę. Jesteśmy państwem przez dekady rządzonym przez namiestników Moskwy - wielu Rosjan nadal chciałoby traktować Polskę jako strefę swoich wpływów. Po drugie, jako członek NATO mamy dostęp do pewnych tajemnic Sojuszu. Po trzecie, przynajmniej od pewnego czasu staramy się odgrywać rolę podmiotową nie tylko w europejskiej polityce wschodniej. To chyba jest dla polityków rosyjskich najbardziej bolesne - kraj ongiś podporządkowany stał się istotnym graczem na obszarze wpływów postsowieckich i stara się prowadzić politykę odpowiadającą naszemu potencjałowi. To powoduje, że jesteśmy przez Moskwę rozpracowywani na różnych polach: naukowych analiz badawczych, monitoringu mediów, analiz eksperckich oraz przez agenturę. Myślę jednak, iż w kręgu zainteresowań Rosji nie mniejsze znaczenie od sfery wojskowej ma gospodarka.
Standardowo odróżnia się w pracy tajnych służb rolę bierną - tj. tajne zbieranie informacji, oraz czynną - czyli skryte oddziaływanie na bieg zdarzeń. Moskwa nie tylko chce wiedzieć wszystko o Polsce, ale również wywierać wpływ na bieg kluczowych procesów w naszym kraju.

To chyba najpoważniejszy problem. W jaki sposób rosyjski wywiad może wywierać wpływ na naszą politykę?
- Tu kluczowe znaczenie ma agentura wpływu - ulokowana w mediach lub mająca do nich dojścia; ulokowana w ważnych urzędach, partiach, spółkach Skarbu Państwa, instytucjach finansowych, stowarzyszeniach, fundacjach, think-tankach itd. Tam, gdzie można oddziaływać na obieg informacji, na kluczowe decyzje gospodarcze, finansowe, polityczne.

Inny były rosyjski szpieg twierdził, że Moskwa utrzymuje agentów w każdej większej polskiej instytucji. To rzeczywista skala penetracji państwa polskiego przez Rosjan?
- Wiele wskazuje na to, że rosyjskie służby prowadzą w Polsce działalność na skalę nieproporcjonalnie dużą - m.in. z powodu wieloletnich zaniedbań naszego kontrwywiadu. Chcąc w przybliżeniu zarysować obraz sytuacji, a tylko tak możemy rozmawiać, trzeba zrekonstruować kontekst. Zacznijmy od tego, że ZSRS był państwem nie tylko policyjnym, ale także agenturalnym. Tajne służby nie tylko zastraszały społeczeństwo i je kontrolowały. Posługiwanie się nimi było jednym z głównych - jeśli nie głównym - instrumentem uprawniania przez ZSRS polityki wewnętrznej i zewnętrznej.

Sytuacja nie zmieniła się po upadku Związku Sowieckiego?
- Od czasów Władimira Putina Rosja jest rządzona przez środowisko tajnych służb. Eksperci zachodni oceniają, że na kilka tysięcy osób decydujących o funkcjonowaniu państwa rosyjskiego, 70-80 proc. pracowało wcześniej w służbach. W skali międzynarodowej nie ma chyba podobnego przypadku.

Także w innych krajach postkomunistycznych?
- Znów przywołam kontekst. Terytorialnie Rosja jest od nas większa ponad pięćdziesięciokrotnie, ale gospodarka rosyjska [mierzona wartością produktu krajowego brutto - red.] jest większa od polskiej tylko ok. 3,5-raza. Natomiast gdy porównamy potencjały tajnych służb obu krajów, ta różnica jest znacznie większa niż między ich gospodarkami. Rosja, zamiast inwestować w instrumenty innowacyjne i rynkowe, przeznacza ogromne środki na tajne służby. Każde państwo dysponuje szerokim wachlarzem instrumentów uprawiania polityki. Jednak w polityce Rosji rola instrumentów agenturalnych jest nieproporcjonalnie duża w porównaniu z innymi krajami. Biorąc to pod uwagę, polski kontrwywiad powinien być rozbudowany proporcjonalnie do tego zagrożenia.

I kolejne wydarzenia potwierdzają obawy, że tak nie jest...
- Mamy do czynienia z wieloletnimi zaniedbaniami. Obecny szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Krzysztof Bondaryk powiedział w wywiadzie opublikowanym w 1996 r., po odejściu z ówczesnego Urzędu Ochrony Państwa: "Od początku zakładaliśmy, że nasz Urząd może być dla Rosjan przejrzysty. Rosjanie dzięki swoim starym kontaktom towarzyskim i aktywom operacyjnym mogli kontrolować większość operacji naszego kontrwywiadu. (...) UOP był obiektem wielu agresywnych akcji ze strony służb rosyjskich, ukraińskich, białoruskich. Nasza reakcja była najczęściej taka: nie prowokować bez potrzeby, tylko obserwować i uniemożliwiać działanie. Aby to było skuteczne, szczególnie kiedy nasz wywiad jest sparaliżowany, potrzebujemy wiedzy o tym, co tu się działo przez ostatnie 25 lat. Kim i czym KGB się interesował w Polsce i do jakich spraw potrzebował pomocy SB? Jakie działania podejmował wobec polskich obywateli w kraju i za granicą? Problem ten dotyczy nie tylko SB. Także wojskowych służb specjalnych i struktur PZPR.
Nikt tego dotychczas nie zrobił. A przecież współpraca ze służbami ZSRR przed 1989 r. nie dotyczyła paru osób, to były statystycznie ogromne liczby. Czy to jest kontynuowane?
Mimo zniszczeń archiwów SB i służb wojskowych odtworzenie tej wiedzy jest możliwe. Na tej podstawie kontrwywiad mógłby ocenić, w jakim zakresie służby rosyjskie wracają do starych wpływów, operacji i kontaktów. Nie chodzi mi więc o to, by kogoś rozliczać bez powodu, ale ze względu na bezpieczeństwo państwa. Musimy to wiedzieć" ("Gazeta Wyborcza", 22 października 1996; wytłuszczenie A. Z.).
Bondaryk wskazał na poważne zaniedbanie kontrwywiadowcze, które ociera się o zdradę stanu. Ale w 1996 r. na jego wypowiedź nie było żadnej reakcji publicznej.

Nie można było załatwić tej sprawy wraz z weryfikacją funkcjonariuszy SB w 1990 roku?
- Nie. To wymagałoby długotrwałej kwerendy archiwalnej, a na weryfikację poświęcono kilka miesięcy. Pamiętajmy też, że nie objęła ona służb wojska. Choć przy weryfikacji SB w 1990 r. nie podjęto rekonstrukcji kontrwywiadowczej, to nie sądzę, by można było za to winić ówczesnego szefa MSW Krzysztofa Kozłowskiego. Natomiast można mu zarzucić, iż nie doprowadził do zrealizowania w nowo utworzonym UOP zadań, o których Bondaryk mówił w 1996 roku. Również później, co najmniej do czasu dwuletnich rządów PiS, nie wykonywano wielu innych zadań wynikających z kontrwywiadowczego abecadła. Polega ono na tym, że identyfikuje się środowiska społeczne podwyższonego ryzyka i monitoruje się je pod kątem zagrożenia ze strony obcych wywiadów. Tu na wielu polach występują poważne zaniedbania. Nadal się tego nie dyskutuje - np. dlaczego po wypowiedzi Bondaryka w 1996 r. ani organa państwa, ani media, ani żaden tzw. autorytet nie zareagowały?

Jak to wytłumaczyć?
- Od roku 1989 Polską przez lata rządziły ekipy postkomunistyczne, a prezydentem był polityk wywodzący się z PZPR. To powiązania tego środowiska z Moskwą byłyby rekonstruowane w wyniku porządnej roboty kontrwywiadowczej. Politycy i funkcjonariusze służb związani z tą formacją znajdowali się w konflikcie interesów. Gdyby chcieli zadaniować kontrwywiad na rozpoznanie relacji z instytucjami sowieckimi, osłabiliby interesy własnego środowiska. Widzimy zatem, iż nieprzeprowadzenie dekomunizacji wiązało się także z dużymi stratami kontrwywiadowczymi, czego do dziś się nie dostrzega.

Co w takim razie zmieniła likwidacja WSI?
- Istotnie utrudniła działalność rosyjskich tajnych służb oraz grup biznesowych. Argument, że zwolnienie z tajnych służb wojska wielu osób pozostawiło je na pastwę obcych służb, jest tylko pozornie trafny. Teraz Rosjanie muszą "podchodzić" do poszczególnych, rozproszonych żołnierzy (ryzykując wpadki, ponosząc nakłady finansowe, podejmując długotrwałe zabiegi, by wypracować pozycje operacyjne). Natomiast przed rozwiązaniem WSI w samym rdzeniu państwa była śluza dla wpływów rosyjskich - i agenturalnych, i gospodarczych. Obecność wśród kadr WSI, w tym kierowniczych, licznych osób szkolonych przez Rosjan i dobrze przez nich rozpracowanych stanowiła zagrożenie niedające się pogodzić z kontrwywiadowczym elementarzem. Jest regułą, że osoby szkolone w służbach państwa nieprzyjaznego nie mogą pracować w służbach państwa niepodległego, a zwłaszcza nie mogą pełnić w nim funkcji kierowniczych. Tymczasem raport z likwidacji WSI jasno pokazał, że tego kontrwywiadowczego abecadła nie przestrzegano; wiele osób szkolonych w Moskwie obejmowało funkcje kierownicze w WSI, włącznie z ostatnim ich szefem gen. Markiem Dukaczewskim. Dlatego zasadne jest traktowanie WSI jako służb faktycznie, chociaż nieformalnie, z Rosjanami "zaprzyjaźnionych". I nie zmienia tego fakt, iż na niższych szczeblach pracowało tam wielu patriotów.

Dlaczego więc dziś znów mówimy o dziurze w systemie kontrwywiadowczym Polski?
- Sytuacja się nie poprawiła, ponieważ premier Tusk mianował szefem ABW, czyli największej tajnej służby w Polsce odpowiadającej za kontrwywiad cywilny, Krzysztofa Bondaryka, który przez szereg lat pracował w firmach związanych z jednym z naszych oligarchów. Od jednej z jego firm pobierał do niedawna odprawę, znacznie wyższą od wynagrodzenia, które otrzymuje jako szef służby. Nie da się pogodzić ze standardami bezpieczeństwa państwa sytuacji, w której osoba związana ze środowiskiem biznesowym, które - co naturalne we współczesnym świecie - prowadzi interesy z różnymi krajami, w tym z Rosją, kieruje największą tajną służbą, odpowiedzialną także za kontrwywiad gospodarczy. Ma miejsce rażący (nawet gdyby był czysto potencjalny) konflikt interesów. Standardem współczesnego świata jest przecież to, że kontakty biznesowe wykorzystywane są jako kanał dla zbierania informacji wywiadowczych oraz dla agentury wpływu.

