" /> Dyskusje ogólne :: Kornel Morawiecki; Tylko prawda jest ciekawa
Forum  Strona Główna

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Kornel Morawiecki; Tylko prawda jest ciekawa
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sro Cze 18, 2008 7:43 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.polskieradio.pl/iar/goscietrojki/artykul55178.html

"Goście Trójki

Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk


Środa, 18 czerwca 2008

Historycy IPN Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk potwierdzili tezę, iż Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. Goście "Salonu Politycznego Trójki" są autorami książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”. (...)"

http://www.polskieradio.pl/trojka/salon/?id=55194

"Salon polityczny Trójki

Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk


Środa, 18 czerwca 2008

Gośćmi są dzisiaj historycy Instytutu Pamięci Narodowej, którzy są na ustach wszystkich. Sławomir Cenckiewicz. Dzień dobry.

S. C.: Dzień dobry.

Piotr Gontarczyk. Witam.

P. G.: Dzień dobry.

Autorzy książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”. Panowie, gdybyście mieli pisać podręcznik dla gimnazjalistów na przykład, to jakbyście Lecha Wałęsę opisali?

S.C.: Jakbyśmy mieli kilka kartek, to na pewno byśmy w szerokim kontekście opisali jego postać. Na pewno byśmy opisali go jako symbolicznego, legendarnego przywódcę Sierpnia ’80 roku, człowieka, który stoi na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej im. Lenina i ogłaszanie tylko Polakom, ale można powiedzieć, całemu światu, zwłaszcza ludziom, którzy mieszkają za żelazną kurtyną to, że coś pękło, coś się zmieniło. Ale niewątpliwie uzupełnilibyśmy ten bohaterski biogram legendarnego przywódcy Solidarności o rzeczy, które zamieściliśmy w tej książce.

To osiemset stron. Panie Piotrze, ile byłe zajęły w takim opisie dla gimnazjalisty?

P. G.: Myślę, że jednak sprawy związane z legendarnym przywództwem Solidarności byłyby zdecydowanie ważniejsze. Nikt tego Lechowi Wałęsie nie zabierze i żaden z nas tego nie zamierzał odbierać. Myślę, że zdecydowanie ważniejsze byłoby te kilka lat, solidarność – to jest absolutnie klucz.

Lech Wałęsa z tej pierwszej Solidarności, głównie z lat 80-tych to jest, jak rozumiem, Lech Wałęsa absolutnie czysty, bez żadnych uwikłań?

P. G.: Zarzuca się, że ta ksiązka jest jednostronna. My pokazujemy bardzo różnego Lecha Wałęsę. Dokładnie opisujemy, jak Lecha Wałęsę w latach 80-tych poddano ogromnej presji, różnym działaniom Służby Bezpieczeństwa, kolportowaniem dowodów świadczących o wcześniejszej współpracy z SB, itd., itd. To jest osoba, wobec której SB prowadzi bardzo szerokie i momentami bardzo brutalne działania. To nie ulega wątpliwości.

Wasza książka skupia się na latach ‘70-76. A potem przesuwa się do lat 90-tych. Ale zatrzymajmy się na tym pierwszym etapie. Co panowie ustalili? Jak można najkrócej streścić tezę waszej książki o tych latach?

S. C.: Jeśli chodzi o ten okres ’70-76…

Jest po Grudniu, przypomnijmy.

S. C. W czasie Grudnia. To jest bardzo interesujące, jak się Lech Wałęsa w czasie samego Grudnia zachowywał.

Co to znaczy „interesujące”?

S. C.: Interesujące jest to, jak 15. grudnia dostał się do Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej na ulicy Świerczewskiego i przemawiał do robotników, w drodze nadziei. W bardzo interesujący sposób opisuje ten moment, kiedy koledzy widząc go w oknie Komendy Miejskiej MO rzucają kamieniami. Sam mówi, że był na szczęście w wysokich partiach budynku i te kamienie go nie dosięgły. Ludzie krzyczeli „zdrajca!”. To jest bardzo interesujące. Natomiast podsumowując okres ‘70-76, my w swojej książce piszemy, że w tym czasie Lech Wałęsa został zarejestrowany jako t.w., pseudonim „Bolek” i próbujemy ten problem współpracy opisać w oparciu o dostępne materiały. Znaleźliśmy jedynie sześć donosów tajnego współpracownika o pseudonimie „Bolek”.

Z podpisem?

S. C.: Panie redaktorze, one pochodzą z tzw. sprawy obiektowej... tu musielibyśmy wejść w sferę…

Pytam, bo to główny argument Lecha Wałęsy. „Mojego podpisu nie macie, kochani” – tak wczoraj mówił.

S. C.: Można powiedzieć, że to jest dobry argument. Tylko problem polega na tym, że rękopiśmienne donosy tajnych współpracowników kierowane były tylko do teczek personalnych agentów.

Czyli dokumentowano pracę agenta?

S. C.: Dlatego, że rękopis nie mógł się pojawić w sprawie operacyjnej, w sprawie obiektowej, ze względu na to, że mógłby być agent zdekonspirowany również w oczach innych oficerów SB, którzy prowadzili inne wątki tej samej sprawy.

Przepisywano je na maszynie?

S. C.: Oczywiście. Zawsze były przepisywane na maszynie i tylko w takiej postaci kierowane do spraw obiektowych i operacyjnych.

Czyli jest sześć donosów. Co jeszcze?

P. G.: To jest tylko fragment. Wiadomo nam, że w roku ’91 jest z funkcjonariuszy Urzędu Ochrony Państwa zupełnie przypadkiem prowadził kwerendę w sprawie śledztwa dotyczącego zajść grudniowych ‘70 roku. On przeglądał różne sprawy operacyjne i znalazł ponad dwadzieścia donosów t.w. „Bolek”. Te donosy w pierwszych dniach czerwca 1992 roku, kiedy była tzw. lustracja Macierewicza, powędrowały do Warszawy. Te donosy praz szereg dokumentów oryginalnych – żadnych ksero z ksero, podróbek, to były całe akta, zamknięte w latach 70-tych stosownymi pieczęciami Komendy Wojewódzkiej, ze spisami treści, itd. Nie do podrobienia. W latach 80-tych tego się nie dało zrobić. Te akta i donosy powędrowały do Warszawy i wszystkie oryginalne dokumenty zabrał – wszystko na to wskazuje - nigdy nie zwrócił Lech Wałęsa.

O tym jeszcze porozmawiamy. Przy tych latach 70-tych bym się zatrzymał i ponowił pytanie: jaki obraz Lecha Wałęsy się wyłania w całokształcie? Przepraszam, przerwałem parę razy, ale tyle pytań się ciśnie…

S. C.: W latach ’70-72, zwłaszcza w latach ’71-72 czyli bezpośrednio po wydarzeniach grudniowych t.w. „Bolek” był bardzo efektywnym i aktywnym agentem SB, który funkcjonował w środowisku wydziału W4, działu elektrycznego Stoczni Gdańskiej In nawet z tych kilku zaledwie doniesień, które dzisiaj mamy – bo to, co Piotr powiedział świadczy o tym, że ich było w latach ’90-95 znacznie więcej, ale ich nie ma, zostały, jak to Piotr powiedział, ukradzione – ale nawet z tych sześciu doniesień t.w. „Bolek”… zabawiliśmy się w taką statystykę, dwadzieścia cztery czy sześć osób pojawia się w tych doniesieniach. W jednym z nich pojawia się informacja, że na podstawie donosów t.w. „Bolek” założono sprawę na Józefa Szylera, kolegę t.w. „Bolek” z wydziału W4, który zresztą organizuje strajki, protesty, petycje, występy wobec dyrekcji stoczni. Na podstawie tych doniesień założono inne sprawy operacyjne w stosunku do kilku innych osób.

Czyli inwigilowano jeszcze inne osoby?

S. C.: Taka jest rola agentury. Agentura ma przyczynić się do rozładowania – jak to mówiła SB – napięć w zakładzie pracy.

Czyli w tych latach t.w „Bolek” jest agentem szkodliwym. Bierze pieniądze jak prasa podawała? Panowie to ustalili? Taka jest teza?

P. G.: Tak. W 1978, kiedy Lech Wałęsa zaczął być aktywny w WZZ-ach, roku jeden z młodych oficerów w ramach przeszkolenia i poznania środowiska, które miał rozpracowywać wypożyczył z archiwum dokumenty dotyczące t.w. „Bolek”. Pisze w notatkach t.w. „Bolek” – Lech Wałęsa i bardzo dokładnie opisuje na trzech stronach, co w tych dokumentach przeczytał. Mówi o zaangażowaniu tajnego współpracownika, o tym, że chętnie brał pieniądze, że te informacje były wykorzystywane operacyjnie. Zresztą z treści tych donosów wynika, to jak t.w. „Bolek” przekazywał pewne informacje, ale uczulał oficera SB, że tylko on o tym wie i żeby ostrożnie te informacje wykorzystywać. Po tych dokumentach nie ma wątpliwości, że jest to osoba zaangażowana we współpracę i nie ma tu mowy o jakimś pozorowaniu.

A pomyłce, że było kilku „Bolków”? Wiem, że ustalili panowie, że nie kilkudziesięciu, jak twierdził Lech Wałęsa, ale czterech było na terenie tej jednostki operacyjnej SB. Skąd wiemy, że ten „Bolek” z W4 to jest na pewno Lech Wałęsa? Albo w ogóle, że te wszytki donosy „Bolka” to są donosy Lecha Wałęsy?

P.G.: Normalnym warsztatem naukowym w badaniu materiałów SB było zanalizowanie ewidencji operacyjnej wszystkiego, co można na ten temat ustalić. Ta analiza wskazuje jednoznacznie, że w tych latach nie było pięćdziesięciu czterech „Bolków”, a tylko czterech zarejestrowanych w ewidencji operacyjnej wydziału trzeciego tej komendy. Udało nam się ustalić dane personalne pozostałych trzech osób. Nigdy nie miały one żadnych związków ze Stocznią Gdańską, nigdy nawet nie mieszkały w Gdańsku. Tutaj raczej o pomyłce nie może być mowy.

Raczej?

P.G: Nie, no. Zdecydowanie nie może być mowy.

Lech Wałęsa powołuje się na dokument SB z roku ’71, w którym funkcjonariusz SB stwierdza, że nie podjął współpracy, był niechętny do współpracy.

P.G.: Należało dokonać bardzo dokładnej analizy technicznej, krytyki wewnętrznej i zewnętrznej każdego dokumentu. Dokonałem takiej analizy tego tomu akt, w którym ten dokument znaleziony, paginacji, wszystkich szczegółów technicznych. Nie mam wątpliwości, że jest to dokument nieprzystający kancelaryjnie i pod strony technicznej nie jest to dokument oryginalny. Został podrzucony najprawdopodobniej w latach 90-tych, kiedy funkcjonariusze UOP dokonywali korzystnych dla Lecha Wałęsy manipulacji i kradzieży w dokumentach w delegaturze UOP w Gdańsku.

S.C: Tu jest jeszcze jedna ważna informacja. W tym dokumencie tak często przywoływanym, który ja też zresztą przywoływałem w swojej książce „Oczami bezpieki” …

Jako fałszywkę?

S.C: Nie. Jako dokument obrony Lecha Wałęsy. Nie miałem wówczas tej wiedzy, którą mam dzisiaj o tym, że on został podrzucony do tych akt.

A kiedy został wytworzony?

S.C: On został najpewniej wytworzony w latach 90-tych. W tym dokumencie jest mowa, że Lech Wałęsa będzie poddany kontroli operacyjnej ze strony tajnego współpracownika o pseudonimie „Klin”. My w ewidencji operacyjnej zanalizowaliśmy całą sieć agenturalną z tamtego czasu pod kątem tego, czy w ogóle istniał agent o pseudonimie „Klin”. I efekt tych działań był negatywny, to znaczy nigdy takiego agenta nie było. Można też logicznie do tego podejść i powiedzieć: jest ponad sto tomów akt operacji „Jesień 70”, która dotyczy rozpracowania osób zaangażowanych w grudzień im później pacyfikacji tych osób po grudniu ’70. Do tego jest kilkanaście tomów sprawy obiektowej „Arka”, która dotyczy Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Nigdzie nie ma tajnego współpracownika „Klin”.

P.G.: Sławek wspomniał o tym jednym elemencie, o t.w. „Klin”. Ja z kilku powodów ten dokument wykluczam autentyczność tego dokumentu. Chodzi między innymi o to, że w tym tomie akt jest kilka paginacji, a w dokumencie tylko jedna. Jest wiele szczegółów technicznych, które my nie tylko opisujemy, ale i przedstawiamy na stosownych tablicach. To jest efekt manipulacji tymi aktami, których dokonywano w UOP w latach 90-tych.

Uwikłanie Lecha Wałęsy we współpracę z SB – kiedy się kończy ta historia? W ’76 roku?

S.C.: W ’74 roku pojawiają się problemy z tajnym współpracownikiem „Bolek”. Służba Bezpieczeństwa mówi o tym, że bierze on udział w różnych spotkaniach związków zawodowych i publicznie krytykuje kierownictwo związków, kierownictwo stoczni i kierownictwo partii. W ’74 SB przeprowadza całą serię różnych „prostujących” rozmów z Lechem Wałęsą, które nie dają żadnego skutku. Wówczas pojawia się informacja, że on nie che współpracować. Najpewniej przy przeglądzie sieci agenturalnej w czerwcu 1976 roku oficjalnie zdjęto go z ewidencji operacyjnej SB jako aktywnego agenta, a akta skierowano do archiwum.

I nie było już żadnego powrotu?

P.G: Były próby. W jednym z dokumentów, które edytujemy i omawiamy, w roku 1978 była wizyta dwóch wysokich funkcjonariuszy komendy gdańskiej, którzy napisali notatkę, że przeprowadzili rozmowę z Lechem Wałęsą, byłym tajnym współpracownikiem, pseudonim „Bolek”. Ta rozmowa była próbą pozyskania Lecha Wałęsy do współpracy. Ale Lech Wałęsa tutaj już odmówił.

Dlaczego SB w latach 80-tych czy jak powstawała Solidarność i potem nie wykorzystała tych materiałów, do których panowie dotarli, czy które pojawiają się w tych opisach?

S.C.: My nie mamy pewności, że nie wykorzystała. W latach 1980-81 informacje o tym, że Lech Wałęsa miał przeszłość agenturalną pojawiają się w różnego rodzaju doniesieniach, meldunkach funkcjonariuszy SB nie tylko z Gdańska. Ze względu na to, że szereg osób, którym Lech Wałęsa sugerował n przykład przed rokiem ’80, w ’79 roku, swoje kontakty z SB, czy z MO, zaczęło o tym opowiadać.

Ale mogła jednoznacznie skompromitować, publikując część swoich materiałów.

P.G.: W ten sposób nie można. Każda policja tego typu na świecie, bez względu nastrój, system i kontynent raczej akcji ujawniania swoich agentów nie przeprowadza. Można to było zrobić w bardziej nieoficjalny sposób. Wiele wskazuje na to, że to właśnie robiono. W książce prezentujemy kilka dokumentów kolportowanych przez SB po to, żeby skompromitować Lecha Wałęsę, właśnie dokumentów z lat 70-tych. My te dokumenty omawiamy oddzielnie. Mówimy, że to są dokumenty kolportowane przez SB, ale także dokonujemy ich analizy zewnętrznej i wewnętrznej. Teza jest taka (choć nie można tego stwierdzić jednoznacznie), że są to kopie autentycznych rękopisów z lat 70-tych.

A co się działo z tymi dokumentami w latach 90-tych? W tych fragmentach, które prasa przytoczyła, opisują panowie bardzo ciekawe historie: Lech Wałęsa po ’92 roku, po obaleniu rządu Jana Olszewskiego żąda tych materiałów, wtedy następuje pierwszy etap brakowanie, po ’93 roku, po zwycięstwie wyborów przez SLD, drugi etap brakowania… i nie ma już kompletu osiemdziesięciu dokumentów.

P.G.: To była dość szeroko zakrojona operacja. Antoni Macierewicz w ’82 roku zgromadził nie tylko te dokumenty, które istniały wówczas na temat t.w. „Bolek”, ale również wyniki kwerend dokonywanych przez jego współpracowników. To zgromadzono razem. Te dokumenty wypożyczył Lech Wałęsa i te dokumenty były kradzione i niszczone. Nie ma co do tego cienia wątpliwości. Ale to jest tylko część operacji. Drugą część operacji dokonywano w Gdańsku. Tam dokonano zmian na stanowisku kierownika delegatury. Został wyrzucony zasłużony Adam Hołysz, a na kierownictwo mianowano ludzi z nieciekawą przeszłością, jakichś lektorów komitetu wojewódzkiego… I to byli zaufani Lecha Wałęsy.

Panowie twierdzą: Lech Wałęsa część dokumentów wziął i zniszczył?

P.G.: Wszystkie dokumenty, ustalenia prokuratury, dokumenty UOP są w tej kwestii jednoznaczne. Lech Wałęsa dokumenty najbardziej dla siebie kompromitujące, oryginalne, zabrał. W tej kwestii są zgodne UOP i prokuratura. Nie ma co do tego cienia wątpliwości.

Profesor Andrzej Friszke mówi dzisiaj, że panowie korzystają z dokumentów Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, obarczonych zazwyczaj klauzulą „tajne”. Pytanie: skąd je panowie mieli?

P.G.: To dosyć ciekawa postawa historyka. Dlatego, że to historycy zawsze, jak dziennikarze, się cieszą, że jakieś nowe akta pojawiają się na rynku. Taka jest reakcja każdego zawodowego historyka. Profesor Friszke zachowuje się dokładnie odwrotnie, niepokoi się, że jakieś nowe dokumenty się pojawiają. Zgodnie z ustawą o Instytucie Pamięci Narodowej, którą wydaje mi się, że były członek kolegium IPN powinien znać, zgodnie z literą prawa IPN wystosował pisma do tych instytucji, które dokumenty w sprawie Lecha Wałęsy [mają]. To był nasz obowiązek.

ABW odpisała?

P.G.: ABW odpisała i przesłała jakieś dokumenty do IPN. Powtarzam – zgodnie z ustawą. Prokuratura jakieś akta przesłała. O niektórych istnieniu wiedzieliśmy.

Dlaczego nie konfrontowaliście relacji esbeckich z opiniami świadków? Nie porozmawialiście z Lechem Wałęsą?

S.C.: To jest nie do końca prawda. Jeśli chodzi o Lecha Wałęsę, Piotr Gontarczyk 26. września 2007 wysłał do niego pismo z propozycją spotkania. Mamy potwierdzenie wysłania tego pisma faksem do biura Lecha Wałęsy. Nigdy nie otrzymaliśmy odpowiedzi i zgody na takie spotkanie.

W środowisku dziennikarskim krążą takie opowieści, że zwłaszcza pan Sławomir Cenckiewicz miał nieprzyjemne historie – próba zniszczenia samochodu żony, były jakieś częste włamania… nie chodzi o jakąś martyrologie, ale chcę o to zapytać, bo dziennikarze o tym opowiadają.

