" /> Dyskusje ogólne :: Dzieje Polaków na Świecie
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Dzieje Polaków na Świecie

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Pon Mar 15, 2010 8:36 pm    Temat postu: Dzieje Polaków na Świecie Odpowiedz z cytatem



ZOSTAWILI ŚLAD
DZIEJE POLAKÓW W ŚWIECIE

Polacy, Polacy, znowu Polacy…
Polacy, Polacy , znowu Polacy, było ich tu wielu w czasie wojny! Tymi słowy w listopadzie 1992r. powitał uczestników mojej wyprawy Dookoła Świata pewien staruszek na Wielkim Majdanie w starej stolicy Persji Isfahanie! Po chwili zaczął wspominać: ”Były tu szkoły, gdzie uczyły się polskie dzieci, tu obchodziło się polskie rocznice, pielęgnowało polskie obyczaje. Gdy muezzin wyśpiewywał z minaretu kolejne wersety z Koranu, one śpiewały polskie pieśni patriotyczne i kolędy”
Zostawili ślad
Geografia i historia Polski zaczęła mnie interesować dzięki podróżom po świecie powiedziała mi kiedyś moja córka Jadwiga! „Im lepiej poznaję dzieje naszej Ojczyzny tym bardziej jestem dumna, że jestem Polką”!
„SKANDYNAWIA 88”, którą zorganizowałem dla działaczy i przewodników PTTK dała początek prawdziwym lekcjom historii! Ówczesna „Gazeta Krakowska” na pierwszej stronie donosiła : „Ziemia z Narviku na Kopiec Józefa Piłsudskiego”. Wielkie wyprawy miały nawet na celu uczczenie ważnego wydarzenia w naszych dziejach i wizyty w ważnych ośrodkach polonijnych! Celem ostatniej wyprawy dookoła świata było:
„Uczczenie 60 rocznicy polskiego wychodźstwa z Rosji”…

Zapomniana Odyseja
Dwie młode panie- Aneta Naszyńska i Jagna Wright z Wielkiej Brytanii – na zamówienie fundacji „Czego nigdy nie powinniśmy zapomnieć” zrealizowały film dokumentalny „A Forgotten Odysey” ( Zapomniana Odyseja ) o tragicznych losach blisko dwóch milionów Polaków, którzy w bydlęcych wagonach zostali wywiezieni w głąb Rosji. Tylko dlatego, że byli Polakami, zostali skazani na katorżniczą pracę, bytowanie w potwornych warunkach, na powolną zagładę. Dzięki emisji tego filmu w czerwcu 2002r. mieszkańcy w Chicago po raz pierwszy dowiedzieli się, że po agresji hitlerowskiej 1.09.1939r. nastąpiło zdradzieckie uderzenie ze Wschodu 17 09.1939r. Później były masowe deportacje ludności cywilnej na Sybir i za koło polarne. Gdy Niemcy w czerwcu 1941r. wkroczyli do Rosji Stalin zdążył już wymordować dziesiątki tysięcy polskich oficerów i inteligencji. Niewielkiej części z ocalałych udało się opuścić „nieludzką ziemię”! Od ich wyjścia minęło 60 lat, utracili ojczyznę, dobytek, bliskich, doświadczyli niewyobrażalnych cierpień i upokorzeń, także po opuszczeniu Rosji! A co tu mówić o tych co pozostali za Kołem Polarnym, w Kazachstanie nad Kołymą…

Tułacze dzieci
W czasie „wieczystej przyjaźni” między Rosją, a Niemcami / 1939-41 / wywieziono w głąb Rosji około 1,7 mln. Polaków. Z tego ok. 400 tys. stanowiły dzieci.
Ich niezwykła lekcja geografii tu miała się zakończyć. Tak po latach wspominał ją ks. bp. Gawlina: „Blisko pół miliona dzieci polskich wywiezionych ze Lwowa lub Wilna poznawało z nieopalonego wagonu Kijów, jechało na Syberię lub do Kazachstanu, gdzie jest Syr Daria lub Jenisej. Inne zna pustynię, wichurę śnieżną, umie rąbać drzewo, było pastuchem, nawet traktorzystą. Zna na tyle geografię, by wiedzieć gdzie pogrzebało swoją mamusię!”
„Amnestia” „wolnych przesiedleńców” /Polaków / po agresji niemieckiej w czerwcu 1941r. otwarła drzwi do opuszczenia „nieludzkiej ziemi” dla ok. 37 tys. matek i dzieci, którym udało się wraz z armią Andersa wyjechać do Iranu! Jednak niepewna przyszłość tego kraju była przyczyną wysiłków rządu polskiego w różnych krajach o ich przyjęcie! Gdy rządy USA i Wlk. Brytanii odmówiły gościny, pierwszym krajem, który to uczynił były Indie!
Ich śladem podążyły władze krajów Afryki Wschodniej, Meksyku i Nowej Zelandii!!!
1 listopada 1944 r. do Wellingtonu zawinął statek USA „ Gen. Randoll”. Na jego pokładzie wracali z wojny australijscy i nowozelandzcy żołnierze oraz 734 polskie sieroty w wieku 4-14 lat i 105 osób personelu! Niektóre dzieci nie znały swego miejsca urodzenia, imienia i nazwiska …
Przybyciu polskich dzieci do Nowej Zelandii towarzyszyło ogromne zainteresowanie i życzliwość społeczeństwa. Ok. 140 km. na północ od stolicy w dawnym obozie jenieckim dla Japończyków urządzono obóz; ulicom, sklepom, szkołom i innym instytucjom nadano polskie nazwy, a osadę nazwano : „PAHIATUA THE LITTLE POLAND”. W czasie swego pobytu w Nowej Zelandii byłem gościem „Dzieci Pahiatua”, odwiedziłem też miejsce dawnego obozu z jednym byłym mieszkańcem Stanisławem Manterysem! Dziś jest tu pastwisko jeden barak, ruiny byłej kaplicy, pomnik poświęcony polskim dzieciom, rzeka gdzie dzieci się kąpały, lasek gdzie się bawiły…
Wychowywane w duchu miłości do utraconej Ojczyzny, najchętniej uczyły się języka polskiego, historii i geografii. Polski personel robił wszystko by te dzieci nie asymilowały się w nowym środowisku i w przyszłości wróciły w swe rodzinne strony. A jednak gdy wojna się skończyła, nie było już gdzie wracać / wschodnie rejony Polski na mocy układów jałtańskich zostały włączone do Rosji! / … i wszystkie, które osiągnęły pełnoletność w chwili rozwiązania obozu podjęły dramatyczną decyzję pozostania w Nowej Zelandii! Tam ukończyły szkoły, założyli swe rodziny i pracowali dla nowej ojczyzny!
Za gościnność i życzliwość płacili swą pracowitością, skromnością, licznymi talentami rozsiewając dookoła nieuchwytny urok polskiej kultury! To ona stanowi dla nich skarb najcenniejszy, nieprzebrane źródło myśli, natchnienia i czynów!
Przełożona pewnego nowozelandzkiego zakładu zwierzała się kiedyś, że dzieci polskie wniosły do jej szkoły nieznaną dotąd atmosferę pogody i wesela: „Co za szczęśliwa wojna, która do nas dzieci polskie sprowadziła