Sugeruje Pan, że jest to jednocześnie odpowiedź na pytanie, dlaczego Krzysztof Bondaryk nie interesuje się już uszczelnianiem polskiego systemu kontrwywiadowczego?
- W sensie formalnym pewnie się interesuje. Zakrawa na paradoks, że człowiek, który w 1996 r. poinformował opinię publiczną o istotnej luce kontrwywiadowczej, od 2007 r., jako znajdujący się w konflikcie interesów szef służby, sam stał się symbolem takiej luki. W tym kontekście zaniepokojenie budzi niefrasobliwość premiera Donalda Tuska, który w lutym 2008 r. w wywiadzie dla jednego z tygodników powiedział: "Otóż stwierdzam, że zasób informacji dostarczanych przez służby, niezbędnych dla premiera i prezydenta, jest po prostu bardzo ubogi. Mógłbym natomiast już dziś napisać książkę, jakie klany walczą ze sobą wewnątrz poszczególnych służb. Odnoszę przygnębiające wrażenie, że bardzo wielu oficerów służb specjalnych to są prywatne armie byłego szefa, aktualnego szefa czy przyszłego szefa i zajmują się głównie intrygami."
Widzimy, że premier w trzy miesiące po objęciu władzy był świadomy nie tylko niskiej sprawności służb, ale nawet patologii w nich. Czy zatem uruchomił jakiś program nadzoru i naprawy? Wprost przeciwnie, nie mianował koordynatora służb specjalnych, a sekretarzem stanu, którego zadaniem jest jakby ich pilnowanie, uczynił osobę bez doświadczenia w tej dziedzinie. Premier, niedawno pytany przez sejmową komisją śledczą ds. afery hazardowej, w jakie uprawnienia wyposażył Jacka Cichockiego, bo o nim mowa, odpowiadał w sposób niejasny. Z wypowiedzi premiera przed komisją wynika, że nie interesuje się on funkcjonowaniem służb specjalnych, nie czyta wielu dokumentów, ignoruje prowadzone przez nie operacje, nie zadaniuje służb. Warto się zastanowić, czy taka sytuacja nie kwalifikuje się do Trybunału Stanu. Szef rządu odpowiedzialny za bezpieczeństwo państwa, który w 2008 r. publicznie oświadczył, że wie o poważnych patologiach w służbach, trzyma oczy "szeroko" zamknięte. Co więcej, osłabia kontrolę nad służbami. Nastąpiła bowiem bezprecedensowa rzecz w III RP, niemająca miejsca ani za czasów rządów SLD, ani PiS. Mianowicie PO odeszła od reguły, że przewodniczącym sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych jest zawsze poseł opozycji. W związku z tym jeśli nie Trybunał Stanu, to historycy będą musieli kiedyś rozliczyć Tuska za utrzymywanie luki w systemie kontrwywiadowczym naszego kraju.

Ale były szef UOP gen. Gromosław Czempiński przekonywał niedawno na łamach jednej z gazet, że obecne służby kontrolują rosyjską działalność wywiadowczą w Polsce, czego przykładem jest niedawne aresztowanie rosyjskiego agenta przez ABW...
- Ten agent został rozpracowany bodaj jeszcze za rządów PiS, a jeden aresztowany szpieg wiosny nie czyni. Czempiński bezpodstawnie prezentuje teorię "kojącą".

A jaka jest rola rosyjskiej agentury wpływu w Polsce, o której również mówił Trietiakow?
- Zachodni analitycy rynków energetycznych zwracają uwagę, że u źródeł wieloletniej niezdolności Unii Europejskiej do wypracowania jednolitej polityki energetycznej wobec Rosji leży to, iż kraj ten w sektorze energetycznym umiejętnie kojarzy wymiar biznesowy z korupcyjno-agenturalnym. Na przykład amerykański analityk Keith C. Smith, pracujący dla jednego z think tanków, pokazał strukturalne powody, dla których Unia Europejska ignoruje nietransparentną i monopolistyczną politykę Kremla na polu energetyki. Gdy zaś pojawiają się jakieś reakcje Unii na nieprawidłowości ze strony Rosji, to są słabe i źle skoordynowane. Smith przypomina, że między rosyjskimi firmami wydobywczymi i przesyłowymi a firmami krajów UE istnieje spora grupa firm-pośredników, które z biznesowego punktu widzenia nie przynoszą żadnej wartości dodanej. Na czym zatem polega ich rola? Poza przechwytywaniem części zysków i zawyżaniem cen rezultatem obecności tych firm jest także - niedostrzegane zazwyczaj - zagrożenie dla jakości unijnych instytucji. Mianowicie, owe firmy-zbędni-pośrednicy są instrumentem polityki Rosji tworzącym warunki dla korupcji strukturalnej - w krajach głównie Europy Centralnej, ale nie tylko. Podmioty rosyjskie penetrują i oddziałują na środowiska opiniotwórcze oraz decyzyjne w Unii. Powodują, że w różnych krajach członkowskich władze i instytucje współpracujące z podmiotami rosyjskimi nie są w stanie podejmować decyzji racjonalnie wyrażających interesy części państw członkowskich ani Unii jako całości. Nie tylko w zakresie polityki bezpieczeństwa energetycznego. Polski ekspert gen. prof. Stanisław Koziej pisze: "Unia Europejska najwyraźniej nie jest w stanie prowadzić czytelnej i jednoznacznej, opartej na klarownych zasadach, polityki wobec Rosji". Nie tak dawno rosyjski "Kommiersant" napisał o dymisji premiera Węgier: "Odejście pana Gyurcsanya może oznaczać dla Gazpromu utratę potężnego lobbysty nie tylko wewnątrz Węgier, ale także na europejskiej arenie politycznej".
Niedawno niemiecki dziennikarz śledczy Juergen Roth, autor książki na temat organizacji mafijnych, powiedział w Polsce, że: "Gazprom można by uznać za najwyższą formę przestępczości zorganizowanej". Znane są metody tej firmy zatrudniania byłych polityków krajów demokratycznych, nie tylko byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera. To pokazuje, iż niezależnie od operacji ściśle wywiadowczych występuje kombinacja agentury wpływu i agentury gospodarczej.
Także ten kierunek rozumowania trzeba brać pod uwagę, zastanawiając się, jak doszło do podpisania przez obecne władze Polski budzącego wiele wątpliwości kontraktu gazowego z Rosją [zwiększającego dostawy gazu aż do 2037 r., mimo projektów importowania tego surowca z innych kierunków - red.].

Dlatego nasuwa się pytanie, czy dobra tarcza kontrwywiadowcza nie jest jednocześnie dobrą tarczą antykorupcyjną?
A odpowiedź na to pytanie pozwoli również zrozumieć, czemu właśnie Polska ma z tym problemy, chyba większe niż pozostałe kraje Unii Europejskiej?
- Jednym ze źródeł korupcji we współczesnym świecie są interesy korporacji ponadnarodowych, traktujących niektóre kraje jak kolonie. Korporacje te wywierają formalną i nieformalną presję na rządy oraz władze lokalne w wielu krajach, aby uzyskać dla siebie warunki preferencyjne. Państwo, mające dobrze rozbudowaną tarczę kontrwywiadowczą, przy okazji tworzy tarczę antykorupcyjną. To, iż w Polsce to nie działa, widać na przykładzie negocjacji w sprawie sprzedaży polskich stoczni.

Sugeruje Pan, że rosyjska agentura wpływu to problem polityków znajdujących się na szczytach władzy w Polsce, a nie szeregowych urzędników ważnych instytucji?
- Funkcjonowanie agentury wpływu nie przypomina opowieści z serii "płaszcza i szpady", gdzie w jakimś urzędzie ktoś w nocy, pod kocem, fotografuje dokumenty. Odpowiedzią na Pana pytanie jest odpowiedź na inne - czy państwo polskie i jego kluczowe instytucje są zdolne do działań zgodnych z naszym interesem narodowym? Jeśli Gazprom potrafił doprowadzić do tego, że kanclerz tak potężnego kraju jak Niemcy stał się wynajętym lobbystą rosyjskim, to trzeba przyjąć, że w przypadku krajów słabszych organizacyjnie, kulturowo i technologicznie zagrożenie jest znacznie większe. Dużo większe są również straty gospodarcze z tego tytułu.

Ponieważ to obywatele słabo zabezpieczonych krajów ostatecznie płacą za łapówki przekazywane politykom?
- Można sformułować równanie: słaba tarcza kontrwywiadowcza podwyższa koszt "podatku" korupcyjnego płaconego przez obywateli państw słabo chronionych.

Rosjanie korzystają też z tradycyjnych narzędzi obserwacji. Ostatnio media ekscytowały się tym, że rosyjski samolot śledził ćwiczenia polskiego wojska...
- To banalna sprawa. Jest oczywiste, że Rosja ma swoje samoloty szpiegowskie podobnie jak NATO. Jedyny problem polega tylko na tym, by nasze służby wywiadowcze umiały namierzyć takiego "szpiega" i go kontrolować.

Co należy zrobić, aby usprawnić funkcjonowanie polskich służb kontrwywiadowczych?
- Obawiam się, że premier Tusk jest w takim położeniu, iż musiał wmówić sobie, że to dobrze, iż nie przygląda się służbom z bliska. Zwolnienie szefa CBA Mariusza Kamińskiego po tym, jak kierowana przez niego służba wykryła wątpliwe kontakty najbliższych współpracowników premiera z biznesmenem, lobbystą i kryminalistą, jest "ostrzeżeniem" także dla ludzi kontrwywiadu: "obserwujcie uważnie, ale uważajcie, kogo obserwujecie". Mogą ich bowiem spotkać przykre konsekwencje, jeśli będą rozpracowywać agenturę wpływu wśród np. biznesmenów zaprzyjaźnionych z członkami rządu. Aby uszczelnić osłonę kontrwywiadowczą, potrzeba całościowej reformy służb specjalnych - dwa ostatnie lata pokazują jednak, iż po obecnej ekipie nie można się tego spodziewać.

Dziękuję za rozmowę. "
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Czw Kwi 15, 2010 4:46 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100415&typ=tk&id=tk21.txt

NASZ DZIENNIK Czwartek, 15 kwietnia 2010, Nr 88 (3714)

"W sytuacji takiej straty, zanim środowiska niepodległościowe znów zaczną się różnić, powinny przejść fazę przynajmniej istotnej konsolidacji

Należy od siebie więcej wymagać

Z prof. Andrzejem Zybertowiczem, socjologiem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, doradcą prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego do spraw bezpieczeństwa państwa, rozmawia Anna Ambroziak


Wszyscy jesteśmy poruszeni tragedią, jaka wydarzyła się pod Katyniem. Odczuwamy też silny impuls uczuć patriotycznych, ale jak głębokie i trwałe się okażą?
- Trudno powiedzieć. By uczucia przekładały się na postawy, muszą być zakorzenione w instytucjach, trwałych rozwiązaniach organizacyjnych. Pod tym względem my, Polacy, musimy się dużo nauczyć. Trzeba też brać pod uwagę, że pod warstwą pozytywnych przeżyć duchowych i wspólnotowych może kryć się mechanizm psychologicznego samorozgrzeszania się. Być może niektórzy zapalają znicze, gdyż chcą przeprosić prezydenta za to, że brutalnie kpili z niego. Że zbyt łatwo dali się zmanipulować propagandystom, którzy zamierzali zrobić z Lecha Kaczyńskiego kogoś małego, postać zupełnie bez znaczenia. Może być tak, że to skoncentrowanie uczuć patriotycznych obecnie zostanie potraktowane jako "odfajkowanie" pewnej powinności. A potem nastąpi codzienna krzątanina i nie będziemy się trzymali nawet tych mniej wymagających zasad współżycia. Kiedy prawda znów przestanie być ważna, bo przecież są interesy. Psychologowie stwierdzili istnienie takiego mechanizmu, że ludzie, którzy byli przekonani, iż właśnie zrobili coś dobrego, potem folgowali sobie w innych sprawach.