S.C.: Niech sobie dalej opowiadają. Rzeczywiście miałem taką sytuację, że samochód został czymś ochlapany, wezwałem policję. Jest notatka służbowa policji na ten temat. Zostawmy tę sprawę. Mam nadzieję, że to nie ma nic wspólnego z tym, o czym rozmawiamy i tym, co żeśmy wspólnie napisali.

A były włamania do któregoś z panów?

P.G.: Jeżeli nawet takie próby były, to ewentualni goście nie zostawiają kartek, w jakiej sprawie tutaj przyszli, więc nie chciałbym tej sprawy łączyć z tematem naszej rozmowy.

Nie zastraszony Piotr Gontarczyk , obok Sławomir Cenckiewicz, autorzy książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii.” Rzeczywiście przyczynek, bo Lech Wałęsa to postać, którą warto opisać. Warto zrobić tez książkę o relacjach Lecha Wałęsy z SB w latach 80-tych, kiedy to była postać już jednoznacznie heroiczna.

P.G.: Warto zrobić w ogóle solidną, poważną biografię Lecha Wałęsy, której jeszcze nie ma. "

* Program_3 18 czerwca 2008.mp3 (9,3 MB)
http://www.polskieradio.pl/_files/20061104132927/2008061809054476.mp3


Ostatnio zmieniony przez Witja dnia Sro Cze 18, 2008 10:41 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sro Cze 18, 2008 7:51 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://wiadomosci.onet.pl/1493430,720,1,1,tw_bolek_na_antenie_tvp,kioskart.html

"TW "Bolek" na antenie TVP

W środę 18 czerwca w Programie I TVP ma zostać wyemitowany film Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka o Lechu Wałęsie pt. "TW »Bolek«"

Zaczyna się od momentu, w którym zakończył się poprzedni film poświęcony Wałęsie – "Plusy dodatnie, plusy ujemne".

W ostatnich sekwencjach "Plusów..." widzimy rozmowę, którą z Lechem Wałęsą przeprowadza reżyser Grzegorz Braun. Były prezydent jest coraz bardziej zdenerwowany i coraz bardziej arogancki. W pewnej chwili Grzegorz Braun pokazuje mu dokumenty IPN na jego temat i prosi o komentarz. Wałęsa niszczy je ostentacyjnie i zaraz po tym w chamski sposób wyprasza ekipę realizującą rozmowę.

W nowym filmie Grzegorza Brauna na temat Wałęsy zawarto rozmowę z historykami Sławomirem Cenckiewiczem i Piotrem Gontarczykiem, autorami książki o Lechu Wałęsie. Wypowiadają się też świadkowie historii – Józef Szyler, kolega Wałęsy ze stoczni, oraz Janusz S., były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa. Józef Szyler jest człowiekiem, na którego SB założyła sprawę z doniesienia Lecha Wałęsy. Z kolei Janusz S. w 1970 r. wprowadzał Lecha Wałęsę do ewidencji SB. Z Biura C otrzymał wtedy informacje o zarejestrowaniu Wałęsy do sprawy kryminalnej i o tym, że Wałęsa był rejestrowany przez Wojskową Służbę Wewnętrzną. Obydwie te wiadomości dotyczyły okresu sprzed przyjazdu Wałęsy do Gdańska.

Pomysł nakręcenia filmu o Wałęsie zrodził się po powstaniu Instytutu Pamięci Narodowej. Ale dopiero w 2005 r. Grzegorz Braun wraz z producentem Piotrem Szymą podjął realizację filmu dokumentalnego "Plusy dodatnie, plusy ujemne", którego emisji TVP odmówiła w 2006 r. "Gazeta Polska" obszernie informowała wówczas o tej sprawie. Film "Plusy dodatnie, plusy ujemne" był przedstawiany na pokazach autorskich, można go też zobaczyć w internecie, m.in. na portalu Niezależna.pl."
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sro Cze 18, 2008 9:47 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=14869

18.06.2008 07:45

"„Zakłamane czasy należy odkłamywać”

dr Mieczysław Ryba


Rozmawiał Marek Mądrzejewski

Marek Mądrzejewski: Naszym gościem jest dr Mieczysław Ryba, historyk, adiunkt Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i członek Kolegium IPN. Witamy serdecznie.

Dr Mieczysław Ryba: Witam serdecznie.

M.M.: Czytał pan książkę Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka?

M.R.: No, nie czytałem, bo jeszcze nie jest wydrukowana, więc jestem na tym etapie, co większość z państwa.

M.M.: A to dziwne, zważywszy na to, że jest pan członkiem Kolegium IPN.

M.R.: Tak, ale to procedura jest taka, że nie członkowie Kolegium, ale recenzenci czytali przed wydrukiem i rzeczywiście jest na przykład prof. Chojnowski, przewodniczący Kolegium IPN, który ją czytał i recenzował także, natomiast całe gremium przed drukiem nie recenzuje książek, nawet tak istotnych i tak ważnych, jak wspomniana książka.

M.M.: Choć wiceprzewodnicząca, która zastanawiała się prawdopodobnie nad rezygnacją z funkcji, zdaje się miała szansę czytać tę książkę, aczkolwiek recenzentką nie jest.

M.R.: To znaczy ona nie jest... wiceprzewodnicząca, wiceprezes IPN–u to nie jest członkinią Kolegium IPN–u. Być może w procedurze drukowania tej książki miała udział. Ja nie wiem, czy ona podejmowała tę decyzję czy też wdrażała opinię na kanwie pewnej dyskusji medialnej, bo tam zasadniczo żadnych merytorycznych zarzutów nie przedstawiała, a raczej wypowiadała się tak co do samej istoty, żeby nie poruszać, powiedzmy, sprawy pana prezydenta Wałęsy, bo to bulwersuje czy to powoduje pewne niesnaski ewentualnie powiedzmy burzy pewną legendę. A więc nie wiem, czy ona czytała, czy też wypowiedziała się co do samej istoty, czy należało to wydawać.

M.M.: Wczoraj Wprost, Rzeczpospolita, Gazeta Polska ujawniły fragmenty książki, dziś wszystkie gazety o niej piszą. Każda wyrzuca na pierwszą stronę tytuły w charakterystycznym dla siebie języku. Polska pisze na przykład: „Zadyma wokół «Bolka»”, bardzo spokojnie Rzeczpospolita: „Wałęsa widział dokumenty”, Dziennik: „Sąd nad legendą” i wreszcie Gazeta Wyborcza: „IPN poluje na Wałęsę”. Czy IPN poluje na Wałęsę?

M.R.: No nie, no. Proszę zauważyć, że sprawa ta wynikła jeszcze za czasów ministra Macierewicza, czyli ta pierwsza lustracja taka dosyć byśmy powiedzieli niezorganizowana wówczas, i ona funkcjonowała, to wszystko funkcjonowało w obiegu publicystycznym, w obiegu politycznym, wreszcie historycznym w sposób zupełnie nieskoordynowany, to znaczy bez pogłębionej analizy źródeł. Więc kto inny jak historycy IPN–u mógł podjąć tę bardzo trudną sprawę w sensie merytorycznym? Oczywiście, jeśli książka będzie w dużym stopniu powiedzmy składała się z dokumentów, a więc one będą publikowane, i można nad nimi, nad ich wiarygodnością, nad ich treścią, dokument po dokumencie w sensie merytorycznym dyskutować. Natomiast, oczywiście, nikt nie sądzę, by chciał polować na postać prezydenta Wałęsy, tylko kwestia jest tego typu, że tak czy inaczej to funkcjonuje, to po pierwsze. A po drugie musimy te czasy takie mocno zakłamane jednak, czasy komunistyczne odkłamywać w sensie historycznym. I tylko taki temu przyświeca cel.

M.M.: Może to jest takie ustawianie przeciwnika do narożnika w czasie tej medialnej dyskusji, która zważywszy na to, co działo się w telewizjach, toczy się w gruncie rzeczy od dwóch co najmniej tygodni, toczy się dyskusja między przekonanymi, między tymi, którzy już wiedzą, aczkolwiek to, co ich łączy, to nie wiedza o zawartości książki. No, fakt, że po prostu jej nie czytali. Czy ta książka miała dać odpowiedź na pytanie: czy Wałęsa był „Bolkiem”?

M.R.: Między innymi sądzę, przynajmniej chodzi tutaj o te lata 70., ale między innymi. Po prostu chodzi o pewien sposób podejścia do kluczowej postaci Solidarności lat 80., ale nie tylko chodzi o lata 80., tylko również 80., w jaki sposób SB podchodziła do tej postaci. A więc tu jest szerszy zupełnie kontekst. Natomiast dyskusja, o której pan mówił, ona rzeczywiście jest toczona, natomiast ona ma charakter metodologiczny, mianowicie taki, czy dyskutujemy na temat konkretu, czy dyskutujemy na temat powiedzmy abstrakcyjnej sprawy na zasadzie takiej, że krytykujemy książkę, której nikt jeszcze nie widział lub której nie ma. I tu jest problem zasadniczy, że cały szereg ataków na autorów książki był zupełnie w powietrze, to znaczy że na pewno jeśli ona się ukaże, to na pewno będzie po prostu kłamliwa. No, to trzeba rzeczowo podejść. A rzeczowo to jest po prostu, co się publikuje, jaki jest dokument, czy on jest wiarygodny, czy historycy, którzy do niego podeszli, podeszli merytorycznie, czy też ideologicznie. A to dopiero jest ex post, natomiast dyskusja jest zupełnie wirtualna, a świadczy o pewnych bardzo dużych emocjach, które temu towarzyszą z płaszczyzny bardziej ideologicznej i politycznej niż merytorycznej.

M.M.: Czy dokumenty sporządzone przez SB są wiarygodne?

M.R.: No, jedne są, drugie nie. Pytanie jest: czy SB, to kluczowe pytanie, które historycy sobie stawiają, jest takie, czy SB mogła oszukiwać samą siebie, bo te dokumenty, które ona wytwarzała... Oczywiście, jest ten przypadek dyskutowany przez historyków, że w latach 80. w celu szantażu Lecha Wałęsy były pewne instrukcje, żeby je fałszować, ale ten ślad jest też wewnątrz, to znaczy że oni sobie pisali, że będą tego typu ruchy robić. Natomiast generalnie, jeśli mówimy o tworzeniu dokumentów, no to oni poprzez stworzenie tych dokumentów nie tyle chcieli oszukać świat, co musieliby oszukiwać samych siebie. I tu już zaczyna być zupełnie absurdalność funkcjonowania tej struktury, która by wewnętrznie musiała to czynić.

Poza tym każdy z takich dokumentów podlega krytyce. Poza tym weryfikuje się, ponieważ ślady ewentualnej działalności konkretnej osoby są nie tylko w jednej teczce, a w wielu innych. W związku z czym to wszystko nie jest objawieniem, tylko jest pewnym dokumentem tworzonym w pewnych okolicznościach przez bardzo zbrodniczą przecież strukturę w tamtych czasach, no i tyle.

Natomiast nie jest tak, że one są kompletnie niewiarygodne, bo byłoby to absurdalne, gdyby – jeszcze raz powiadam – Służba Bezpieczeństwa oszukiwała samą siebie na temat powiedzmy swojej pracy i działalności tak istotnej, jak zwalczanie opozycji.

M.M.: Były szef MSW Andrzej Milczanowski uważa, że nie ma podstaw, by twierdzić, że Wałęsa był agentem SB.

M.R.: No to jeśli tak, no to niech będzie pewnie wypowiedź pana Milczanowskiego, jeśli książka się ukaże, w konkretnych dokumentach, które tam będą zawarte, krytyka konkretnych tych dokumentów, czy one rzeczywiście potwierdzają, czy nie potwierdzają i wtedy zobaczymy. Kwestia jest następująca: po prostu tutaj jest potrzeba bardzo takiej źródłowej, metodycznej pracy znawców, nie tylko znawców powiedzmy historii PRL, ale i znawców archiwistów, którzy powiedzmy tych dokumentów ileś przerobili krytycznie, no i w tym sensie to będzie się weryfikować. Stanowiska czy wypowiedzi mi się wydaje na tym etapie polityków – czy pana Milczanowskiego, czy wielu innych – mają moim zdaniem raczej charakter deklaratywny, polityczny, kto powiedzmy jest za Lechem Wałęsą, a kto przeciw, ale to jest zupełnie niemerytoryczne podejście na tym poziomie. Weryfikacja tych...

M.M.: Odpowiedź na pytanie, czy Wałęsa był „Bolkiem” to jedno, natomiast odpowiedź na pytanie, jakim był prezydentem, a wbrew pozorom wiąże się to z tą książką, to drugie, zważywszy na ten drugi porządek chronologiczny książki, na lata 90. i opisane fakty, kiedy to Lech Wałęsa zażądał przywiezienia mu dotyczących „Bolka” dokumentów, a potem wedle autorów książki nie wszystkie one zostały zwrócone, no, zostały po prostu zdekompletowane te dokumenty w znacznej mierze.

M.R.: No, to jest problem poważniejszy rzeczywiście, bo jeśli bierzemy pod uwagę ewentualność czy też to, co działo się w latach 70., no to rzeczywiście można umieścić w całym kontekście późniejszych wydarzeń, tych z czasów Solidarności i to wszystko da się jakoś pokazać i nie musi być takie straszne. Natomiast rzeczywiście gdyby te dokumenty zginęły realnie i to już w tak zwanej III Rzeczpospolitej, no to problem od strony formalnej byłby niezwykle poważny, prawda? Bo to są dokumenty, których wyciągać czy też niszczyć naturalnie nie można.

M.M.: „Nie macie ani jednego mojego podpisu. Jesteście nadzy, moi kochani, i za to będziecie mieli sprawę, którą przegracie” – to zapowiedź Lecha Wałęsy pod adresem autorów tej książki. Na ile realna?

M.R.: No, na tyle, na ile będzie weryfikowalna przez fakty, a fakty tutaj to są– jeszcze raz powiadam – dokumenty. Myślę, że autorzy tej książki już byli weryfikowani przez recenzentów i z tego, co wiem żadna z recenzji nie była druzgocąca, jeśli idzi o metodologię podejścia do tematu. Natomiast zapowiedzi pana prezydenta czy zapowiedzi kogokolwiek w tej materii – jeszcze raz mówię – będą weryfikowane poprzez to, co ci autorzy realne stworzyli. Problem jest taki – jeszcze raz mówię – że po pierwsze, że każdy z tych publikowanych dokumentów będzie można weryfikować, bo przecież musi być ich oryginał i w sensie ich faktyczności od strony, czy na właściwym papierze pisane, czy mają gdzieś indziej potwierdzenie, czy rzeczywiście podpisy tam są realne. No, cały szereg rzeczy, które można weryfikować, w związku z czym nie zapowiedziami to się weryfikuje, ale realiami. Natomiast ja rozumiem, że autorzy – to też trzeba widzieć – mają ogrom odwagi, ponieważ rzeczywiście jest to ogień, powiedzmy, publicystyki i walki.

M.M.: No i w tym ogniu przyjdzie nam jeszcze czas jakiś żyć. Dzisiaj dziękuję serdecznie. Dr Mieczysław Ryba, członek Kolegium IPN, był naszym gościem.

M.R.: Dziękuję uprzejmie."

(J.M.)


* Mieczysław Ryba(4,9 MB)
http://www.polskieradio.pl/_jedynkafiles/20080602081605/2008061809544293.mp3
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sro Cze 18, 2008 10:01 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.rp.pl/artykul/150262.html

Macierewicz: udostępnienie Wałęsie dokumentacji SB - bezprawne
ika 18-06-2008, ostatnia aktualizacja 18-06-2008 10:18

Zdaniem byłego szefa MSW Antoniego Macierewicza, udostępnienie Lechowi Wałęsie zgromadzonej na jego temat dokumentacji SB, było bezprawne.


Pytany w środę w programie "Kwadrans po ósmej" w TVP1, czy Wałęsa miał prawo obejrzeć w Belwederze dokumentację SB na swój temat, Macierewicz powiedział: "Moim zdaniem ówczesne przepisy na to nie pozwalały, ale oczywiście to jest głowa państwa i wobec głowy państwa często stosuje się troszeczkę inne reguły. Z punktu widzenia formalnoprawnego, w tym trybie w którym mu dostarczono (...) było to bezprawne".

Publikowaliśmy w "Rzeczpospolitej" materiał przedstawiający główne tezy książki "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii", napisanej przez historyków IPN - Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Twierdzą oni, że po obaleniu rządu Jana Olszewskiego, Wałęsa otrzymał zgromadzoną na jego temat dokumentację SB i zwrócił ją po kilku miesiącach - zdekompletowaną. Zniknęły najważniejsze dokumenty świadczące, że urzędujący prezydent był "Bolkiem" - piszą autorzy.

Macierewicz powiedział, że widział teczkę Wałęsy, która - jak podkreślił - była podstawą do umieszczenia Wałęsy w 1992 roku na liście tajnych współpracowników służby bezpieczeństwa. Jak dodał, w teczce Wałęsy były oryginały, m.in. jego karta ewidencyjna, ale też własnoręcznie podpisane przez Wałęsę dokumenty, które były kserokopiami.

"Widziałem oryginały, one zostały potem zniszczone i to zostały zniszczone właśnie dlatego, że były oryginałami, po to, żeby stworzyć cały mechanizm kłamstwa i fałszerstwa umożliwiający podważanie tego co jest bezsporną prawdą" - powiedział Macierewicz.

Jak podkreślił, jest to próba "zakłamania i zatajenia prawdy o niszczeniu dokumentów agenturalnych Wałęsy".
Źródło : PAP
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Czw Cze 19, 2008 5:42 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.rp.pl/artykul/150569.html

Stracona szansa Lecha Wałęsy
Piotr Gontarczyk, Sławomir Cenckiewicz 19-06-2008, ostatnia aktualizacja 19-06-2008 04:00

Szef kontrwywiadu UOP Konstanty Miodowicz w 1992 r. napisał w raporcie, że podległe mu służby uzyskały informację, iż Rosjanie dysponują dokumentami TW „Bolka” – piszą historycy

Czy Lech Wałęsa mógł w wolnej Polsce opowiedzieć historię TW ps. Bolek? Odpowiedź na tak postawione pytanie jest skomplikowana. Wydaje się, że po raz ostatni mógł to uczynić w 1992 r., w czasie tzw. lustracji Macierewicza.

Okoliczności tego wydarzenia oraz wybór, jakiego wówczas dokonał, miały daleko idące konsekwencje nie tylko dla niego samego, lecz także dla najnowszej historii Polski.


Zmowa milczenia

Porozumienie zawarte przy Okrągłym Stole przez grupę przywódców opozycji z komunistycznymi władzami miało dalekosiężne negatywne skutki. Z lidera demokratycznych przemian po roku Polska pozostała już w tyle za sąsiadami. Kiedy Vaclav Havel został przywódcą Czechosłowacji, na Węgrzech przeprowadzono wolne wybory parlamentarne, a w NRD publicznie padały nazwiska komunistycznych konfidentów, w Polsce prezydentem był gen. Wojciech Jaruzelski, szefem MSW gen. Czesław Kiszczak, a ministrem obrony narodowej gen. Florian Siwicki.

Rząd Tadeusza Mazowieckiego* był przeciwny rozliczeniom z dawnym systemem i otwarciu archiwów SB. Na przełomie lat 1989/1990 zarówno premier, jak i niektórzy członkowie jego gabinetu publicznie krytykowali próby likwidacji symboli komunistycznych, przejęcie przez państwo majątku PZPR, a nawet akcentowali potrzebę dalszej obecności wojsk sowieckich w Polsce.