Maleńka polska wyspa na morzu tureckim
Było kilka prób polskiego osadnictwa poza Ameryką: Niż przy granicy turecko-rosyjskiej, na Cyprze, pod Tulczą, w Derbinie pod Olimpem, w północnej Afryce, nad Dunajem, a nawet w Mezopotamii, ale tylko jedna w pełni się powiodła: Adampol, w pobliżu Istambułu! Warto wspomnieć, że ani Niemcom, ani Francuzom nie udało się nad Bosforem stworzyć swego Adampola!
Zatarg sułtana Mahmuda II z wicekrólem Egiptu i realne zagrożenie ze strony wojsk tego kraju spowodował ożywioną działalność dyplomatów tureckich na Zachodzie. Namyk Pasza, poseł tego kraju w Paryżu poznał Adama Czartoryskiego i jego poglądy na rolę Turcji. Wówczas zrodził się projekt przeniesienia kilkutysięcznej emigracji polskiej z Francji, by organizować armię i administrację sułtańską. Sułtan miał ponoć powiedzieć, że życzy sobie, by: „Książe Adam zasiadł wśród dostojników Dywanu”.
Wkrótce do Stambułu wyjechał gen. Wojciech Chrzanowski- uczestnik kampanii napoleońskiej i wojny turecko- rosyjskiej, by dokonać reformy armii tureckiej, a Michał Czajkowski pierwszy „agent główny” zaczął organizować osadę! W 1842 r. na wydzierżawionej, następnie wykupionej od lazarystów ziemi Czingjane – Konak (Cygański Dwór- były tu kiedyś obozy cygańskie ), zaczęli osiedlać się powstańcy listopadowi, którzy znaleźli się na obczyźnie- jeńcy, niewolnicy, tułacze. Później przybywali tu uczestnicy powstania galicyjskiego, Wiosny Ludów na Węgrzech i Polacy walczący przeciw Rosji wojnie krymskiej
Wspominam swą pierwszą wizytę w Adampolu:
Droga z Ankary do Polonezkoy wiodła przez Góry Pontyjskie, pokryte jak nasze Karpaty lasem mieszanym . Zbliżając się do Stambułu zatrzymaliśmy się w Gebze, obok pomnika gdzie wg. tradycji popełnił samobójstwo legendarny wódz Kartagińczyków Hannibal. Później wykąpali w M. Czarnym w Sile i korzystając z informacji przypadkowych osób krętymi drogami o b. kiepskiej nawierzchni dotarliśmy do trochę zniszczonej tablicy: POLONEZKOY.
Przystanęliśmy, nie potrafiłem nic powiedzieć do mikrofonu. Wszyscy wyciągnęli aparaty fotograficzne i wyszli na zewnątrz…
Nasze serca zaczęły bić coraz mocniej, gdy kilkaset metrów dalej zobaczyliśmy polski cmentarz i kościół. Ktoś otworzył bramę i powiedział: tu możecie rozbić namioty. Chwilę później pojawił się z workiem orzechów laskowych Filip Wikoszewski i na swej harmonijce ustnej na powitanie zagrał hymn polski. Przez chwilę staliśmy jak sparaliżowani, a na policzkach moich sąsiadów zauważyłem łzy wzruszenia!
Wkrótce pojawił się wójt Fryderyk Nowicki…
W Adampolu byłem 15 razy, miałem okazję poznać i zaprzyjaźnić się z wieloma mieszkającymi tam Polakami; w tym z czterema kolejnymi wójtami Lesławem Ryżym, Antonim Wilkoszewskim , Danielem Ochockim i wspomnianym powyżej Fryderykiem Nowickim. .
Gościnność i serdeczność, uroda polskich dziewcząt, rycerskość chłopców, „sarmackie” obyczaje i nieznana w tym kraju pracowitość i przedsiębiorczość, piękno architektury i jej nastrojowość, cudowna przyroda - to wszystko stworzyło legendę i mit Adampola.
Francuski pisarz Gustave Flaubert, który w 1850 r. w towarzystwie hrabiego Władysława Kościelskiego odwiedził konno Adampol w liście do matki napisał: „(…) w pewnym momencie Kościelski powiedział: „Wydaje mi się, że jestem w Polsce.” Czeski pisarz Karel Droż po swej wizycie w Adampolu wspominał: „Niczym kawałek raju uśmiecha się do mnie ta słowiańska wieś”. A dalej : „W mym skruszonym sercu czułem, jakbym był blisko rodzinnego domu”. Zachwycał się Adampolem nuncjusz apostolski A.G. Roncalli ( późniejszy papież Jan XXIII ), który w 1941r. bierzmował dzieci adampolskie, a także dwaj prezydenci Turcji Ataturk w 1937r. i Kenan Evren w 1985r. „Ojciec Turków” został przywitany chlebem i solą, a później : „Chodził od chałupy do chałupy (…) macał czy płoty silnie stoją, zaglądał do obór i chlewków, liczył ile śliwek i orzechów może się zmieścić na jednej gałązce. Na bankiecie „(…) zajadał , aż mu się uszy trzęsły. Wieprzowina, nie wieprzowina. I popijał niezgorzej. Śmiał się i klaskał”. Później tańczył z Kamilą Kępkówną i odpoczywał w domu Józefa Dochody!
Kenan Evren był tu dwukrotnie jako młodzieniec i w 1985r. Odwiedził wówczas kilka znanych domów, spotkał się z mieszkańcami wsi, a zatroskany o jej przyszłość powiedział żonie Edwarda Dochody Iwonie: „Nie wyjeżdżajcie stąd”!