Na czym ten mechanizm polega?
- Zrobiwszy coś odczuwanego jako ważne i dobre, paradoksalnie możemy stać się mniej wymagający od siebie w innych sytuacjach, możemy czuć przyzwolenie, by sobie poluzować. Silne stany emocjonalne nie mogą trwać zbyt długo, żar się wypali i codzienność ludzi emocjonalnie "wyssanych" może wrócić nawet do większej brutalności niż poprzednio.

Wyrzuty sumienia nie wyczerpują wszystkiego, co teraz Polacy przeżywają...
- Oczywiście. Ta reakcja ludzi, podobnie jak po śmierci Jana Pawła II, pokazuje niedosyt form bycia razem, form wspólnotowości. Tkanka społeczeństwa polskiego, tkanka instytucji nieformalnych dających bliskość, obywatelskich sposobów wsparcia dla ludzi starych jest w Polsce słabsza niż w innych społeczeństwach Europy. Brakuje nowoczesnych form zagospodarowania potencjału patriotyzmu. Powoduje to, że niektórzy chcą ogłaszać śmierć Narodu, niemal zbędność suwerenności, ale Polacy pokazują, iż chcieliby wierzyć w sprawy wielkie i chcieliby mieć poczucie, że ci, którzy ponoszą odpowiedzialność w sferze spraw publicznych, są zdolni do wielkich czynów. A może być też zasadna mniej optymistyczna interpretacja. Potrzeba bycia razem w miejscach skupienia to także może być reakcja lękowa przed śmiercią.

Może z lęku o to, co będzie dalej z Polską?
- Przecież jesteśmy różni. Nie wszyscy wszystko przeżywamy tak samo. Ta nagłość zdarzenia. Przed pięciu laty odchodził od nas Papież Jan Paweł II. Ale - można powiedzieć - odchodził, wypełniwszy swoją misję. A tu misja została przerwana. Misja nie tylko prezydenta, ale innych wielu dobrych ludzi, którzy wierzyli w nasz kraj. Nawet jeśli wśród ofiar byli przedstawiciele środowisk mniej przywiązanych do naszej tradycji narodowej, które mniej wierzą w potrzebę niepodległej Polski w dzisiejszym świecie, to i oni uznali, że jednak należy w Katyniu być. To także był jeden z owoców pracy Lecha Kaczyńskiego.
W polityce nie brakuje (nie tylko w Polsce) osób cynicznych. Ale postawy Lecha Kaczyńskiego albo ministra Władysława Stasiaka, z którym miałem roboczy codzienny kontakt i który posiadał dużą wiedzę historyczną, promieniowały nawet na tych, którzy bardzo krytycznie podchodzą do naszego dziedzictwa narodowego.

Dlaczego na pokładzie jednego samolotu znaleźli się najwyżsi urzędnicy państwowi?
- To dowód organizacyjnej niedojrzałości naszego państwa.

Jak widzi Pan teraz przyszłość Prawa i Sprawiedliwości i całej polskiej prawicy?
- Widzę szanse na to, by energia polityków tego ugrupowania nie wygasła i nie podążyła ku negatywnym impulsom, ale ku budowaniu. Że słowa "sursum corda" dają nie tylko wzmocnienie energii psychicznej, ale także zdolność do kreatywnego, organizacyjnego działania. Ucierpiał cały Naród. Ale patrząc w kategoriach potencjału ludzkiego, to środowiska niepodległościowe poniosły największe straty kadrowe.

Czym wypełnić tę lukę?
- Należy od siebie więcej wymagać. W internecie widoczna jest chęć powstrzymania dotychczasowych pęknięć w obrębie środowisk niepodległościowych. Takie pęknięcia w demokracji są normalne. Ale dzisiaj trzeba przyjąć założenie, iż w sytuacji takiej straty, zanim środowiska niepodległościowe znów zaczną się różnić, powinny przejść fazę przynajmniej istotnej konsolidacji. Formuła, że nie ma ludzi niezastąpionych, brzmi nieludzko w sensie duchowym - naszych bliskich nikt nie jest w stanie zastąpić, ale w sensie socjologiczno-organizacyjnym znaczy, że ci, którzy pozostali, mają się zmobilizować. Wziąć na swe barki brzemię, którego wcześniej unikali.
Są osoby, które nie czują w sobie talentów organizatorskich lub przywódczych, osoby, które pragną pracować dla naszej wspólnoty, ale nie chcą być w obiektywach kamer. Moja podpowiedź dla osób z trzeciego lub czwartego planu jest taka: czasami trzeba przyjąć wyzwanie, które wykracza poza dotychczasowe ambicje zawodowe i plany rodzinne. Podjąć się pracy organizacyjnej - trudnej i często niewdzięcznej. Niełatwo bowiem koordynować ludzi o różnych poglądach, temperamentach i interesach. Chodzi o to, by ci wszyscy, którzy czują w sobie tzw. iskierkę Bożą, podjęli się - ze świadomością, że to trudne, że tylko niektórzy odniosą sukces - wspólnotowych zadań organizacyjnych. Wydaje się, iż warto podjąć próbę nowego zmobilizowania obozu patriotycznego, który zjednoczyłby się wokół tej organizacji, która jest najsilniejsza, czyli wokół Prawa i Sprawiedliwości. Mimo wszystkich ułomności tej partii. Potrzebne są formy integrujące ludzi, którzy wierzą w rozwój Polski jako suwerennego podmiotu polityki międzynarodowej i unijnej, a nie wasala Wschodu lub Zachodu. Najpierw trzeba w siebie uwierzyć, zawierzyć temu, co w nas dobre, i zaraz potem szukać konkretnych rozwiązań organizacyjnych.

Dziękuję za rozmowę."
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Pon Kwi 19, 2010 5:48 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100419&typ=aa&id=aa13.txt

NASZ DZIENNIK Poniedziałek, 19 kwietnia 2010, Nr 91 (3717)

"Dziennikarze mają się z czego tłumaczyć


Z prof. Andrzejem Zybertowiczem, socjologiem, wykładowcą UAM, rozmawia Małgorzata Goss


Panie Profesorze, czy to spontaniczne narodowe przeżywanie żałoby narodowej da się przekuć w jakieś długofalowe pozytywne zjawisko?
- Badacze od kilku lat podkreślali, że Polacy nieźle się odnaleźli w gospodarce wolnorynkowej i zaakceptowali rynkowe reguły gry, ale nie odnaleźli się w polityce. W naszym społeczeństwie jest niski poziom przyzwolenia na konflikt w polityce, niski poziom zaufania wobec polityków i daleko posunięta niechęć wobec polityki. Tymczasem naród, który chce się rozwijać, musi umiejętnie zagospodarować przestrzeń polityczną. I co się ukazało naszemu Narodowi podczas ostatniego tygodnia? W mediach pokazano ludzkie, prywatne, rodzinne oblicze nie tylko Pary Prezydenckiej, ale prawie wszystkich postaci znanych społeczeństwu wcześniej z telewizji. I okazało się, że ci ludzie - spierający się ze sobą publicznie, czasami w dobrym stylu, czasami w gorszym - są na co dzień uśmiechnięci, życzliwi, mają kochające się rodziny, są dobrymi kolegami, wyświadczają innym wiele przysług, wielu ludzi dużo im zawdzięcza. Jednym z owoców tych dni skupienia i żałoby mogłoby być lepsze zrozumienie przez społeczeństwo, że politycy to nie są wyłącznie potwory i karierowicze, ale także ludzie, którzy wzięli na swoje barki trud, starania - nie zawsze umiejętne, ale starania - o dobro wspólne. Drugim wymiarem powinno być uświadomienie sobie, że jakość polityki można poprawić, jeśli się w nią wejdzie. Tęsknota za wspólnotowością widoczna w miejscach skupienia, do których ludzie podążali, jeśli nie ma być li tylko przejściową emocją, powinna być wsparta falą aktywności obywatelskiej. Tak długo, jak ludzie porządni nie będą wchodzili do polityki, ludzie małego formatu będą się tam zbyt dobrze czuli. Pokazanie nieraz przesłodzonych, ale w wielu przypadkach realistycznych obrazów prywatności polityków i osób odpowiedzialnych za kierowanie państwem, może pomóc wyborcom zrozumieć, na czym polega ta misja. Z kolei rozumiejąc ją, będą mogli zaakceptować to, że konflikt, spieranie się wokół różnych wizji Polski, różnych interesów, jest czymś najzupełniej normalnym. Dopóki posłowie się spierają, nie urażając przy tym własnej godności i godności wyborców, to mają prawo i powinni się spierać. Bez jawnego sporu nie ma wolności.

Ten spór był jednak w mediach relacjonowany w taki sposób, że ludzie zaczęli odrzucać i sam spór, i polityków...
- Jest szansa na zmianę takiego postrzegania. Niestety, niektóre media nie chcą tej szansy, bo spór polityczny prowadzony w sposób kulturalny cieszy się mniejszą oglądalnością, ma mniejszą sprzedawalność. Jeśli dziennikarze nie zrobią rachunku sumienia i nie uświadomią sobie, że to oni wypromowali autorów najbardziej brutalnych ataków na Prezydenta, że to media wychowały i wylansowały tych ludzi, stracimy tę szansę. Ten, kto obrażał Prezydenta w jednym medium, był premiowany zaproszeniem do kolejnych. Dziś część dziennikarzy powinna uderzyć się w piersi i wyciągnąć wnioski. Chodzi o podwyższenie przez nich standardów działania. Kiedyś na żywo na wizji powiedziałem redaktorowi, że jego program został "zeświniony". On dopuścił do tego, że gość zawczasu przyniósł łeb od świni, przygotował go pod stołem i wyłożył w czasie programu na wierzch. Dziennikarz nie tylko do tego dopuścił, ale tego pana potem wielokrotnie zapraszał.