Szef MSW Krzysztof Kozłowski* sprzeciwiał się otwarciu archiwów bezpieki: „rzucenie tego materiału na żer opinii publicznej byłoby czymś nieludzkim, dającym tylko pożywkę dla najgorszych instynktów. Jest dla mnie rzeczą oczywistą, bo są na to dowody w kartotekach, że istnieje grupa ludzi – nie chcę określać jej wielkości – która została złamana przez resort i upodlona. Gdyby ludzie ci przez publiczne ujawnienie ich kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa po raz drugi zostali rzuceni na dno, skończyłoby się to falą samobójstw”.

W parze z podobnym stanowiskiem szła bierność, jeśli nie przyzwolenie, na masowe „brakowanie” dokumentów archiwalnych komunistycznej policji. Właśnie w czasach rządu Mazowieckiego dokonano największych zniszczeń w archiwach SB. Antylustracyjne stanowisko prezentował kolejny polski rząd kierowany przez Jana Krzysztofa Bieleckiego.

Szef MSW tego rządu, Henryk Majewski, przekonywał publicznie, że akta SB są niekompletne, niewiarygodne, a ujawnienie agentów doprowadzi do kryzysu politycznego i gospodarczego: „Państwa zachodnich demokracji postrzegają Polskę jako kraj stabilizujący swoją sytuację wewnętrzną, czego wyrazem jest systematyczny rozwój wzajemnych stosunków. Otwiera to drogę do intensyfikacji współpracy ekonomicznej z takimi państwami jak Stany Zjednoczone, Francja, Wielka Brytania i inne, a także napływu kapitału. Nie ma żadnej wątpliwości, że ujawnienie nazwisk byłych tajnych współpracowników w znacznym stopniu naruszyłoby osiągniętą w kraju równowagę polityczną i w konsekwencji zahamowałoby te pozytywne trendy w sferze współpracy ekonomicznej”.

Taka była wersja oficjalna. Nieoficjalnie kolejne ekipy rządowe dokonywały sprawdzeń w archiwach SB, kto z czołowych polityków i parlamentarzystów był w przeszłości agentem bezpieki. Jednak o przeprowadzeniu lustracji najważniejszych stanowisk państwowych, co leżało przecież w żywotnym interesie państwa, nie mogło być nawet mowy.

Autor książki na temat polskiej lustracji – Piotr Grzelak, nazwał problem po prostu „zmową milczenia”: „tylko nieliczni posłowie Sejmu kontraktowego opowiadali się za ujawnieniem agentów. Zdecydowana większość – wywodząca się z PZPR bądź opozycji związanej ustaleniami w Magdalence i przy Okrągłym Stole – skutecznie blokowała wszelkie inicjatywy dotyczące ewentualnego ujawnienia agentów SB”.


Kwadratura koła

Pierwsze wolne wybory parlamentarne odbyły się w Polsce 27 października 1991 r. Po długotrwałych i skomplikowanych negocjacjach głównie głosami partii centrowych i prawicowych, sejmowej drobnicy oraz PSL powołano rząd Jana Olszewskiego. Wybór ten oznaczał wyraźne zmiany polityczne w Polsce, bowiem Olszewski był bezkompromisowym zwolennikiem lustracji, dekomunizacji i – przez zreformowanie armii, policji i służb specjalnych – personalnego i strukturalnego odejścia Polski od spuścizny PRL.

W nowym rządzie tekę ministra spraw wewnętrznych objął współzałożyciel Komitetu Obrony Robotników Antoni Macierewicz. Dopiero po pewnym czasie udało mu się pokonać opór prezydenta i odwołać szefa UOP Andrzeja Milczanowskiego. Jego następcą został przyjaciel Macierewicza z KOR, Piotr Naimski. Obaj dostali od poprzedników dokumenty identyfikujące Wałęsę jako TW „Bolka”.

Wydarzenia z czerwca 1992 r. to prawdopodobnie ostatni moment, w którym Lech Wałęsa mógł opowiedzieć prawdziwą historię TW „Bolka”

Macierewicz wspominał: „Kwestia agenturalności Lecha Wałęsy stanowiła jeden z głównych problemów, przed którym stanął minister spraw wewnętrznych w związku z planami przeprowadzenia lustracji. Było bowiem oczywiste, że jeżeli lustracja ma dotknąć także prezydenta RP, to cała operacja staje się kwadraturą koła”. Minister Macierewicz relacjonował potem, że w poufnej rozmowie Lech Wałęsa usiłował wpłynąć na niego, by w sytuacji, kiedy zaszłaby konieczność ujawniania byłych agentów, ujawniać tylko tych, którzy podjęli współpracę po wydarzeniach czerwca 1976 r. Warto zauważyć, że TW „Bolek” został zdjęty niedługo przed tą datą.

Możliwość współpracy z SB legendarnego przywódcy „Solidarności” dla większości współpracowników Macierewicza była trudna do przyjęcia. Niektórzy po prostu nie mogli uwierzyć. Poza tym zdawano sobie sprawę, że rzekome dowody agenturalności Wałęsy były kolportowane w latach 80. przez Służbę Bezpieczeństwa. Przełomem okazało się odnalezienie dokumentów Biura Studiów SB dotyczących właśnie tych operacji. Według nich chodziło o „“przedłużenie działalności” TW ps. „Bolek”, tj. Lecha Wałęsy, o minimum dziesięć lat”. Oznaczało to, że Służba Bezpieczeństwa chciała wywołać wrażenie, że działalność TW „Bolka” nie zakończyła się w 1976 r. Potem odnajdowano kolejne dokumenty.

Tymczasem stosunki rządu Olszewskiego z Wałęsą od początku były złe i stale się pogarszały. Do otwartego konfliktu doszło w drugiej połowie maja 1992 r. przy okazji podpisywania traktatu polsko-rosyjskiego. Jego podłożem były zapewne typowe różnice polityczne, ale z drugiej strony w rządzie Jana Olszewskiego pojawiały się głosy, że „miękka” postawa Wałęsy wobec rosyjskiego partnera może być spowodowana strachem przed wiedzą Moskwy na temat jego kontaktów z SB.

Według raportu ówczesnego szefa kontrwywiadu UOP Konstantego Miodowicza podległe mu służby miały uzyskać informację, jakoby Rosjanie dysponowali dokumentami sporządzonymi przez Lecha Wałęsę jako TW „Bolek”. Według wspomnianej notatki: „grafolodzy nie mieliby trudności z potwierdzeniem ich autentyczności”.


Rolnik na premiera

Trwały zakulisowe działania zmierzające do odwołania rządu. Już w drugiej połowie maja następowało wyraźne ożywienie w kontaktach PSL i prezydenta. Pośrednikiem i architektem tego procesu był Aleksander Bentkowski, były minister sprawiedliwości w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Odnotowany w ewidencji operacyjnej SB jako agent o pseudonimach Arnold i Kamil, do zwolenników rządu Olszewskiego, a przede wszystkim lustracji, Bentkowski nie należał.

Warto wspomnieć, że później, przed ważnymi głosowaniami sejmowymi w sprawie lustracji, „sprywatyzowane” przez byłych funkcjonariuszy SB dokumenty TW „Arnolda” i TW „Kamila” były publikowane w tygodniku „Nie”.

W tym czasie Bronisław Geremek* rozpoczął promowanie w prezydium Unii Demokratycznej Waldemara Pawlaka jako kandydata na premiera. Waldemar Kuczyński stawia tezę, że Geremek i Wałęsa chcieli za pomocą lidera PSL „wysadzić” rząd Olszewskiego.

Podobne działania podejmował Tadeusz Mazowiecki.

2 czerwca 1992 r. na raucie w ambasadzie włoskiej doszło do znamiennej wymiany zdań między Mieczysławem Wachowskim a jednym z liderów UD – Jackiem Kuroniem. Kuroń wspominał:

„Powiedziałem mu, że teraz, po zgłoszeniu uchwały lustracyjnej, już rozumiem, że nie ma rady – trzeba przepędzić szkodników. Mietek popatrzył na mnie uważnie i powiedział:

– Ale do tego przepędzenia trzeba się bardzo poważnie przygotować.– Co zrobić? – zapytałem.

– Przydałby się wam jakiś rolnik jako kandydat na premiera”.


Nieszczęście dla Polski

28 maja 1992 r. poseł Janusz Korwin-Mikke zgłosił wniosek o przeprowadzenie lustracji osób piastujących najwyższe stanowiska państwowe. Przedstawiciele Unii Demokratycznej i Kongresu Liberalno-Demokratycznego usiłowali zablokować uchwałę, opuszczając salę sejmową. Chcieli w ten sposób zerwać kworum. Kalkulacje zawiodły, bo na sali zostało o dwie osoby więcej, niż wymagało tego prawo. Wobec opuszczenia sali obrad przez posłów UD i KLD oraz wstrzymania się od głosu postkomunistów po dyskusji zdecydowaną większością głosów została przegłosowana uchwała w brzmieniu:

Macierewicz był przez Wachowskiego odwodzony od umieszczenia Lecha Wałęsy na liście agentów argumentem, że „byłaby to tragedia dla Polski”

„Niniejszym zobowiązuje się ministra spraw wewnętrznych do podania do 6 czerwca 1992 r. pełnej informacji na temat urzędników państwowych od szczebla wojewody wzwyż, a także senatorów, posłów, a do dwóch miesięcy – sędziów, prokuratorów, adwokatów oraz do sześciu miesięcy – radnych gmin i członków zarządów gmin, będących współpracownikami Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w latach 1945 – 1990”.

Wydarzenia polityczne nabierały tempa. Na drugi dzień po przyjęciu przez Sejm RP uchwały lustracyjnej z 28 maja 1992 r. w imieniu grupy 65 posłów Unii Demokratycznej, Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Polskiego Programu Gospodarczego (tzw. mała koalicja) Jan Maria Rokita złożył w Sejmie wniosek o wotum nieufności dla gabinetu Jana Olszewskiego. Zarówno w samym wniosku, jak i w późniejszych wypowiedziach rządowi stawiano szereg zarzutów dotyczących np. prowadzonej przezeń polityki gospodarczej, natomiast nie padały słowa dotyczące lustracji.

Znacząca była też postawa środowiska „Gazety Wyborczej” kierowanej przez Adama Michnika*. O ile informacja o złożeniu wotum nieufności wobec rządu została jedynie wzmiankowana, o tyle tematem dnia była uchwała Sejmu z 28 maja 1992 r. oraz wywody na temat tego, jakimi sztuczkami prawniczymi można wstrzymać jej realizację.

29 maja 1992 r. prezydent Lech Wałęsa wezwał do Belwederu ministra Antoniego Macierewicza. Fragment znamiennego dialogu został pokazany w telewizji. „To jest zbyt skomplikowana sprawa – mówił Wałęsa – by rząd, by nawet prezydent, którego naród wybrał, mógł decydować bez konstrukcji prawnej, jak to ma być wykonane. Bez możliwości odwołania, udowodnienia. […] Proszę pana, bardzo szeroka uchwała, bardzo nieprecyzyjne wykonanie może być bardzo wielkim nieszczęściem dla Polski. Ja ostrzegam pana i proszę o wielkie zastanowienie. Pan to dobrze wie, co było robione w latach 70. Jakie podrzutki, jakie rzeczy do dzisiaj jeszcze krążą”.

„Pracowaliśmy cztery miesiące – przekonywał Macierewicz – by wszystkie możliwe posądzenia, uchybienia, fałszerstwa zostały wyeliminowane. I gwarantuję panu, panie prezydencie, że wszystko, co zostanie ujawnione, będzie absolutnie zgodne z prawdą”.

Prezydent podważał więc wiarygodność archiwaliów SB i wspomniał o fałszywych dokumentach z lat 70. Minister Macierewicz uznał rozmowę za element presji i „działania wyprzedzające” Lecha Wałęsy. Obecność telewizji oraz sposób przeprowadzenia rozmowy zinterpretował jako sygnał prezydenta, że zaatakuje on wykonawców ustawy, i demonstrację, jakich użyje wówczas argumentów.

Macierewicz nie krył później, że był przez Mieczysława Wachowskiego odwodzony od umieszczenia Lecha Wałęsy na liście agentów argumentem, że „byłaby to tragedia dla Polski”. Jednak bez względu na stanowisko i intencje prezydenta podwładni Macierewicza poszukiwali dotyczącej Wałęsy dokumentacji.

W ścisłym otoczeniu premiera zapadła decyzja o pokazaniu akt Moczulskiego innym członkom kierownictwa KPN i tym samym spowodowania odsunięcia go od władzy w partii

Kwerenda Bollina

Już te dokumenty, które Macierewicz otrzymał w kopercie po swoich poprzednikach i odnalazł przed uchwałą Sejmu z 28 maja 1992 r., wystarczyły, by umieścić nazwisko Wałęsy na liście osób, co do których zachowały się dokumenty archiwalne dotyczące współpracy z SB. Jednak aby wyświetlić wszystkie aspekty sprawy, należało dokonać kwerendy w archiwum Delegatury UOP w Gdańsku. Kierował nią mjr Adam Hodysz, były oficer SB, który w latach 80. podjął współpracę z podziemiem, został zdemaskowany i trafił do więzienia. Kiedy do Gdańska przybyli z centrali pracownicy Wydziału Studiów, udzielił im pomocy.

Po teczce personalnej i teczce pracy TW „Bolka” nie było nawet śladu. Kluczowe okazały się dokumenty odnalezione wcześniej przez naczelnika Wydziału Ewidencji i Archiwum porucznika Krzysztofa Bollina. Nie służył on w SB, a do UOP przyszedł w 1990 r. W czasie jednej z kwerend archiwalnych, w 1991 r., natrafił na ślady działalności TW „Bolka”.

Wcześniej słyszał o całej sprawie, bo przeszłość Wałęsy była w Delegaturze tajemnicą poliszynela. W 1992 r. w notatce służbowej napisał: „osobiście kilkakrotnie w prywatnych rozmowach z byłymi funkcjonariuszami SB słyszałem o współpracy Lecha Wałęsy z SB”. Poruszony dokonanym odkryciem zaczął poszerzać kwerendę. W jej rezultacie w aktach dwóch spraw obiektowych: „Arka” (prowadzonej na Stocznię Gdańską) oraz „Jesień ,70” (prowadzonej po zajściach grudniowych 1970 r.), Bollin odnalazł ponad 20 donosów TW „Bolka”. Były to maszynowe odpisy sporządzone przez oficerów prowadzących „Bolka”, bowiem oryginał meldunków trafiał zawsze do teczki TW.

W sprawie kryptonim Klan/Związek, prowadzonej w latach 80. i dotyczącej gdańskiej „Solidarności”, także znalazł notatkę na temat przeszłości Wałęsy. Najważniejsze były jednak donosy „Bolka”. Dotyczyły głównie pracowników Wydziału W-4 w Stoczni Gdańskiej oraz członków Komitetu Strajkowego, jaki działał w Stoczni w czasie zajść grudniowych 1970 r. Krąg podejrzanych był więc stosunkowo niewielki, a zachowane w Warszawie dokumenty ewidencyjne dotyczące Lecha Wałęsy stawiały sprawę w dość jednoznacznym świetle. Całe znalezisko porucznik Bollin opisał w sporządzonych w czerwcu 1991 r. notatkach, które wraz z kopiami donosów „Bolka” schował do kasy pancernej.

Kiedy do Delegatury UOP w Gdańsku 1 czerwca 1992 r. po akta dotyczące Lecha Wałęsy przybyli podwładni Macierewicza, otrzymali od Bollina kopie znalezionych przez niego dokumentów i sporządzone notatki służbowe. Wspomniany oficer przygotował do nich także pismo przewodnie: „Zgodnie z przekazanym mi przez Pana […] na podstawie pańskiego upoważnienia oraz zgodnie z pańskim poleceniem telefonicznym przekazuję za pośrednictwem Pana […] notatki służbowe sporządzone na podstawie materiałów archiwalnych dotyczące tajnego współpracownika ps. Bolek (87 stron). Notatki te zostały przeze mnie sporządzone osobiście i dotychczas nikt nie był z nimi zapoznany”.

Razem z tymi dokumentami pracownicy Wydziału Studiów zabrali do Warszawy odpowiednie tomy akt archiwalnych, gdzie znajdowały się doniesienia TW „Bolka”. Nie było wątpliwości, że wszystkie zgromadzone dokumenty są autentyczne.


Zablokować tych ludzi!

Tymczasem nad gabinetem Olszewskiego zbierały się czarne chmury. Głosowanie w sprawie wotum nieufności zaplanowano na 5 czerwca 1992 r. Ugrupowania trwale wspierające rząd (przede wszystkim Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, Porozumienie Centrum i Porozumienie Ludowe) były zbyt słabe, by zapobiec jego upadkowi w takim samym stopniu, jak siły jego przeciwników („mała koalicja” plus SLD) nie wystarczały, żeby go obalić. Kluczowa była więc postawa Polskiego Stronnictwa Ludowego i Konfederacji Polski Niepodległej.

W kierownictwie PSL dojrzewał plan poparcia sił dążących do odwołania rządu w zamian za stanowisko premiera dla Waldemara Pawlaka. Premier mógł jeszcze próbować uzyskać wsparcie KPN. W czasie rozmów z rządem lider tej partii Leszek Moczulski zażądał dla siebie funkcji wicepremiera i ministra obrony, a dla KPN kilkunastu wysokich stanowisk państwowych. Ale kłopot polegał na tym, że Moczulski był w przeszłości agentem komunistycznej policji (TW „Lech”), toteż powierzenie mu funkcji wicepremiera, a przede wszystkim szefa MON, uznano w rządzie za niemożliwe.

W ścisłym otoczeniu premiera zapadła decyzja o pokazaniu akt Moczulskiego innym członkom kierownictwa KPN i tym samym spowodowania odsunięcia go od władzy w partii. Jednak pozycja Leszka Moczulskiego była w KPN zbyt silna, by działania te przyniosły pozytywny rezultat. Wobec jasnej postawy w stosunku do rządu, jaką zajmowały wówczas tzw. mała koalicja i SLD, los gabinetu Olszewskiego stawał się przesądzony.

Na posiedzeniu Konwentu Seniorów prezydent rozdał kartki z zapisem swojej rzekomej telefonicznej rozmowy z Kiszczakiem, który miał potwierdzić, że akta „Bolka” zostały sfabrykowane

4 czerwca 1992 r. rano minister Macierewicz przekazał Sejmowi 66 nazwisk osób, co do których zachowały się dokumenty świadczące o współpracy z SB. Wśród nich było nazwisko Lecha Wałęsy. Początkowo prezydent znalazł się w defensywie i wydał oświadczenie, w którym potwierdzał podpisanie kilku dokumentów w czasie kontaktów z SB. Jednak po telefonicznych konsultacjach z Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem i Leszkiem Moczulskim zorientował się, że można odwołać rząd.