O niepodległy Teksas
Było to w lipcu 1993r. Na „Pikniku śląskim” w Chicago poznałem Jurka Kusińskiego z Lublina, który przekazał mi tę historię: „ Gdy byłem młodym chłopcem opowiadano mi jak to moi przodkowie- powstańcy listopadowi, deportowani później do USA, szukając różnych zajęć znaleźli się w Teksasie walczącym wówczas o niepodległość. Wkrótce jednak zginęli, a ich spadkobiercom nadano ogromne areały ziemi. Niestety mieszkali oni w Polsce, a wiadomość do nich dotarła bardzo późno! Ale problem jest aktualny do dziś…”
Jaka była droga bohaterów z 1830r. za Atlantyk? Po upadku powstania nastąpiły liczne represje i zsyłki na Sybir. Gdy Francja odmówiła udzielenia im azylu, na przyjęcie zgodziły się Stany Zjednoczone. W rezultacie pod koniec 1833r. niemal równocześnie z Triestu i Gdańska odpłynęło na zachód blisko tysiąc osób.
Po przeszło czterech miesiącach podróży i licznych przygodach przypłynęli do Nowego Jorku gdzie przyznano im po 80 akrów ziemi. Ale nikt nie miał pieniędzy by ją wykupić. W tej sytuacji każdy szukał dla siebie jakiegoś zajęcia by przeżyć. Teksas w owym czasie należał do Meksyku, gdzie Moises Austin kupił prawo osadnictwa dla przybyszów z USA . Na obszarze ok. 1mln km2. mieszkało ok. 30 tys. Meksykanów i trzy szczepy indiańskie. Przybywających tam obcych Indianie z plemienia Hasina wołali „Tejhas”- przyjaciel ( fonetycznie -Teksas ) .
Nowy dyktator Meksyku Antonio Lopez de Santa Ana postanowił oczyścić teren z anglojęzycznych osadników. Przybysze by przetrwać musieli się zjednoczyć. Przewodził im biały Indianin Samuel Houston. Polacy zaciągnęli się na wojnę gdyż obiecano im „tyle ziemi, ile zechcą”. Na początku stycznia 1836r. do Teksasu przybyli bracia Adolf i Franciszek Pietrusewiczowie (przodkowie Jurka), Napoleon Dębicki i Jan Kornicki. Wszyscy czterej zginęli. Pierwszy poległ Franciszek Pietrusiewicz 19 marca pod Coleto Greek w akcji obronnej dowodząc artylerią. Pozostali trzej zostali zamordowani w masakrze wszystkich żołnierzy Fannina 27 marca 1839 r. , w Goliad.
Ich nadzieje na lepsze życie wsiąkły wraz z krwią w rozpalonym słońcem piasek Teksasu. Przyjechali tu z dalekiej Polski szukając lepszego losu; znaleźli śmierć!
Czyny ich zostały należycie docenione; na polecenie Kongresu Stanów Zjednoczonych 2 sierpnia 1851r. Beniamin F. Hill Adjutant Generał w Austin nadał ziemię : Franciszkowi Pietrusiewiczowi, Napoleonowi Dębickiemu i Janowi Kórnickiemu. Dokumenty o tym świadczące są w General Land Office w Austin! Były czynione i w późniejszym czasie nadania ziemi i tak:
4 lutego 1874 roku.
21 maja 1924 roku na rzecz ich spadkobierców
Wspomniane powyżej nadania ziemskie stanowią dziś miliardowe fortuny gdyż są to tereny roponośne. Od dziesięcioleci problem ten wzbudza wiele emocji, ale odzyskanie ziemi przez prawowitych spadkobierców nie jest proste!

Polskie osadnictwo w Teksasie
Na początku 1852 roku do bawarskiej miejscowości Oggersheim przybył pierwszy biskup Teksasu J.M. Ordon, który poszukiwał misjonarzy do pracy w Ameryce. W gronie pięciu zainteresowanych O. Franciszkanów był o. Leopold Moczygęba z Wielkiej Dłużnicy k. Toszka.
Po roku napisał list do swej rodziny w Polsce, określając Teksas jako kraj „ nowej pomyślności”. Potraktowano go jak zaproszenie i niebawem ok. 100 rodzin sprzedało swe majątki i po 9 tygodniach na morzu i trzech tygodniach marszu 24 grudnia 1854r. weszli na niewysokie wzgórze i tam ks. Leopold Moczygęba pod dębem ( rośnie do dziś ) odprawiona została pasterka. Wkrótce utworzono pierwszą polską parafię w USA i nazwano ją Panna Maria. Niebawem w pobliżu powstały inne:
- W San Antonio, w Banderze, St. Hedwig, Yorktown, Cestochowa, Kosciusko, Falls City, Polonia i Miscellaneous!
Po wizycie w parafii Kosciusko z ks. Edwardem udałem się do Panny Marii, gdzie przyjęła mnie pani Loretta Dziuk Pieprzyca, której prapradziadkiem był Józef Moczygęba, brat ks. Leopolda. Pani Loretta wspominała:„Mieszkańcy Panny Marii nie znają języka polskiego, nie ma tu szkoły sobotniej, a ich śląska gwara z trudem może być zrozumiana w rodzinnych domach przodków. Mimo to czują się Polakami, są dumni ze swoich polskich korzeni!”
Gdy przybyłem do Panny Marii, doznałem szczególnego wzruszenia. Już z daleka na wzgórzu widoczna jest okazała jasna bryła kościoła, obok rośnie dąb (trochę inny niż polskie), pod którym o. Leopold odprawił historyczną pasterkę, grób ks. Leopolda, i kilka płyt pamiątkowych. W pobliżu znajduje się plebania, ośrodek turystyczny z pokojami gościnnymi, muzeum, kaplica i polski cmentarz!
Także „myślenie i czucie” jest tu nadal polskie. Gdy przed zachodem słońca ruszałem na spacer, chwilami wydawało mi się, że jestem gdzieś w okolicach Rybnika czy Tarnowskich Gór- teren jest tam pofałdowany, pokryty bardzo gęstą trudną do przebycia roślinnością…Pannę Marię odwiedził premier Buzek, co sprawiło, że jej mieszkańcy poczuli się bardzo wyróżnieni.