Tanio kupiona popularność, oglądalność...
- I to się wówczas nie spotkało z żadną niechęcią kolegów! A czy teraz zaprosił tego pana od świni, żeby skomentował traumę narodową? Nie chodzi o tę jedną osobę, specjalnie nie wymieniam nazwiska tego redaktora, skądinąd to nie jest dziennikarz małego formatu. Wskazuję na mechanizm tego zjawiska. Wszyscy musimy od siebie więcej wymagać. A efektem tego powinno być odzyskanie polityki dla Polaków, żeby polityka nie była sprawą wąskiej grupy elit, która będzie myślała i decydowała sama. Ta grupa elit może, a nawet musi być poszerzona, ale projekt poszerzenia przybierze realny kształt tylko wtedy, gdy wielu Polaków różnych pokoleń, w tym młodego pokolenia, powie sobie: wybieram misję, która jest trudna i niewdzięczna, misję pracy z ludźmi, przekonywania ludzi do swoich racji, misję dążenia do władzy i sprawowana jej w ramach pewnych standardów, pewnej kultury...

Wydarzenia tych dni mogą być czymś w rodzaju rekolekcji dla ludzi mediów i polityki?
- Niestety, w wielu mediach tych rekolekcji nie będzie. W sobotę, dzień przed pogrzebem Pary Prezydenckiej, przeczytałem komentarz. Zastępca redaktora naczelnego pewnej dużej gazety, komentując jeden z programów telewizyjnych, napisał, że ludzie występujący w tym programie "uczynili zmarłego prezydenta wspólnikiem własnych obsesji", znieważyli go, czyniąc zeń "patrona swych podłych myśli". Dalej autor pisze o krytykowanym przez siebie programie telewizyjnym, że "ten sabat czarownic" odbywa się w telewizji publicznej. I że "to musi być publicznie napiętnowane". W trzech linijkach mamy "obsesję", "znieważenie", "podłe myśli", "sabat czarownic" i wezwanie do "napiętnowania". Jaką trzeba mieć psychikę, żeby w trzech linijkach tekstu zawrzeć tak wiele agresywnych określeń?! I to rzekomo w imię walki z agresją. Jeśli w tygodniu żałoby dziennikarzowi, i to nie byle jakiemu, bo współkierującemu ważną redakcją, wylewa się spod pióra tyle brutalnych określeń, to co on napisze za miesiąc, gdy kampania wyborcza będzie w toku? I koledzy tego pana uważają, że jest OK? Że taka kondensacja agresji w trzech linijkach tekstu jest na miejscu? I on będzie dalej zapraszany jako komentator do telewizji! Tymczasem jeśli chcemy choć trochę poprawić jakość debaty publicznej, to ten pan powinien teraz przejść kwarantannę. On bardzo potrzebuje rekolekcji! Mało kto z nas jest wolny od braku powściągliwości, ale stopień nasycenia agresją w różnych mediach jest niejednakowy. W tym króciutkim komentarzu mamy jeszcze sformułowania o "sprofanowaniu żałoby", "nienawiści", "mrocznych pasjach", "niedorzecznych oskarżeniach i podejrzeniach" i o "piekielnej kampanii politycznej". Co musi mieć w głowie środowisko dziennikarskie, w którym zastępca redaktora naczelnego w tygodniu żałoby uważa za właściwe dać upust swoim emocjom w taki sposób? Przy pomocy jakich słów opisać intencje człowieka, który posługuje się takim językiem, z takim ładunkiem złych emocji? Jest to na pewno jakiś fenomen...

Dziękuję za rozmowę. "
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sro Lip 07, 2010 6:21 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100707&typ=my&id=my11.txt

NASZ DZIENNIK Środa, 7 lipca 2010, Nr 156 (3782)

"Podróżując po kraju, dostrzegam, że polskość zagościła głęboko w sercach ludzi, którzy chcą zrobić coś dla państwa. Jednak ani partie polityczne, ani struktury państwowe nie mają dla nich propozycji

Nie zagospodarowano środowisk niepodległościowych

Z prof. Andrzejem Zybertowiczem, socjologiem, byłym doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego ds. bezpieczeństwa państwa, profesorem w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, rozmawia Mariusz Bober

Czy Jarosław Kaczyński mógł wygrać te wybory?
- Wynik potwierdza, że w starciu dwóch wizji Polski: z jednej strony patriotyczno-niepodległościowej, reprezentowanej w dużej mierze przez tę część społeczeństwa, która nie odnalazła się w transformacji ustrojowej, z drugiej - tej, która na niej wygrała, choć niekiedy płytko jest zakorzeniona w polskości, środowiska niepodległościowe są ciągle słabe. Co prawda wiele nauczyły się przez ostatnie 20 lat. Myślę jednak, że te wybory można było wygrać, gdybyśmy potrafili od siebie więcej wymagać.

Jakie więc zmiany należałoby wprowadzić i gdzie - w strukturach politycznych czy społecznych?
- Potrzeba więcej samodyscypliny i umiejętności chłodnej analizy problemów zamiast kierowania się emocjami. Najgorszy wniosek, jaki można byłoby wyciągnąć, to nastroje defetystyczne, co zawsze mnie irytuje u środowisk niepodległościowych. Wynik jest także dużym osiągnięciem. Pokazuje ogromny potencjał polskości i obywatelskości. Zastanawiam się, na ile ten rezultat jest sukcesem osobistym Jarosława Kaczyńskiego i jego sztabu, a na ile wyrazem siły uczuć Polaków demonstrujących wolę budowy sprawnego państwa. Niestety, ich energia jest ciągle niezagospodarowana.

Dlaczego?
- Ponieważ polityczna część środowisk niepodległościowych słabo potrafi tę energię zogniskować w nowoczesnych instytucjach.

Z czego zatem jeszcze muszą one zrobić rachunek sumienia?
- To, że wyborca, który ma kontakt z polityką tylko za pośrednictwem telewizora, kieruje się emocjami i jest skłonny do obrażania się na swoich polityków, na których raz już zagłosował, jest dla mnie zrozumiałe. Ale gdy rozmawiam z politykami, którzy działali już w wielu partiach i widzę, że stale kierują się urazami, że mają bardzo ograniczoną zdolność do myślenia taktycznego, to mnie drażni. Na przykład osoby przywiązane do tradycji patriotycznej, mające dużą wiedzę historyczną i polityczną jednocześnie, przed katastrofą smoleńską potrafiły wygłaszać tyrady, dlaczego nie zagłosują na śp. Lecha Kaczyńskiego, bo rozdrażnił ich jakiś drobiazg w jego polityce.

Więc nawet politycy mają problemy z racjonalizacją swoich oczekiwań wyborczych?
- Niektórzy działacze partyjni postępują tak, jakby oczekiwali, aż pojawi się polityk typu Mr. Perfect, czyli ktoś doskonały, spełniający wszystkie marzenia. Taka postawa przypomina nastolatkę, która z utęsknieniem czeka na wymarzonego, idealnego chłopaka. Jeśli ktoś od lat zajmuje się polityką i w ten sposób postrzega partię albo jakiegoś kandydata na ważny urząd w państwie, to znaczy, że jest po prostu niedojrzały. Irytujące jest również to, że często ludzie utalentowani i - wydawałoby się - doświadczeni nie potrafią zacisnąć zębów, okiełznać własnego ego i pracować zespołowo. To jest negatywna strona zjawiska określanego jako polski indywidualizm. Zachowujący się w ten sposób polityk woli mieć partię kanapową, ale swoją, niż dokonać inteligentnego kompromisu, by wziąć udział w dużych wspólnych projektach. Z drugiej strony, w środowiskach patriotycznych panuje spora nieufność wobec osób, z którymi współpracuje się od dłuższego czasu. Dochodzi nawet do paradoksalnych sytuacji, że niektórzy działacze są najbardziej skłóceni z byłymi wieloletnimi współpracownikami...

PiS też popełniło błędy w kampanii?
- Mam wrażenie, że sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego, podobnie jak partia, wykazał ograniczone umiejętności zagospodarowania entuzjazmu społecznego. Na przykład w Poznaniu w społecznym komitecie poparcia kandydata na prezydenta znalazło się prawie 100 profesorów poznańskich uczelni wyższych. Ale nie potrafiono ani tego faktu odpowiednio nagłośnić, ani takiego potencjału mądrze wykorzystać. Znam jednego z tamtejszych profesorów, który osobiście rozdawał ulotki z wyrazami poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego, robiąc to zresztą w bardzo elegancki sposób. Ja również chodziłem w koszulce z podobizną mojego kandydata. Ale przy odpowiedniej organizacji wspomniany profesor nie musiałby sam rozdawać ulotek, tylko pokazałby innym, jak to robić. Należało zaprojektować mechanizmy, które zagospodarowałyby energię Polaków wyzwoloną po katastrofie smoleńskiej. Środowiska niepodległościowe nie potrafią wykorzystać pojawiających się oddolnie impulsów troski o naszą suwerenność. Są np. przedsiębiorcy, którzy chcieliby tworzyć holdingi kapitałowe stymulujące rozwój polskiego kapitału. Brakuje współpracy, pomostów, kontaktów, wymiany myśli i współdziałania. W grach politycznych, niestety, często dominują relacje klientelistyczne. Nie można ich z polityki całkiem wyrzucić, ale nie można gry politycznej opierać tylko na nich, jak dzieje się to w wielu środowiskach.

PiS nie posiada też atrakcyjnej oferty dla biznesu?
- Niedawno odbyłem ciekawą rozmowę z przedstawicielem sektora finansowego. Wskazał, że w świecie biznesu jest wiele osób, które sympatyzują z wizją Polski kojarzoną z Jarosławem Kaczyńskim, ale nie sympatyzują z metodami, które - w ich odczuciu - były wykorzystywane wcześniej do realizacji tej wizji. To ciekawa obserwacja. Bo ci ludzie rozumieją zasady codziennej gry interesów w Polsce i wiedzą, że środowisko Platformy Obywatelskiej jest tak przesiąknięte różnymi lokalnymi, krajowymi i międzynarodowymi powiązaniami, że nie posiada zdolności do reformowania państwa. Nawet ci politycy PO, którzy wyrastają z tradycji niepodległościowej i którzy nie są zdemoralizowani, utracili już tę zdolność. Ludzie biznesu zauważyli, że Jarosław Kaczyński rozumie procesy gospodarcze. Mają jednak wątpliwości, czy bez głębokiego otwarcia się na nowoczesną klasę średnią, która wcale nie jest tak kiepska, jak to się niektórym politykom prawicy wydaje, PiS jest w stanie unowocześnić Polskę.