Wtedy wydał kolejny komunikat: „Teczki ze zbiorów MSW uruchomiono wybiórczo. Podobny charakter ma ich zawartość. Znajdujące się w nich materiały zostały w dużej części sfabrykowane. […] Zastosowana procedura jest działaniem pozaprawnym. Umożliwia polityczny szantaż. Całkowicie destabilizuje struktury państwa i partii politycznych. Kwestie etyczne związane z tą operacją, mającą już w swoim założeniu charakter manipulacji, pozostawiam bez komentarza”.

Prezydent zaangażował się w natychmiastowe odwołanie rządu. W sejmowych kuluarach grupa liderów czołowych ugrupowań politycznych spotkała się z prezydentem w sprawie odwołania rządu Jana Olszewskiego. Główną rolę w obradach, prócz Lecha Wałęsy, odgrywał inny polityk mający sporo do stracenia – Leszek Moczulski.

Oto fragment prowadzonych wówczas rozmów. Wałęsa: „Wy nie wiecie, jak daleko oni zaszli, dlatego trzeba ich błyskawicznie. Natychmiast, dzisiaj!”. Pawlak: „Tylko, że to jest trochę gangsterski chwyt”. Wałęsa: „Słuchajcie, bo jak [Pawlak] nie przejdzie, to jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji. Toż możemy się porozumieć, że później będziemy robić różne układanki jeszcze. Ale natychmiast trzeba zablokować tych ludzi, żeby nie przyszli do biura!”.


Insekty w szparach

Z chwilą powrotu prezydenta i liderów klubów na salę sejmową los rządu Olszewskiego został przesądzony. W jego obronie stanęli jednak posłowie Józef Frączek (PL), Jarosław Kaczyński (PC) oraz Stefan Niesiołowski (ZChN). W debacie wystąpił też poseł Kazimierz Świtoń, który bez ogródek stwierdził: „Jako stary opozycjonista odpowiedzialny za swoje słowa, pragnę powiedzieć, że na drugiej liście jest pan prezydent jako agent Służby Bezpieczeństwa”.

Po burzliwej debacie rząd został odwołany wyraźną większością głosów. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami 5 czerwca 1992 r. na premiera wybrano Waldemara Pawlaka. Nowy premier w pierwszej kolejności doprowadził do usunięcia szefów MON i MSW. Na drugi dzień ludzie Wałęsy – Andrzej Milczanowski i Jerzy Konieczny – przejęli kontrolę nad dokumentacją dotyczącą TW ps. Bolek.

Wykonawcy uchwały lustracyjnej stali się celem brutalnej akcji propagandowej. Jej ton nadawali postkomuniści oraz politycy związani z Unią Demokratyczną i środowiskiem „Gazety Wyborczej”. Bronisław Geremek ogłosił publicznie, że działania rządu 4 czerwca 1992 r. „nosiły wszelkie znamiona zamachu stanu”. Antoniego Macierewicza ostro skrytykował Jacek Kuroń, nazywając go „chorym facetem chcącym zniszczyć państwo”. Jeszcze w maju Władysław Frasyniuk* i Zbigniew Bujak* publicznie oskarżyli Macierewicza, że w czasie stanu wojennego wyszedł z podziemia na skutek porozumienia z generałem Czesławem Kiszczakiem.

Z kolei Piotrowi Naimskiemu zarzucili podpisanie tzw. lojalki, czyli deklaracji lojalności wobec władz w czasie trwania stanu wojennego. Oba oskarżenia nie zostały poparte żadnymi dowodami. Rzecznik prasowy prezydenta Andrzej Drzycimski nazwał polityków prawicy „biegnącymi w szparach chodników insektami”. Poetka Wisława Szymborska* opublikowała w „Wyborczej” list pt. „Nienawiść”, który miał być swego rodzaju literackim opisem motywacji zwolenników lustracji.

Działania Wałęsy ostro skrytykowały władze „Solidarności”, natomiast wychwalał go generał Wojciech Jaruzelski: „Kto sieje nienawiść, ten przegrywa. Niedobrze się stało, że dzisiaj, kiedy krajowi i całemu społeczeństwu potrzeba spokoju, siły kierujące się emocjami zasiały niepokój i poczucie zagrożenia. Rad jestem, że sprawy zostały opanowane i chcę podkreślić w tym szczególną rolę Lecha Wałęsy”.

W rozgrywki polityczne przeciwko prawicy zaangażowano także UOP i prokuraturę. Przy gabinecie ministra Andrzeja Milczanowskiego istniał wówczas specjalny Zespół Inspekcyjno-Operacyjny kierowany przez byłego oficera SB płk. Jana Lesiaka. Do jego głównych zadań należała inwigilacja i dezintegracja środowisk polskiej prawicy. Oficerowie kontrwywiadu UOP byli nawet zmuszani do zrywania w Warszawie plakatów nawołujących do antywałęsowskich demonstracji. Podobne akcje przeprowadzali funkcjonariusze WSI.


Teatr Wałęsy

W marcu zastępca prokuratora generalnego (potem szef Kancelarii Prezydenta RP Lecha Wałęsy) Stanisław Iwanicki złożył wniosek o uchylenie immunitetu poselskiego Antoniego Macierewicza, który zdaniem prokuratury – przesyłając Sejmowi informacje żądane w uchwale z 28 maja 1992 r. – nie zachował stosownych przepisów, przez co „ujawnił tajemnicę państwową”, którą wcześniej nałożono „ze względu na bezpieczeństwo państwa”.

W końcu stycznia 1993 r. Lech Wałęsa podejmował kroki, które w jego mniemaniu miały oczyścić go z zarzutu współpracy z SB. Podczas posiedzenia Konwentu Seniorów prezydent rozdał kartki z zapisem swojej rzekomej telefonicznej rozmowy z Czesławem Kiszczakiem, który miał potwierdzić, że akta „Bolka” zostały sfabrykowane.

Nieco poważniejszą próbą było zwrócenie się z prośbą do Andrzeja Milczanowskiego o opublikowanie dotyczących go dokumentów oraz do pierwszego prezesa Sądu Najwyższego o rozstrzygnięcie sprawy jego współpracy z SB. Archiwów SB ostatecznie nie otworzono ze względu na sprzeciw min. Andrzeja Milczanowskiego. W lutym 1993 r. sprawa wydawała się zamknięta. Rzecznik prasowy Andrzej Drzycimski podsumował: „Prezydent powiedział już wszystko w tej sprawie. […] W sytuacji gdy obaj panowie odmówili, powołując się na formalne ograniczenia, prezydentowi pozostaje mieć nadzieję, że sprawa w naturalny sposób wygaśnie”.

Dziś wiadomo, że ówczesne działania Lecha Wałęsy zmierzające do otwarcia teczki „Bolka” były tylko politycznym teatrem. Z ustaleń prokuratury i Urzędu Ochrony Państwa wynika, że już kilka miesięcy wcześniej prezydent i jego ludzie z kierownictwa MSW doprowadzili do „wyprowadzenia” z archiwum UOP najważniejszych dokumentów dotyczących tajnego współpracownika pseudonim „Bolek”.

Dramatyczne wydarzenia z czerwca 1992 r. były prawdopodobnie ostatnim momentem, w którym Lech Wałęsa mógł opowiedzieć prawdziwą historię TW „Bolka”. Ale jest zasadnicze pytanie, czy w ogóle brał taką ewentualność pod uwagę. Analiza wydarzeń wskazuje, że szansa na taki rozwój wydarzeń była niewielka.

Klimat polityczny Polski początku lat 90. zdecydowanie nie sprzyjał ujawnianiu współpracy i rzetelnej próbie zrozumienia jej okoliczności. Choć wydaje się, że ujawnienie historii TW „Bolka” nie wpłynęłoby na ocenę dokonań Wałęsy w latach 80. Rola, jaką odegrał w tych czasach, zapewniła mu należne miejsce w historii. Wałęsa pozostanie niekwestionowanym bohaterem „Solidarności” dla następnych pokoleń Polaków.

Można nawet założyć, że opisanie przez niego historii, jak młody człowiek uwikłał się w kontakty z komunistyczną policją, a potem wyzwolił się i stanął na czele „Solidarności”, tylko podkreśliłoby jego zasługi na drodze do obalenia komunizmu. Prawda uwolniłaby go przed brzemieniem przeszłości, a innym pokazałaby, jak skomplikowane są najnowsze dzieje Polski i jak ważne jest ich ujawnienie i zrozumienie.


Długi cień PRL

Lech Wałęsa obrał w 1992 r. inną drogę. Konsekwencją tego wyboru było podjęcie działań ukierunkowanych na zatarcie śladów swojej działalności z lat 70. Niszczenie i „wyprowadzanie” dokumentów SB i UOP dotyczących TW „Bolka”, „prywatyzowanie” akt archiwalnych innych opozycjonistów, łamanie prawa przez wielu wysokich urzędników państwowych – to najważniejsze konsekwencje błędnej decyzji, jaką Lech Wałęsa podjął w czerwcu 1992 r.Były prezydent ponosi za te wydarzenia historyczną odpowiedzialność. Ale nie on jeden przecież. Wszystko to mogło wydarzyć się dzięki postawie znacznej części postsolidarnościowych elit politycznych i mediów opowiadających się przeciwko ujawnieniu akt SB.

Dyskusje na temat historii TW „Bolka” i jej znaczenia dla najnowszej historii Polski pewnie będą trwały, bowiem ukazuje ona szereg ważnych, znajdujących się w tle problemów. Systemowa i personalna ciągłość z PRL, brak jawności życia publicznego i promowanie swoistej amnezji historycznej odcisnęły silne piętno na funkcjonowaniu polskiej demokracji. Niemałą rolę w powstaniu tych patologii odegrał symbol „Solidarności” – Lech Wałęsa, już jako prezydent RP.

* Sygnatariusze listu z maja 2008 r., w którym autorów niniejszego artykułu i książki o Lechu Wałęsie nazwano „policjantami pamięci stosującymi pełne nienawiści metody tamtych czasów, gwałcącymi prawdę i naruszającymi fundamentalne zasady etyczne”.


Autorzy są historykami z Instytutu Pamięci Narodowej


Źródło : Rzeczpospolita





Ostatnio zmieniony przez Witja dnia Czw Cze 19, 2008 5:58 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Czw Cze 19, 2008 5:56 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.rp.pl/artykul/150646.html

"Kto był kim w sprawie tajnego agenta „Bolka”
Cezary Gmyz 19-06-2008, ostatnia aktualizacja 19-06-2008 04:02

W publikacji historyków IPN o kontaktach byłego prezydenta z SB pojawia się kilkadziesiąt nazwisk – oficerów, polityków, agentów, robotników. Oto najważniejsze z nich

Aftyka Marek – starszy szeregowy, młodszy inspektor Wydziału III A KW MO w Gdańsku – 28 XI 1980 r. sporządził notatkę dotyczącą Lecha Wałęsy w „Arkuszu ewidencyjnym osoby podlegającej internowaniu”. „W latach 1970 – 1972 wymieniony jako TW ps. Bolek przekazał nam szereg cennych informacji dot. destrukcyjnej działalności niektórych pracowników”. Notatka zawiera adnotację, że „Bolek” otrzymał ponad 13 tys. zł.

Bollin Krzysztof – porucznik UOP delegatury w Gdańsku. W 1991 roku odnalazł ponad 20 donosów TW „Bolka”. Na żądanie Wydziału Studiów MSWiA wraz z Adamem Hodyszem wysłał dokumenty dotyczące współpracy Lecha Wałęsy z SB. Na podstawie m.in. tych dokumentów Antoni Macierewicz umieścił nazwisko Wałęsy na liście agentów.

Borusewicz Bogdan – marszałek Senatu. Działacz opozycji od lat 60. Członek Komitetu Obrony Robotników. W latach 1977 – 1978 współorganizował Wolne Związki Zawodowe, brał udział w przygotowaniu strajku w Stoczni Gdańskiej. Jedna z osób, które wiedziały, że oficer SB Adam Hodysz współpracował z opozycją.

Chrzanowski Wiesław – marszałek Sejmu w 1992 r. Najważniejsze obok Lecha Wałęsy nazwisko agenta na tzw. liście Macierewicza.

Ciastoń Władysław – generał SB. Jeden z podejrzewanych o kierowanie zabójstwem ks. Jerzego Popiełuszki. W 1980 r. sporządził informację dotyczącą przygotowań do I Zjazdu „Solidarności”. W dokumencie tym twierdził, że planowane jest skompromitowanie Wałęsy przez ujawnienie, że był współpracownikiem SB.

Czempiński Gromosław – były szef UOP. Jeden z uczestników akcji wyprowadzania dokumentów dotyczących TW „Bolka” z archiwum UOP. Wedle notatki służbowej szefa MSW Andrzeja Milczanowskiego z 4 stycznia 1994 r: „W dniu dzisiejszym, po otrzymaniu dyspozycji Pana Prezydenta Lecha Wałęsy, udałem się w godzinach wieczornych wraz z Szefem UOP p. Ministrem Gromosławem Czempińskim do Belwederu, po odbiór całości dokumentów dotyczących osoby P. Prezydenta L. Wałęsy, a wypożyczonych Mu w dniu 28 września 1993 r. Pan Prezydent Lech Wałęsa przyjął w Belwederze mnie i Pana Ministra Czempińskiego, po czym osobiście przekazał nam paczkę z dokumentami opakowaną w brązowy papier (…) P. Minister Gromosław Czempiński w mojej obecności paczkę z dokumentami opieczętował okrągłą pieczęcią o treści „Szef Urzędu Ochrony Państwa” i włożył do sejfu w swoim gabinecie, celem przechowywania. Andrzej Milczanowski”. Potem stwierdzono, że wśród dokumentów nie ma wszystkich, które zostały przekazane do Belwederu. Czempiński uważa, że dokumenty na temat TW „Bolka” zostały spreparowane.

Fonfara Wiktor – był szef zarządu śledczego UOP. Jedna z osób, która w 1992 r. zawiozła Lechowi Wałęsie dokumenty dotyczące TW „Bolka”. Było to6 lub 7 czerwca 1992 r. Tak o sprawie wypożyczenia dokumentów, a następnie ich zwrotu pisał w notatce służbowej: „Polecenie dostarczenia ich Prezydentowi otrzymał ówczesny Szef UOP Jerzy Konieczny oraz ja. Materiały osobiście zawieźliśmy Prezydentowi, który pokwitował ich odbiór na odwrocie protokołu zawierającego szczegółowy spis ich zawartości. Paczka z dokumentami dotyczącymi TW »Bolka« wróciła do MSW 22 września 1992 r. Na pierwszy rzut oka było widać, że dokumenty zostały zdekompletowane. Zniknęły najważniejsze dokumenty dotyczące sprawy: oryginał karty ewidencyjnej Lecha Wałęsy, kopie doniesienia i pokwitowań tego TW, a także inne dokumenty wskazujące, że »Bolkiem« był urzędujący prezydent”.

Frączkowski Jerzy – były szef Inspektoratu 2. i Wydziału Studiów i Analiz SB. W 1990 r. wyniósł z siedziby UOP tzw. jackety, czyli zmikrofilmowane teczki czołowych postaci gdańskiej opozycji. Część tych dokumentów dotyczyła Lecha Wałesy. 5 marca 1993 roku do jego mieszkania wkroczył UOP pod pozorem poszukiwania materiałów promieniotwórczych. Mikrofilmy zabezpieczono, jednak nigdy nie trafiły one do prokuratury, która prowadziła śledztwo. W konwoju GROM zostały przewiezione do Warszawy do Kancelarii Prezydenta. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Graczyk Edward – kapitan Służby Bezpieczeństwa. Oficer, który miał zwerbować Lecha Wałęsę.

Gwiazda Andrzej – działacz opozycji niepodległościowej oraz Wolnych Związków Zawodowych. Od lat wraz z żoną Joanną utrzymują, że Wałęsa jeszcze jako członek WZZ na spotkaniu u nich w mieszkaniu przyznał się do współpracy z SB.

Hall Aleksander – członek opozycji niepodległościowej. Współtwórca Ruchu Młodej Polski. To właśnie z nim nawiązał kontakt Adam Hodysz z SB.Hodysz Adam – były oficer SB i UOP. Z własnej woli podjął współpracę z opozycją niepodległościową.

Zdekonspirowany spędził kilka lat w więzieniu. W latach 1990 – 1993 był szefem delegatury UOP w Gdańsku. W 1992 roku przesłał dokumenty dotyczące TW „Bolka” do Antoniego Macierewicza. W 1993 roku został zdymisjonowany przez Andrzeja Milczanowskiego.

Kapkowski Andrzej – były szef UOP. W 1996 roku zwrócił się do Lecha Wałęsy o zwrot brakujących akt udostępnionych mu przez Milczanowskiego i Koniecznego. Kiedy nie otrzymał odpowiedzi na swoje żądanie, powiadomił prokuraturę.

Konieczny Jerzy – były szef UOP. Na polecenie swego przełożonego Andrzeja Milczanowskiego przejął od Piotra Naimskiego dokumenty dotyczące agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy. Zostały przewiezione do prezydenta Wałęsy.

Lenarciak Henryk – stoczniowiec. Uczestnik wydarzeń w Gdańsku w 1970 roku. W 1971 r. wystąpił z inicjatywą budowy pomnika poległych stoczniowców. Miał być jedną z osób, na którą miał donosić Lech Wałęsa. W 2006 roku na kilka tygodni przed śmiercią w wypadku tramwajowym udzielił wypowiedzi Grzegorzowi Braunowi, reżyserowi filmu „Plusy dodatnie, plusy ujemne”. Twierdził, że TW „Bolek” to Lech Wałęsa.

Macierewicz Antoni – działacz opozycji. W 1992 r. był ministrem spraw wewnętrznych. Realizując uchwałę Sejmu, ujawnił listę agentów, na której znalazł się Lech Wałęsa.

Milczanowski Andrzej – współpracownik KOR. Były szef UOP i minister spraw wewnętrznych. Pod jego nadzorem przejęto dokumenty dotyczące domniemanej współpracy Wałęsy z SB.

Mitrochin Wasilij – agent sowiecki zbiegły na Zachód. W jego książce znalazł się fragment mówiący, że służby rosyjskie dysponują dokumentami na temat współpracy Lecha Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa.

Naimski Piotr – działacz opozycji demokratycznej. Były szef UOP. Razem z Antonim Macierewiczem realizował uchwałę Sejmu o ujawnieniu współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Z jego gabinetu ekipa Milczanowskiego i Koniecznego zabrała dokumenty dotyczące TW „Bolka”. Na jego żądanie sporządzono protokół, dzięki któremu można było potem stwierdzić, że część dokumentów, które przekazano do kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy zniknęła.

Olszewski Jan – adwokat, działacz opozycji demokratycznej. W 1992 r. został odwołany ze stanowiska premiera. Stało się to po tym, jak Antoni Macierewicz ujawnił listę agentów. Były przewodniczący Komisji Weryfikacyjnej WSI.

Siemiątkowski Zbigniew – polityk SLD, były minister spraw wewnętrznych. Na polecenie Aleksandra Kwaśniewskiego w 1996 roku zbadał dokumenty zwrócone przez Lecha Wałęsę. Stwierdził, że są one wybrakowane.Szyler Józef – jeden z uczestników wydarzeń w grudniu 1970 roku. Osoba, na którą miał donosić Lech WałęsaWalentynowicz Anna – działaczka WZZ. Od wielu lat utrzymuje, że Lech Wałęsa to TW „Bolek”.