Jak Polacy zamieniali bagna Manitoby w spichlerz świata
Do Winnipegu w samym środku Kanady zaprosiła mnie moja bliska kuzynka Helena. Jakie było moje zdumienie, gdy się okazało, że znalazło tam swe „miejsce na ziemi” wielu moich rówieśników z rodzinnych stron!
Wielkie fale emigracyjne zaczęły napływać do Kanady dopiero pod koniec XIX wieku. Ale już po 1813r. nad Red River znalazło się kilku legionistów armii Napoleona z 1813r. a w 1842 r. przybył inż. Kazimierz Gzowski najwybitniejszy Polak w tym kraju. W swych rodzinnych stronach sprzedawali cały majątek by opłacić podróż i często z jedną walizką , w której było trochę jedzenia, buty, kilka koszul, spodnie, koc, zdjęcia najbliższych, różaniec, święty obrazek, przybywali do nieznanego i nieprzyjaznego kraju. Byli to ludzie biedni, niewykształceni, nie znający miejscowego języka i obyczajów. Gdy w 1897r. znalazło się tu 15 polskich rodzin niemal wszędzie były lasy, jeziora, bagna, łąki i nieużytki. Nie było żadnych dróg ani kanałów. Aby się gdzieś dostać trzeba było korzystać z wąskich i dość niebezpiecznych ścieżek indiańskich . Dokuczał brak żywności ubioru, komary, niedźwiedzie i straszliwa samotność!
W podobnej sytuacji byli Ukrainńcy, Czesi, Słowacy czy Niemcy! By to przetrwać wszyscy szukali oparcia wśród tych, którzy należą przynajmniej do zbliżonej kultury, religii i historii. Tu w dalekiej Manitobie łączyli się razem by dać początek wspólnocie parafialnej, która pozwoliła im odnaleźć swą tożsamość. Kościół był im bardziej potrzebny niż lepianka, w której mogliby zamieszkać, więc już w 1899r. wzniesiono świątynię w Cook’s Greek. W czasie największego rozkwitu parafia liczyła ok. 400 rodzin!
Duszpasterz z Moraw ks. Alojzy Krivanek, zbierając pamiątki po tych imigrantach dał początek pierwszemu Polskiemu Muzeum na Preriach!
„Muzeum w Cook’s Greek poprzez prezentacje autentycznych zdjęć, dokumentów narzędzi, naczyń mebli i ubrań ukazuje trudy życia codziennego, a także przywiązanie do ziemi i wiary ojców, tradycje Szkół Ludowych, „Sokoła”, powody emigracji: branki do obcych wojsk, ucisk podatkowy i narodowy, brak przemysłu i wielodzietność, a także trud jaki ponosił galicyjski chłop na ziemi kanadyjskiej, gdzie był używany do najcięższych prac na roli w lasach i przy budowie kolei!”
Warto więc przytoczyć słowa ks. Piotra Miczko skierowane do parafian św. Michała w Cook’s Creek wyrażające ogromne uznanie i szacunek dla tych, którzy na przełomie XIX/XX w . w tytanicznym trudzie zamieniali tą bezludną jałową krainę w jeden z najważniejszych spichlerzy świata: „ Jeśli przypadkiem nie jesteście lepszymi od innych, to gorszymi żadną miarą nie jesteście i za takich uchodzić nie możecie”

Folklorama- tryumf polskiej kultury
Jak kiedyś słynna kolej pacyficzna łączyła niemal wszystkie prowincje i przyczyniła się do zachowania jedności ogromnego kraju, tak dziś kultura może integrować różne nacje i formować nowoczesne społeczeństwo kanadyjskie.
W Winnipegu co roku organizowany jest unikalny w skali światowej festiwal kultury FOLKLORAMA . W różnych obiektach miasta przez tydzień prezentowany jest dorobek artystyczny ok. 30 grup etnicznych. Polacy i kilka innych o najbogatszym dorobku robią to w dwóch pawilonach ( „Kraków” i „Warszawa” ). Festiwal Polskiej Kultury jest tak atrakcyjny, że ok. 80% odwiedzających to osoby innych nacji
Uczestniczyłem w „Folkloramie 2002” roku! Hasłem programu „Sokoła’ były legendy Krakowa: Hejnał, Lajkonik, Smok i legendy kopalni soli we Wieliczce.
Poza występami artystycznymi była też wyborowa kuchnia polska gdzie można było zjeść m. in. Kraków-combo, barszcz, kiełbaski, bigos myśliwski, gołąbki, pierogi, golonko, flaczki ( Pawilon Kraków ) czy naleśniki, i placki ziemniaczane ( Pawilon Warszawa ). „Sokół prezentował też ciekawą wystawę sztuki ludowej i rzemiosła artystycznego; obrazy, pisanki, hafty, biżuteria, i wycinanki ( połączone z pokazem ), a SPK – wystawę „Pałace w Polsce”. Wszystko to było dziełem wolontariuszy!

Nad Jeziorem Ontario!
Ciocia Anna w 1929 r. za swym narzeczonym Antonim wywędrowała do Kanady. Był to okres Wielkiego Kryzysu Światowego. Wój , który pracował w Hamilton przy budowie oczyszczalni ścieków za 500 dolarów kupił 100 akrową działkę /ok. 40 ha / w pobliżu London. Był to okres wielkiego kryzysu światowego i wszystko było bardzo tanie, a kilka lat później gdy wybuchła II wojna światowa nastąpił okres wielkiej prosperity. Niczego wówczas nie brakowało; także i pieniędzy za, które kupiono kolejne farmy. Ziemie nie są tu najlepsze więc zawsze uprawiano tu tytoń, żyto i ziemniaki. Ostatnio także żeńszeń, którego głównym odbiorcą są Chiny!
Po Ontario wędrowałem z Joe, zięciem cioci Anny. Opowiadał mi jak to pierwsi polscy imigranci otrzymywali 100 akrów lasu, trochę pieniędzy na zagospodarowanie, piłę, siekierę i łopatę… W ciągu roku można było wykarczować 1-2 ha, a wykopane pnie woły ciągnęły na granicę działki. Tereny bagienne i piaski przeznaczono dla Indian. Niedaleko London odwiedziliśmy rezerwat Indian Chirokezów OHSWEKEN gdzie przyjmował mnie sam wódz, a piękna czarnooka dziewczyna śpiewała i tańczyła na me powitanie!
Szukając polskich śladów w Ontario zorganizowano mi wykład dla polskich kombatantami w Toronto. Poznałem tam więźnia Kołymy p. Jerzego Dąbrowskiego i jego brata Michała, który gościł mnie w swym motelu w Hamilton!