Uważa Pan, że środowiska niepodległościowe niewłaściwie zdefiniowały i przełożyły na język gospodarki idee niepodległościowe?
- Tak. Podróżując po kraju, dostrzegam, że polskość zagościła głęboko w sercach ludzi gorzej wykształconych, często nieobytych w świecie, o niższym statusie materialnym. Ci ludzie chcą jednak zrobić coś dla Polski. Ale ani partie polityczne, ani struktury państwowe nie mają dla nich propozycji. Tymczasem energia społeczna, gdy nie jest zogniskowana przez osoby z talentami politycznymi i organizacyjnymi - znika. Przecież sam Jarosław Kaczyński wszystkiego nie zrobi. A właśnie zagospodarowanie takiej energii jest szansą dla środowisk niepodległościowych. Gdy ktoś reprezentuje tych "słabszych" Polaków, wówczas tylko ludzka energia może nadrobić brak wsparcia np. ze strony oligarchicznego kapitału i wielkich międzynarodowych korporacji. By nie zmarnować energii społecznej, trzeba wykazać się wyczuciem i umiejętnościami organizacyjnymi. Pod tym względem środowiska solidarnościowe i niepodległościowe muszą się jeszcze wiele nauczyć.

Wybory ujawniły też duże pęknięcie w polskim społeczeństwie. Nawet Bronisław Komorowski zdał sobie z tego sprawę...
- Z jednej strony Bronisławowi Komorowskiemu, jak każdemu człowiekowi, a zwłaszcza obdarzonemu zaufaniem przez miliony Polaków, należy się dobrodziejstwo wątpliwości. Nie należy z góry wykluczać, że polityk "namaszczony" przez połowę z hakiem głosujących będzie w stanie wznieść się ponad słabości swoje i swojej formacji. Ale nie można zapominać o tym, kto kandydata Komorowskiego poparł: osoby zarejestrowane jako TW "Wolski", TW "Bolek", TW "Alek", a także b. szef rozwiązanych Wojskowych Służb Informacyjnych gen. Marek Dukaczewski. A przecież poparcie zawsze jakoś ogranicza pole manewru. W kampanii wyborczej po katastrofie smoleńskiej nie było miejsca na narrację prawdziwościową i poważną dyskusję o interesach. Ale w prawdziwej polityce prawda i fałsz są instrumentami walki o władzę, a zależność od grup interesów ukierunkowuje tę walkę. Czy dostrzeżemy u Bronisława Komorowskiego potencjał do wzniesienia się ponad takie jak przywołane wyżej powiązania? A przecież na wyjaśnienie przez dziennikarzy śledczych nadal czeka sprawa jego prawdziwych relacji ze środowiskiem WSI. Wyborcom należy się ta wiedza. Znamienne, że to właśnie on jako jedyny spośród Platformy Obywatelskiej głosował przeciwko likwidacji WSI. Podczas kampanii media nie podjęły poważnej próby wyjaśnienia tych wątpliwości. Tymczasem trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy jego kontakty ze środowiskiem WSI wskazują na jakąś formę uzależnienia od byłych funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa szkolonych w ZSRS i czy jakieś formy uzależnienia nie istnieją nadal.

Sprawa nie jest nowa, a jednak nie wpłynęła na wyniki kandydata PO...
- Proszę zauważyć, że wiedza historyczna w Polsce przedostaje się do świadomości wyborców z dużym opóźnieniem. Po ilu latach w Polsce dowiedzieliśmy się, że pierwszy prezydent po 1989 r. był zarejestrowany jako TW "Wolski"? Po ilu latach od wyborów została opublikowana naukowa książka o TW "Bolku"? Po jakim czasie zostały ujawnione dokumenty dotyczące TW "Alka"? I przecież do dziś wielu wyborców nie przyswoiło tej wiedzy.

Jednak części elektoratu zapewne nawet twarde dowody nie odwiodłyby od głosowania na kandydata PO. Czy w takim razie wyjściem z tego klinczu nie jest aktywizacja tych, którzy nie biorą udziału w wyborach, a tym razem znowu było ich ponad 40 procent?
- W ustroju demokratycznym ok. 20 proc. absencji wyborczej można uznać za normę. Niektórzy po prostu nie interesują się polityką. Inni nie chcą głosować, ponieważ uznają, że już tylko samym udziałem w wyborach dawaliby poparcie systemowi władzy, który nie jest dobry. Część tych ludzi wykazuje się zapewne niedojrzałością, o której mówiłem i postępuje jak dzieci mówiące: "Na złość mamie odmrożę sobie uszy". Ale warto przemyśleć problem niegłosujących bardziej całościowo. Należałoby dać wyborcom szansę prawnie uregulowanego zakomunikowania, że nie ufają żadnemu z kandydatów startujących w wyborach. Na przykład, wprowadzając formułę oddania głosu nieważnego i przyjmując założenie, że jeśli w danych wyborach (np. na burmistrza) liczba głosów nieważnych jest największa, znaczy to, że wyborcy nie akceptują listy w całości, że wybory muszą odbyć się ponownie z całkiem nowym zestawem kandydatów.

Utrzymuje się podział na zachodnią i wschodnią część Polski, na tych z dużych miast, o lepszym statusie materialnym i wykształceniu, młodszych, oraz biedniejszych, starszych, głównie ze wsi i z niższym wykształceniem?
- To pewne uproszczenie, choć wydaje się, że rzeczywiście w większości Jarosława Kaczyńskiego popierają ludzie, którzy gorzej sobie poradzili w III RP. Jest to efekt sytuacji, w której lewica przestała dbać o sprawy socjalne i koncentruje się na sferze obyczajowej i światopoglądowej. Formacja lewicowa - nie tylko w Polsce - świadomie lub nie, nie tylko nie zagraża wielkim korporacjom, ale często wpisuje się w ich interesy. Tymczasem ugrupowania niepodległościowe, kojarzone z prawicą, często mają diagnozy i projekty trafiające także do wyborców o niewielkich dochodach.

Dziś zmieniła się zatem oś sporu społecznego?
- W każdej grze społecznej są wygrani i przegrani. Każda większa zmiana wprowadzana w państwie jest dla jednych korzystna, dla innych nie. A demokracja, która przybrała formę mediokracji, wzmaga szum informacyjny, sprawiając, że ludzie tracą zdolność do definiowania swoich interesów i organizowania się wokół nich.

Dziękuję za rozmowę. "
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Czw Sie 05, 2010 7:03 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=22419

Strukturalny konflikt interesów jako fundament III RP
prof. dr hab. Andrzej Zybertowicz - Zakład Interesów Grupowych Instytut Socjologii UMK (2010-07-31)

Rozmowy niedokończone

słuchaj
zapisz

http://www.radiomaryja.pl/dzwieki/2010/07/2010.07.31.rn18.mp3
http://www.radiomaryja.pl/download.php?file=2010.07.31.rn18&d=2010-07-31
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Czw Mar 24, 2011 5:30 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=25256

Zagrożenia nie wprost
prof. dr hab. Andrzej Zybertowicz (2011-03-23)

Rozmowy niedokończone

słuchaj
zapisz

http://www.radiomaryja.pl/dzwieki/2011/03/2011.03.23.rn18.mp3
http://www.radiomaryja.pl/download.php?file=2011.03.23.rn18&d=2011-03-23
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Wto Kwi 05, 2011 4:56 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Piotr Wolwowicz- Oryginał POLSAT HD.mp4
VIDEO
http://www.youtube.com/watch?v=-SaAZKC7vkQ&feature=related

Brawo Wolwowicz
VIDEO
http://www.youtube.com/watch?v=iQd5UQm4EC8&feature=related

Rozmowy niedokończone (Cz. 1 ) - Zagrożenia nie wprost
VIDEO

http://www.youtube.com/watch?v=GzwibGhBGNw&feature=related

Rozmowy niedokończone (Cz. 2 ) - Zagrożenia nie wprost
VIDEO

http://www.youtube.com/watch?v=mU0yy7zZoQ4&feature=related

Rozmowy niedokończone (Cz. 3 ) - Zagrożenia nie wprost
VIDEO

http://www.youtube.com/watch?v=tcPaOTm4uYs&feature=related

Rozmowy niedokończone (Cz. 4 ) - Zagrożenia nie wprost
VIDEO

http://www.youtube.com/watch?v=STalIJFmfbM&feature=related

Rozmowy niedokończone (Cz. 5 ) - Zagrożenia nie wprost
VIDEO

http://www.youtube.com/watch?v=OP4rDKC840Q&feature=related

http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=25256



prof. dr hab. Andrzej Zybertowicz (2011-03-23) [/size]




http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=24450

Strategia działań niebezpośrednich skierowana w Polskę prof. dr hab. Andrzej Zybertowicz
- Zakład Interesów Grupowych Instytut Socjologii UMK (2011-01-17)


KOMENTARZ

Polecam Państwu wysłuchanie analizy prof. dr hab. Andrzeja Zybertowicza.

To wszystko w tym temacie. Rolling Eyes




Robert Majka , polityk, Przemyśl, 05 kwietnia 2011r g.17.55
Kawaler KRZYŻA Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski,
Nr 452-2009-17 nadany 9 grudnia 2009 przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego.
Radny Rady Miasta Przemyśla (2002 - 2006)

www.sw.org.pl
http://swkatowice.mojeforum.net/temat-vt7234.html?postdays=0&postorder=asc&start=0
http://swkatowice.mojeforum.net/viewtopic.php?t=2988
http://tygodnik.onet.pl/35,0,14472,pierwsza_magdalenka,artykul.html
http://swkatowice.mojeforum.net/viewtopic.php?t=5131
http://www.polityczni.pl/oblicza_stanu_wojennego,audio,51,4505.html
http://home.comcast.net/~bakierowski/
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Wto Kwi 12, 2011 6:33 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110412&typ=my&id=my03.txt

NASZ DZIENNIK Wtorek, 12 kwietnia 2011, Nr 85 (4016)

"Mamy rozproszony archipelag polskości - wiele patriotycznych inicjatyw, wydawnictw, stron internetowych, klubów dyskusyjnych. Współtwórcy poszczególnych wysepek i wysp często nie mają ani wizji, ani umiejętności, by łącząc mniejsze organizmy w większe, uzyskać ciężar gatunkowy o skali niezbędnej do uruchomienia procesu odbudowy Rzeczypospolitej

Rekonstytucja polskości


Z prof. Andrzejem Zybertowiczem, socjologiem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, byłym doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego, rozmawia Mariusz Bober


Polska stała się terenem łowieckim dla różnych grup interesów wewnętrznych i zewnętrznych, a państwo nie potrafi temu przeciwdziałać - ostrzegał Pan niedawno w Łodzi. Alarmuje Pan, że bez większego zaangażowania Polaków w życie publiczne nie da się przezwyciężyć tego stanu.
- Są dwa rodzaje przeszkód w naprawie Polski i dobrym rządzeniu nią. Pierwsza to liczne polskie i zagraniczne pasożytnicze grupy interesu, którym odpowiada źle rządzony kraj: państwo niepotrafiące zadbać o bezpieczeństwo swoich przywódców, o interesy własnych obywateli, o to, by wielki biznes działał w Polsce według uczciwych reguł. Druga przeszkoda polega na tym, iż gdyby nawet wybory wygrała, i to z dużą przewagą, partia kompetentnych polityków z dobrym programem przebudowy Polski i tak nie dałaby rady wprowadzać potrzebnych zmian, działając pod prąd rozpowszechnionej w społeczeństwie mentalności.