Wyszkowski Krzysztof – działacz WZZ. Od lat skonfliktowany z Lechem Wałęsą. Oskarża byłego prezydenta o współpracę agenturalną.

Żabicki Henryk – były szef delegatury Urzędu Ochrony Państwa w Gdańsku. Jako oficer Służby Bezpieczeństwa inwigilował Lecha Wałęsę. Potem został jego bliskim współpracownikiem. W 1993 roku objął stanowisko po Adamie Hodyszu.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora

c.gmyz@rp.pl "

Źródło : Rzeczpospolita
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Czw Cze 19, 2008 7:17 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.niezależna.pl/index.php/article/show/id/3623

"ZESKANOWANE FRAGMENTY KSIĄŻKI IPN O WAŁĘSIE!

Tylko w Niezależna.pl!, 18-06-2008 15:14

Portal Niezależna.pl zaprasza do zapoznania się z zeskanowanymi fragmentami książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka "SB, a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii".

Aby zobaczyć zeskanowany fragment należy kliknąć przycisk "zobacz fotorelację". W przypadku mniejszych zdjęć, dla polepszenia ich widoczności należy zastosować kombinację klawiszy "ctrl" i "+". Za utrudnienia przepraszamy. "

Więcej:

http://www.niezależna.pl/index.php/photorelation/show/id/44
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Czw Cze 19, 2008 10:22 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=14885

19.06.2008 07:13

"Cios w establishment

Jarosław Kaczyński


Rozmawiał Jacek Karnowski


Jacek Karnowski: W Sygnałach Dnia pierwszy gość: były Premier, Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. Dzień dobry, panie premierze.

Jarosław Kaczyński: Dzień dobry.

Jacek Karnowski: Panie premierze, opinia publiczna poznała już fragmenty książki historyków IPN o związkach Lecha Wałęsy z SB. Czy w pańskiej opinii te dość obszerne fragmenty potwierdzają jednoznacznie, że przywódca Solidarności na początku lat 70. był agentem Służby Bezpieczeństwa?

Jarosław Kaczyński: Ja swoje zdanie na ten temat wyrażałem wielokrotnie już przed laty, także wtedy, kiedy Lech Wałęsa był prezydentem, i podtrzymuję to zdanie. Mnie ta książka z tego punktu widzenia nie jest potrzebna. Natomiast dobrze, że prawda zaczyna wdzierać się do polskiego życia publicznego. Wdzierać się, bo jest zaciekły opór i można powiedzieć, że ta tama jest podtrzymywana, łatana i to już na zasadzie takiej, że nic się nie liczy, żadne zasady, w tym także logiki, się nie liczą, ale jednak się wdziera i to jest bardzo optymistyczne.

Jacek Karnowski: Główny argument obrońców Lecha Wałęsy brzmi w ten sposób, że to jest najbardziej znana polska marka, że to jest taki, no, swego rodzaju symbol eksportowy i że podważając legendę Lecha Wałęsy, szkodzi się interesom Polski.

Jarosław Kaczyński: Krótko mówiąc trzeba wprowadzić cenzurę. No, ja jestem przeciwny wprowadzeniu cenzury. A co do skutków dla Polski międzynarodowych występów Lecha Wałęsy to mam inne zdanie niż minister Sikorski, bo czytałem kilka tych wykładów i ich konkluzji. Tygodnik Solidarność czasem to przedrukowywał. Obawiam się, że może być tak, że te wykłady i te występy wpisują się w pewien obraz Polski, obraz bardzo niedobry, obraz, od którego powinniśmy uciekać.

Jacek Karnowski: Panie premierze, dziś mamy taki paradoks, bo biografii, tej oficjalnej biografii Lecha Wałęsy bronią te środowiska, które na początku lat 90., oraz potem w czasie jego prezydentury bardzo ostro go atakowały. Mamy odwrócenie wektorów.

Jarosław Kaczyński: Rzeczywiście jest takie zjawisko. Ci ludzie, którzy dzisiaj są na pierwszej linii obrony, przynajmniej niektórzy z nich, od czci i wiary odsądzali Wałęsę w 90–91 roku. Z tym, że raczej w dziewięćdziesiątym, jak już został prezydentem, to im troszkę przeszło. To zresztą bardzo charakterystyczne dla tej grupy. Natomiast to wskazuje, o co naprawdę chodzi i to jest tutaj najistotniejsze. Chodzi o obronę establishmentu, o obronę sytuacji społecznej w tych wyższych częściach hierarchii społecznej, na wyższych piętrach hierarchii społecznej, sytuację ukształtowaną w ciągu ostatnich kilkunastu lat, sytuację, której jedną z podstaw jest kłamstwo, kłamstwo takie można powiedzieć radykalne kłamstwo, które odrzuca rzeczywistość i tę sprzed 89 roku w jej prawdziwym kształcie, jak i tę rzeczywistość po roku 89. I ta książka jest ciosem w ten obraz, obraz, który służy establishmentowi i stąd ta wściekła obrona.

Jacek Karnowski: W książce opisano też, jak Lech Wałęsa dwukrotnie sięgał już w czasie, gdy był prezydentem po materiały na swój temat i za każdym razem zwracał je w formie zdekompletowanej. Czy pan miał wiedzę o tych zdarzeniach?

Jarosław Kaczyński: O ile mi wiadomo, to się wszystko odbywało w czasie, gdy ja nie byłem już współpracownikiem Lecha Wałęsy i żadnej...

Jacek Karnowski: Po raz pierwszy po 92 roku, po 4 czerwca, tak.

Jarosław Kaczyński: ...żadnej wiedzy na ten temat nie miałem poza przypuszczeniami, że prawdopodobnie korzysta ze swojej kontroli nad służbami specjalnymi dla takiego celu, ale to były tylko przypuszczenia. Dzisiaj na podstawie fragmentów książki można sądzić, że to już jest udowodnione.

Jacek Karnowski: Zakładając, że ta teza historyków, to, co historycy opisali, nie mamy jeszcze tej pełnej wersji książki, że to tak właśnie było, jak to wpływa na wizerunek Lecha Wałęsy, na jego dokonania, na jego dorobek życia?

Jarosław Kaczyński: Lech Wałęsa odegrał w latach 80. rolę bardzo wybitną i tego się w żadnym razie nie da zaprzeczyć, tylko to nie jest jedyny przypadek w historii i świata, i Polski osoby, której życiorys jest wysoce skomplikowany, to znaczy że są w nim części bardzo złe i bardzo dobre. No i zawsze wtedy jest pytanie o finał, a tym finałem była prezydentura, a także i późniejsza działalność. I tutaj niestety muszę powiedzieć, że ten finał był bardzo zły.

(...) "

* Jarosław Kaczyński(7,88 MB)

http://www.polskieradio.pl/_jedynkafiles/20080602081605/2008061811405778.mp3

Więcej:
http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=14885
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Pią Cze 20, 2008 5:47 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.rp.pl/artykul/151171.html

"Normalna książka w nienormalnym kraju
Piotr Semka 20-06-2008, ostatnia aktualizacja 20-06-2008 01:27

Cenckiewicz i Gontarczyk pracowali jak wytrawni detektywi. Spróbowali ustalić prawdę na podstawie tego, co w archiwach pozostało po parokrotnym czyszczeniu ich przez Wałęsę – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”


Niełatwo pisać o książce „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”, gdy trwają wokół niej ostre spory publicystów i polityków. Bo czy należy pisać wyłącznie o treści pracy, czy odnieść się do medialnej burzy? A w dodatku przy takim poziomie emocji trudno zachować chłód zdystansowanego obserwatora.

Zacznijmy od stwierdzenia Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, które rozpoczyna książkę – to nie jest biografia Lecha Wałęsy. Autorzy postawili sobie za cel wyjaśnienie na podstawie materiałów, które znajdują się w IPN, sprawy kontaktów Lecha Wałęsy z SB oraz jej wpływu na późniejszą karierę lidera „Solidarności” i prezydenta Polski.

Takie postawienie sprawy już wzbudziło kontrowersje. Liczni publicyści pytają z przyganą, dlaczego IPN zaczął swoje publikacje na temat Wałęsy akurat od badania sprawy „Bolka”. Sugerują, że Instytut wpierw winien zająć się pomnikową monografią Wałęsy, a dopiero potem roztrząsać cienie jego kariery. Czy jednak można było pisać poważną monografię Wałęsy, pomijając pytania o kwestię współpracy z SB? I kolejne pytanie – dlaczego nikt ze sław polskiej nauki historycznej przez ostatnie 20 lat nie siadł do pisania monografii o liderze „S”?


W jakim żyję kraju

Nikt z obozu obrońców Wałęsy nie chce dziś odpowiadać na pytanie, dlaczego sprawa „Bolka” nie była dotąd zbadana. Być może dlatego, że odpowiedź ukazałaby, w jaki sposób wokół przeszłości Lecha Wałęsy on sam i jego obrońcy stworzyli atmosferę tabu. Dlatego pisząc o tej książce, trzeba zacząć od podkreślenia, w jak bardzo nienormalnej atmosferze autorzy podjęli się wyjaśnienia kwestii, o której wszyscy wiedzą przynajmniej od 1992 roku, ale nikt nie miał odwagi wyjaśnić jej do końca.

Bagatelizowanie współpracy Wałęsy z SB po Grudniu ,70 musi budzić sprzeciw. Raporty „Bolka” wskazują, że był agentem świadomym, aktywnym i szkodzącym swoim kolegom

Czytając tę książkę, miałem z jednej strony poczucie, że wracamy do normalności, do sytuacji, gdy historycy mogą korzystać z prawa do badania przeszłości osób publicznych i dziejów najnowszych naszego kraju. Ale z drugiej strony, gdy słucham ataków, oskarżeń wobec autorów publikacji IPN o politykierstwo, podłość czy złamanie prawa, wciąż wydaje mi się, że żyję w kraju nienormalnym.

Jednym z zarzutów wobec Cenckiewicza i Gontarczyka jest to, że wyszli poza cezurę roku 1990, gdy przestała istnieć SB. Problem w tym, że bez prześledzenia późniejszych losów dokumentów dotyczących sprawy „Bolka” nie da się wyjaśnić wydarzeń z początku lat 70. Bez wyjawienia, że najważniejsze dokumenty i donosy zagarnął sam zainteresowany – Lech Wałęsa, autorzy nie mogliby odeprzeć zarzutów, iż bazują w swoich wywodach jedynie na kopiach. Z kolei bez krytycznej analizy procesu lustracyjnego zarzucano by historykom, że ignorują wyrok prawomocnego sądu.


Niechęć do badań

To rozciągnięcie obszaru badań na 30 lat, podczas których sprawa „Bolka” żyła własnym życiem, wymagało znacznie większego nakładu pracy niż tylko badanie lat 1970 – 1976. Cenckiewicz i Gontarczyk wykonali iście herkulesową pracę zanalizowania tysięcy źródeł z tego czasu. Udało im się trafić na wiele kapitalnych materiałów, na które nikt nie zwrócił uwagi, mimo że były łatwo dostępne. Choćby zapis z dzienników politycznych Mieczysława Rakowskiego z 2004 roku, w którym były szef PZPR wspomina, jak pytał wysokiego oficera SB, dlaczego służby nie wykorzystują przeciw Wałęsie jego dawnego epizodu współpracy z SB.

Już samo zgromadzenie i porównanie setek często sprzecznych wypowiedzi Lecha Wałęsy na temat jego przeszłości to zadanie żmudne i niełatwe. Cenckiewicz i Gontarczyk wykonali tę pracę jak wytrawni detektywi. Spróbowali ustalić prawdę na podstawie tego, co w archiwach pozostało po parokrotnym czyszczeniu ich przez Wałęsę.

Bardzo solidna wiedza warsztatowa Cenckiewicza, zdobyta przez lata badania akt SB, pozwoliła mu na umiejętne analizowanie kopii dokumentów i wskazywanie na próby fałszerstw. Jego adwersarze, hołdujący tezie, że esbeckie papiery winny budzić jedynie obrzydzenie, na takie żmudne badania źródeł nie mieli ochoty. Woleli uparte poznawanie typologii akt przez gdańskiego historyka kwitować stwierdzeniem, że Cenckiewicz „klęczy przed teczkami”.

I jeszcze jedno – autorzy podkreślają, że występowali o spotkanie z Wałęsą, ale zostali zignorowani przez byłego prezydenta. Nie sposób ustalić, czy to Lech Wałęsa unikał spotkania, czy historycy poprosili o spotkanie z nim jedynie pro forma.


Na dziewiczych polach

Jednak inny podobny zarzut – że autorzy książki nie przeprowadzili wywiadów z innymi opozycjonistami i działaczami „Solidarności” – jest już chybiony, bo zasadą warsztatową tego typu prac historycznych jest analiza dokumentów, publikacji prasowych i wspomnień. Gdyby Gontarczyk i Cenckiewicz zaczęli przesłuchiwać setki świadków, przejęliby obowiązki prokuratury. Cechą źródła pisanego jest to, że ukazuje zatrzymany raz na zawsze zapis jakiegoś stanu rzeczy. Choć oczywiście historyk musi zadawać sobie pytanie, czy dokument jest autentyczny i jakie były okoliczności powstania takiego zapisu.

I jeszcze jedno – badając sprawę dziejów akt „Bolka”, historycy wchodzili co rusz na dziewicze pola. Pola zaniechań wielu organów państwa lub białe plamy nietknięte przez badaczy. Przy tej okazji nie mogli uniknąć wskazywania wad procesów lustracyjnych, nieprawidłowości w działaniu służb specjalnych na początku lat 90. czy niezbadanych problemów w historii „Solidarności” z lat 1980 – 1981. A gdy weszli na te tereny, pojawił się natychmiast zarzut, że włączają się do bieżącej polityki.Praca nad tą książką pokazała, że przy badaniu przeszłości sprzed 30 lat nie sposób uniknąć dotknięcia niedobrych tajemnic ze znacznie bliższej nam epoki. Że stare grzechy łączą się z kolejnymi wstydliwymi tajemnicami. Być może dlatego wielu badaczy nie chce wbijać naukowej łopaty w tak grząski grunt.


Gra na fortepianach

Jaki obraz osobowości Lecha Wałęsy wyłania się z pracy Cenckiewicza i Gontarczyka? To o wiele ciekawszy problem niż rytualne już pytanie, czy książka udowadnia na 100 proc. agenturę Wałęsy. Mnie akurat do współpracy Wałęsy z SB autorzy przekonali, ale czy nie bardziej fascynująca jest opowieść o tym, jak błąd młodości z lat 70. skutkował konsekwencjami przez kolejne dekady? Jak Wałęsa raz wznosił się ponad uwikłania i stawał się bohaterem, a kiedy indziej w żenujący sposób dowodził swojej małości.Bagatelizowanie współpracy Wałęsy z SB bezpośrednio po Grudniu ,70 musi budzić sprzeciw. Raporty „Bolka” wskazują, że był agentem świadomym, aktywnym i szkodzącym swoim kolegom. Skalę tej szkodliwości można będzie ocenić jedynie, jeśli uda się odzyskać donosy, które zagarnął Wałęsa. Ale nawet te parę dokumentów, które ocalały w archiwach, mówi o rzeczach obrzydliwych. O braniu pieniędzy za donosy, o wykazywaniu inicjatywy w pacyfikowaniu kolegów, o radach udzielanych SB. Tego nie da się wytłumaczyć do końca zastraszeniem epoki pogrudniowej.

Egzorcyzmowanie IPN za samo podjęcie tematu przeszłości Wałęsy to groźny precedens

Ci, którzy usprawiedliwiają Wałęsę opisywaniem jak strasznie było po Grudniu ,70, nie dodają, że ta groza była także efektem działania donosicieli takich jak „Bolek”. Dlaczego mamy bardziej litować się nad ówczesnym Wałęsą niż nad ofiarami jego donosów?Owszem można uważać, że Wałęsa aktywnością w Wolnych Związkach Zawodowych i w „Solidarności” odkupił stare grzechy, ale nie unikajmy nazywania niegodziwości niegodziwością. Tym bardziej że autorzy książki uczciwie zaznaczają, że po 1976 roku Wałęsę wyrzucono z pracy za odważne wystąpienia na posiedzeniach rady zakładowej. I podkreślają późniejsze zaangażowanie w działalność opozycji.

Nie zmienia to faktu, że – co pokazują autorzy książki – Wałęsa zawsze miał skłonności do utrzymywania kanałów niejawnej komunikacji z władzami. Wiele do myślenia daje zapis z rozmowy dwóch oficerów SB z Lechem Wałęsą w 1978 roku. Esbecy przyjechali do Elektromontażu, gdzie podówczas pracował, aby wypomnieć mu podjęcie działalności w WZZ. Cenckiewicz i Gontarczyk podkreślili, że Wałęsa twardo odmówił powrotu do współpracy. Ale w cytowanym dokumencie jest też ocena ubeków, że rozmowa była celowa, bo otwiera pole do jakiejś formy przyszłych kontaktów.

Historycy jedynie przedstawiają tę taktykę, którą sam Wałęsa nazywał „umiejętnością gry na różnych fortepianach”, „mądrością etapu” i „graniem tak, by wygrać”. Ile było w takim postępowaniu mądrej taktyki i sprytu, a ile oportunizmu i lęku, że koniec końców władze mają na niego haka w postaci teczki „Bolka”? Ten wątek książki aż się prosi o oddzielną analizę i wyciągnięcie wniosków, czego historycy z IPN nie uczynili.


Duchowe rozterki

W roli „wałęsożerców” nie da się także obsadzić Cenckiewicza i Gontarczyka, czytając o tym, jak kartą „Bolka” grali związkowi rywale Wałęsy. Opisując ten spór, historycy nie oszczędzają ani Anny Walentynowicz, ani Andrzeja Gwiazdy. Łatwo między wierszami wyczytać, że Lechowi Wałęsie trudno było po sierpniowym zwycięstwie znaleźć odpowiedni moment, w którym mógłby – gdyby chciał – przyznać się do niedobrego epizodu z lat 70.

Niekiedy wreszcie Cenckiewicz i Gontarczyk wyszukują niezwykle rzadkie wystąpienia Wałęsy – takie jak to we Włocławku w 1980 roku, w którym wyjątkowo niejasnym ezopowym językiem (ale zaskakująco szczerze) lider „Solidarności” opisywał swoje poczucie winy i wyrzuty sumienia.

I jeszcze jedno. Jest w książce relacja o tym, że Jacek Kuroń po Sierpniu ,80, chcąc odebrać Wałęsie przywództwo „Solidarności”, sięgał po plotki o „Bolku”. Podejrzewam, że ten fragment wywoła święte oburzenie „Gazety Wyborczej”. Ale będzie to znów raczej dowód, że historia „Solidarności” nie została solidnie zbadana, niż wina autorów książki. Bo zamiast opisywać działalność Kuronia jako pełnokrwistego polityka, traktowano go jak świeckiego świętego.

Cenckiewicz i Gontarczyk cytują analizy SB, według których Lech Wałęsa był w 1981 roku mniejszym złem niż jego bardziej bojowi rywale w „Solidarności”. Tylko czy to jest zarzut wobec lidera „S”? Wałęsa zdał egzamin i nie stał się marionetką SB po 13 grudnia 1981, co także autorzy wyraźnie podkreślają.