Wśród Polaków w Paranie
Dwa tygodnie spędziłem na Amazonce między Iqitos, a Belem, tydzień w stolicy- Brazylii, trzy tygodnie w Rio ( w czasie karnawału i w okresie Świąt Wielkanocnych) i tydzień w pobliżu największego wodospadu świata „Foz do Iquacu”. Najmilsze jednak chwile przeżyłem wśród Polaków w Paranie. Wszędzie byłem przyjmowany niezwykle serdecznie przez potomków emigrantów z „Nad Wisły”. Przez trzy tygodnie wędrowałem z miasta do miasta, ze wsi do wsi, z domu do domu w towarzystwie krakowskiego misjonarza Jorge Markiza. Czasem zapraszał mnie ktoś inny; w pewien wiosenny weekend w towarzystwie vice konsula RP w Kurytybie Grażyny Machałek i krakowianki Urszuli Sajda. udaliśmy się do Sao Mateo do Sul i znajdujących się w pobliżu czterech innych polskich koloni: Iquacu, Cachaura, Canaos i Tagural.
Na dworcu autobusowym powitał nas Evaldo Drabecki, którego dzieci , Larisa i Andrzej śpiewały: „Na powitanie wszyscy razem...” a w domu przyjęły chlebem i solą! Po obiedzie udaliśmy się do pobliskiego kościoła św. Józefa w Aqua Branca gdzie był odpust. Swiątynia wybudowana w 1900r. z drzewa araukarii przez Polaków z sąsiednich wiosek! Ksiądz Józef Szczepański, którego ojciec był Polakiem , a matka Ukrainą na pytanie kim się czuje odpowiedział: Brazylijczykiem! Całe wyposażenie kościoła pochodzi z Polski, a najcenniejszy jest tu wizerunek MB Częstochowskiej zwany „Matką Boską Parańską”. Pp. Kubiak i Toporowicz snuli opowieści o tym, jak powstawały polskie kolonie: „Do Brazylii ok. 100 lat temu przybyli nasi ojcowie , nie wiadomo dokładnie z jakiego rejonu Polski. Było tu wówczas wielu Indian broniących swoich terenów . Nie było tu żadnych dróg, poruszano się na koniach. Teren podzielono na tzw. „loty” (1000x 250 m.) Każdy osadnik otrzymywał taką działkę, siekierę, piłę, łopatę oraz trochę jedzenia. Później trzeba było radzić sobie samym; karczować lasy, budować, domy, budynki gospodarskie, uprawiać ziemię i hodować zwierzęta. Bardzo brakowało księdza, nie było kościoła. Początkowo obok drogi postawiono okazały krzyż i tam w każdą niedzielę modlili się mieszkańcy kolonii. Z czasem wybudowano kościół! Podobnie było w innych rejonach Parany!
Ogromne zasługi dla tego rejonu przybyszów z nad Wisły upamiętnia „Pomnik kolonizatorów polskich” Na jego cokole umieszczono cztery kliny symbolizujące cztery polskie kolonie! W jedną ze ścian wmontowano płytę poświęconą 100- leciu kolonizacji polskiej zapoczątkowanej przez Edmunda Sasporskiego.
Przed wyjazdem z Sao Mateo w najstarszej polskiej szkole w Paranie przyjmował nas burmistrz, a miejscowy młodzieżowy zespół taneczny pożegnał nas polskimi piosnkami i tańcami ludowymi!
W Kurytybie jeden z najważniejszych budynków nosi nazwę „Wawel” , wielu radnych to Polacy , jeden z dwóch „Portali” to „Portal Polski” świadectwo wielkiego uznania społeczeństwa tego stanu dla Polaków. Kurytyba to bliźniacze miasto Krakowa… z okazji mojej wizyty zaproszono mnie na Plenarną Sesję Rady Miasta, gdzie miałem 15 minutowe wystąpienie po którym Przewodniczący wręczył mi dyplom honorowy. Był też program w miejscowej telewizji i artykuły prasowe!

Twórcy nowoczesnego Peru
Losy Polaków w tym kraju układały się zupełnie inaczej niż w Argentynie, Brazylii, USA czy w Kanadzie! . Niewielka liczba emigrantów to głównie ludzie wykształceni: badacze, podróżnicy, przyrodnicy, inżynierowie i misjonarze: J. Kalinowski- przyrodnik, A. Miecznikowski- inżynier , F. Wojtkowski- zoolog i botanik, W. Szyszko- biolog i pisarz, jego syn Ferdynand – artysta, T. Stryjeński i inni. W gronie wielkich Polaków Ernest Malinowski zdobył największą sławę! Zapoczątkował on działalność wielkich polskich inżynierów, którzy swą pracą przyczynili się do rozwoju gospodarczego i postępu nauk ścisłych w tym kraju. Najbardziej znane dzieło E. Malinowskiego to najwyżej do niedawna położona na świecie kolej ( w przełęczy Ticlio osiąga ona 4818 m.npm., a budowana była w b. trudnych warunkach; zimno, częste zmiany pogody, deszcze, choroby i znaczne rozrzedzenie powietrza) Najwybitniejszy architekt peruwiański XXw. Ryszard Jaxa Małachowski napisał o swoich poprzednikach: „Dzięki tym ludziom słowo Polak stało się gwarancją, uczciwości, dobrego wychowania i solidnej roboty!”
Dziś w Peru mieszka zaledwie ok. 400 Polaków; wielu z nich miałem okazję poznać w trakcie 2 świątecznych spotkań opłatkowych. Poznałem również i kolegów zamordowanych 6 sierpnia 1991r. w indiańskiej wiosce Pariacoto krakowskich franciszkanów Zbyszka i Michała – kandydatów na ołtarze!