Jaką mentalność ma Pan Profesor na myśli?
- Wielu z nas posiada pokłady świadomości odziedziczone po starych czasach - hamujące rozwój nowoczesnej gospodarki i demokracji; nawyki, z którymi się zrośliśmy tak bardzo, iż często ich nie dostrzegamy. Sprzyjają one z jednej strony nadmiernemu indywidualizmowi, a z drugiej - paradoksalnie - klientelizmowi, następnie zbytniej pobłażliwości wobec własnych słabości, braku poszanowania prawa, nieprzejrzystości w działaniu publicznym. Tej wielowarstwowej tkanki nie można wyrzucić z nas odgórnym aktem zmiany np. Konstytucji, choć i taki impuls odgórny może być niezbędny. Bez oddolnych form aktywności, które wyzwoliłyby falę przebudowy nas samych, projekt odgórnej, instytucjonalnej zmiany państwa byłby realizowany w swoistej próżni społecznej.

Ale zauważył Pan jednocześnie, że w Polsce działa już wiele oddolnych ruchów, stowarzyszeń i wydawnictw.
- Mamy rozproszony archipelag polskości - wiele patriotycznych inicjatyw, wydawnictw, stron internetowych, klubów dyskusyjnych, grup rekonstrukcyjnych itd. Chociaż ten archipelag potrzebuje konsolidacji w kilka dużych kontynentów, to współtwórcy poszczególnych wysepek i wysp często nie mają ani wizji, ani umiejętności, by łącząc mniejsze organizmy w większe, uzyskać ciężar gatunkowy o skali niezbędnej dla uruchomienia procesu rekonstytucji polskości. Często posługujemy się argumentem, że media posiadające największy rezonans społeczny są w ręku środowisk o mentalności kosmopolitycznej, konsumpcyjnej, klientelistycznej, postkomunistycznej. Że mediami tymi włada - użyjmy określenia dr Barbary Fedyszak-Radziejowskiej - okrągłostołowy establishment (OSE). To są środowiska, które na tyle wcześnie skorzystały na transformacji, iż okopawszy się na swoich uprzywilejowanych w III RP pozycjach, panicznie boją się istotniejszych korekt systemu, boją się wymiany starych elit na nowe (zjawiska w wielu krajach naturalnego). Ponieważ OSE faktycznie dysponuje najsilniejszymi mediami, środowiska patriotyczne traktują to jako alibi dla swojej ograniczonej skuteczności. Gdy OSE mówi: "ale przecież macie swoje media: "Nasz Dziennik", "Gazetę Polską", "Rzeczpospolitą" itd.", ale ludzie jakoś wolą kupować "Wyborczą", "Politykę" itd., to usprawiedliwiamy się, że występuje ogromna różnica kapitałowa między mediami. Ta różnica jednak - jak trafnie zwracał uwagę Rafał Ziemkiewicz - nie wzięła się jedynie ze sprawności organizacyjnej OSE, ale z uzyskania na samym starcie korzystniejszej pozycji właścicielsko-koncesyjnej - np. z przyswojenia symbolicznego kapitału założycielskiego, który miał służyć całej wolnej Polsce, przez jeden tylko odłam środowisk solidarnościowych, akurat ten, któremu najbliżej było do postkomunistów. Ale takie rozgrzeszanie się tylko częściowo jest słuszne.

Dlaczego ta aktywność nie wystarcza do obrony polskich interesów nawet wewnątrz kraju?
- To treść przekazu, a jak wygląda poziom jego formy? Treści, które trafiają do odbiorców mniejszych mediów, nie zyskują wielkiego rezonansu nie tylko z powodu różnicy kapitałowej. Spora część niepodległościowego (w tym katolickiego) dziennikarstwa, jak i innych form aktywności społecznej jest mało profesjonalna. Wiele osób czuje się lepiej, kierując małą inicjatywą - patriotyczną, artystyczną, historyczną czy medialną - niż będąc tylko wioślarzem na dużym statku, który przecież płynąłby szybciej i dalej. Patriotyczno-konserwatywne inicjatywy nie uzyskują impetu niezbędnego do zmieniania Polski, ponieważ zderzają się z tkanką postaw wielu Polaków zachłyśniętych kulturą konsumpcyjną, przyzwalających na bylejakość, uległych wobec kultury obrazkowo-tabloidowej, z tkanką, w obliczu której często jesteśmy bezradni. Ze sposobami myślenia rodaków, do których nie potrafimy dotrzeć. Ani samym działaniem medialnym, ani politycznym nie można przebudować gęstej tkanki starych nawyków - obecnych także w środowiskach ludzi wierzących w Polskę. Taką tkankę społeczną należy przebudowywać inaczej - naszymi oddolnymi, rozgałęzionymi działaniami sprzeciwu wobec zalewu nieprawdy, manipulacji i kłamstwa. Trzeba organizować się tak, by metodzie świadomego przerysowywania, gdy chodzi o konkurentów politycznych, oraz przemilczania, gdy chodzi o hazardowopodobne sprawki, umieć przeciwstawiać się na co dzień w swoich miejscach pracy i zamieszkania.

Jak w praktyce może wyglądać nasz opór?
- Po stronie środowisk niepodległościowych występuje poważny deficyt kompetencji społecznych. Postkomuniści wyszli z PRL nie tylko z większymi zasobami materialnymi (majątek b. PZRP i spółek nomenklaturowych), ale przede wszystkim z większym doświadczeniem, umiejętnościami gry drużynowej i także lepszym rozumieniem faktycznych reguł polityki. Gdy np. w telewizji politycy SLD opowiadali frazesy o wolności i rządach prawa, za kulisami robili coś zupełnie innego - ani przez moment nie ulegając własnej propagandzie. Gdy zaś działacze ZChN głosili hasła ideowe, nie odróżniali ich od technologii politycznej. Na przykład w okresie rządu Jana Olszewskiego brakowało wiedzy o tym, jak sprawowanie władzy państwowej przekładać na wpływy na poziomie lokalnym.

Dlatego proponuje Pan różne kursy, szkolenia, zwłaszcza dla liderów organizacji społecznych i współpracę między nimi?
- Potrzeba czegoś w rodzaju coachingu [treningu - red.] patriotycznego przywództwa. To propozycja dla liderów małych inicjatyw, którzy mają dużo zapału, którzy odnieśli już jakieś sukcesy, ale często nie potrafią przekroczyć bariery organizacyjnej, bez której ich projekty nie mogą się łączyć i nabierać rozmachu.

Twierdzi Pan, że dbałość o interes publiczny blokują także konsumpcyjne postawy wielu Polaków. Czy nie jest to właściwe podłoże dominującego podziału społecznego?
- W społeczeństwie zawsze występują podziały wynikające z różnicy dochodów, poziomu wykształcenia, miejsca zamieszkania itd. Ale są też podziały kreowane lub nasilane sztucznie, stanowiące narzędzie walki o władzę. Te grupy interesów, które PiS-owi zarzucają dzielenie społeczeństwa, co najmniej od wyborów w 2005 r. same stosują przemyślaną strategię skłócania Polaków. Mając przewagę w przestrzeni komunikacyjnej i prawnej (obecna ekipa kontroluje wszystkie kluczowe ogniwa państwa), czynią to na tyle sprytnie, że przekonali ludzi, iż... to nie oni dzielą, tylko ich przeciwnicy - czyli PiS. W mojej ocenie, najsprawniejsi w stosowaniu tej metody są dziennikarze gazety znanej z krytykowania patriotyzmu. Wiele osób bowiem boi się konfliktów, a przecież bez umiejętności cywilizowanego wejścia w konflikt często nie sposób wyzwolić obywatelskiej energii.

Oddolna aktywność, do której Pan wzywa, mogłaby stać się antidotum na obie choroby?
- Taka aktywność to właśnie szansa niezmanipulowanego komunikowania się między różnymi środowiskami. Bo teraz jest tak: kilka miesięcy temu rozmawiam z 18-latkiem mówiącym, że zamierza wyjechać z Polski, bo "jest trudno", "nie ma pracy, no i w ogóle". On nie może już wytrzymać tego, co robi Kaczyński, który "zieje jadem". Oto w trzy lata po odejściu PiS od władzy sporo osób uważa, że sytuacja w Polsce jest nie do zniesienia, gdyż "Kaczyński zieje jadem". Takiego propagandowego odwrócenia kota ogonem nie powstydziłby się Goebbels. Oto główne media lekceważą odpowiedzialność ministra Aleksandra Grada za upadek polskich stoczni, ministra Bogdana Klicha za zaniedbania w zarządzaniu armią, ministra Cezarego Grabarczyka za opóźnienia w budowie dróg, wicepremiera Waldemara Pawlaka za fatalny kontrakt gazowy z Rosją i to, iż szef największej tajnej służby, tj. ABW, działa w warunkach rażącego konfliktu interesów - nie mówiąc już o odpowiedzialności premiera za całokształt. Dla tych mediów priorytetem jest regularne piętnowanie wyrwanych z kontekstu słów szefa największej partii opozycyjnej - by wyborca przypadkiem nie zapomniał, iż gdyby Kaczyński nie "ział jadem", to - zgodnie z wyborczym hasłem PO - żyłoby się lepiej. Wszystkim! Ów medialny priorytet pokazuje, kto naprawdę w dzisiejszej Polsce stanowi realną alternatywę dla kłusowniczych interesów, które paraliżują potencjał przebudowy Polski.
Ale w obliczu takiej manipulacyjnej nawałnicy obywatele wcale nie muszą być bezradni. Przecież po przeczytaniu "Naszego Dziennika" można pójść do sąsiada lub koleżanki z pracy, zachęcić do lektury, porozmawiać o jakiejś ważnej dla Polski sprawie albo zaprosić na wspólne obejrzenie filmu o katastrofie smoleńskiej z "Gazety Polskiej".

Zwracał Pan uwagę, że oddolnym ruchom społecznym potrzebna jest większa konsolidacja i przezwyciężanie podziałów. Czy powodem nie są problemy ze zdefiniowaniem wspólnych interesów? Co powinno być taką wspólną, jednoczącą "bazą"?
- W dzisiejszym świecie nie ma jednej formuły określania wspólnych interesów. A silne grupy interesów, którym przeszkadza jasne określenie interesu wspólnego, wspierają propagandę osłabiającą nasze zdolności definiowana dobra wspólnego. Drugie zagrożenie leży po stronie samych środowisk patriotycznych. Zbyt często występuje tu postawa typu: wszystko albo nic. Jeśli polityk popełnił kiedyś jakiś błąd albo zrobił coś, co nie jest zgodne ze wszystkimi oczekiwaniami, to niektórzy wyborcy od razu odmawiają mu poparcia. Wyborca, który liczy, że znajdzie partię, która spełni wszystkie jego oczekiwania, jest skazany na frustrację. Bez umiejętności kompromisu nie wzmocnimy Polski - zatem bazą może być więcej zaufania sobie nawzajem przez rodaków.