Wreszcie niezwykle ważne rozdziały o losach teczek „Bolka” po 1990 roku. Tu już nie ma taryfy ulgowej dla Wałęsy. Autorzy książki pokazują, że wykorzystując urząd prezydenta, zagarnął nie tylko akta „Bolka”, ale i teczki innych ważnych działaczy opozycji. Dlaczego nikt dziś nie pyta Wałęsy o te dokumenty? Dlaczego nie pytał o nie sąd lustracyjny w 2000 roku? W jakich okolicznościach umorzono śledztwo prokuratury w tej sprawie?

Właśnie te rozdziały książki – w pośredni, ale najbardziej przekonujący sposób – wskazują, że Wałęsa był „Bolkiem”. Bo były prezydent nie szukał w teczkach SB donosów rzekomych 54 agentów o tym pseudonimie, ale tylko tego jednego agenta, który działał na stoczniowym wydziale W-4 na początku lat 70.

I wreszcie przyczynek do dziejów lustracji w Polsce. Bardzo wyrazista analiza procesu lustracyjnego z 2000 roku, w którym jak udowadniają autorzy pominięto wiele niewygodnych dla władzy pytań. Zacytujmy przy tej okazji z okładki książki opinię recenzenta prof. Marka K. Kamińskiego: „Wstrząsnęło mną uzasadnienie sądu apelacyjnego z 11 sierpnia 2000 roku (...) Owo uzasadnienie może egzemplifikować rozziew pomiędzy wirtualną rzeczywistością kreowaną ze względu na bieżącą politykę a rzeczywistością, której ujawnienie jest wręcz obowiązkiem historyka”.


Polityka puka do drzwi

Dziś polityka znów puka do drzwi. Bogdan Lis domaga się przekazania akt służb PRL z IPN do archiwów państwowych podległych ministrowi kultury. To pomysł, który musi prowadzić do tego, że politycy znów położą łapę na teczkach.

Przeciwnicy zarzucają Cenckiewiczowi i Gontarczykowi, że ich książka to publicystyka. Ten zarzut może wynikać z faktu, że historycy IPN pisali o niedawnych latach, których ocena jeszcze niedawno była domeną wyłącznie publicystyki politycznej. Faktem jest też, że na przykład zamieszczony w książce opis okoliczności działania rządu Jana Olszewskiego zawiera opinie typowe dla zwolenników prawicy.

Można też pytać, czy konieczne były motta przed każdym rozdziałem – zdradzają one emocje autorów. Ale też podkreślmy, że w wielu miejscach wyraźnie widać, iż historycy zatrzymują się przed stawianiem kropki nad i przy wyjaśnianiu działań Wałęsy przed 1989 rokiem.

Dla ludzi chcących mówić o Lechu Wałęsie jak o herosie bez skazy, ta książka jest herezją. Dla ludzi widzących w Wałęsie destruktora „Solidarności”, praca historyków wyda się zbyt łaskawą oceną działalności byłego prezydenta.

Jeśli krytycy książki uważają, że Cenckiewicz i Gontarczyk niewłaściwie podeszli do tematu, niech pokażą, jak można zrobić to lepiej. Ale niech rzetelnie badają dokumenty, zamiast chodzić wokół wrażliwego tematu na paluszkach. Egzorcyzmowanie IPN za samo podjęcie tematu to groźny precedens. Losy tej książki to test na to, czy badania naukowe mogą uniezależnić się od presji polityki i od sztucznie kreowanego kultu bohaterów III RP."

Źródło : Rzeczpospolita
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Pią Cze 20, 2008 10:59 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20080620&id=po16.txt

Mamy podejście histeryczne, nie historyczne

Z dr. Mieczysławem Rybą, członkiem Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Zenon Baranowski

Lech Wałęsa grozi wniesieniem pozwów przeciwko prezesowi IPN i dwóm historykom, autorom książki o nim. Czy były prezydent idzie na wojnę z Instytutem?
- Pozew przeciwko prezesowi Januszowi Kurtyce wydaje się od strony formalnoprawnej czymś dziwacznym. Kwestia jest tego typu, że z tego, co pan prezydent mówi, wynika, iż jego główne argumenty dotyczą wyroku sądu i w oparciu o niego krytykuje badania tych dwóch naukowców. Pamiętajmy, że dotarli oni do innych jeszcze źródeł, a ponadto ta praca nie ma charakteru lustracyjnego, tylko historyczny. W związku z czym, jeśli już mówimy o pewnej dyskusji, jaka się tutaj powinna odbyć, to na pewno nie na sali sądowej, ponieważ chodzi tu o merytoryczną ocenę dokumentów, które są albo wiarygodne, albo nie. Moim zdaniem, mamy tutaj do czynienia z takim zgiełkiem medialnym, który ma zakrzyczeć merytoryczną dyskusję. Książka nie została jeszcze wydana, praktycznie przez nikogo nie przeczytana, a już jest krytykowana, tak jakby jej treść znano od kilku lat.

Ze strony przeciwników tej publikacji padają argumenty, że historycy IPN powinni zajmować się dziejami do roku 1990, tak jak mówi ustawa, a nie później...
- W tym przypadku pojawia się problem oceny źródeł, czy też oceny, dlaczego są one niekompletne. Dlatego autorzy podjęli się tej refleksji z lat 90. ze względu na to, że ich zdaniem działania, które zostały podjęte wówczas, po prostu zdekompletowały dokumenty dotyczące epoki lat 70. Nie jest tak, że bada się historię oderwaną od tamtych czasów, ponieważ pozostaje ona w bezpośredniej relacji do tego, co źródła mówią o latach 70. I tutaj autorzy postawili pytanie, dlaczego te źródła są niekompletne. Starali się na to odpowiedzieć, analizując działania, które miały miejsce w latach 90.

Pan także jest historykiem. Jak Pan zareaguje na zarzuty wobec Cenckiewicza i Gontarczyka o uchybienia warsztatowe i brak obiektywizmu oraz że powinni się tym tematem zająć inni historycy?
- Myślę, że tym problemem powinni się zajmować różni historycy. Jednak jak na razie nie chciał się tym nikt zająć, a materiały są dostępne. Ja oczywiście jeszcze książki nie czytałem. Natomiast z tego co wiem, była ona recenzowana przez czterech recenzentów, uznanych uniwersyteckich historyków, mających duże doświadczenie. I zanim Instytut zdecydował, żeby wydać książkę Cenckiewicza i Gontarczyka, te recenzje musiały być pozytywne, i z tego co wiem, one mają taki charakter. Autorzy mają bardzo duże doświadczenie w analizie akt SB. Pamiętajmy, że nie jest tak prosto poruszać się w bardzo specyficznych zbiorach IPN. Wydali wiele publikacji, przejrzeli wiele akt i krytycznie je oceniali. W związku z czym merytorycznych podstaw do takiego ataku na nich nie ma.

Książka zawiera odbitki dokumentów, a historycy będą mogli zweryfikować jej treść z dokumentami archiwalnymi...
- Właśnie. Publikacja niebawem się ukaże i każdy z tych przedstawianych dokumentów będzie można skonfrontować w relacji do innych dokumentów, które są obecne. Można zbadać autentyczność papieru, autentyczność druku, autentyczność podpisu, są różne metody. I to jest dopiero merytoryczne, krytyczne podejście. Natomiast my mamy nie tyle historyczne, ile histeryczne podejście. To zupełnie coś innego.

Politycy koalicji, m.in. premier, marszałek Sejmu, przypisują działania polityczne historykom IPN...
- Z tego co rozumiem, z wypowiedzi premiera wynika, że on nie tyle krytykował autorów, ile polityków, którzy wyciągają wnioski na kanwie tej książki. Ale rzeczywiście, marszałek Komorowski jednoznacznie skrytykował tę pozycję. Jednak to nie są tylko te dwie wypowiedzi. Jest ich cały szereg. Rzeczywiście, ta książka budzi emocje, przede wszystkim dlatego, że dotyczy postaci związanych z Lechem Wałęsą, które funkcjonują w życiu politycznym do dzisiaj. Przypomnę, że mało kto zauważył, iż Ryszard Świętek wydał książkę "Lodowa ściana" o związkach Józefa Piłsudskiego z wywiadem austriackim przed i w czasie I wojny światowej, i nie tylko z tym wywiadem. Ta pozycja prawie nie została zauważona, a na pewno na płaszczyźnie publicystycznej. Ponieważ okres jest daleki, to i refleksja jest bardziej chłodna. Tutaj wszystko jest na gorąco, należy podkreślić, że lata 90. to jest czas funkcjonowania tzw. grubej kreski. To powoduje ciągły brak rozliczenia się z przeszłością i nieocenienie jej prawdziwościowo, bo o to tu chodzi. Tu nie chodzi o lustrację, ale historyczną, czyli prawdziwościową, ocenę tych wypadków. Natomiast jeżeli mówimy o rzeczowym podejściu, a tego należałoby wymagać od intelektualistów, od mediów, i jeżeli się mówi, że to, co jest przedstawione w tej książce, nie jest prawdziwe, to powstaje pytanie, gdzie jest błąd. A błąd w książce historycznej, naukowej daje się wykazać poprzez konkret, a nie poprzez zaklinanie rzeczywistości.

Wałęsa zarzuca historykom, że nie porozmawiali z nim, tymczasem okazuje się, iż oni występowali o to, tylko spotkali się z odmową.
- To pokazuje, że mamy do czynienia z olbrzymią histerią. Jeśli Wałęsa reaguje niezwykle emocjonalnie, to tym bardziej zaciemnia istotę sporu, która jest merytoryczna, a tu przechodzimy na płaszczyznę emocjonalną i przepychanki polityczne. Ale prawdy zakrzyczeć się nie da i po prostu tak czy inaczej niebawem się ukaże ta książka. Ona będzie się bronić lub nie tym, co zawiera, a nie tym, kto jakie emocje na jej tle wyraża. Pamiętajmy o tym, że jest to przede wszystkim wydawnictwo źródłowe, każdy historyk będzie mógł je ocenić i zweryfikować, w związku z czym to nie jest kwestia histerii, którą należałoby wytłumić i podejść rzeczowo do sprawy. Podejście rzeczowe jest prawdziwościowe i pomaga nam zrozumieć najnowszą historię w sposób pełniejszy.

Dziękuję za rozmowę.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Pią Cze 20, 2008 8:40 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Krąży w mailach:
Cześć!

W masowym przekazie nadal podtrzymywane są mity na temat pozostałych okresów
działania LW.

A zatem najpierw jego zachowanie w Sierpniu prezentowane jest oleodrukami hagiograficznymi. Ludzie nie mają pojęcia o jego postawie aż do drugiej fazy strajku.
Ja o tym wtedy nic nie wiedziałem bo dotarłem do Stoczni po kilku dniach. Natomiast pierwszy raz poczułem nieufność gdy na końcu rokowań chciał odpuścić sprawę więźniów.
Wtedy interweniował Lis. To na pewno jest na taśmie filmowej.
Po drugie całe jego zachowanie w latach 80 -81 czego ukoronowaniem była decyzja o
nie dopuszczeniu do strajku generalnego 31 marca 81. Kompletny brak jakiejkolwiek
konkretnej pracy organizacyjnej i nie przygotowanie związku do stanu wojennego.
Zajmował się wyłącznie swoim PR i walką personalną.
Dalej wedle mej pamięci przez kilka lat po grudniu 81 raczej nie używał słowa "S" i tylko prezentował sam siebie. Może da się prześledzić jego oświadczenia, wywiady itp. z tego okresu.
W MKZ nazywano go PONTON ( vel Bokassa ze względu na megalomanię)
co celnie ujmuje jego oportunizm.
Jest też jeszcze jeden zapomniany tekst. Wywiad jaki zrobiła z nim Falacci
7 marca 81. Wywiad był wspaniały, porywający. Po latach Falacci wyznała, że go sfałszowała, bo to co usłyszała było szokująco obrzydliwe i nie nadawało się.


Pozdrawiam
Mariusz Muskat

PS. Sądzę, że odezwą się teraz świadkowie dotąd szerzej nieznani.
Czas obalić wszystkie mity.

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sob Cze 21, 2008 4:49 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.rp.pl/artykul/151617.html

"Hodysz –Wallenrod z bezpieki
Cezary Gmyz 21-06-2008, ostatnia aktualizacja 21-06-2008 00:52

Proszę nie wymieniać przy mnie imienia Bolek. Dwa razy straciłem przez to pracę, a raz ledwie uszedłem z życiem – mówi dziś były funkcjonariusz SB i UOP

Oficer Służby Bezpieczeństwa, który potajemną współpracę z opozycją przedsierpniową, a potem „Solidarnością” przypłacił więzieniem, odmawia rozmowy. – Proszę mnie zrozumieć. Jestem emerytem, ten rozdział mojego życia zamknąłem i nie chcę do niego wracać – mówi „Rz” i idzie pielęgnować ogródek w swoim domku w Rumi koło Gdyni.

Inwigilacja cudzoziemców

Do Służby Bezpieczeństwa Adam Hodysz trafił przez przypadek. Ukończył Wyższą Szkołę Pedagogiczną. Był rok 1964, miał 24 lata i wszystko wskazywało na to, że będzie nauczycielem matematyki.

O przyjęciu propozycji pracy w SB zadecydowały względy przyziemne – a konkretnie mieszkanie. Został zatrudniony w kontrwywiadzie. Do jego zadań należała m.in. inwigilacja cudzoziemców z rzadka wówczas odwiedzających PRL. Cieszył się dobrą opinią przełożonych. „W pracy śledczej osiągał dobre wyniki, szczególnie w sprawach o przestępstwa gospodarcze” – napisano w opinii służbowej sporządzonej w 1984 roku już po odkryciu, że współpracował potajemnie z opozycją.

Przed wysadzeniem domu, w którym mieszkał Hodysz, pojawili się agenci UOP, którzy szukali jakichś dokumentów

Pierwsze zlecenie wiążące się ze zwalczaniem opozycji dostał cztery lata po rozpoczęciu pracy w kontrwywiadzie. Na kilka dni został oddelegowany do śledztwa mającego na celu wykrycie inicjatorów zwołania wiecu na Uniwersytecie Gdańskim w marcu 1968 roku.

Zwerbowany przez Halla

W 1970 roku nie brał bezpośredniego udziału w represjach wobec sprawców tzw. wypadków grudniowych. Pierwsze poważniejsze rozterki dopadły go dopiero w połowie lat 70. Polska, według oficjalnej propagandy „rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Jednak rozdźwięk między propagandą a rzeczywistością dla Hodysza stawał się coraz bardziej widoczny. Pracownicy SB w odróżnieniu od większości społeczeństwa byli w uprzywilejowanej sytuacji, znali bowiem bardziej zróżnicowany obraz rzeczywistości. Hodysz miał dostęp do rzadkiego dobra, jakim była prasa zachodnia oraz wydawnictwa bezdebitowe. Przełom nastąpił wraz z powstaniem Komitetu Obrony Robotników po wypadkach radomskich w czerwcu 1976 roku. Jednak do decyzji o nawiązaniu współpracy z opozycją minęły jeszcze dwa lata. 12 grudnia 1978 r. SB przesłuchiwała Aleksandra Halla. Po przesłuchaniu Hodysz odprowadzał współtwórcę Ruchu Młodej Polski. Powiedział o wiele młodszemu od siebie chłopakowi o swoich rozterkach moralnych i zaproponował spotkanie. Hall, kompletnie zaskoczony, podejrzewając, że może to być prowokacja, przyszedł jednak na umówione miejsce. Hodysz ostrzegł wtedy, że w otoczeniu Andrzeja Gwiazdy i Bogdana Borusewicza działa agent, a SB planuje zatrzymanie przed rocznicą grudnia 1970 czołowych opozycjonistów. Co ciekawe, z racji swoich obowiązków Hodysz nie powinien mieć dostępu do takich informacji. Ale funkcjonariusze w swoim gronie często nie zachowywali tajemnicy i przechwalali się swoimi agentami oraz akcjami.

Firma na obrotach

Sierpień 1980 w sytuacji Hodysza wiele nie zmienił. W Polsce trwał karnawał „Solidarności”, a Hodysz przestrzegał opozycjonistów, że „firma pracuje na pełnych obrotach”. 12 grudnia 1981 r. przekazał ostrzeżenie, że SB wprowadziła stan podwyższonej gotowości.

Przemęczenie i stres sprawiły, że z czasem zaczął niemal demonstracyjnie lekceważyć swoje obowiązki. W czasie przeszukania „zapominał” sprawdzić piwnicy. Prowadzone przez niego przesłuchania nie posuwały śledztw naprzód. „Zaobserwowano obniżenie osobistego zaangażowania opiniowanego i związany z tym spadek efektywności” – napisano w opinii służbowej. 22 września 1982 r. jego przełożeni byli już zniecierpliwieni do tego stopnia, że skierowali wniosek o obniżenie mu poborów.

SB już wcześniej zorientowała się, że część tajnych informacji wycieka do opozycji. Wiosną 1980 r. przyjaciółka Aleksandra Halla Matylda Sobieska (TW „Andrzej”) poinformowała SB, że Hall spotyka się z kimś z „firmy”. Hodysz jednak jako osoba niemająca dostępu do akt operacyjnych długo pozostawał poza podejrzeniami. 5 września 1984 r. poprosił o przeniesienie na emeryturę po 20 latach służby.

Wiedział, że pętla wokół niego się zaciska. Przełomowe wydarzenie w poszukiwaniu kreta „Solidarności” miało miejsce, zanim jeszcze złożył wniosek o zwolnienie ze służby. 19 stycznia 1983 r. Piotr Siedliński, szeregowy esbek, który dostarczał Hodyszowi informacji, zaproponował współpracę w przekazywaniu informacji porucznikowi Maciejowi Roplewskiemu. Gorzej nie mógł trafić. Roplewski był ideowym komunistą i natychmiast o tej propozycji powiedział swoim przełożonym. Z Warszawy przyjechała specjalna grupa operacyjna. Podejrzewano, że gdańska SB jest cała naszpikowana agentami „S”. Zwłaszcza że Siedliński w rozmowie z Roplewskim mówił o grupie funkcjonariuszy. W końcu ustalono, że głównym kretem jest Hodysz. Ten miał świadomość, co się dzieje.

25 października 1984 r. został aresztowany. Trafił do jednej celi z mordercą księdza Jerzego Popiełuszki Grzegorzem Piotrowskim. 5 marca 1986 r. Sąd Najwyższy skazał Hodysza na sześć lat więzienia i 120 tys. zł grzywny.

Wałęsa nie pamięta

Jak bardzo zmieniła się sytuacja w Służbie Bezpieczeństwa, świadczy dokument z 20 maja 1985 r. Gdańscy esbecy wcale nie cieszyli się, że Hodysz wpadł dzięki Roplewskiemu. Wręcz przeciwnie, Roplewskiego ze strony kolegów zaczęły spotykać nieprzyjemności. „M. Roplewski oświadczył ponadto, iż w dalszym ciągu przełożeni i koledzy odnoszą się do niego nieprzychylnie” – napisano w notatce służbowej.