Misja cywilizacyjna
W maju 1970r. pierwszy tubylczy biskup / arcybiskup / Lusaki Emanuel Milingo odwiedził Polskę i podpisał wspólnie z kardynałem Stefanem Wyszyńskim następujący dokument : „Warszawa w dniu siedemnastego miesiąca maja Roku Pańskiego 1970 Ja Emanuel Milingo, pierwszy tubylczy arcybiskup Lusaki składam publiczne dzięki Trójjedynemu Bogu i katolickiej Polsce za zaszczepienie w naszym kraju chrześcijaństwa , które przynieśli przez 70 lat w nadludzkim trudzie i pielęgnowali Ojcowie i Bracia Towarzystwa Jezusowego przy ofiarnej pomocy Sióstr Służebniczek Staromiejskich Najświętszej Marii Panny.”
Wotum złożono w Katedrze Warszawskiej … by po wsze czasy dawały świadectwo, że naród Polski podzielił się wspaniałomyślnie klejnotem wiary wypróbowanej w doświadczeniach życiowych i szlifowanej w cierpieniu z Czarnym Ludem Zambii!
Dziwnym zrządzeniem Bożym danym mi było poznać najwspanialszego z polskich misjonarzy w Afryce o. Adama w Zambii.
Ustępowała malaria, choroba „zawodowa” misjonarzy gdy moi gospodarze gościnni salezjanie obwieścili mi, że oczekuje mnie O. Adam Kardynał Kozłowiecki.
Radość ze spotkania z tym wielkim Polakiem pozwalała mi zapomnieć o bólu głowy i gorączce. W towarzystwie ojców Jana i Henryka udałem się do Mpunde Mission.
O. Adam opowiadał o trudnych latach spędzonych w Polsce w czasie II wojny światowej, o Oświęcimiu, Dachau i o przyjeździe do Afryki: „Gdy przybywali tu misjonarze jeszcze w XX w. głód był powszechny. Nie było dróg, mostów, żadnych murowanych budynków, a w nocy słychać było głosy dzikich zwierząt. Ile to razy trzeba było jeść małpy czy węże. I dziś brak wody pitnej i głód jest największą zmorą Afrykanów. Tu głód zaczyna się gdy przez trzy dni nic się nie je!
Z barwnych opowieści wielkiego kapłana wyłaniał się obraz człowieka niezwykle skromnego, pełnego pokory i wielkiej charyzmy! Był administratorem apostolskim w Lusace i arcybiskupem. Zrezygnował z tego urzędu: „Nie wysłano mnie tu na biskupa, tylko na misjonarza i w takim charakterze tu zostanę!” Do swej śmierci ten wielki kapłan został wikariuszem; pomagał dzieciom afrykańskim i odpisywał na setki listów z całego świata!

Misjonarze błotni
Pamiętam dobrze tę chwilę, kiedy jadąc pełnym Murzynów autobusem z Musome zauważyłem okazałe wzgórze, a na nim potężną bryłę kościoła . Byłem pewny, że jestem na miejscu , że jest to świątynia Bożego Miłosierdzia. Chwilę później przystanął kierowca i powiedział : „Jest pan w Kiabakari”! Idąc na „Wzgórze Miłosierdzia Bożego”, usiłowałem stworzyć obraz tej okolicy z przed kilkunastu laty nim przybył tu młody polski misjonarz Wojtek Kościelniak. O takich kapłanach mówi się: „misjonarze błotni”. Pracują na wsi, daleko od miast, gdzie brak dróg, kolei, mostów, poczty, telefonu, telewizji i radia. Gdzie środkiem transportu jest najczęściej rower lub motocykl. Gdzie nie chce pracować żaden miejscowy kapłan czy misjonarz z Europy! Żyją skromnie, są narażeni na liczne niebezpieczeństwa – zarówno ze strony środowiska przyrodniczego jak i autochtonów, wrogo nastawionych do białych przybyszów. Świadomi licznych niewygód i zagrożeń dla zdrowia, a nawet życia podejmują to trudne wyzwanie!
Misją życiową ks. Wojciecha stało się szerzenie Miłosierdzia Bożego, bliskiego mu od czasów dzieciństwa. Najpierw pracował z ks. Karolem Szlachtą w misji Zanaki , ale od 1991r zaczął tworzyć nową parafię. W 1994 roku rozpoczęto budowę kościoła. Po różnych perypetiach natury finansowej i budowlanej ( nieuczciwość wykonawców, brak sprzętu budowlanego i wody bieżącej, przerwy w dostawie prądu trwające nawet do miesiąca itd. ) w lipcu 1997r. kościół był gotowy!
U ks. Wojciecha i jego kolegów z diecezji krakowskiej pracujących nad J. Wiktorii spędziłem dwa tygodnie i mogłem się przekonać jakim szacunkiem i renomą cieszą się wśród swoich wiernych, zwłaszcza za to dziedzictwo polskiej kultury chrześcijańskiej i tradycji , wyrażającej się w bogatej „ofercie duszpasterskiej” i gorliwości apostolskiej. Miejscowa ludność dostrzega ogromną różnicę między duszpasterzami z Polski, a tymi z Afryki, obu Ameryk, Europy Zachodniej lub Azji. Nasze parafie i instytucje prowadzone są z pełną odpowiedzialnością za czysty, nieskażony przekaz wiary katolickiej i moralności zapewniał ks. Wojciech! Warto wspomnieć, że stabilna sytuacja w Tanzanii zamieszkałej przez ok. 120 różnych plemion to w ogromnej mierze zasługa pierwszego prezydenta niepodległego kraju , katolika Juliusa Nyerere. Wotum za ten wybór, kościół w jego rodzinnej miejscowości w Butiamie wybudował o. Karol Szlachta, a o. Wojciech Kościelniak jest postulatorem procesu beatyfikacyjnego „ojca narodu”, wielkiego prezydenta.


Jeevodaya – świt życia
Nie ma na świecie kraju równie fascynującego jak Indie. Już w 1974r. gdy pojawiła się pierwsza okazja udałem się „Nad Ganges”! Byłem pod wielkim wrażeniem polskiego inżyniera Maurycego Friedmana, współpracownika Gandhiego który odwiedził mnie wówczas w Bombaju. Zaś w bibliotece polskiej w Madrasie, dowiedziałem się, że Indie były pierwszym krajem, który przyjął kiedyś polskie dzieci…
23 lata później przybyłem do tego kraju by odwiedzić dawny obóz Kolhapur-Valivade. W trakcie posiłku w konsulacie RP w Bombaju zadzwonił telefon z Yeevodaya. P. dr Helena Pyz zaprasza pana do „swego leprozorium” powiedział po chwili konsul Ireneusz Makles!
O. Marian Żelazek założył leprozorium w Puri, a inny wielki Polak o. Adam Wiśniewski Yeevodaya k. Raipuru! Już w wieku 13 lat marzył by pracować wśród trędowatych . Po uzyskaniu święceń kapłańskich w 1939r. studiach medycznych przybył do Indii na zaproszenie niemieckich Palotynów. W Mysore odwiedził ośrodki misyjne i tam podjął decyzję stworzenia własnego centrum! Wraz z s. Barbarą założył stowarzyszenie JEEVODAYA ( sanskryt- świt życia ), a dzięki wsparciu Polonii i Pallotynów niemieckich w 1969 r. kupił 17 akrów ziemi koło Raipuru. Po znalezieniu wody rozpoczęto budować osiedle; mieszkania, kościół, szkołę, teatr, pralnię, zabudowania gospodarcze i przychodnię zdrowia! Po śmierci o. Adama Dyrektorem został o. Abraham- Hindus, a jego zastępcą „medical Office”, sekretarzem i głównym administratorem dr. Helena Pyz. To dzięki jej staraniom płyną pieniądze z całego świata! Najważniejszą działalnością ośrodka są bezpłatne lekarstwa pomoc lekarska! W obozie liczącym ok. 300 osób 2/3 to dzieci, resztę stanowią rodziny katolickie i hinduskie. Życie reguluje określony regulamin, jak w klasztorze! Większość prac wykonują mieszkający tu dorośli i dzieci, część zaś wolontariusze!