Na słabą aktywność obywateli składa się również wykluczenie z debaty publicznej dużej części społeczeństwa. Aktywizacja oddolnych organizacji mogłaby przezwyciężyć także ten problem?
- W Polsce występują różne wykluczenia - finansowe, edukacyjne, geograficzne, ideologiczne. Wielu Polaków ma niskie kompetencje symboliczne: nie potrafi komunikować swoich poglądów tak, by dotrzeć do inaczej myślących. Wiele osób jest wykluczonych na poziomie organizacyjnym, ponieważ nie ma potrzebnych umiejętności przywódczych - np. zjednywania sojuszników, "zagospodarowywania" osób o gorących sercach, ale organizacyjnie "kanciastych".

Czy kluczem do zmian polityczno-społecznych mogłoby być zaktywizowanie "nieczynnego elektoratu"?
- Ale ten rodzaj bierności jest w pewien sposób racjonalny, bo polska ordynacja wyborcza jest dla wielu niezrozumiała. Wyborcy nie pojmują też tego, że część polityków z udziałem koncernów medialnych świadomie tabloidyzuje politykę, wiedząc, że wywoła to chaos informacyjny, w którym część wyborców nie zorientuje się co do rzeczywistych intencji poszczególnych partii. Taka bierność nie wynika ze złego nastawienia lub obojętności wobec spraw kraju, ale z nieumiejętności przebicia się przez szum informacyjny. Stąd potrzeba profesjonalizacji form przekazu i samoorganizacji.

Dziękuję za rozmowę."
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Pią Kwi 15, 2011 5:52 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.rp.pl/artykul/9133,643243-Zybertowicz--Dwie-wrazliwosci--dwie-Polski.html

"Dwie wrażliwości, dwie Polski
Andrzej Zybertowicz 14-04-2011, ostatnia aktualizacja 14-04-2011 21:23

Czy tak trudno zrozumieć, że skoro w głównych pudłach rezonansowych polskiej masowej komunikacji o niepokojach takich jak moje nie można spokojnie dyskutować, to znajdują one ujście na politycznych wiecach? – pyta socjolog

(...)"

Więcej:


http://www.rp.pl/artykul/9133,643243-Zybertowicz--Dwie-wrazliwosci--dwie-Polski.html[/b]
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Nie Kwi 24, 2011 11:04 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110423&typ=my&id=my06.txt

NASZ DZIENNIK Wielkanoc, 23-25 kwietnia 2011, Nr 95 (4026)

"Jak wskrzesić ideę IV RP?Po pierwsze, trzeba umacniać te środowiska, które określamy jako "obóz niepodległościowy". Po drugie, budować mosty porozumienia z tymi grupami Polaków, którzy głosowali na PO

Dwa kroki do IV RP

Prof. Andrzej Zybertowicz

Jeśli przez projekt IV Rzeczypospolitej rozumieć zadanie takiego unowocześnienia naszego kraju, które zachowa polską tożsamość i uczyni nas dumnymi z bycia Polakami, to odpowiedź na pytanie, jak to zrobić, jest prosta i składa się z dwóch kroków. Po pierwsze, trzeba umacniać te środowiska, które określamy jako "obóz niepodległościowy". Po drugie, trzeba budować mosty porozumienia z tymi grupami Polaków, którzy sądzą, iż publiczne mówienie: naród, Polska, polskość, to znak jakiegoś czającego się za rogiem totalitaryzmu. Tylko te dwie rzeczy trzeba robić - nic więcej.
Projekt IV Rzeczypospolitej to seria reform usuwających instytucjonalne niesprawności polskiego państwa. Idzie także o osłabienie mechanizmów rodzących niesprawiedliwość społeczną, a przez to blokujących rozwój społeczny. Taki projekt nie jest potrzebny tym środowiskom, które uznają funkcjonujące obecnie zasady gry w społeczeństwo za korzystne dla siebie.

Życie społeczne to gra - od nas zależy, na ile będzie to gra fair
W życiu jedni radzą sobie lepiej, drudzy gorzej. Dlatego w każdym ustroju są ci, którym się wiedzie dobrze, i tacy, którym wiedzie się kiepsko. Wygrani i przegrani. Wygrani stają się elitami, przegrani ludem. Środowiska wygranych są zazwyczaj lepiej zorganizowane od grup przegranych. Wygrani, aby utrzymać swoją uprzywilejowaną pozycję w społeczeństwie, często działają według zasady "dziel i rządź". Nad podzielonymi łatwiej panować.
W życiu panują zasady równowagi: gra się tak, jak przeciwnik pozwoli. To, na jak wiele może pozwolić sobie elita, w tym jak wiele niesprawiedliwych posunięć może bezkarnie zrealizować, zależy od tego, na ile lud daje się skłócić. To zaś zależy od tego, na ile lud jest zorganizowany. Zdolność ludzi do samoorganizacji zależy od poziomu zaufania między nimi, od tego, co nazywamy kapitałem społecznym. Z tym w Polsce jest kiepsko.
Nasza transformacja ustrojowa także ma swoich wygranych i przegranych. W uproszczeniu powiemy, że mamy elity - które kontrolują najważniejsze zasoby (w tym środki zmasowanego przekazu). I mamy lud - bardzo często niedouczony, pogubiony, nierzadko dający sobą manipulować. Ale zarazem - i to bardzo obecne elity niepokoi - ten lud ma w sercu Boga i Polskę. Dlaczego niepokoi? Bo ludzie, którzy w sercu mają cynizm, lękają się tych, którzy są przywiązani do wartości. Bo jak ktoś jest przywiązany nie tylko do swojej sakiewki, to jest zdolny do poświęceń. I ta zdolność jest zasobem, którego często nie posiadają bogaci i potężni. Ta zdolność to szansa na wyrównanie nierówności zasobów materialnych, jaka występuje między stronami konfliktu.
W interesie wygranych transformacji jest z jednej strony to, by grupy z nimi konkurujące, grupy tylko aspirujące do pozycji elit, były rozbite, z drugiej strony zaś, by podziały nie prowadziły do takiego poziomu konfliktu, w którym system jako całość stanie się niestabilny i elity nie będą mogły cieszyć się swoimi zdobyczami.
W roku 2005 w Polsce wydarzyło się coś znaczącego. Obóz niepodległościowy objął kontrolę nad częścią ogniw władzy państwowej. Obóz ten rozpoczął reformy, a przy okazji nabrał tempa proces gromadzenia doświadczenia przez środowiska mające szansę być nie tylko elitami tego obozu, ale elitami społeczeństwa polskiego w ogóle. Uruchomiły się procesy głębszych przesunięć w społecznym polu sił - zmiana proporcji między grupami wcześniej wygranych/uprzywilejowanych i przegranych/pokrzywdzonych. To wywołało, skądinąd zrozumiałe, zaniepokojenie dotychczasowych elit.
Ale gra nie toczyła się tylko w wymiarze wewnętrznym: z samej swej natury obóz niepodległościowy - którego reformy, gdyby cały ich pakiet wprowadzono w życie, oznaczałyby wzmocnienie międzynarodowej pozycji Polski - nie był traktowany przyjaźnie przez te podmioty międzynarodowe. Tym podmiotom potrzebna jest Polska jako partner słaby, taki, którego można sprowadzić do roli klienta, petenta, wasala.

By reformować Polskę, trzeba - równocześnie! - robić dwie rzeczy
Trzeba wytwarzać, ciężką, niekiedy nieprzyjemną, mozolną pracą, nowe więzi społeczne, mnożyć kapitał społeczny, gromadzić to, czego obóz niepodległościowy ciągle ma zbyt mało.
Odpowiedzmy sobie na pytanie: co to znaczy przynależeć do elity? To posiadać wolę wzięcia współodpowiedzialności także za innych i mieć zasoby niezbędne do oddziaływania na społeczeństwo. Obóz niepodległościowy taką wolę posiada, ale z przywódczymi umiejętnościami gorzej. A w tworzeniu kapitału społecznego, w budowaniu więzi kluczowe są umiejętności przywódcze. To umiejętności nie po prostu rządzenia ludźmi, ale organizowania ich współpracy wokół wspólnych projektów.
Deficyt tych umiejętności wynika m.in. z braku treningu. Ale tych umiejętności można się nauczyć. Z czego one się składają? Obejmują takie rzeczy, jak: umiejętne wypowiadanie się na kontrowersyjne tematy, stawianie czoła niewłaściwemu postępowaniu, spokojne wyrażanie (nie wykrzykiwanie w tłumie!) zdania przeciwnego do opinii autorytetów, pozyskiwanie sojuszników, prowadzenie spotkań, zachowywanie samokontroli, skuteczne wpływanie na zachowania współpracowników.
To nie jest czarna magia; tego wszystkiego można się nauczyć. Dzięki badaniom naukowym wiadomo, jak to robić.
Gdy się tego - wzajemnie - nauczymy, umocnimy obóz niepodległościowy, przybliżymy Polskę do posiadania elit, które wierzą w swój kraj. Ale samo umacnianie środowisk obozu niepodległościowego nie wystarczy.
Dotychczasowi wygrani transformacji od roku 2005 świadomie stosują politykę dzielenia społeczeństwa. (A społeczeństwo głęboko podzielone traci zdolność do działania jako rozumiejący swoją wspólnotę naród). Polityka ta odniosła liczne sukcesy; może największym z nich jest sztuczka godna Goebbelsa - przekonanie wielkiej części społeczeństwa, w tym grup przywiązanych do Polski i polskości, że to właśnie obóz niepodległościowy zerwał komunikację między różnymi grupami społecznymi.
Sytuacja ta stawia przed nami drugie zadanie - wcale nie prostsze od pierwszego (polegającego, przypominam, na mnożeniu naszego kapitału społecznego): zadanie przezwyciężenia podziałów. Zadanie budowania mostów do tej części Polaków, którzy nas nie rozumieją, którzy podejrzewają nas o jak najgorsze zamiary, którzy obawiają się, że gdy mówimy "naród", to chcemy ich skrzywdzić.
Gdy organizm społeczeństwa jest chory, niezbędna jest praca organiczna. Pewnie brzmi to nieatrakcyjnie - ale jest niezbędne. Na czym taka praca powinna polegać? Na wytworzeniu tego, co my sami, ludzie nawet całkiem "przeciętni" (chociaż tak naprawdę każdy człowiek jest niezwykły), możemy wytworzyć. Możemy wytwarzać to, czego Polakom bardzo brakuje, to, co w Polsce nie przyrasta w latach transformacji. Chodzi o społeczny kapitał zaufania, bez którego ludzka masa pozostaje tylko masą (nawet jeśli z Bogiem i Polską w sercu).
Ale to nie wystarczy. W latach transformacji w Polsce wydarzyło się coś ważnego i niedobrego. Nadużyto języka, odwrócono znaczenia, wytwarzano klimat przemocy symbolicznej (środowiska patriotyczne też nie są tu bez grzechu). Bez zbudowania mostów, bez odbudowy zerwanej komunikacji nie zreformujemy Polski.
Obecnie u wielu osób, które w ostatnich latach głosowały na PO, brak związku między działaniami i wyznawanymi wartościami stał się tak oczywisty, a powstały przy tym dysonans tak dotkliwy, że otwarcie i agresywnie dają odpór wszystkim, którzy mają odwagę rzucać światło na upokarzający rozdźwięk obecny w ich życiu. Jeśli chcemy unowocześnić Polskę, nie możemy pozwolić sobie na odwrócenie się od tych ludzi. Obecnym elitom tylko o to chodzi.
Powinniśmy wydobywać Polaków - wraz z samymi sobą - z pułapki przemocy symbolicznej. Bardzo wiele rzeczy zaczyna się w naszych głowach. Nikt nie jest wolny od swojego mózgu - od schematów myślowych zakorzenionych w umyśle. Jednostka ludzka nie potrafi bowiem robić niczego, na co nie pozwoliłby mózg. To on określa nasze poczucie słuszności, zdolność rozpoznawania dobra i zła, to, co postrzegamy jako swój interes, a co jako dopuszczalne i niedopuszczalne. To mózg określa nasze poczucie przyzwoitości, naszą pożądliwość, nasze obsesje i nadzieje. To on daje (lub nie) nam narzędzia, by opierać się temu, co szkodliwe.
Jeśli pominąć to, co mamy wrodzone, wyznaczone biologicznie, to wszystko pozostałe, co w mózgu jest obecne, pochodzi z przestrzeni kulturowej. Ten, kto dostarcza strawę dla naszego umysłu, zyskuje nad nami przewagę, czasem trwałą władzę. Ten, kto posiada zasoby umożliwiające skuteczne oddziaływanie na tę przestrzeń, posiada zarazem instrumenty władzy nad innymi. Jednym z bardziej wyrafinowanych instrumentów takiej władzy jest, opisywana nieraz przez socjologów, przemoc symboliczna. Jest to ten rodzaj przemocy wobec człowieka, który ofiara stosuje wobec siebie sama; przemoc, która dzieje się przy czynnym współudziale. Jest to sytuacja, gdy dla opisu swojego położenia posługujemy się językiem stworzonym przez naszych konkurentów; taki język powoduje, iż nie potrafimy przeciwstawiać się im inaczej jak na ich warunkach.