Hodysz wyszedł wcześniej. Władza szykowała się do Okrągłego Stołu. 30 grudnia 1988 r. opuścił zakład karny w Koszalinie. – „Solidarność” podziwia i dziękuje panu – witał go Lech Wałęsa. Hodysz przypomniał mu, że poznali się w 1979 r., po zatrzymaniu Wałęsy na 48 godzin. – Nie pamiętam – odparł Wałęsa.

Po namowach przyjaciół złożył podanie o pracę w UOP. Został szefem gdańskiej delegatury. 1 czerwca 1992 r. w delegaturze pojawili się funkcjonariusze szukający akt „Bolka”. Kluczową postacią okazał się porucznik Krzysztof Bollin, który już wcześniej odkrył, gdzie są dokumenty związane z Lechem Wałęsą.

4 czerwca Antoni Macierewicz właśnie na podstawie tych dokumentów ogłosił, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB. Bollin przed wysłaniem akt do Warszawy część z nich zdążył skopiować.

3 września 1993 r. w Gdańsku pojawił się Gromosław Czempiński i wręczył dymisję Hodyszowi. Trójmiejscy opozycjoniści napisali list w obronie Hodysza. Podpisania listu odmówił Donald Tusk. Powód dymisji dla Hodysza był jasny: – Gdy panowie Macierewicz i Naimski byli ministrami, traktowałem ich jako legalnych przełożonych i wykonywałem ich polecenia. Nie poczuwam się do winy za to, co zrobiłem – mówił w wywiadzie dla „Gazety Polskiej”.

Stanowisko Hodysza objął Henryk Żabicki. O większy paradoks trudno. Żabicki był oficerem, który prowadził inwigilację Wałęsy przed 1989 rokiem. Wałęsa zaczął oskarżać Hodysza o to, że fałszował jego dokumenty. Ostro zaprotestował przeciw temu Aleksander Hall.

UOP na miejscu katastrofy

17 kwietnia 1995 r. domem przy ulicy Wojska Polskiego w Gdańsku, gdzie mieszkał Hodysz, wstrząsnął wybuch. Dwa pierwsze piętra wieżowca zapadły się. Hodysz przeżył. Budynek postanowiono wysadzić w powietrze. Hodyszowi dano trzy minuty na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Według niepotwierdzonych informacji tuż przed wysadzeniem budynku na miejscu katastrofy pojawili się funkcjonariusze, którzy mieli przeszukiwać mieszkanie Hodysza. Być może poszukiwali kopii dokumentów, które zrobił porucznik Bollin.

Jednym z wątków śledztwa w sprawie wybuchu było podejrzenie zamachu terrorystycznego w związku z tym, że w wieżowcu mieszkał Hodysz. Wątek ten zarzucono, uznając ostatecznie, że wybuch gazu spowodował lokator skonfliktowany z mieszkańcami. Czy Hodysz mówiąc, że ledwo uszedł z życiem, miał na myśli tę katastrofę, nie wiadomo.

Po katastrofie byli opozycjoniści urządzili zbiórkę pieniędzy dla niego."
Źródło : Rzeczpospolita
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Sob Cze 21, 2008 4:53 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://www.rp.pl/artykul/151602.html

"Historia upomina się o wielkich ludzi
Małgorzata Subotić, Piotr Zychowicz 21-06-2008, ostatnia aktualizacja 21-06-2008 15:37

Z Januszem Kurtyką, prezesem IPN, rozmawiają Małgorzata Subotić i Piotr Zychowicz

Rz: Warto było?

Janusz Kurtyka: Warto co?

Nie wie pan?

Czy warto było, żeby Instytut Pamięci Narodowej prowadził badania nad najtrudniejszymi aspektami historii najnowszej? Myślę, że Instytut jest właśnie do tego przeznaczony.

To proszę nam to uzasadnić.

Bez naukowej weryfikacji dokumentów, które składają się na książkę „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”, nie jest możliwe prowadzenie badań nad Wolnymi Związkami Zawodowymi, nad opozycją demokratyczną na Wybrzeżu. Bardzo trudne byłoby prowadzenie badań nad mechanizmami funkcjonowania przywództwa „Solidarności” i nad czymś, co możemy umownie nazwać polskim marszem do wolności. Kwestia związków prezydenta Wałęsy z SB pojawiałaby się bez przerwy. Natomiast jednoznaczne, naukowe zweryfikowanie dokumentów powoduje, że ta książka będzie tylko przypisem do opracowań na tematy, które wymieniłem.

Ale czy akurat książkę o ewentualnej agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy musiał wydawać IPN, który jest instytucją państwową? Nie mogła jej opublikować prywatna oficyna?

Jest to bardzo ważny problem historyczny i społeczny, jedna z kluczowych kwestii debaty publicznej, jaka się toczy od początku lat dziewięćdziesiątych. I choć mamy dziewiętnasty rok wolności, badania nad opozycją demokratyczną w Polsce są w powijakach. IPN jest instytucją jak najbardziej właściwą do tego typu publikacji. Oczywiście pomijam takie sprawy jak odwaga cywilna...

Czyja odwaga cywilna?

Autorów takiej publikacji.

A pańska odwaga cywilna?

Jestem prezesem IPN i zatrzymanie przeze mnie takiej publikacji, jeśli prezentuje ona odpowiedni poziom naukowy, byłoby wysoce niewłaściwe.

Spodziewał się pan takiej burzy wokół tej książki?

Aż takiej burzy się nie spodziewałem. Chociaż byłem przekonany, że pojawią się bardzo duże emocje. Ale sądziłem, że będzie też debata merytoryczna: jakie dokumenty są przedstawiane, czy ich analiza jest wiarygodna. Na razie mamy do czynienia z debatą wyłącznie emocjonalną. Zresztą książki na rynku jeszcze nie ma, trafi do księgarń 23 czerwca. Liczyliśmy, że dopiero wtedy rozpocznie się publiczna debata.

Skąd takie emocje? Ma pan jakieś wytłumaczenie?

Jest to bardzo ważny problem historii najnowszej, a jej bohaterowie żyją. Każde ze środowisk uczestniczących dzisiaj w tej debacie ma swoje wyobrażenie na temat swojej wyidealizowanej bądź też postulowanej roli w historii Polski.

Czy obu stronom tego sporu chodzi tylko o osobę Lecha Wałęsy?

Są dwie strony sporu, ale ja nie chciałbym się odnosić do argumentów politycznych, które pojawiają się w tej debacie.

Sam pan mówi, że teraz nie jest to dyskusja historyczna, tylko polityczna. Jak więc pan może nie odnosić się do argumentów politycznych?

Mogę próbować się nie odnosić. Bo nie chciałbym, aby IPN był kojarzony z wymianą argumentów stricte politycznych. Jeżeli bohaterowie najnowszej historii są czynnymi aktorami sceny publicznej, bądź jeszcze do niedawna byli, to zaszłości historyczne muszą odgrywać rolę w ich aktualnych namiętnościach politycznych.

Czyli o co chodzi w tym sporze?

O to, czy prezydent Wałęsa był bohaterem posągowym od samego początku do samego końca. Czy też był realnym człowiekiem, który w warunkach dyktatury musiał mieć swojej lepsze i gorsze momenty. Jednym z elementów tej przeszłości jest ten epizod z początków lat siedemdziesiątych.

Konkretnie jaki epizod?

Według obu historyków IPN pan prezydent Wałęsa został zarejestrowany pod koniec grudnia „70 jako tajny współpracownik SB. Zachowała się dokumentacja, która potwierdza, że ta współpraca trwała do około 1974 roku, a później były próby zerwania tej współpracy przez Wałęsę. Zakończyły się one wyrejestrowaniem w 1976 roku. Później była nieudana próba ponownego werbunku w 1978. I na koniec historia, którą wszyscy znają, czyli przewodzenie wielkiego strajku. I bardzo trudno jest przyjmować wszystkim do wiadomości, że te trzy odsłony dotyczą tego samego człowieka.

Po co właściwie było to robić? Nie lepiej było zachować posąg?

Każda wielka postać historyczna w warunkach demokratycznych jest obiektem badań naukowych. Także za życia.

Może jednak lepiej było opublikować całą biografię Wałęsy, pokazującą całą złożoność tej postaci?

Na taką biografię też przyjdzie pora. Wiem, że na razie jest przygotowywana poza IPN. Ma się ukazać we wrześniu, jako publikacja Świata Książki. Wedle pogłosek we współpracy z Instytutem Lecha Wałęsy.

Pan naprawdę nie zdawał sobie sprawy, że publikacja tego fragmentu życiorysu Wałęsy wywoła wielki spór? I to spór, mówiąc hasłowo, między obrońcami III RP i bojownikami IV RP?

Nie widzę źródeł takiego sporu.

Jak to? Po jednej stronie jest IPN i środowisko Lecha oraz Jarosława Kaczyńskich, a po drugiej ci, którzy są związani ze środowiskiem dawnej Unii Wolności i pierwszymi latami transformacji?

Instytut nie jest częścią IV RP. Jednak chciałbym, żebyście państwo spróbowali zrozumieć, że logika funkcjonowania IPN nie jest logiką, wedle której funkcjonuje bieżąca scena polityczna. My chcemy pokazywać najważniejsze fragmenty historii Polski, również te najtrudniejsze. Tzn.: Jedwabne, KL Warschau, pogrom kielecki, debata wokół J. T. Grossa czy Kościół w PRL. Wszystkie te sprawy są trudne dla różnych środowisk, które mają sprzeczne oczekiwania wobec IPN. Owszem, może to mieć wpływ na kształtowanie się bieżącej sceny politycznej, ale Instytut w tym nie uczestniczy.

Nie uczestniczy? To nie śledzi pan mediów?

Pracownicy Instytutu starają się wypowiadać merytorycznie na temat dokumentów zawartych w tej książce.

Nie ma żadnych podziałów wewnątrz Instytutu, żadnej frondy?

A jak by pan chciał tę frondę definiować? Że istnieją w IPN historycy, którzy odrzucają ustalenia tej książki? To przecież nieprawda.

Są tacy, którzy byli przeciwni publikacji książki.

To jest zupełnie co innego. Mówi pani o kwestiach taktyczno-organizacyjnych, a nie o sprawach merytorycznych.

Wiceprezes IPN Maria Dmochowska napisała przecież, że ta publikacja jest paszkwilem.

Ona nie jest historykiem, odpowiada za kontakty z kombatantami.

Dlaczego pana doradca, historyk Antoni Dudek, człowiek, któremu jest bliskie hasło IV RP, odradzał panu publikację tej książki?

Nasze rozmowy sprowadzały się do tego, czy ta książka może zaszkodzić IPN i może powinniśmy zachować się bardziej oportunistycznie i nie wydawać tej książki. Ja jestem zdania, że nie możemy uciekać przed poważnymi problemami naukowymi, zwłaszcza jeśli mają duży rezonans społeczny. Jestem przekonany, że tylko Instytut mógł się zmierzyć z takim problemem. Tylko tu pracują historycy kompetentni, by się z nim zmierzyć.

Ale chyba Dudek miał rację.

Dlaczego tak sądzicie?

Bogdan Lis powiedział ostatnio, że należy zmienić ustawę o IPN i wszystkie akta z Instytutu przekazać do Archiwum Akt Nowych...

Jest to stary pomysł partii postkomunistycznej. To spowodowałoby zamknięcie archiwów na co najmniej kilka lat. Szacuję, że wówczas te dokumenty będą mogły być udostępniane za dziesięć lat.

Los IPN to jedna sprawa. Ale już można usłyszeć głosy, że publikacja książki to „ostatni spazm” lustracji. Może tą swoją, jak pan to mówi, nieoportunistyczną decyzją „załatwił” pan nie tylko Instytut, ale i sprawę lustracji w Polsce?

Moglibyście mi państwo jakoś precyzyjniej wyjaśnić, o co wam w tym pytaniu chodzi?

W ostatniej książce Bronisława Wildsteina jest scena, w której jeden z przydstawicieli „układu” mówi, że w sumie to dobrze, że „lustratorzy” wyciągnęli sprawę agenturalnej współpracy profesora Lwa. Tak ich zakrzyczymy i skompromitujemy – mówi bohater książki – że już nigdy z czymś takim nie wyjdą. To mamy właśnie na myśli.

Po pierwsze: ta książka nie jest żadnym aktem lustracyjnym, tylko analizą ważnych dokumentów, dotyczących bardzo ważnej postaci historycznej.

Takich eufemizmów się po panu nie spodziewaliśmy.

I po drugie: dlaczego lustracja miałaby być zagrożona? Przecież się toczy wedle ustaw uchwalonych przez parlament. Dlaczego więc sądzicie, że lustracja może być odwołana?

Dlatego, że publikacja tej książki uruchomi najprawdopodobniej mechanizm zmian przepisów w Sejmie.

– Zobaczymy, co przyszłość przyniesie.

Wiele osób, na przykład Paweł Śpiewak, nazywa autorów książki publicystami.

Nie wiem, czy pan profesor Śpiewak czytał tę książkę. Dzisiaj (czwartek – przyp. red.) mu ją wysłałem. Jest to więc powtarzanie pewnych ogólnych tez na temat tych osób, które funkcjonują w publicznym obiegu. Ta książka to na pewno nie publicystyka, tylko szczegółowa analiza źródłoznawcza. Czytając ją, będą państwo zapewne w niektórych momentach znużeni.

Czy nie byłoby jednak lepiej, gdyby pisaniem tej książki zajęli się starsi historycy niepostrzegani przez nikogo jako „ideolodzy”?

Nic nie stało na przeszkodzie, i nadal nic nie stoi, żeby ci „starsi historycy niepostrzegani jako ideolodzy” zajęli się tym tematem. Jestem gotów im to maksymalnie ułatwić.

Nie zgłosił się do pana nikt taki?

Nie. Jeżeli zaś chodzi o panów Cenckiewicza i Gontarczyka, to należą oni do czołówki swojego zawodu w swym pokoleniu.

Niektórzy pytają, czy to są w ogóle historycy.

Ja w swoich opiniach nie kieruję się emocjonalnymi, poddanymi logice bieżącej dyskusji, opiniami. Historyka można oceniać tylko przez pryzmat tego, co napisał. Pan Gontarczyk jest autorem bardzo dobrej monografii „PPR droga do władzy”, a pan Cenckiewicz jest autorem bardzo dobrej biografii wybitnego działacza piłsudczykowskiego Tadeusza Katelbacha.

Był również szefem komisji likwidacyjnej WSI, za rządu PiS był w radzie nadzorczej spółki Operator Logistyczny Paliw Płynnych. To jest dobra rekomendacja?

Nie bardzo rozumiem, dlaczego miałoby to go dyskredytować. To, że był w komisji likwidacyjnej, nie sprawia, że jest złym historykiem.

Wpisuje się jednak idealnie w obraz „bojownika IV RP”. Łatwo go zaatakować.

Zgoda. Łatwo. Ale czy to powód, dla którego pan Cenckiewicz nie miałby prawa napisać bardzo dobrej książki?

Często pomiędzy biografem a osobą będącą przedmiotem badań wytwarza się emocjonalna więź. Czasami sympatia, czasami wprost przeciwnie. Czy tak nie było tym razem?

Osobowość autora przeziera z każdej książki historycznej. Dwie osoby nigdy nie napiszą dwóch identycznych książek na ten sam temat. Zawsze powinno się jednak dążyć do maksymalnej obiektywizacji.

Czyli historia nie jest nauką.

Jest. Powiedziałbym nawet, że jest nauką ścisłą, zaś książka, o której dyskutujemy, może dostarczyć na to dowodów. Natomiast jeżeli mówimy o panu Cenckiewiczu, to on w IPN koordynuje badania nad Wolnymi Związkami Zawodowymi na Wybrzeżu. Nic nie stało więc na przeszkodzie, mało tego, było jego obowiązkiem, żeby uczestniczył w wyjaśnianiu tej sprawy.

Ale dlaczego nie doszło do spotkania z Lechem Wałęsą? Dlaczego nie przeprowadzili rozmowy z bohaterem swojej książki?

We wrześniu zeszłego roku zostało wysłane pismo do prezydenta Lecha Wałęsy. Na pismo to nie dostaliśmy nigdy odpowiedzi.

A dlaczego nie przeprowadzono rozmów z esbekami?

To już jest świadomy zabieg metodyczny. Korzystanie z relacji funkcjonariuszy SB mogłoby podważyć wiarygodność tej pracy.

Dokumenty SB nie są relacjami esbeków?

To dwa całkowicie różne źródła. Czymś innym są spisane po latach świadectwa funkcjonariusza bezpieki, a czym innym informacje ze sporządzonych przez niego w opisywanym okresie dokumentów. Dokumenty te powstawały w sposób bardzo sformalizowany, zgodny z procedurami wewnętrznymi, z zachowaniem mechanizmów kontroli.

Czy Cenckiewicz i Gontarczyk lubią Wałęsę?

Są w tej książce fragmenty, na podstawie których można stwierdzić, że nie są obojętni wobec faktów, które opisują.

Dlaczego nie chciał pan przy okazji wydania książki zorganizować wspólnej konferencji, którą proponował Lech Wałęsa?

Bo w momencie, gdy książka się ukazuje i nikt jej nie czytał, taka konferencja byłaby zapewne jałowa i mogłaby się zamienić w wielką awanturę. Planujemy jednak w jakieś dwa tygodnie po ukazaniu się książki wielką seminaryjną debatę na jej temat.

Z udziałem Lecha Wałęsy?

Pan prezydent zostanie oczywiście zaproszony.

A pan lubi Wałęsę?

Na początku lat 90., gdy startował w wyborach, byłem przedstawicielem jego komitetu przy krakowskich komisjach wyborczych.

Mógł pan zmienić zdanie.

Jeżeli oczekujecie ode mnie zdecydowanej deklaracji, to mówię po prostu: dla mnie Wałęsa jest przywódcą narodowym z lat 80. i jego rola historyczna nie ulega wątpliwości. To jest dla mnie oczywiste. Tak samo jak to, że trzeba badać jego biografię.

Ten przywódca zadaje jednak pytanie: wierzycie mnie czy SB? Komu pan wierzy?

To jest emocjonalne wystąpienie, które jest poza procedurami badawczymi. To zupełnie inna rzeczywistość niż ta, z którą mamy do czynienia, pisząc książkę naukową. Źródła wytworzone przez SB są takimi samymi źródłami jak każde inne. Trzeba je sprawdzać, weryfikować i konfrontować.

Decydując się na wydanie książki, nie miał pan świadomości, że metodologia i procedury badawcze są tutaj drugorzędne? Że najważniejsza w całej sprawie jest polityka?

Wiem, że pani jest szczególnie zainteresowana bieżącą polityką. Ja też mam świadomość, że IPN jest instytucją, która operuje w konkretnej rzeczywistości publicznej i społecznej. Ale mam też świadomość, że Instytut został powołany nie po to, żeby udawać, że pracuje, ale po to, żeby zmierzyć się z prawdziwymi problemami.

Nie odpowiada pan jednak na pytanie. Komu pan wierzy? SB czy Wałęsie?

Jako historyk nie powinienem odpowiadać, komu wierzę. Jeżeli zadajecie mi państwo pytanie o wiarę, to może to być tylko w kontekście Boga, a nie Lecha Wałęsy.

Dlaczego to właśnie Wałęsa stał się przedmiotem badań IPN?