Ojciec trędowatych
- dwukrotnie nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla!
Za jedną z najważniejszych korzyści jakie wyniosłem ze swoich peregrynacji po świecie była możliwość spotkania wielkich ludzi. Dotknięcie czegoś zupełnie innego niż to wszystko, z czym codziennie się spotykałem, czym żyłem, co kształtowało moją świadomość pozostanie na zawsze wielkim duchowym dobrem. Podróże dają cenne poczucie wolności, podróże stwarzają dystans do tego co nas otacza, a spotykanie takich ludzi jak ks. January Liberski, Kard. Adam Kozłowiecki, czy ks. Marian Żelazek w Puri pozwoliło mi inaczej spojrzeć na ludzi, uwierzyć w człowieka, uwierzyć, że warto żyć, warto coś robić, że ostatecznie zwycięży dobro! Ojca Mariana w Orissie odwiedziłem dwukrotnie: w 2001 i w 2005r.
Urodził się jako siódme dziecko Stanisławy i Stanisława Żelazków w 1918 r. w Palędziu pod Poznaniem Po złożeniu ślubów zakonnych 4 września 1939r. w maju 1940r. wraz z 26 werbistami został wywieziony do obozu w Dahau. Tylko 10 z nich przetrwało. W podzięce za ocalone życie postanowił udać się do jednego z krajów misyjnych by ratować ludzkie życie. Marzył o Chinach, ale Pan Bóg chciał inaczej. Po ukończeniu teologii w Rzymie wyjechał do Sambalpur Mission w Indiach, gdzie pracował wśród pierwotnych szczepów, tzw. Adibasów, którzy m. in. składali ofiary z ludzi. W 1975r. przybył do świętego miasta hinduizmu Puri, gdzie stworzył tzw. „Centrum Poszukiwania Prawdy”, a dziesięć lat później wybudował kościół pw. Najświętszej Maryi Panny. Jednak nie nawracanie na wiarę katolicką, a praca wśród tych , „którym zabroniono mieszkać wśród zdrowych” stała się głównym powołaniem o. Mariana. Zasada, iż „przeżywanie cierpienia jest karą za grzechy popełniane w poprzednim wcieleniu” bardzo utrudniała zasiania na skamieniałej hinduskiej glebie tradycji miłosierdzia Chrystusa! Na obrzeżach Puri mieszkało w szałasach ok. 100 trędowatych, dziś w koloni murowanych domków ok. 1000 chorych. Dzięki pomocy osób z Holandii, Francji, Włoch, Niemiec i Polski, zafascynowanych niezwykłym dziełem kapłana z nad Wisły, powstała przychodnia lekarska , warsztat szewski, zakład produkujący sznury, szwalnia, ogród, ferma kurza, biblioteka, studnia… Dla dzieci wybudowano szkołę „Beatrix”. Jej zadaniem jest otwarcie „przez książkę” drogi do życia w gronie ludzi zdrowych. Inny jej cel to zmiana głęboko zakorzenionego w tradycji hinduskiej poglądu: „trędowaci rodzą dzieci trędowate”. O. Marian szukał opuszczonych kobiet, bezdomnych, pogorzelców, chorych, ludzi, którzy utracili majątek po katastrofie, kontynuował zapoczątkowaną przez Matkę Teresę z Kalkuty akcję pośredniej adopcji.
Każdego dnia przed jego skromnym domkiem ustawiały się długie kolejki proszących o pomoc ( np. w naprawianiu dachu, domu ). Gdy uskładały trochę pieniędzy , ksiądz dokładał resztę, gdy nie mógł pomóc pocieszał dobrym słowem. Znany jest przypadek , że chora kobieta przeszła pieszo ponad 300 km. aby trafić do tego niezwykłego, białego człowieka, który „pomaga biednym”.
Gdy z Kalkuty przybyłem w jego gościnne progi nie pytał czy jestem głodny, zmęczony, niewyspany, wskazał łazienkę bym się wykąpał, poprosił też służbę by przygotowała posiłek i pokój dla gościa!