"Powiedz, co czytasz, czego słuchasz, co oglądasz, a powiem ci, czego nie rozumiesz"
Co robi w reakcji na tę przemoc wielu Polaków? Ucieka. Od polityki, od aktywności społecznej, od Polski, wreszcie z Polski, gdy emigrują.
Trzeba tę ucieczkę powstrzymać. Przestańmy się bać rozmawiać ze sobą o polityce. To dzisiejsze oficjalne elity mają interes w tym, byśmy się od polityki odwracali. Byśmy - zrażeni kłótniami polityków - przełączali kanał telewizora na "Taniec z gwiazdami". Odwracając się od polityki - odwracamy się od swojego kraju.
Zatem moja rada jest prosta: uczmy się - nawzajem - umiejętności przywódczych i wyciągajmy rękę do tych, którzy spoza ciągów liter snutych przez "Gazetę Wyborczą" nie widzą już swojej Ojczyzny. Albo widzą w sposób tak inny od naszego, iż wydaje nam się absurdalny. Nie jest przecież tak, że po naszej stronie jest sto procent racji, a po ich stronie tylko samo zło. Zacznijmy od próby zrozumienia, dlaczego nas się boją, dlaczego nas nie rozumieją.

Autor jest profesorem w Instytucie Socjologii UMK. Był doradcą prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego ds. bezpieczeństwa państwa."
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sro Maj 18, 2011 8:09 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://tysol.salon24.pl/307143,zybertowicz-obudzono-agentow-spiochow

"Zybertowicz: Obudzono agentów-śpiochów


- W funkcjonowaniu tajnych służb, szczególnie o wieloletniej tradycji, a służby Rosji mają tradycje nie tylko sowieckie, ale jeszcze carskiej Ochrany, istnieje taki typ agentury, jak agenci-śpiochy. Trzyma się ich w rezerwie na jakąś bardzo ważną sytuację. Duża ilość i silny rezonans głosów prorosyjskich obecnych w polskich mediach po katastrofie smoleńskiej sprawia wrażenie – mówię to jako obserwator bez dostępu do danych kontrwywiadu – jakby śpiochy zostały obudzone - z prof. Andrzejem Zybertowiczem, doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego ds. bezpieczeństwa państwa rozmawiaKrzysztof Świątek.

- Według premiera Tuska i szefa MSZ Radosława Sikorskiego Polska jest tak bezpieczna jak nigdy dotąd. Podziela Pan tę ocenę?

- Trudno obronić tę tezę. Gdybyśmy np. chcieli porównać bezpieczeństwo systemu finansowego Polski do innych krajów UE, biorąc pod uwagę poziom obecności kapitału obcego w bankach, to Polska wypada tutaj niedobrze. Jeśli spojrzeć z punktu widzenia proporcji, a raczej dysproporcji między naszym rzeczywistym potencjałem obronnym a stopniem wyposażenia i liczebnością armii Rosji czy Białorusi, to znowu sytuacja Polski wygląda nieciekawie. Jeśli popatrzymy na nasze bezpieczeństwo przez pryzmat wycofywania się USA z interesów w Europie, pod kątem niepewności co do tego, jakiej reakcji Niemiec można się spodziewać w razie kryzysu regionalnego, to negatywne przekonanie tylko się umacnia. Pamiętajmy też, iż NATO nadal nie ma wdrożonych procedur automatycznego reagowania (planów ewentualnościowych) na wypadek militarnego zagrożenia Polski.

- Po 10 kwietnia 2010 roku rząd przekazał prowadzenie śledztwa Rosji i nie domagał się powołania komisji międzynarodowej. Czy mógł dopuścić się nawet zdrady?

- Rzecz wymagałaby dokładnych analiz, bo pojęcie zdrady zakłada, że ktoś świadomie związał swoje interesy z obcym krajem. Dziś prawdopodobnie nikt w Polsce nie ma pełnego obrazu sytuacji, ale wydaje się, że w grę wchodzi przedziwna, częściowo już w publicystyce opisywana, np. przez Rafała Ziemkiewicza, słabość charakteru Donalda Tuska. Premier zachowuje się tak, jakby w pewnych sytuacjach tracił zdolność odróżnienia rzeczy podstawowych od spraw koniunkturalnych. Rzecz ma jeszcze dodatkowy wymiar: jeśli w kwestiach o tak wysokiej społecznej widzialności jak śledztwo smoleńskie oraz Ruch Autonomii Śląska Platforma pozwala sobie na zachowania rażąco kolidujące z polskim interesem narodowym, to na co sobie pozwala w przypadku spraw, na które opinia publiczna jest znacznie mniej uczulona?

- W ciągu roku od katastrofy smoleńskiej rząd sfinalizował umowę gazową z Rosją. W naradzie polskich ambasadorów brał udział szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow, a prezydenta Miedwiediewa nie może nachwalić się Bronisław Komorowski. Czy rząd Donalda Tuska zmienił orientację w polityce zagranicznej z prozachodniej na prorosyjską?

- Można odnieść takie wrażenie. Najwyraźniej rząd nie potrafi lub nie chce wykorzystać polskiego zakotwiczenia w UE jako dźwigni do prowadzenia partnerskich stosunków z Rosją.

(...)"

Więcej:

http://tysol.salon24.pl/307143,zybertowicz-obudzono-agentow-spiochow
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Grzegorz - Wrocław
Moderator


Dołączył: 09 Paź 2007
Posty: 4333

PostWysłany: Sro Maj 18, 2011 11:07 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat z poleconego wywiadu z prof. A.Zybertowiczem:
Cytat:
- Zatrzymajmy się przy tym ostatnim. W jednym z wywiadów mówił Pan o agentach wpływu, którzy podważają zdolność danego kraju do prawidłowego diagnozowania swoich interesów, np. starając się ośmieszać tych polityków, którzy jasno definiują interes państwa. Czy agenci rosyjscy wpływają w Polsce na media i w jakim zakresie? Czy możemy wskazać przykłady?

i dobra moim zdaniem odpowiedź: Adam Michnik pisze w rosyjskim brukowcu o "polskich idiotach".
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 08 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Czw Gru 08, 2016 12:57 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Robert Majka
Weteran Forum


Dołączył: 03 Sty 2007
Posty: 2649

PostWysłany: Sro Maj 18, 2011 9:56 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem






Licznik długu publicznego Polski
SPRAWDŹ SAM !!!

http://www.zegardlugu.pl/





Licznik długu publicznego Polski
SPRAWDŹ SAM !!!

http://tomaszmazur.eu/projekty/dlugpubliczny2


"Pieniądze Jako Dług"
Oto animowany film dokumentalny, wyjaśniający skąd biorą się pieniądze. Rzeczywistość wygląda makabrycznie. Dla wielu narodów dług staje się coraz poważniejszym problemem, gdyż większość narodów, firm i osób prywatnych żyje na kredyt. Zaciągają coraz większe pożyczki i płacą niewyobrażalnie wysokie odsetki od czegoś, co nigdy nie istniało... Bo prawda jest taka, że nowoczesny system bankowy robi pieniądze z niczego. Ten proces jest prawdopodobnie najbardziej zdumiewającą sztuczką iluzjonerską jaką kiedykolwiek wynaleziono.


VIDEO
http://video.google.com/videoplay?docid=-1887591866262119830#


ZAMIAST KOMENTARZA


Ballada o Rzeczypospolitej - Andrzej Kolakowski

VIDEO
http://www.youtube.com/watch?v=ztB3pZngKes


Andrzej Rosiewicz - Banksterzy
(Błękitny Marsz PO)


VIDEO
http://www.youtube.com/watch?v=1t5g1iJlohM



Andrzej Rosiewicz - Pytasz Mnie


VIDEO
http://www.youtube.com/watch?v=ZW_fu9EJWoI&feature=related



Piotr Wolwowicz- Oryginał POLSAT HD.mp4


VIDEO
http://www.youtube.com/watch?v=-SaAZKC7vkQ&feature=related




Moje motto: Nie ma skutku bez przyczyny.


Rolling Eyes




Robert Majka , polityk, Przemyśl, 18 maja 2011r g.22.56
Kawaler KRZYŻA Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski,
Nr 452-2009-17 nadany 9 grudnia 2009 przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego.
Radny Rady Miasta Przemyśla (2002 - 2006)

www.sw.org.pl
http://swkatowice.mojeforum.net/temat-vt7234.html?postdays=0&postorder=asc&start=0
http://swkatowice.mojeforum.net/viewtopic.php?t=2988
http://tygodnik.onet.pl/35,0,14472,pierwsza_magdalenka,artykul.html
http://swkatowice.mojeforum.net/viewtopic.php?t=5131
http://www.polityczni.pl/oblicza_stanu_wojennego,audio,51,4505.html
http://home.comcast.net/~bakierowski/
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group