W najbliższym czasie ukaże się duży zbiór dokumentów na temat opozycji gdańskiej w latach 1970 – 1980. To jest temat, od którego zaczęły się te badania. Okazało się, że nie można ich kontynuować, dopóki nie zmierzymy się z problemem, o którym cały czas mówimy. Bo zawsze pojawiałyby się pytania o wiarygodność. O to, czy Lech Wałęsa w 1978 roku był osobą wiarygodną? Czy współpracował wówczas z bezpieką? Teraz mamy pewność – jak powiedział Bogdan Borusewicz – że Wałęsa był już wtedy „osobą uczciwą”.

Dlaczego ta książka nie powstała o innym czołowym działaczu opozycji? Takich historii było zapewne sporo.

Bo Wałęsa jest wyjątkową postacią. Jeżeli pan pyta, czy powstanie książka na temat innego człowieka, to mogę zaraz wyjąć katalog publikacji IPN i znajdziemy tam wiele biografii.

A może Lech Wałęsa został wybrany nie dlatego, że jest legendarnym przywódcą „Solidarności”, ale dlatego, że jego osoba do dziś dzieli polski świat polityczny?

To nie są motywy, które kilka lat temu kierowały decyzją o rozpoczęciu badań na temat przeszłości Lecha Wałęsy.

Kto tę decyzję podjął?

Badania nad opozycją przedsierpniową zaczęły się jeszcze za kadencji prezesa Leona Kieresa (2000 – 2005). Pan Cenckiewicz już wówczas prowadził swoje badania.

Czy były naciski na pana, żeby książki jednak nie wydawać?

Nie. Wszystkie informacje, które krążyły w mediach, na temat jakichś emisariuszy Donalda Tuska, którzy mieli mnie do tego zniechęcać, były nieprawdziwe. Zaprzeczam, aby pan premier usiłował mi cokolwiek sugerować. To, co on mówi na ten temat, jest prawdą. Tylko pani Dmochowska próbowała namówić jednego z autorów, żeby zrezygnował z zajmowania się tą sprawą, ale to jest przypadek anegdotyczny.

A były naciski z drugiej strony, żeby za wszelką cenę publikować?

Też nie było. To była samodzielna decyzja Instytutu.

Dlaczego data publikacji była wielokrotnie przesuwana?

Książka musiała osiągnąć odpowiedni poziom.

Czyli pojawiły się sugestie, żeby wprowadzić jakieś zmiany?

Taką książkę powinno przeczytać jak najwięcej osób. Oprócz czterech recenzentów dodatkowo przeczytałem ją ja, Jan Żaryn i Antoni Dudek. Oczywiście jak książka poddawana jest takiej dyskusji i grupa historyków próbuje bawić się w „adwokatów diabła”, to jest mnóstwo rozmaitych poprawek. Były to jednak poprawki natury warsztatowej. Niedotyczące warstwy merytorycznej książki.

Adwokatów diabła?

Chodziło o znalezienie mankamentów książki. Procedurę tę stosuje się w przypadku każdej publikacji. Jeszcze raz podkreślam, uważam, że Wałęsa jest bohaterem narodowym Polski.

To dlaczego pan mu to robi?

Dlatego, że wielcy ludzie są skazani na to, że historia się o nich upomni. Taki jest porządek rzeczy, że postaci historyczne są przedmiotem badań. A jeżeli historyk w trakcie tych badań odkrywa sprawy kłopotliwe, to uważacie państwo, że powinien je zataić? Czy państwo nie napisalibyście artykułu, uzyskawszy kłopotliwą wiadomość?

Czy jeżeli jedną z konsekwencji wydania tej książki będzie rozparcelowanie lub likwidacja IPN, to nadal będzie pan uważał, że było warto?

Nie bardzo wierzę w tego typu rozwiązania.

Sam pan powiedział, że wiara to nie ta kategoria, w której może się pan wypowiadać.

Wydaje mi się więc, że jest to bardzo mało prawdopodobna perspektywa. IPN odgrywa bardzo ważną rolę w polskiej debacie publicznej i nie sądzę, żeby można go zlikwidować. Prawie wszyscy uczestnicy debaty publicznej zgadzają się, że jest potrzebny.

A czy gdyby pan z powodu tej publikacji stracił pracę, też by pan nie żałował?

Nie jestem przywiązany do swojej funkcji."
Źródło : Rzeczpospolita
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Jadwiga Chmielowska
Site Admin


Dołączył: 02 Wrz 2006
Posty: 3642

PostWysłany: Nie Cze 22, 2008 12:26 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

„SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”

Kilka spostrzeżeń historyka.

Ukazała się wreszcie, przez jednych od dawna wyczekiwana, przez innych blokowana, książka wydana przez IPN, stanowiąca przyczynek do biografii Lecha Wałęsy. Jej autorami jest dwóch uznanych historyków: dr Sławomir Cenckiewicz i dr Piotr Gontarczyk, obaj posiadających niekwestionowany dorobek w zakresie badań dziejów najnowszych.

Pozytywne recenzje wydawnicze, stanowiące podstawę do wydania książki napisali:



prof. Andrzej Chojnowski z Uniwersytety Warszawskiego, w latach 1991 – 1997 przewodniczący Rady Naukowej Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego, w latach 1999 – 2002 przewodniczący Rady Naukowej Instytutu Historycznego UW, obecnie przewodniczący Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej,
prof. Andrzej Nowak historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, redaktor naczelny pisma „Acana”,
prof. Marek Kazimierz Kamiński z Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk i z Instytutu Historii Uniwersytetu Warmińsko – Mazurskiego w Olsztynie,
prof. Andrzej Zybertowicz z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu


Nie jest niczym dziwnym, że książka wywołuje żywe reakcje. Dotyka bowiem zagadnienia trudnego, stanowiącego ciągle żywy element naszej historii i wpisuje się, chcąc nie chcąc, także w nurt bieżącej debaty publicznej.

Nie będę się w tym tekście odnosił do meritum sprawy i tego co jest na ustach wszystkich uczestników dyskusji. Jestem jeszcze przed lekturą książki i dlatego nie mogę w odpowiedzialny sposób odnieść się do niej na płaszczyźnie naukowej. Chcę jednak zwróci uwagę na parę zagadnień mniej znanych i zauważalnych, ale kluczowych dla lepszej orientacji.

Autorzy publikacji dr Sławomir Cenckiewicz i dr Piotr Gontarczyk napisali pracę o charakterze naukowym. Ma to bardzo ważne znaczenie ponieważ na gruncie naukowym praca ta podlegać będzie ocenie. Nie napisali zbioru opowiadań dla dzieci, czy felietonów polityczno – historycznych, które mogłyby być tylko przedsięwzięciem komercyjnym. Ich książka jako praca naukowa wpisuje się w ich dorobek i jako taka podlega ocenie z pełnymi dla nich konsekwencjami, zarówno pozytywnymi jak i (jeśli by takowe mogły być) negatywnymi. Do końca życia gdy będą się ubiegali o habilitację czy profesurę będzie wpisywała się do tego dorobku. Pisząc więc to dzieło mieli pełną świadomość konsekwencji jakie mogą ponieść w sprawie dla nich jak sądzę, zasadniczej – ich dalszej kariery naukowej.

Nie inaczej jest z recenzentami. Profesorowie, którzy napisali recenzje, także pisali je nie jako luźną opinię do gazety ale jako typowe recenzje naukowe angażując w nie swój autorytet i pozycją zawodową.

W praktyce oznacza to mniej więcej to samo co składanie w sądzie zeznań pod przysięgą i pod rygorem odpowiedzialności karnej.

Piszę o tym aby uzmysłowi, że wszystkie osoby zaangażowane w wydanie tej ksiązki, zarówno autorzy, jak i jej recenzenci, postawili na szali swoją zawodową pozycję i autorytet. Nie musieli tego robić. Zrobili tak bo tego wymagała od nich ich zawodowa rzetelność.

Napisałem o tym nie przez przypadek. Wśród osób, które włączyły się w medialną krytykę książki są także naukowcy. Można ich podzieli na dwie grupy.

Do pierwszej zaliczyć należy takie osoby jak: Dr Maria Dmochowska (doktor z zakresu nauk medycznych), prof. Ireneusz Krzemiński (socjolog) czy dr Wojciech Jabłoński (politolog). W dużym uproszczeniu wypowiadają oni najczęściej emocjonalne sądy, niekiedy podszyte politycznym zacietrzewieniem wynikającym z wcześniejszej aktywności parlamentarnej (3 kadencje w sejmie z ramienia Unii Demokratycznej) w obozie związanym z Lechem Wałęsą (dr Maria Dmochowska), innym razem z ideologicznych uprzedzeń i fobii (prof. Krzemiński nie odróżniający historyka ruchu narodowego jakim jest prof. Jan Żaryn od endeka), a na zwykłej miałkości intelektualnej skończywszy, jak w przypadku showmana Superstacji dr Wojciecha Jabłońskiego. Wszystkich ich łączy zaś to, że na badaniach historycznych znają się mniej więcej tak, jak ja na fizyce kwantowej czy gastroskopii. Można więc powiedzieć, że mają prawo opowiadać głupstwa bo nikt ich za to na gruncie zawodowym – naukowym nie będzie rozliczać, tak jak mnie nikt by nie rozliczał gdybym opowiadał, że zapalenie płuc najlepiej się leczy przez upuszczanie krwi.

Inaczej sprawa ma się z zawodowymi historykami, którzy sporadycznie, ale także pojawiają się aby komentować książkę. W zasadzie są to dwaj historycy prof. Andrzej Friszke i prof. Paweł Machcewicz. Podobnie jak w przypadku autorów książki i jej recenzentów, także i oni mogą się pochwalić sporym dorobkiem naukowym i określoną pozycją zawodową. Warto jednak w ich wypowiedziach zwróci uwagę na dwa elementy. Po pierwsze uciekają od istoty problemu (rzetelność książki), a skupiają się raczej na dylemacie czy „nawet jeśli autorzy książki mają rację” to powinno się o tym pisać i burzyć legendę lidera Solidarności? Po drugie zaś ich wypowiedzi mają charakter publicystyczny (podobnie jak opinie i listy, które publikują czy podpisują na potrzeby „Gazety Wyborczej”), nie biorą za nie odpowiedzialności zawodowej – naukowej, jak autorzy czy recenzenci książki.

Zrozumiem i uszanuję, że jacyś historycy dojdą na podstawie materiałów źródłowych do wniosków innych niż Cenckiewicz czy Gontarczyk, ale niech mają wówczas o tym odwagę mówić pod rygorem odpowiedzialności zawodowej – badawczej w pracach naukowych czy naukowych recenzjach. Będzie wówczas możliwa naukowa weryfikacja ich stanowiska. Z punktu widzenia naukowego to w takim czy innym programie publicystycznym można mówić wszystko. Są to tylko luźne opinie, za które naukowiec nie bierze odpowiedzialności. Tak jak nie bierze się odpowiedzialności za opowiadania przy ognisku. Ważne i oceniane na gruncie naukowym może być to czemu nadaje się rangę pracy naukowej. Z niecierpliwością więc czekam kiedy adwersarze Cenckiewicza czy Gontarczyka opuszczą telewizyjne studia, pójdą do archiwów i zweryfikują ich badania, a wyniki swoich ustaleń będą mieli odwagę opublikować w postaci prac naukowych i wziąć za nie w ten sposób taką samą odpowiedzialność, jak autorzy książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”.

Zbigniew Girzyński
poseł na Sejm RP

_________________
Jadwiga Chmielowska Przewodnicz?ca Oddzia?u Katowice i Komitetu Wykonawczego "Solidarnosci Walcz?cej"
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Witja
Weteran Forum


Dołączył: 23 Paź 2007
Posty: 5320

PostWysłany: Pon Cze 23, 2008 5:09 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

http://cogito62.salon24.pl/80414,index.html

w.s_media - "Aleksander Ścios"
wolny strzelec /historyk filozofii/

"DRUGA MISJA

Niezależnie od ilości dokumentów czy świadectw, Lech Wałęsa będzie już zawsze twierdził, że nie ma nic wspólnego z TW „Bolek”. Konsekwentnie i do końca.

Po raz pierwszy byliśmy świadkami takiego zachowania w roku 1992, obecna postawa jest jedynie logiczną konsekwencją tamtego wyboru. I choć agenturalna przeszłość Wałęsy, opisana w książce historyków IPN-u, długo jeszcze będzie zaprzątać uwagę Polaków, w niczym już, nie zmieni to sytuacji samego bohatera książki. Ci, który wiedzą lub wierzą, że był on agentem SB, jak i ci, przeczący tej prawdzie, mogą przekonywać tylko samych siebie. Dla Wałęsy, on sam jest „ikoną Solidarności” i kryształowym mężem stanu.

Przez najbliższe miesiące powstaną teksty, których autorzy w zależności od swojej pozycji w świecie III RP, będą potępiać, protestować lub usprawiedliwiać zachowania byłego prezydenta. Głosy oskarżeń zetrą z pochwalnymi hymnami, święte oburzenie z zaciekłą obroną. Cokolwiek stanie się w najbliższej przyszłości – jednego możemy być pewni; podziały w polskim społeczeństwie pogłębią się, postawy zradykalizują.

Front „obrońców godności Lecha Wałęsy” zetrze się w śmiertelnym boju z hufcami rzeczników prawdy, strażnicy „pamięci koncesjonowanej” stoczą walkę z orędownikami prawa do historii. Ofiary padną po obu stronach. Skrzywdzonymi będziemy wszyscy.

Tej „roli życia” stoczniowca z Gdańska, nikt z esbeckich strategów nie mógł napisać. „Instrukcja o pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa resortu spraw wewnętrznych” z lutego 1970 r. traktowała tajnych współpracowników jako osoby „ wykonujące zadania w zakresie zapobiegania, rozpoznania i wykrywania wrogiej działalności”. Po 38 latach jeden z zwerbowanych agentów odgrywa w polskim społeczeństwie rolę, jakiej nigdy nie zapisano oficjalnie w instrukcjach SB.

Dzielić Polaków, by tym łatwiej nimi rządzić - było zawsze priorytetem działań komunistycznych strategów. To z tego powodu każdy agent, każdy życiorys skażony agenturalną przeszłością, stanowi dla społeczeństwa śmiertelne zagrożenie. Jest niczym komórka nowotworowa, działająca z niszczącą mocą dzielenia organizmu na zdrowe i chore części.

Nie interesuje mnie przyszłość Lecha Wałęsy. W czasach „Solidarności” zapisał w historii Polski ważną, budującą kartę. W wolnej Polsce tę kartę zdewaluował tak mocno, że trudno byłoby znaleźć w III RP postać równie szkodliwą i negatywną.

Interesuje mnie przyszłość mojego kraju, w którym ludzie załganych życiorysów chcą dalej dzielić, by rządzić, traktując własny naród z pogardą.

Przed wielu laty, pewien człowiek, tak pisał o postawach ludzi ówczesnej opozycji:

„Zaangażowanie w politykę w systemie totalitarnej dyktatury jest zawsze wypadową dwóch motywacji ludzkich, zawsze oscyluje między świadectwem moralnym, a kalkulacją polityczną. Jeśli gubi się jeden z tych motywów, staje się albo nieskuteczną moralistyką, albo niemoralną manipulacją.(…)Politique d’abord! Ale dlatego właśnie sądzę, że podziemiu potrzebni są również ludzie, dla których większą wartością niż polityczna skuteczność jest moralne świadectwo i nie traktują podziemia jako wylęgarni pretendentów do przyszłej elity władzy; ludzie, którzy rozumieją, że ich polityczne zaangażowanie skończy się w „normalnych czasach”, kiedy podziemie już nie będzie potrzebne, i którzy wiedzą, że te „normalne czasy „ wymagają zwykle innych cnót, innych charakterów, innych umiejętności. (…) Nie można dążyć do życia w prawdzie poprzez kłamstwo, nie można zmierzać ku wolności poprzez stosowanie przemocy, nie można być normalnym w nienormalny sposób”– Adam Michnik - „Listy z Białołęki”

Łatwiej było napisać te słowa, niż zastosować je we własnym życiu. I Wałęsa i Michnik , jak wielu innych zaangażowanych w walkę z komunizmem, nie zdali egzaminu „normalnych czasów”, a próbując wedrzeć się w wolną Polskę z bagażem załganych życiorysów i chorych ambicji - zatruli skutecznie życie pokolenia III RP. Być może tak dalece, że jak uczy Księga Wyjścia, potrzeba będzie dziesiątków lat, by przemierzyć tę pustynię.

Pewna definicja „ironii losu” określa ją jako niezgodność zjawisk z oczekiwaniami, zaburzenie świata w strukturze skutków i przyczyny. Czy nie jest tak, że oni wszyscy – „wybrańcy narodu” - ponieśli już karę najwyższą, jaką może ponieść człowiek walczący z systemem kłamstwa i zniewolenia? Musieli przecież kłamać.

Wówczas, gdy Polacy uzyskali prawo do wyrażania własnych opinii, gdy runął mur cenzury i wolność słowa przestała być marzeniem – oni musieli kłamać. Nie doświadczyli tego daru, z którego mógł korzystać każdy pisarz, dziennikarz czy polityk. Z własnej woli, z wyboru „misji” lub pospolitej prywaty, do której nie mieli ani „charakterów” ani „umiejętności” – musieli kłamać. By tworzyć nowe mity, by zostać „kimś”, uzyskać „coś” – musieli kłamać.

Czy można wyobrazić sobie sytuację bardziej diaboliczną, niż ta, gdy „zdobywcy miasta”, muszą pozostać poza jego bramami i nie mogą korzystać z tego, co stało się udziałem całej społeczności?

Konspiracyjny „Tygodnik Mazowsze” miał pod winietą hasło: „Solidarność” nie da się podzielić ani zniszczyć.” Wszyscy wiedzieliśmy, co ono oznacza, kto i dlaczego chce nas dzielić. Mieliśmy świadomość, dlaczego podziały niosły zniszczenie. Czy wiemy to dzisiaj?

Czy potrafimy uświadomić sobie, że każdy „załgany życiorys” podzieli nas zgodnie z nienapisaną instrukcją komunistycznej bezpieki?

Wówczas, w czasach „Solidarności”, inicjatywy wrogie wobec Wałęsy powszechnie traktowano jako prowadzące do podziałów. I słusznie, bo jedyna nasza siła polegała na wspólnocie i jedności. Dziś, taka retoryka, stosowana chętnie przez obrońców „honoru Wałęsy” brzmi fałszywie. Ten, który ją dziś stosuje, zapomniał, że opisał ten mechanizm przed laty – „Nie można dążyć do życia w prawdzie poprzez kłamstwo, nie można zmierzać ku wolności poprzez stosowanie przemocy, nie można być normalnym w nienormalny sposób”.

Tajny współpracownik „Bolek” ma do wykonania drugą, może najważniejszą misję. Ma dzielić, by rządzić. W imię obrony interesów samozwańczej „elity”, władców naszej pamięci – ma nas podzielić tak skutecznie, by przez najbliższe lata nic tych podziałów nie mogło zabliźnić. I dotąd będzie rządził, póki na taki podział pozwolimy. "
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strona Główna -> Dyskusje ogólne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
Strona 5 z 7
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum





Załóż forum phpbb2 lub phpbb3 za darmo na Forumoteka.pl





Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group