Indonezja- zabudować pustkę duchową
18 sierpnia 1965r. opuściła Polskę pierwsza po wojnie grupa misjonarzy werbistów. Udała się ona do Indonezji! Dla jednych było to „otwarcie na świat”, dla innych początek „Nowej Ewangelizacji misyjnej”.
Sami misjonarze wyjazd 40 polskich kapłanów uważają, że był początkiem realizacji tożsamości misyjnej , wyjście z hermetyzmu lokalnego, początkiem wielkiego krzyku misyjnego. Wyjazd był wielkim wydarzeniem w ówczesnych realiach politycznych. Jak wspomina ówczesny I sekretarz ambasady Indonezji w Warszawie p J. Rachmat zaproszenie właśnie misjonarzy był wielkim zaskoczeniem! MSZ stawiało coraz to nowe pytania: dlaczego pan prosi o katolickich misjonarzy, dlaczego akurat polskich? Przecież jesteście krajem muzułmańskim. Dlaczego teraz, kiedy wchodzicie na orbitę rozwoju gospodarczego? Odpowiadałem wówczas jasno i zdecydowanie:
„Ponieważ Polacy są nam bardzo bliscy- znam Polskę, znam polskie charaktery, są nam pokrewni. Są uczynni i kompromisowi, nie patrzą na nas z góry, jak inne narody europejskie. Potrzebujemy ludzi, którzy pomogą nam zabudować pustą przestrzeń duchową naszego narodu wychodzącego z jarzma kolonializmu. Nawet nasze flagi narodowe są podobne, indonezyjska czerwono- biała z orłem Garuda jako godłem narodowym.
Potrzebujemy księży szczególnie w szkolnictwie i do opieki duchowej ze studentami. Nasz kraj realizuje plan pięcioletni: budujemy człowieka budowniczego! Misjonarze pomogą nam zbudować przestrzeń duchową człowieka odbudowującego struktury państwa”.
W gronie 20 werbistów, którzy wyjechali wówczas byli o. Józef Glinka i o. Stanisław Pikor. Pracują dziś w Surabayi , gdzie jest 10 kościołów katolickich i katedra. Jeden z nich to kościół Raja Christ. Okazała bryła świątyni sąsiaduje z potężnym budynkiem na, którym zauważyłem napis ST. STANISLAUS.
Miałem okazję poznać O. Stanisława Pikora, wówczas „armatora” statku misyjnego „Królowa Różańca” . Statek ten utrzymywał łączność między Suryabaya, a Flores i Timorem Wsch. Przewożąc żywność, buty, odzież i ludzi wcześniej deportowanych na inne wyspy.
Drugi poznany tu polski misjonarz Józef Glinka to profesor antropologii na uniwersytecie w Surabayui. Do Indonezji przybył 18.października 1968r. Jest skromnym i małomównym człowiekiem. Spotkałem go jeszcze raz 25 grudnia 1999r. – w Dniu Bożego Narodzenia w Ambasadzie RP w Jakarcie!

Wielcy- mniej znani i nieznani
Nawet w najobszerniejszym opracowaniu trudno byłoby choćby z imienia i nazwiska wymienić tych niezwykle ciekawych Polaków, których miałem okazję bliżej poznać! Zaznaczają oni swą obecność w życiu krajów gdzie przyszło im mieszkać: Najwybitniejszym z nich był oczywiście Jan Paweł II. Ile to razy z jego powodu przeżywałem chwile wzruszeń w czasie licznych pielgrzymek do Polski, w trakcie Światowych Dni Młodzieży w Częstochowie, Denver i Toronto oraz na Placu Św. Piotra jako pilot licznych pielgrzymek!
Biznesem i polityką zajmuje się p. Wiśniewska, konsul honorowy w Lusace. Jola Czaderska żona milionera amerykanskiego Edwarda Hayka prowadzi działalność publicystyczną i organizuje najsłynniejsze dziś przyjęcia w Kalifornii, Anna Żarnecka- „dziecko” obozu Santa Rosa, malarka i Przewodnicząca Czerwonego Krzyża w Meksyku, Bogdan Łodyga właściciel fabryki urządzeń odpylających w Chicago, gdzie pracowałem przez trzy miesiące, Marek Budnicki z Toronto jeden z najbardziej utalentowanych projektantów robotów w Kanadzie, wybitny geolog peruwiański absolwent AGH Tadeusz Droździk mieszkający nad brzegiem Pacyfiku w Trujillo, prof. miejscowego uniwersytetu Władysław Borek, wieloletni szef przemysłu gumowego w Chile Marian Kwiatkowski , czy reformator malezyjskiej służby zdrowia dr. Paweł Suwiński.
Niezwykle barwną postacią w Arizonie jest Mieczysław Sobczak („Dziki Mietek” ) uczeń szamana, jeden z najbliższych przyjaciół Indian, właściciel wielkiego Zajazdu przy słynnej „66” w Wiliams! Tu warto wspomnieć o Justynie Pasek byłej Miss Uniwersum ( ojciec Polak, matka Panamka )z 2002 roku. Pierwsze w życiu słowa wypowiedziała w po polsku!
Kolejny rozdział w historii niektórych krajów Ameryki Płd. czy Afryki dopisują polscy misjonarze: January Liberski najstarszy polski misjonarz diecezjalny- duszpasterz w ok. 60 wiosek w Zimbabwe, „misjonarze błotni” z Afryki, a wśród nich były generalny wikariusz w Livingstone ks. Stanisław Zyśk. Prawdziwi traperzy kościoła polscy kapłani w Peru czy w Boliwii; polscy franciszkanie i zielarz, salezjanin o. Edmund Szeliga,

Praca inżyniera jest chyba najmniej efektowna, rzadko też ich nazwiska znajdują się na pierwszych stronach gazet, a przecież to głównie od nich zależy dobrobyt i standard życia obywateli. Do niedawna polskich inżynierów można było spotkać w wielu krajach świata; mnie przyjmowali krakowscy inżynierowie w irańskim Quazin budujący elektrownię, gościłem u kolejarzy PRK modernizujących słynną Tazarę w Tanzanii, Polacy budujący cukrownię w Indiach! W latach 1974-79 polscy inżynierowie wykonali w Iraku najnowocześniejszą sieć triangulacyjną na świecie! Miałem i ja w tym dziele jakiś udział!

Polacy
Polacy niemal zawsze opuszczali swe rodzinne strony ze względów politycznych lub ekonomicznych. W tej sytuacji tęsknota za ojczyzną jest zawsze bardzo trudna do zniesienia!
Uczestnicząc w dziesiątkach spotkań różnych organizacji polonijnych, goszcząc po kilka dni czy tygodni w polskich domach, u polskich misjonarzy, nigdy nie spotkałem naszego Rodaka, który by powiedział: „Jestem szczęśliwy”! Czują się zagubieni, wyalienowani, jak obywatele drugiej kategorii. Namiastkę szczęścia i poczucia bezpieczeństwa daje im kultywowanie ojczystej kultury i języka . Pamiętam słowa wieloletniej prezes Stowarzyszenia Polaków w Nowej Zelandii Izy Choroś: „Co za szczęście mieć dzieci, które mówią po polsku!”
Znajomość naszych dziejów daje poczucie dumy i własnej wartości, ułatwia życie wśród obcych, uwalnia z tak krępującego, zupełnie nieuzasadnionego i tak niesprawiedliwego poczucia kompleksu „polskości”!
Warto podróżować, poznawać obce języki i kulturę innych narodów. Czasem nawet jechać do pracy, ale nie powinniśmy pozostawać na obczyźnie! Zawsze trzeba wracać do Polski, do naszej Ojczyzny, Naszego Domu!

Władysław Grodecki

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 09 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pią Gru 09, 2016 10:15 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group